HankaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Hanka
Hanka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 55,50  44,40 
Hanka
Hanka
Audiobook
Czyta Joanna Gajór
29,90  21,83 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Lucyna Olejniczak, 2015

Projekt okładki

Luiza Kosmólska

Zdjęcie na okładce

Fot. Agnes Kantaruk/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Katarzyna Kusojć

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8069-609-9

Warszawa 2015

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

ul. Rzymowskiego 28, 02-697 Warszawa

www.proszynski.pl

Część pierwsza


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ROZDZIAŁ 1

KRAKÓW, ROK 1890

Wyczerpana porodem kobieta leżała na zmiętym i zakrwawionym barłogu. Jej drobną, bladą twarz pokrywały pasemka przepoconych włosów. Z wysiłkiem podniosła dłoń i odgarnęła je z oczu.

– Co teraz będzie z… nią? – szepnęła, spoglądając na zawiniątko ze szmat, z którego wydobywało się ciche kwilenie. Dziecko też było zmęczone kilkudniowym porodem.

Akuszerka odwróciła wzrok.

Obie wiedziały, co teraz będzie z dzieckiem.

To samo, co z innymi, które miały nieszczęście urodzić się w tym domu, a właściwie w jego piwnicach. Gospodarz, pan Franciszek Bernat, szanowany krakowski obywatel oraz właściciel apteki „Pod Złotym Moździerzem”, raczej nie pozwalał, żeby jego bękarty pozostawały przy życiu.

Wprawdzie sam od lat bezskutecznie starał się wraz z żoną o potomka, nigdy jednak nie uznałby dziecka z nieprawego łoża. Nocne, wymuszane na siłę uciechy ze służącymi to było coś, czego nie traktował poważnie. Miały służyć zaspokojeniu żądzy, niczemu więcej. Klementyna Bernatowa, słabego zdrowia i ciągle przy nadziei, nie spełniała oczekiwań męża, a ten potrzeby miał duże. Intymne kontakty z wyczerpaną licznymi ciążami żoną musiał ograniczyć, zgodnie z zaleceniami lekarzy, do niezbędnego minimum.

Nie sprawiały mu już zresztą takiej przyjemności jak kiedyś, ale musiał mieć syna. Kogoś, komu mógłby w przyszłości przekazać swoją wiedzę oraz dobrze prosperującą aptekę.

Niestety, jak na ironię losu, niemal każda kolejna ciąża małżonki kończyła się jeśli nie poronieniem, to narodzinami martwego dziecka.

Teraz wyglądało jednak na to, że Bóg, chociaż połowicznie, ale wysłuchał w końcu jego modłów, ponieważ kilka godzin wcześniej Klementyna urodziła żywą córkę. Tylko Andrzejowa, akuszerka, która odbierała wszystkie porody aptekarzowej, czuła, że i to dziecko nie ma zbyt dużych szans na przeżycie.

Maleńka istotka oddychała z wielkim trudem, stękając przy tym niepokojąco. Wyczerpana matka nawet nie zwróciła na to uwagi, szczęśliwa, że w końcu usłyszała płacz swojego dziecka.

– Żyje! – westchnęła z ulgą. – Moje dziecko żyje – dodała jakby z niedowierzaniem.

Nie zmartwiła jej usłyszana chwilę później wiadomość, że nie jest to oczekiwany przez męża syn, tylko córka.

Była gotowa pokochać każde urodzone w końcu żywe dziecko. Już przepełniała ją, rozbudzona niemal od samego początku ciąży, miłość do tej kruszyny.

Andrzejowa nie mogła jednak zapomnieć grymasu niechęci i zawodu, jaki chwilę później pojawił się na twarzy Franciszka Bernata.

Nawet nie wszedł do sypialni, żeby obejrzeć córkę.

Starsza kobieta po części go rozumiała, ale tylko trochę. Dziecko to przecież dziecko, niezależnie od płci. Ona sama byłaby szczęśliwa, mając córkę, niestety, dobry Bóg nie pobłogosławił jej związku z małżonkiem, świętej pamięci Andrzejem. Może dlatego właśnie wybrała zawód akuszerki, żeby choć cieszyć się narodzinami innych dzieci, pomagać im przychodzić na świat, gdzie czekały na nie kochające matki.

Takie jak ta, leżąca teraz w piwnicznym barłogu i spoglądająca z miłością i niepokojem na czerwoną, pomarszczoną twarz swojej córeczki.

– Co będzie z moją maleńką? – powtórzyła ze strachem kobieta.

Zaostrzające się rysy jej coraz bledszej twarzy upewniły akuszerkę, że czas biedaczki się kończy. Zbyt młody wiek i ciężki poród zrobiły swoje, a pan nie pozwalał wzywać do służby medyka. Jeśli ci ludzie mieli przeżyć, to przeżyli, jeśli nie, wola boska.

On zaś nie zamierzał tracić pieniędzy na kogoś, kto mógłby potem długo chorować i nie nadawałby się do pracy. Dzieci, urodzone przez służące, były zabierane zaraz po porodzie i tylko stary Wojciech, zaufany sługa pana, wiedział, co się z nimi potem działo. Oficjalnie wiadomo było, że noworodki zanoszono do najbliższej ochronki przy szpitalu, a dokładniej do otwartego przez całą dobę okienka przy furcie, w kuchni jednak szeptano, że pobliska Rudawa przyjęła niejednego aniołka w swoje chłodne objęcia.

– Nie wiem. – Andrzejowa bezradnie pokręciła głową. – Naprawdę nie wiem, ale coś wymyślę. Na razie nie powiem panu, że urodziłaś, on sam może do piwnicy nie zejdzie. Kazał się tylko powiadomić, jak już będzie po wszystkim. Coś wymyślę, obiecuję. A ty wytrzymaj jeszcze trochę, moje dziecko.

– Jakie piękne… – Położnica z rozjaśnioną twarzą wyciągnęła rękę do czegoś, co mogła teraz zobaczyć tylko ona. – Kocham pierwsze stokrotki…

Andrzejowej żal było młodej, ślicznej dziewczyny, która rok temu zgodziła się na służbę do Bernatów. Zawsze wesoła, z figlarnymi iskierkami w ogromnych, niebieskich oczach, które tak ufnie spoglądały na otaczający ją świat. Jej zaraźliwy śmiech rozchmurzał nawet najbardziej ponure oblicza, rozwiewał wszelkie smutki. Kiedy jednak nagle przestała się uśmiechać i zamiast tego zaczęła płakać po kątach, a w jej oczach w miejsce radości pojawił się strach, nikt nie miał wątpliwości, co się stało. Służba wiedziała, u kogo szuka uciechy ich chutliwy chlebodawca. Ludzie zaciskali pięści w tłumionym gniewie, ale nikt nie mógł nic zrobić. O pracę w Krakowie było ciężko, należało jej pilnować i nie narażać się państwu. Na wsiach żyło się coraz trudniej, kto mógł, uciekał do miasta.

Tknięta nagłą myślą Andrzejowa pobiegła do sypialni swojej pani.

Rzadko odbierała dwa porody tego samego dnia, w dodatku w jednym domu. Nie byłoby w tym może nic aż tak dziwnego, gdyby nie to, że tylko jedno z dzieci miało szanse na dalsze życie. Musiała dopilnować tego osobiście.

Zaciągnięte ciężkie story niemal zupełnie nie przepuszczały dziennego światła do dusznego pomieszczenia. Zza okna dochodził stukot końskich kopyt na bruku i nawoływanie furmana: „Wio, Baśka, wio!”. W pokoju miarowo tykał stary zegar. Aptekarzowa spała niespokojnym, męczącym snem, w kołysce leżało cicho maleństwo.

Zbyt cicho.

Andrzejowa podeszła bliżej i zajrzała pod muślinowe zasłony. Znała już ten bezruch, sine usteczka i wpółotwarte oczy.

Dziecko nie żyło.

– Mamka już przyszła? – Głos dobiegający z małżeńskiego łoża przyprawił starszą kobietę niemal o palpitacje serca.

– Nie, proszę pani – odparła Andrzejowa drżącym głosem. Decyzja, którą właśnie podjęła, wymagała odwagi, a ta nie była raczej mocną stroną akuszerki. – Ale z pewnością zaraz ją przyprowadzą. Dzieciątko spokojnie śpi, może się pani nie martwić.

Zamiast odpowiedzi usłyszała tylko ciche pochrapywanie. Położnica znów zapadła w ciężki sen, nieświadoma tragedii. Zegar nadal spokojnie odmierzał czas, jakby w pokoju nic się nie wydarzyło.

Zamiana noworodków nastąpiła tak szybko, że nikt się nie zorientował.

O tej porze służba pilnowała swoich obowiązków. Zbliżał się obiad, wszystko musiało być gotowe na czas, pan nie znosił żadnych opóźnień. Potrafił natychmiast wyrzucić zbyt powolną kucharkę czy też dziewkę podkuchenną, jeśli był akurat w złym nastroju.

Może ktoś nawet widział przemykającą korytarzami ciemnego mieszkania akuszerkę, ale nikogo to nie zdziwiło. Wiadomo było, że pani domu właśnie urodziła dziecko, a o młodej służącej nikt, oprócz najbliższego otoczenia, nie wiedział. Rosnącego brzucha nie było widać pod szerokimi spódnicami, a kiedy nadszedł jej czas, dziewczyna nagle zniknęła.

Jak wszystkie inne przed nią.

Niektóre widziano później bez dzieci; wracały na wieś, skąd przyszły. Innych w ogóle nie widywano i nikomu nie przyszło nawet do głowy, żeby o nie pytać.

Pozostawiona w piwnicy dziewczyna była już nieprzytomna, straciła zbyt wiele krwi. Andrzejowa włożyła w ramiona położnicy martwą córeczkę Bernatów. Była z siebie dumna. Uratowała czyjeś życie, a przy okazji dała szczęście innej kobiecie. Żebym tylko zdążyła jej powiedzieć, modliła się w myślach, patrząc na leżącą bez świadomości biedaczkę. Niechże ta nieszczęśliwa chociaż umrze spokojna.

Niestety, kiedy Franciszek Bernat, ostrożnie pochylając głowę pod niską powałą, zszedł po schodach do piwnicy w towarzystwie swojego wiernego Wojciecha, zastał wciąż żywą, nieprzytomną dziewczynę z martwym noworodkiem u boku.

Nerwowy grymas wykrzywił na moment jego surową twarz, na której pojawiło się coś na kształt współczucia.

Widok umierającej tak młodej dziewczyny skruszyłby nawet głaz i Andrzejowa przez chwilę miała nadzieję, że może chociaż ta historia zakończy się inaczej, jednak słabość Bernata nie trwała długo. Wyprostował się, na ile pozwoliła mu na to niska piwnica, przetarł twarz szerokim ruchem ręki i rozejrzał się wokół gospodarskim okiem. Podniósł walające się na ziemi zbutwiałe resztki beczki po winie i cisnął je w kąt.

– Posprzątać mi tu! – rzucił gniewnie w ciemną, rozświetloną tylko jedną świeczką przestrzeń. – A tym – mruknął, wskazując Wojciechowi brodą nieruchomy tobołek w objęciach dziewczyny – zajmij się, jak zwyk­le. I dajcie mi znać, jak ta tutaj już skona. Trzeba ją będzie pochować po bożemu, niech widzą, że dbam o swoich ludzi. Ale nikt z obcych nie może wiedzieć, że rodziła.

 

Nagle położnica odzyskała przytomność; spojrzała z rozpaczą na dziecko, a potem na stojącego w kącie piwnicy mężczyznę. Po wyrazie jej twarzy widać było, że usłyszała ostatnie polecenia pana, lecz nie zdawała sobie jeszcze sprawy, że leżące obok dziecko nie żyje. Słowa aptekarza były dla jej córki wyrokiem śmierci.

Rozpacz ustąpiła miejsca nienawiści.

Ostatkiem sił uniosła się na łokciach z posłania.

– Przeklinam cię, Franciszku Bernat! – wyszeptała z trudem, patrząc mu prosto w twarz. – Obyś nigdy nie zaznał szczęścia! Przeklinam ciebie i twoje dzieci… We… – głośno złapała oddech – …we wszystkich…

Bezlitosna śmierć nie pozwoliła jej dokończyć.

Twarz umierającej wykrzywił ostatni spazm, a po chwili jej rysy złagodniały. Leżała teraz cicha i blada, wyglądając jak zmęczone dziecko, którym tak naprawdę jeszcze była.

Poszarzały na twarzy Bernat przez chwilę stał bez ruchu, potem zadrżał, jakby przeszedł go lodowaty dreszcz.

Nie patrząc na nikogo, zgarbiony, ciężkim krokiem wyszedł bez słowa z piwnicy.

***

Tupot małych nóżek rozlegał się od rana do wieczora w całym mieszkaniu przy ulicy Grodzkiej.

Od chwili pojawienia się na świecie małej Wiktorii życie w tym domu nabrało sensu. Niemal wszyscy domownicy, ze służbą włącznie, byli pod urokiem małego, złotowłosego aniołka z dużymi, niebieskimi oczami i wiecznym uśmiechem na buzi.

Tylko oschły z natury Franciszek Bernat pozostał niewzruszony.

Wiktoria nie była chłopcem, więc nie poświęcał jej żadnej uwagi. Z niecierpliwością przepędzał dziewczynkę z drogi, kiedy na jego widok wydawała pisk radości i podbiegała, żeby małymi łapkami objąć jego nogi.

Aptekarzowa, wbrew zaleceniom lekarzy i radom innych kobiet, zbulwersowanych jej decyzją, sama karmiła piersią córkę przez niemal cały rok. Odprawiała pod byle pretekstem wszystkie mamki. Jedna była za chuda, inna za gruba, jeszcze inna brzydko pachniała. Lecz tak naprawdę pani Klementyna nie chciała się rozstawać z maleństwem na czas dłuższy, niż koniecznie musiała. Przyjmowała pomoc nianiek, ale karmić dziecko pragnęła sama. Za nic nie oddałaby tych chwil bliskości z pachnącym mlekiem niemowlęciem przytulonym do jej piersi. Z miłością przyglądała się drobnej buzi córeczki i wsłuchiwała w pełne skupienia sapanie i mlaskanie dziecka. Kiedy dziewczynka otwierała granatowe oczy i z trudem jeszcze skupiała wzrok na twarzy matki, ta czuła, jak ogarnia ją całą błogie ciepło.

Tak właśnie, według pani aptekarzowej, wyglądało prawdziwe szczęście na ziemi.

– Pan nas w końcu pobłogosławił – mówiła z rozjaśnioną twarzą do męża, kiedy ten znów zaczął się pojawiać w jej sypialni.

Po ostatnim porodzie długo chorowała, więc dał jej kilka miesięcy spokoju, kiedy jednak wydobrzała nieco, znów rozpoczął starania o syna.

Córka miała być dla niej.

On potrzebował syna.

I niechętnie słuchał o błogosławieństwie Pana. Milkł dziwnie i szybko zmieniał temat, jakby bał się zapeszyć. A przynajmniej tak to sobie tłumaczyła jego żona.

Po kolejnym poronieniu zaczął tracić cierpliwość. Odepchnął akuszerkę, która przekazała mu tę wiadomość, i pobiegł do sypialni żony. Wyczerpana kobieta leżała bez ruchu w dusznym, rzadko wietrzonym pokoju.

– Wygląda na to, że Pan pobłogosławił nas tylko tą nędzną córką i na tym poprzestał! – Nachylił się ze złością nad Klementyną. – Mógłby się w końcu bardziej postarać. Cóż mi po córce!

– Nie bluźnij, proszę. – Żona spojrzała na niego z przerażeniem. – Nie bluźnij, bo ściągniesz nieszczęście na nas wszystkich.

Franciszek Bernat chwycił się oburącz za głowę, jakby zupełnie nie rozumiał słów małżonki. Stał tak, kiwając się w przód i w tył, a w końcu bez słowa wybiegł z sypialni. Ruszył do gabinetu, tam zamknął drzwi na klucz i opadł bez sił na skórzany fotel. W pokoju było dość chłodno mimo rozgrzanego kaflowego pieca. Marzec, wyjątkowo zimny tego roku, przyniósł jeszcze opady śniegu i dotkliwe zimno. Stare mury kamienicy przy Grodzkiej wciąż oddawały chłód, który wniknął w nie podczas srogiej zimy. Duże i wysokie pomieszczenia trudno było ogrzać, chociaż służba podtrzymywała przez całe dni ogień we wszystkich piecach w domu.

Najcieplej było w obszernej, ciemnej kuchni, gdzie koncentrowało się prawie całe życie mieszkańców domu. Tam też plotkowano po cichu o kolejnym poronieniu aptekarzowej. Spoglądano też ukradkiem na zbyt szerokie, zdaniem części domowników, spódnice nowej służącej. Wszystko toczyło się znanym już wszystkim torem.

Aptekarz wyciągnął przed siebie zgrabiałe ręce i przyłożył je do rozgrzanych kafli, ale nie był w stanie się ogrzać.

Zimno zdawało się go przenikać do szpiku kości.

Bernat nie był przesądny, nie mógł jednak zapomnieć wyrazu twarzy dziewczyny umierającej w piwnicy. Wciąż słyszał dudniące mu w głowie słowa klątwy: „Przeklinam cię, Franciszku Bernat…”.

Nigdy przedtem to się tak nie skończyło.

Niektóre jego kochanki były nawet zadowolone, że uwolnił je od kłopotu, jakim w ich rodzinnych domach byłoby nieślubne dziecko. Dostawały niewielką odprawę i wracały na wieś, gdzie zawsze jeszcze mogły znaleźć sobie męża.

Tylko jedna, bardziej harda niż pozostałe, nie zgodziła się wziąć specyfiku na spędzenie płodu ani też nie została na służbie do rozwiązania. Jakże ona miała na imię? – zastanowił się aptekarz. Tekla? Nie, chyba nie Tekla. Może Tola? Też nie. O! Hela! Tak, dziewczyna miała na imię Hela, Helena Baranek, przypomniał sobie nagle. To było rok, a może i półtora roku temu. Całkiem niedawno, przed Hanką. Tamta postanowiła wrócić do domu i zażądała od swojego pana sporej odprawy. Bernat do dziś pamiętał tę rozmowę.

– Skąd ja mogę wiedzieć, dziewko, że bękart jest mój? Tylko raz cię miałem, to wszystko.

– Stare kobiety powiadają – odparła, spuszczając oczy z fałszywą skromnością – że wystarczy nawet raz, żeby kobieta stała się brzemienna.

Nie podobała mu się ta dziewczyna, była zbyt harda i bezczelna, on zaś wolał bardziej nieśmiałe i zalęknione. Lubił, jak się broniły. Opór i strach go podniecały, uległość nie.

A ta była uległa.

Po tym jednym razie nie chciał jej już więcej. Ale potem przyszła, żądając pieniędzy i grożąc, że jeśli ich nie dostanie, powie wszystkim o jego postępkach. Nie tylko o tym, co robił młodym dziewczynom w swoim domu, ale i co działo się później z ich dziećmi. Nie miał wyjścia, musiał dziewce zapłacić dość dużą sumkę w zamian za milczenie. Był pewien, że za otrzymane pieniądze ta awanturnica spędzi płód u jakiejś znachorki w swojej rodzinnej wsi, dowiedział się jednak, że podobno wyszła za mąż i urodziła syna.

To nie był jego prawowity potomek, więc dalsze losy dziewczyny i jej dziecka już go nie obchodziły.

Znał wartość i potęgę pieniądza.

Załatwił sprawę po swojemu, a więc przestała już dla niego istnieć.

Potem była Hanka, jedyna, która naprawdę przypadła mu do gustu.

Taka, jakie lubił.

Nieśmiała, wstydliwa, zalękniona, nie zdawała sobie do końca sprawy z tego, co się dzieje. Kiedy powiedziała mu o swoim kłopocie, było już za późno na bezpieczne spędzenie płodu. Nie chciał ryzykować, więc czekał na rozwiązanie, żeby potem załatwić sprawę po swojemu.

Lecz tym razem coś poszło nie tak. Dziewczyna nie dość, że urodziła martwe dziecko, to i sama przy tym zmarła.

Ale wcześniej zdążyła go jeszcze przekląć.

„Przeklinam cię, Franciszku Bernat”.

Słowa klątwy znów zabrzmiały w jego głowie.

ROZDZIAŁ 2

Znowu nie potrafiłaś donosić mojego syna! – Franciszek Bernat z wściekłością zacisnął pięści, stojąc nad łóżkiem żony. – Niech cię diabli!

– Przepraszam! – jęknęła w odpowiedzi. – Przepraszam…

– Co mi z twojego przepraszania. Nawet nie udajesz, że ci przykro. Nie widzę żadnych łez. Gdybyś cały czas leżała w łóżku, jak ci zalecił doktor, nie straciłabyś tego dziecka. Mam cię już dość!

Klementyna Bernatowa zamknęła oczy, żeby nie widzieć czerwonej z wściekłości twarzy męża.

Zamiast łez czuła na twarzy kropelki jego śliny.

Nie płakała, to prawda, ale zabrakło jej już łez na opłakiwanie kolejnego dziecka. Nawet jeśli miało ono wielkość palca albo wręcz było tylko krwawym strzępem, dla niej nadal pozostawało dzieckiem. Synem, którego wciąż nie mogła dać Franciszkowi. Nie miała do niego żalu o te przykre słowa, ponieważ czuła, że to jej wina, kara za grzechy. W tym przeświadczeniu zresztą utwierdzał ją nieustannie spowiednik, któremu niemal od dnia swojego ślubu zwierzała wszystkie swoje grzeszne myśli i marzenia.

„Miłość płciowa istnieje tylko dla wyuzdanych rozpustników, dla ludzi słabych na duchu i ciele!”, grzmiał stary ojciec Bonawentura z kościoła Najświętszej Marii Panny, kiedy wyznawała mu swoją ogromną tęsknotę za pieszczotami męża i przyjemnościami związanymi z obcowaniem z nim w małżeńskim łożu. „A już zwłaszcza niewieście nie przystoją tak grzeszne myśli, jeśli jest ona obyczajnie wychowana, rzecz oczywista”, dodawał, zionąc nieświeżym oddechem z wnętrza ciemnego konfesjonału. Według ojca Bonawentury zmysłowe pożądanie u przyzwoitej kobiety powinno być, jeśli już, to niewielkie, a samą rozkosz, o ile w ogóle takową jest zdolna odczuwać, ma przyjmować tylko z woli męża. Żadnej własnej ochoty.

Kobiety w rodzinie przygotowywały ją przed ślubem z Franciszkiem na przykrości i przerażenie spowodowane działaniami męża podczas nocy poślubnej, Klementyna jednak wspominała to doświadczenie jako zaskakujące, owszem, początkowo nawet bolesne, ale wcale nie przykre. Cierpliwość, czułość i delikatność świeżo poślubionego małżonka podczas kolejnych nocy sprawiły, że pokochała Franciszka całym sercem i w ciągu dnia, wypełniając obowiązki pani domu, marzyła tylko o nadejściu zmroku, a wraz z nim niezwyk­łych doznań, których przedtem nigdy w życiu nawet nie przeczuwała.

Czuła się szczęśliwa, promieniała, zdradzał to blask oczu, sprężysty krok, błyszczące włosy i uśmiech rozmarzenia na widok pojawiającego się w pobliżu męża. On również nie mógł oderwać od niej oczu ani dłoni, które bez przerwy musiały delikatnie muskać przechodzącą małżonkę.

Wszystkie te objawy „pomieszania zmysłów” nie uszły czujnemu oku ojca Bonawentury, który był częs­tym gościem na niedzielnych obiadach u państwa Bernatów, jak również i spowiednikiem obojga małżonków.

– Nadużywanie narządów płciowych, zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn – wziął kiedyś na stronę Bernata, tak by Klementyna ich nie słyszała – może doprowadzić do ciężkich chorób, idiotyzmu, a nawet do śmierci. Może też spowodować niemoc płciową oraz bezpłodność.

– Niemoc?! – Franciszek przeraził się nie na żarty.

– Nie inaczej. Poza tym pożycie małżeńskie ma służyć li tylko prokreacji, a nie płochej przyjemności. A lubieżność płciowa u małżonków to ciężki grzech.

Natomiast lubieżność w stosunku do służących nie była zbyt dużym występkiem. W końcu to tylko służące. Poza tym, jak zgodził się ojciec Bonawentura z aptekarzem, mężczyzna musi gdzieś dać upust swoim siłom żywotnym.

To było tylko dla zdrowia.

Kiedy Klementyna poroniła pierwsze dziecko w trzecim miesiącu ciąży, Franciszek natychmiast przypomniał sobie przestrogi spowiednika. Żona długo musiała go przekonywać, że to był tylko nieszczęś­liwy przypadek. Po prostu potknęła się o wysoki próg w drzwiach sypialni. Dał się przekonać, ale tylko do następnego poronienia, kilka miesięcy później. Wtedy to ostatecznie przestał odwiedzać co noc swoją żonę, ograniczając się do kilku wizyt w miesiącu, i to tylko w celach prokreacyjnych.

Zniknęła przyjemność i radość ze wspólnych nocy, zastąpiły je próby spłodzenia potomka. Franciszek stosował się ściśle do zaleceń spowiednika, który nakazywał wstrzymywanie się od uciech alkowy po sprzeczkach i pogniewaniu się małżonków, jak również podczas ciąży, w stanach przygnębienia i w czasie menstruacji żony. Wszystko to bowiem mogło wpłynąć na zdrowie i wygląd przyszłego dziecka. Przyszłego dziedzica nazwiska i apteki, o którym marzył bezustannie.

Z początku brak mu było chętnego ciała Klementyny.

Z czasem jego serce stwardniało i narastał coraz większy żal do Boga, a nawet do własnej małżonki, którą też zaczął obwiniać o brak syna. W końcu przecież urodziła córkę. Skoro mogła urodzić dziewczynkę, mogła też i chłopca. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego tak się nie działo.

 

Klementyna wyczuwała żal męża, ale nic nie mogła zrobić.

Chłopcy, nawet jeśli się rodzili, byli już martwi w chwili przyjścia na świat albo wkrótce umierali. Klementyna czuła się coraz bardziej bezwartościowa jako kobieta. Nie dość, że nie potrafiła urodzić syna, to jeszcze stała się dla męża nieatrakcyjna. Bliskie kontakty z małżonkiem zostały przezeń ograniczone niemal do niezbędnego minimum, tyle tylko, żeby zostawić ją znowu brzemienną i dać kilka tygodni lub miesięcy nadziei. Umęczone ciało tęskniło jednak za bliskością i uniesieniami, dla nich mogłaby nawet łatwiej znieść ból późniejszej porażki. Wiedziała też, że mąż szuka zapomnienia w ramionach innych kobiet, innym daje to, czego jej tak brakowało.

Pogrążała się w coraz większym smutku i melancholii, potęgowanej jeszcze świadomością popełniania grzechu, za który ganił ją ojciec Bonawentura przy każdej spowiedzi.

Narodziny Wiktorii dały Klementynie radość; macierzyństwo pozwoliło jej choć częściowo zapomnieć o tęsknocie ciała. Miłość do tego maleństwa wypełniła ją całą i kobieta nie ustawała w dziękczynnych modlitwach do Boga. Po każdym kolejnym poronieniu szybko się podnosiła, bo wiedziała, że jest potrzebna córce.

– Miłosierny Bóg zesłał mi tego aniołka na osłodę życia – mówiła do Andrzejowej. – Zlitował się nade mną, niegodną grzesznicą. Dał mi szczęście, na które nie zasługuję.

– Nikt bardziej nie zasługuje na szczęście macierzyństwa – zapewniała ją Andrzejowa z dziwnym wyrazem twarzy. – A Wiktoria nie mogłaby mieć lepszej matki. Jestem o tym całkowicie przekonana.

Po tygodniu od poronienia Klementyna zdecydowała się zejść na dół, do apteki, gdzie zwykle pomagała swojemu mężowi w pracy.

Leżenie w łóżku, do którego mąż już nie przychodził, było dla niej nieznośne i sprawiało tylko, że pogrążała się w czarnych myślach. Gdyby nie częste odwiedziny córeczki w towarzystwie niani, młodej, uśmiechniętej dziewczyny z Krowodrzy, wpadłaby w melancholię. Mała Wiktoria rozjaśniała swoim szczebiotem wszystkie ponure myśli.

– Choć, mamusia, choć! – sepleniła, ciągnąc matkę za rękę. – Choć, pobawimy. Isia cie bawić.

Matka, choć jeszcze słaba po niedawnym przejściu, brała małą do łóżka i bawiły się, zaśmiewając się obie, w „kosi kosi łapci”, „tu sroczka kaszkę warzyła” i w „nie ma mamusi”, kiedy zakrywała twarz puchową kołdrą. Tej ostatniej zabawy Wiktoria nie lubiła, bała się, że matka zniknie za kołdrą bezpowrotnie. Klementynę wzruszał widok rozszerzonych strachem niebieskich oczu córki, kiedy w końcu wyłaniała się spod kołdry.

Postanowiła przestać się w to bawić, żeby niepotrzebnie nie denerwować dziecka.

– Nie martw się, moje słoneczko – powiedziała, całując wyginające się w podkówkę usta córeczki. – Mamusia nigdy cię nie zostawi. A teraz – klasnęła w dłonie – ubiorę się i zejdziemy razem na dół do tatusia. Zgoda?

– Tak, tak! – Dziewczynka zapomniała natychmiast o niedawnym strachu o matkę i zaczęła podskakiwać w miejscu z radości. – Tata! Mniam mniam!

„Mniam mniam” były to uwielbiane przez wszystkie dzieci, nie tylko przez Wiktorię, cukierki, którymi aptekarz częstował wszystkie przychodzące z rodzicami maluchy.

– Cukierki, moja ty przekupna niewdzięcznico. Żadne „mniam mniam”. Tak mówią małe dzidziusie, a ty jesteś już dużą dziewczynką. – Potargała jej złote loki pieszczotliwym ruchem. – A teraz biegnij z nianią na dół, ja się szybko ubiorę i zaraz do was przyjdę.

Wiktoria natychmiast ruszyła w stronę drzwi i jeszcze przez chwilę słychać było tupanie jej bucików na wypastowanej drewnianej podłodze, a potem na schodach. Goniły ją nawoływania niani i prośby, żeby poczekała.

Od wystygłego już kaflowego pieca powiało chłodem.

Po upalnym lecie jesień tego roku przyszła dość szybko i mieszkańcy kamienicy przy Grodzkiej nie zdążyli się jeszcze przestawić na chłody.

Według pana domu, który i tak całe dnie spędzał w ciepłej, z uwagi na klientów, aptece, na ogrzewanie prywatnego mieszkania było jeszcze za wcześnie. W dużych i ciemnych, pomimo wysokich okien, pomieszczeniach rozpalano w piecach tylko na chwilę, z rana, żeby „przełamać” zimno. W nocy przed chłodem chroniły grube, puchowe kołdry, szyte na zamówienie.

A opał trzeba było oszczędzać na zimę, która, według znawców, zapowiadała się sroga i długa.

Aptekarzowa zadrżała gwałtownie.

– Boże, zlituj się, uchroń, proszę, to dziecko od złego – szeptała, ubierając się zgrabiałymi z zimna rękami. – Daj jej długie i szczęśliwe życie. Błagam Cię, Panie, jako matka.

Nagłe przeczucie zbliżającego się nieszczęścia zmroziło jej serce, poczuła strach, że mogłaby stracić ukochane dziecko.

– Panie Boże – zaczęła się modlić zbielałymi ustami. – Nie pozwól, by stała jej się jakakolwiek krzywda, nie odbieraj mi jej, błagam. Zrobię wszystko, czego ode mnie zażądasz, jestem gotowa na każde poświęcenie, ale ochroń ją, proszę! To moje jedyne dziecko.

Odpowiedziała jej cisza, w której słychać było tylko miarowe tykanie starego zegara, tego samego, który w przeszłości beznamiętnie odliczał minuty życia jej dzieci. Teraz jego tykanie przypominało czyjeś ciężkie kroki. Klementyna czuła, że coś nadchodzi. Coś, czego nie da się już uniknąć.

***

W aptece panował dość duży ruch. Jesienny chłód sprzyjał przeziębieniom i dolegliwościom reumatycznym, klienci kupowali więc chętnie spirytusowe mikstury do nacierania, syropy przeciwkaszlowe i maści na bóle w kościach.

Największym powodzeniem cieszyły się w tym sezonie pigułki na kaszel, specjalnie sprowadzane z Wiednia. Chociaż prawie wszystkie leki wytwarzane były na miejscu przez Franciszka i jego pomocników, klienci chętnie nabywali wszelkie nowości, zwłaszcza te zagraniczne. Bernat sprowadził ten specyfik właściwie w ramach eksperymentu, był człowiekiem przedsiębiorczym i nie bał się, jak jego koledzy po fachu, żadnych nowinek. Teraz miał dowód, że ów eksperyment się powiódł.

– Świat musi iść z postępem – powtarzał przy każdej okazji. – Zbyt duża jest konkurencja, żeby tkwić w miejscu.

Klementyna stanęła w progu prywatnego wejścia do apteki i z przyjemnością przyglądała się krzątaninie męża za ladą z ciemnego, orzechowego drewna, na której stała waga, a obok porcelanowe moździerze i słoje z cukierkami dla dzieci. Leżał tu także zeszyt do zapisywania rachunków.

Franciszek wyglądał niezwykle godnie na tle wysokich aptecznych szaf, odziedziczonych jeszcze po ojcu i dziadku. Prowadzenie apteki było rodzinną tradycją i chociaż miał pracowników, lubił obsługiwać osobiście swoich stałych klientów.

Zwłaszcza kobiety, którymi zajmował się ze szczególną uwagą, rączki im najuniżeniej całował i pokazywał co ciekawsze nowinki sprowadzane specjalnie, jak je zapewniał, dla nich, z Wiednia. Patrzyła, jak niemal tanecznym krokiem podchodził do wysokich półek ze stojącymi na nich porcelanowymi pojemnikami i gestem sztukmistrza wyjmował stamtąd potrzebne substancje, potem, z tym samym wdziękiem, schylał się do szuflad oznaczonych porcelanowymi, opisanymi po łacinie tabliczkami, a wreszcie z uśmiechem podawał gotowe leki klientkom.

Ten właśnie wdzięk i płynność ruchów zachwyciły ją kiedyś, gdy jako młoda dziewczyna weszła tu razem z matką po miksturę na podagrę dla ojca. To była miłość od pierwszego wejrzenia.

Teraz też patrzyła na niego z uczuciem. Wysoki, przystojny, ze starannie przystrzyżonym wąsem, przyciągał spojrzenia kobiet. Była zazdrosna, owszem, ale z drugiej strony cieszyła się, że Franciszek należy tylko do niej. Przelotne zdrady się nie liczyły – i tak zawsze wracał do niej, prawowitej małżonki.

Szkoda tylko, że czasy miłosnych uniesień minęły już bezpowrotnie, ustępując miejsca zwykłej rutynie i mechanicznym zabiegom, mającym na celu tylko jedno: spłodzenie syna.

– Dobrze się już czujesz, moja duszko? – Franciszek podszedł do niej natychmiast, starając się, żeby wszyscy obecni zauważyli jego troskę. – Jesteś pewna, że nie powinnaś jeszcze zostać w łóżku?

– Tak, jestem pewna – odparła chłodno. Nie lubiła tak ostentacyjnego okazywania uczuć. – Nie mogę już leżeć, czuję się tak, jakbym powoli umierała. Muszę wyjść do ludzi, muszę żyć.