Ania ze Złotego BrzeguTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ania ze Złotego Brzegu
Ania ze Złotego Brzegu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42,90  34,32 
Ania ze Złotego Brzegu
Audio
Ania ze Złotego Brzegu
Audiobook
Czyta Krystyna Kozanecka-Kołakowska
24,90  18,43 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 9

Pozostawiony sam w ciemnym pokoju, Walter nie mógł zasnąć. Do tej pory zawsze ktoś spał blisko niego: czy to Jim, czy Krzyś Ford, gdy przyjeżdżał na wakacje. Obecność bliskich sprawiała, że czuł się bezpieczny, i teraz bardzo mu tego poczucia brakowało.

Pokój, w którym leżał Walter, miał sporych rozmiarów okno, przez które wlewała się do wnętrza blada poświata księżyca. Mleczne światło zdawało się ożywiać znajdujące się w środku przedmioty, nadając im nierzeczywiste, z lekka makabryczne kształty. Walter pomyślał, że chyba wolałby, żeby w pokoju panowały całkowite ciemności. A tak mężczyzna z portretu wiszącego nad łóżkiem wyglądał, jakby swoim przenikliwym spojrzeniem z góry przewiercał go na wskroś. Tak, księżyc w magiczny sposób sprawiał, że rzeczy w pokoju zyskiwały nowe kształty i nowe przeznaczenie. Na przykład wiszące po obu stronach okna firany wyglądały jak dwie wysokie, chude kobiety, strzegące wyjścia na zewnątrz. Co gorsze, z każdej strony docierały do niego dziwne odgłosy: jakieś skrzypnięcia, postukiwania, westchnienia i poszeptywanie.

Walter za wszelką cenę próbował opanować dławiący go coraz bardziej strach. Mało, że bał się tych ogromnych, namalowanych na tapecie ptaków, to jeszcze przypomniał sobie, co dzieci mówiły o chorobie jego mamy. A jeśli to była prawda? Jeśli mama rzeczywiście umierała? Albo już nie żyje? I on, Walter, nie będzie mógł wrócić do Złotego Brzegu, bo przecież bez mamy to już nie byłby jego dom.

I nagle Walter zdał sobie sprawę, że nie wytrzyma tego ani chwili dłużej. Nie może tu zostać. Musi wrócić do domu i zobaczyć się z mamą, zanim ona umrze. To o tym mówiła ciotka Mary Maria, strasząc go dziadem, który porywa niegrzeczne dzieci. Widocznie ona wiedziała, że mama umiera. Nie, nie będzie prosił państwa Parkerów, żeby go odwieźli do domu. Na pewno go nie zrozumieją i będą się z niego śmiali. Pójdzie do Złotego Brzegu sam. To bardzo, bardzo daleko, ale jeśli się postara, to do rana powinien dojść do domu. Było mu troszkę przykro, że nie zdążył pożegnać się z Alicją, ale liczył na to, że ona zrozumie, dlaczego musiał pójść.

Przeszedł przez pokój, a potem przez ciemny korytarz i zaczął ostrożnie schodzić po schodach. Starał się robić to bezszelestnie, niemal nie oddychając, ale tych schodów było okropnie dużo, a w całym domu panowała niczym niezmącona cisza.

I wtedy stało się coś okropnego: jeden z butów, które Walter trzymał pod pachą, wysunął się i spadł w dół. Odbijając się od stopni, przekoziołkował przez cały hol, a potem ze strasznym rumorem grzmotnął w drzwi wejściowe.

Przerażony malec najpierw znieruchomiał, a potem całym ciałem przywarł do poręczy schodów. Był pewien, że wszyscy, nie tylko w domu, ale w całej okolicy, musieli słyszeć ten potworny hałas. Że za chwilę na schodach pojawi się pani Parker i zaprowadzi go z powrotem do pokoju na oczach szydzących z niego dzieciaków. Najchętniej by się rozpłakał, ale gardło miał tak ściśnięte, że ledwo oddychał.

Ku jego zdumieniu, w domu nadal panowała cisza. Nikt się nie obudził, nie skrzypnęły żadne drzwi. Odczekawszy na wszelki wypadek jeszcze parę chwil, powoli ruszył po schodach na dół. Znalazłszy się przy drzwiach, podniósł leżący tam but i ostrożnie nacisnął klamkę. W domu Parkerów nie zamykano drzwi na noc, bo – zdaniem pani Parker – w domu nie było nic cennego oprócz dzieci, a mało prawdopodobne było, żeby ktoś chciał je ukraść.

Chłopiec powoli wyszedł na zewnątrz; usłyszał, jak drzwi zamknęły się za nim z cichym stuknięciem. Włożył buty i niepewnie ruszył wzdłuż ogrodzenia. Dom państwa Parkerów wzniesiono już na peryferiach; zaraz za płotem zaczynała się zwykła, polna droga. Znowu poczuł dławiący strach. Tym razem nie bał się, że ktoś zauważy jego nieobecność i zawróci go do domu, ale przerażały go panujące wokół ciemności i myśl, że jest w tym pustym, pozbawionym światła i ludzi świecie zupełnie sam. A sam na dworze, w nocy nie był nigdy dotąd. Przestrzeń dookoła niego zdawała się nie mieć końca, a jakby tego było mało, zaczął wiać wiatr, gwałtowny i zimny, dmuchający mu prosto w twarz.

Zawahał się przez chwilę, ale zaraz sobie przypomniał, dlaczego się tu znalazł: mama przecież umierała! Nabrał głęboki haust powietrza i ruszył w kierunku domu.

Białe światło wędrującego po niebie księżyca wydobywało z ciemności przydrożne drzewa i jakieś inne, tajemnicze przedmioty, których Walter nie potrafił rozpoznać, tak obco i strasznie wyglądały. Jakiś czas temu o takiej właśnie porze wracał do domu razem z tatą i wtedy taka zalana księżycową poświatą droga, poprzecinana cieniami drzew, wydała mu się piękna i bajkowo tajemnicza. Teraz też widział te cienie, ale dziś wydawały mu się groźne i żarłoczne.

Miał wrażenie, że stojące przy drodze drzewa obserwują go bacznie i podejrzliwie, że napierają na niego ze wszystkich stron, tłocząc się, popychając. Nagle dostrzegł w ciemności dwoje jarzących się w ciemności oczu i jakieś duże zwierzę przemknęło przez drogę. Kot? Taki wielki? A może to nie był kot, tylko… Walter zadygotał, bardziej ze strachu niż z zimna, choć miał na sobie tylko cienką piżamkę. Dużo by dał, żeby nie bać się tych wszędobylskich cieni, otaczających go z każdej strony, tych złowieszczych szeptów i trzeszczących pod czyimiś stopami gałązek, tych strasznych stworów, kryjących pod gałęziami czarnych jak smoła drzew…

„Jakie to musi być wspaniałe tak niczego się nie bać – pomyślał. – Być takim odważnym jak Jim”.

– Ja też tak umiem – powiedział na głos, aby dodać sobie animuszu. – Mogę udawać, że się nie boję. – I natychmiast się przeraził swojego własnego głosu, który w tej upiornej ciszy zabrzmiał głucho i obco.

Nie zatrzymał się jednak, tylko maszerował dalej. Myśl o powrocie nawet mu nie zaświtała w głowie. Przecież pamiętał, że idzie do mamy, która umiera. Nie zauważył wystającego kamienia i zaczepiwszy o niego butem, upadł jak długi na ziemię. Zabolało go otarte do krwi kolano.

Gdy usłyszał stukot końskich kopyt i nadjeżdżającą bryczkę, zbiegł z drogi przykucnął za drzewem. Może to pan Parker wyruszył na poszukiwanie, żeby go zabrać z powrotem do Lowbridge? Potem wydało mu się, że widzi siedzące na środku drogi zwierzę, wielkie i kosmate. Znowu się przeraził. Za nic w świecie nie zbliży się do tego futrzastego stwora! Ale przeszedł, mijając go w znacznej odległości i z trudem powstrzymując się, by nie pobiec, ile sił w nogach. Bał się, że stwór rzuci się za nim w pogoń. Ale nie rzucił się, tylko podniósł się z ziemi i poszedł w swoją stronę.

Wytarł sobie twarz, bo poczuł, że jest mokra od potu. Daleko, w głębi nieba, zalśniła na parę sekund spadająca gwiazda. Przypomniała mu się ciotka Kitty, która twierdziła, że taka spadająca gwiazda to znak, że niedaleko nas ktoś umiera. Mama? To mama umiera? Ta myśl znowu pobudziła go do działania, choć przed chwilą był pewien, że nie jest w stanie zrobić ani kroku więcej.

Idąc, czuł wstrząsające nim dreszcze. Panujący wokół ziąb wydał mu się teraz gorszy od strachu, który czuł w środku. Ile jeszcze zostało mu drogi do domu? Miał wrażenie, że idzie od wielu godzin, choć naprawdę minęły zaledwie trzy, od kiedy wyszedł z domu Parkerów. Wtedy była jedenasta, a teraz dochodziła druga.

Zorientował się, że jest wreszcie na drodze, która prowadziła do Glen, i poczuł, że ogarnia go spokój. Był u siebie, choć pogrążona we śnie wieś wydała mu się obca i nieznana. Niespodziewanie zza płotu dobiegł go ryk krowy i Walter przypomniał sobie, że w oborze Joego Reesa mieszka dziki jak diabeł, wielki byk. Przeraził się, że może ten byk nie jest należycie uwiązany, i ruszył pędem w kierunku furtki, za którą już było podwórze Złotego Brzegu.

Boże, był w domu! Naprawdę dotarł do domu!

Przed bramą stanął jak wryty. To był jego dom, ale wcale nie wyglądał jak jego dom. Budynek był ciemny i wyglądał na opuszczony. Walter, który nigdy wcześniej nie widział swojego domu w nocy, był wstrząśnięty. To mogło oznaczać tylko jedno: że się spóźnił. Nie zdążył, bo mama już umarła!

Kulejąc, bo bolało go starte do krwi kolano, Walter podreptał do drzwi wejściowych i wspiąwszy się na palce, nacisnął klamkę. Były zamknięte na klucz. Zastukał, ale grube drewno wchłonęło ten cichutki grzechot. W środku nadal panowała martwa cisza, ale Walter już wiedział, że skoro mama nie żyje, to w domu musi być cicho. Najchętniej rozpłakałby się głośno i żałośnie, ale nie miał na to siły; tak bardzo był zmęczony i zmarznięty. Postanowił, że pójdzie do stodoły i wdrapie się na górę, na siano. Marzył tylko o jednym: żeby móc się położyć tam, gdzie jest sucho i ciepło.

W oborze natknął się na kociaka, którego niedawno ktoś podarował panu doktorowi. Wziął go na ręce i wtulił buzię w miękkie, pachnące sianem i koniczyną futerko. Kotek jednak wybrał się do obory na polowanie, więc gdy tylko usłyszał na podłodze jakieś chrobotanie, wyrwał się z objęć Waltera i zniknął w ciemnościach.

Chłopiec westchnął ciężko. Księżyc był odległy i zimny, więc mały skupił uwagę na migocącym światełku, które dojrzał w szparze między deskami.

Zamknął oczy, ale nie udało mu się zasnąć. Było zimno, a jego bolało skaleczone kolano i brzuch. Przyszło mu do głowy, że może on też umiera. Tak by było najlepiej, bo skoro nie ma już na świecie jego mamy i taty, nie ma rodzeństwa i całej reszty rodziny, bo wszyscy poumierali albo zniknęli, to on też nie ma tu czego szukać.

Leżał więc w sianie z szeroko otwartymi oczami i rozmyślał. Czy to możliwe, że niektóre noce nigdy nie mają końca? Jak na złość, przypomniał sobie historię, którą kiedyś opowiedział dzieciakom kapitan Flagg; ten, który mieszka w porcie. Otóż powiedział on, że jeśli się kiedyś tak naprawdę, strasznie i okropnie wścieknie, to nie dopuści do wschodu słońca. No to może spełnił swoją groźbę, bo ktoś go doprowadził do wściekłości?

 

Gdy malutkie światełko w jednym z okien w Glen zniknęło, Walter rozpłakał się. A kiedy łzy na jego umorusanej buzi obeschły, zorientował się, że świta.

I że zaczął się zupełnie nowy dzień.


Rozdział 10

Switało, gdy Walter obudził się i zsunąwszy się po szczeblach drabiny, wydostał się z obory. Na podwórku nie było żywego ducha, ale niebo nad doliną wyraźnie już poróżowiało. Pomyślał, że sprawdzi boczne wejście; Zuzanna czasami nie zamykała tamtych drzwi, gdy wiedziała, że pan doktor wróci późno.

Drzwi rzeczywiście były otwarte i chłopiec, uszczęśliwiony, uchylił je ostrożnie, a potem przez tę wąską szparę wślizgnął się do środka. W holu było ciemno, więc w tych ciemnościach, starając się nie robić najmniejszego hałasu, zaczął wspinać się po schodach. Postanowił, że pójdzie do swojego pokoju i tam, we własnym łóżku, będzie czekał na resztę rodziny. A jeśli nikt nie przyjdzie, to on również umrze, a potem trafi do nieba i tam poszuka mamy. W tym momencie przypomniał sobie, co o niebie mówiła Opal: że jest strasznie, ale to strasznie daleko, tysiące kilometrów stąd. Tak go ta myśl zmartwiła, że zapomniał się na chwilę i przez nieuwagę nadepnął na ogon śpiącego na schodach Okruszka. Obudzony tak brutalnie kot rozkrzyczał się przeraźliwym, pełnym skargi miauczeniem.

Zuzanna źle spała tej nocy. Około trzeciej obudziła ją dojmująca myśl, że ktoś bardzo potrzebuje jej pomocy. Wstała więc i obeszła cały dom, zaglądając przede wszystkim do pokoju pani doktorowej, ale Ania spała spokojnie. Wróciła zatem do łóżka, tłumacząc sobie, że musiało jej się coś przykrego przyśnić. Zawsze już potem twierdziła, że doznała tamtej nocy czegoś, co niektórzy nazywają przeczuciem.

– Ja naprawdę słyszałam, jak ktoś mnie woła! – przysięgała.

Próbowała zasnąć, ale nie mogła; dopiero nad ranem udało jej się na chwilę zdrzemnąć i wtedy ten okropny wrzask kota sprawił, że zerwała się na równe nogi. Nawet nie narzuciła na siebie szlafroka, tylko tak jak stała, w sięgającej powyżej kostek spranej koszuli nocnej, wybiegła na korytarz.

Przykucniętemu na schodach, kurczowo uczepionemu poręczy maluchowi Zuzanna wydała się najpiękniejszą na świecie wróżką.

– Walter…?

Nie wiedząc kiedy, Walter znalazł się w ciepłych, bezpiecznych objęciach ukochanej niani.

– Zuzanno! Czy moja mama umarła?!

A potem już wszystko było tak, jak być powinno: Walter umyty, ogrzany i nakarmiony znalazł się w ciepłym łóżku. Zuzanna rozpaliła w kominku, zagrzała mleko, ukroiła grubą pajdę drożdżowej chałki i posmarowała ją masłem, a potem jeszcze przyniosła zgłodniałemu Wędrowniczkowi talerzyk z jego ulubionymi „małpimi” ciasteczkami. Potem dokładnie otuliła go kołderką, a w nogach położyła termofor z gorącą wodą. I to było absolutnie cudowne: poczuć się takim kochanym i zaopiekowanym.

Uspokojony i nakarmiony, Walter powtórzył swoje pytanie:

– Zuzanno, ale powiedz mi prawdę: na pewno moja mama nie umarła?

– Nie umarła, skarbie! Jest zdrowa, szczęśliwa i śpi sobie teraz spokojnie.

– I wcale nie była chora? Opal mi mówiła…

– No, może trochę… Wczoraj po południu troszkę słabo się czuła, ale już jest wszystko w najlepszym porządku. Ani przez chwilę nic złego jej nie groziło. Zobaczysz ją, jak tylko się wyśpisz. Boże na niebiosach! Dziesięć kilometrów! W nocy! Przez las! Rozdarłabym na strzępy te małe diablęta z Lowbridge! – pomstowała na latorośle sąsiadów.

Walter chciał jej opowiedzieć, co czuł, gdy tak wędrował przez tę ciemną noc, ale zasnął, zanim zdążył sformułować pierwsze zdanie.

Gdy się znowu obudził, było już prawie południe. Pierwsze, co zauważył, to słońce, które wpadało przez jego okno do jego pokoju. Był u siebie. Wyskoczył z łóżka i szybko pobiegł do pokoju mamy. Trochę się bał, że mama może być niezadowolona z tego, co zrobił: może uznała, że ucieczka z Lowbridge była głupim, dziecinnym zachowaniem, ale nie. Mama przytuliła go do siebie mocno. Od Zuzanny dowiedziała się, co się wydarzyło w nocy, i postanowiła, że przy najbliższej okazji porozmawia sobie o tym i owym z panią Parker.

– Mamusiu, powiedz, że nie umrzesz – prosił Walter, wtulając się w nią z całych sił. – I powiedz, że mnie kochasz.

– Oczywiście, że cię kocham, ponad życie! I nie zamierzam umierać. Boże, jak sobie pomyślę, że pokonałeś sam taką odległość! W nocy!

– W dodatku nic tam nie zjadł. Na głodniaka szedł – Zuzanna kręciła głową z przejęciem. – Wierzyć się nie chce, że ten dzieciak dał radę i jest tu z nami, cały i zdrowy. To prawdziwy cud i niech mi nikt nie mówi, że cuda się nie zdarzają!

Do pokoju Ani wszedł Gilbert z Shirleyem na rękach.

– Dzielny chłopak, to fakt! – zmierzwił ręką włosy na głowie Waltera. A Walter złapał rękę ojca i mocno, obiema rączkami ją uścisnął. Nigdy nikomu na świecie nie powie, jak strasznie bał się tej nocy!

– Mamo, czy ty… czy wy znowu mnie gdzieś wyślecie?

– Nie, kochanie. Chyba że sam będziesz tego chciał.

– Nie będę! – zapewnił ją gorąco, myśląc jednocześnie w skrytości ducha, że chętnie spotkałby się znowu z Alicją.

– No, to teraz podejdź tu do nas – powiedziała Zuzanna, która stała przy wiklinowym koszu. – I zobacz, kto tu na ciebie czeka.

Walter niepewnie zbliżył się do koszyka. W środku było… prawdziwe dziecko. Malutki, tłuściutki bobas, z loczkami na głowie i maleńkimi, zwiniętymi w piąstki rączkami.

– Śliczna, prawda? – pochyliła się nad nim Zuzanna. – Zobacz, jakie ona ma długie rzęsy. W życiu nie widziałam, żeby noworodek miał takie rzęsy! A uszy? Zawsze najpierw patrzę na uszy i znam się na nich jak mało kto.

Walter czuł się lekko zakłopotany.

– Ładna jest bardzo, Zuzanno – wyznał zawstydzony. – Tylko czy ona nie jest… no… czy ona nie jest troszkę za mała?

– Prawie cztery kilo to nie jest mało, kochanie! I zobacz, jak mądrze patrzy. Jakby rozumiała wszystko, co się wokół niej dzieje. A jaka silna! Już godzinę po urodzeniu uniosła główkę do góry i rozejrzała się dookoła! Pierwszy raz coś takiego widzę! – rozpływała się w zachwytach Zuzanna.

– Wygląda na to, że będzie miała rude włosy – nie krył zadowolenia Gilbert. – Piękne, złotorude loki jak jej mama.

– I orzechowe oczy swojego taty – odwzajemniła się z czułością Ania.

– Szkoda, że nie będzie miała jasnych włosów – rozmarzył się Walter, przypominając sobie pszeniczne warkocze Alicji.

– Przestań! – prychnęła Zuzanna lekceważąco. – Jasne włosy! Takie jak u Drew’ów może, co?

Siedząca obok kosza pielęgniarka uśmiechnęła się miło.

– Ślicznie wygląda, gdy śpi. I tak zabawnie marszczy wtedy nosek… Jeszcze u żadnego dziecka tego nie widziałam.

– Bo ona jest wyjątkowa, prawda, Gilbercie? – rozpromieniła się Ania. – Wszystkie nasze dzieci po urodzeniu były piękne, ale ona… jest… jedyna w swoim rodzaju.

– Przesadzasz jak zwykle, moja droga – ostudziła zachwyty Ani ciotka Mary Maria. – Można by pomyśleć, że jesteś pierwszą matką na świecie, która urodziła dziecko.

– Bo nasze dzieci są zawsze pierwszy raz na świecie – odpowiedział jej Walter. – Zuzanno, mogę ją pocałować? Tylko jeden, jedyny raz? Będę ostrożny!

– Pocałuj! – zezwoliła Zuzanna, wykrzywiając się komicznie w kierunku pleców oddalającej się dostojnie ciotki Mary Marii. – Idę do kuchni, żeby upiec jakieś ciasto na kolację. Może placek z wiśniami? Droga ciotuchna upiekła wczoraj swoje ciasto. Dobrze, że go nie widzieliście. Słów brakuje, by opisać jego wygląd, a co dopiero smak! Nie lubię marnować jedzenia, więc będę musiała sama je zjeść, ale póki jeszcze mam trochę sił, nie pozwolę, by takie coś… taki gniot straszny… zagościł na naszym stole. Nigdy!

– Nie każdy ma taki talent kulinarny jak ty, Zuzanno – uśmiechnęła się Ania.

Walter poczekał, aż za Zuzanną, dumną jak paw, że doceniono jej umiejętności i starania, zamknęły się drzwi.

– Mamusiu… My chyba jesteśmy fajną rodziną, prawda? – zapytał.


Rozdział 11

Kończył się sierpień. Ania wróciła do dawnej formy i cieszyła się na nadchodzącą jesień. Malutka Berta Marilla rosła jak na drożdżach i z każdym dniem stawała się coraz śliczniejsza. Była oczkiem w głowie całej rodziny, siostry i bracia przepadali za nią, a okrzykom zdumienia i zachwytu nad jej urodą i inteligencją nie było końca.

– Zanim ona się urodziła, to myślałem, że taki maluch to tylko płacze i krzyczy na zmianę – wyznał któregoś dnia Jim, bawiąc się ze swoją najmłodszą siostrzyczką, która zaciskała swoje paluszki wokół jego palca. – Bertie Szekspir tak opowiadał.

– Pewnie u Drew’ów tak jest, skarbie – uśmiechnęła się Zuzanna. − Ich dzieci prawdopodobnie płaczą od rana do wieczora, gdy tylko sobie uświadomią, że należą do tej wyjątkowej rodziny i przyjdzie im nosić nazwisko „Drew”. A nasza Berta Marilla jest stąd, ze Złotego Brzegu – dodała z dumą, jakby sam ten fakt oznaczał bardzo szlachetne urodzenie.

Chłopiec zmarkotniał.

– Szkoda, że ja też się nie urodziłem w Złotym Brzegu.

Jim często dawał wszystkim do zrozumienia, że ma żal do losu, iż on, jako jedyny z całego rodzeństwa, przyszedł na świat poza rodzinnym gniazdem.

Jedna z koleżanek Ani z czasów studiów na uniwersytecie, mieszkająca w Charlottetown, odwiedziła ją kiedyś i przed wyjazdem zapytała, czy takie życie na wsi nie wydaje jej się nudne i monotonne. Anię to pytanie bardzo ubawiło. Życie w Złotym Brzegu nudne?! W domu, w którym tyle się dzieje? W którym mały berbeć dostarcza mnóstwa pracy, ale i bezustannej radości? Przez który ciągle przewijają się przyjaciele i znajomi: a to zapowiedziały się z wizytą Diana i Elżbietka, a to obiecała zajrzeć Rebeka Dew? Gdzie rozmawia się o sprawach ważnych i trudnych, bo na przykład jedna z pacjentek Gilberta, pani Ellison, cierpi na niezwykle rzadką chorobę, którą dotąd zdiagnozowano u zaledwie trzech osób na całym świecie? Jak może być nudno, gdy Walter dopiero co zaczął chodzić do szkoły, a Nan zainteresowała się buteleczką perfum na toaletce mamy i postanowiła sprawdzić, czy są dobre, wypijając je do dna? Bali się, że przypłaci to ciężkim zatruciem, ale – o dziwo! – nie, skończyło się na obawach. Bywa, oczywiście, trudno, jak wtedy, gdy przybłąkała się dzika, czarna kotka i okociła się na werandzie, stawiając ich wobec problemu znalezienia domów dla dziesięciorga malutkich kociaków. I bywa groźnie, tak jak tego dnia, gdy mały Shirley zatrzasnął się sam w łazience, nie mógł otworzyć drzwi i dostał tam nieomal ataku histerii, a wieczorem ciotka Mary Maria nastrojową świeczką podpaliła zasłony w swoim pokoju i postawiła na nogi cały dom swoimi krzykami. Albo śmiesznie, gdy wszędobylski Okruszek zaplątał się w lep na muchy i uciekał w panice przed każdym, kto chciał mu pomóc uwolnić się z tej pułapki. O tak, bywa różnie, ale na pewno nigdy nie jest nudno.

W Złotym Brzegu nadal rezydowała ciotka Mary Maria. Regularnie co parę tygodni deklarowała wielkodusznie:

– Gdy tylko uznacie, że macie mnie już dość, powiedzcie mi o tym szczerze. Ja jestem kobietą, która przywykła sama dbać o swoje sprawy.

A mówiąc to, liczyła, że wszyscy gorąco zaprzeczą i… nie myliła się. W tym, że jej obecność nikomu absolutnie nie przeszkadza, a nawet wręcz przeciwnie, utwierdzał ją Gilbert, ale z biegiem czasu jego zapewnienia nie były już tak szczere i spontaniczne jak na początku jej pobytu. On sam miał poczucie, że silne niegdyś więzy rodzinne, łączące go z ciotką, znacznie osłabły i że Mary Maria zaczęła cokolwiek komplikować życie jego własnej rodziny. Pewnego dnia pozwolił sobie nawet na uwagę, że nie należy własnego domu opuszczać na zbyt długo, bo to mu nie służy. Ciotka zgodziła się z jego opinią i dodała, że z tego właśnie powodu nosi się z zamiarem sprzedania swojego domu w Charlottetown.

Gilbert uznał, że to dobry pomysł, bo sprzedawszy stary dom, ciocia będzie mogła kupić sobie coś nowego. I że w Glen jest akurat do kupienia bardzo ładny domek, należący zresztą do jego znajomego, który postanowił przenieść się do Kalifornii.

– Spodoba się cioci – zachęcał. – Jest nieduży, ale bardzo przytulny. Podobny do domu Sary Newman, który tak się cioci zawsze podobał.

 

– Tak, tylko że Sara Newman mieszka w swoim domu zupełnie sama – skrzywiła się Mary Maria.

– I bardzo jest z tego zadowolona – zapewniła ją Ania, nawet nie starając się ukryć, że ona sama byłaby takim rozwiązaniem bardzo zainteresowana.

– A ja uważam, że człowiek, który twierdzi, że lubi mieszkać sam, ma nie po kolei w głowie – zakończyła dyskusję ciotka Mary Maria, sprawiając, że Zuzanna z trudem się pohamowała przed wydaniem głębokiego jęku rozpaczy.

We wrześniu przyjechała na cały tydzień Diana, a zaraz potem Złoty Brzeg odwiedziła mała Elżunia, o której Ania ciągle tak myślała, choć trudno było tę piękną, smukłą dziewczynę nazwać „małą”. Ojciec Elżbiety zamierzał wrócić na stałe do Paryża, a ona postanowiła pojechać tam razem z nim i poprowadzić mu dom. Tych kilka dni, które spędziła z Anią i jej rodziną upłynęło im na spacerach i długich rozmowach, pełnych wspomnień z czasów, gdy spotkały się w Szumiących Topolach. Elżbieta przyznała się Ani, że wciąż ma mapę Krainy Czarów, którą przed laty „pani nauczycielka” podarowała jej na pamiątkę.

– Zawsze wisi na ścianie pokoju, w którym się zatrzymuję.

Aż pewnego dnia mieszkańcy Złotego Brzegu, odpoczywający po południu w ogrodzie, poczuli, że wiatr, który właśnie zawiał, nie jest już tym miłym, letnim wietrzykiem, a słońce nie zachodzi tak różowo jak jeszcze wczoraj. Lato zaszeleściło opadającymi liśćmi i wiadomo było, że nadchodzi jesień.

– Zdecydowanie za wcześnie! – orzekła ciotka Mary Maria, jakby ta lekka anomalia pogodowa była przejawem celowej złośliwości przyrody, dotykającej ją bardzo osobiście.

Tymczasem jesień była bardzo piękna. Wiało wprawdzie znad zatoki, ale nie były to jeszcze zimne wiatry, urywające głowę. Dzieci całe dnie spędzały na dworze, a ulubionym miejscem ich zabaw był jabłoniowy sad, z którego do późnego wieczora dobiegały radosne okrzyki i śmiechy. Cała dolina pokryła się kolorowymi astrami, a noce były bezchmurne i oszałamiająco księżycowe. W ciągu dnia całą rodziną obserwowali niekończące się klucze ptasich stad, przenoszących się na zimę w cieplejsze rejony. Wieczorami nad wodami zatoki zbierały się perłowoszare obłoki mgły, tak gęste i nieprzejrzyste, że można było zwątpić, iż się mieszka nad morzem.

Razem z liśćmi, które z szelestem opadały z drzew, w Złotym Brzegu zjawiła się wreszcie Rebeka Dew z odkładaną przez dwa lata wizytą. Przyjechała tylko na parę dni, ale namawiana usilnie, została na dłużej. Od razu przypadły sobie z Zuzanną do serca i to ona najusilniej namawiała Rebekę, żeby jeszcze nie wyjeżdżała. To szczególne braterstwo dusz wynikało z jednej strony z ogromnego przywiązania do Ani, z drugiej spajała je solidarna niechęć do ciotki Mary Marii.

Pewnego jesiennego, deszczowego wieczora obie przyjaciółki zasiadły sobie w kuchni, w pobliżu gorącego pieca. Dzieciaki już spały, Ania i Gilbert wybrali się gdzieś z wizytą, a ciotka Mary Maria oddaliła się do swojego pokoju, narzekając na wyjątkowo dokuczliwą migrenę.

– Ja myślę! – orzekła surowo Rebeka Dew, przysuwając się jak najbliżej ciepłej ściany pieca. – Jeśli ktoś jest w stanie zjeść tyle smażonej ryby na kolację, sam się prosi, żeby go bolało wszystko, co ma, nie tylko głowa. Makrela była pyszna, to prawda, droga panno Baker; muszę powiedzieć, że jeszcze nie zdarzyło mi się jeść tak wspaniale przyprawionej ryby. Ale na Boga! Nie pochłonęłam aż czterech kawałków!

– Moja kochana panno Dew! – Zuzanna odłożyła na bok swoją robótkę i popatrzyła ufnie w szczere, czarne oczy Rebeki. – Sama pani zdążyła się już przekonać, kim jest Mary Maria Blythe. Ale i tak nie wie pani nawet cząstki tego, co wiem ja. Tak! A że mam do pani absolutne zaufanie… Bo mogę liczyć na pani dyskrecję, prawda?

– Jak najbardziej! – z zapałem przytaknęła Rebeka Dew.

– Ona, ta straszna kobieta, przyjechała tu do nas w czerwcu i, moim zdaniem, zamierza mieszkać tu aż do swojej śmierci. Każdy w tym domu schodzi jej z drogi i nikt jej nie lubi; nawet biedny pan doktor, choć stara się, jak może, żeby tego nie było widać. To dobry człowiek i ma szacunek dla swojej rodziny, dlatego nie pozwoli, by ktoś o nazwisku Blythe czuł się źle w jego domu. Ileż ja sił i energii – Zuzanna wzniosła oczy do nieba, biorąc je na świadka swoich wysiłków – ile pracy włożyłam w przekonanie pani doktorowej, że powinna położyć temu kres i zażądać, by jaśnie pani Mary Maria Blythe opuściła ten dom i wróciła tam, gdzie jej miejsce. Na próżno! Pani Ania ma za miękkie serce! No i tak to trwa, a my możemy tylko bezradnie przyglądać się, jak ona się tu szarogęsi.

Rebeka Dew miała już sposobność doświadczyć na własnej skórze złośliwości ciotki Mary Marii, dlatego oczy jej błysnęły niebezpiecznie, gdy mówiła:

– Ja wprawdzie jestem dobrze wychowana i wiem, na czym polega gościnność, ale gdyby to ode mnie zależało… Już ja bym wiedziała, jak jej dać do zrozumienia, że każda wizyta powinna się kiedyś skończyć.

– Ja też wiem dobrze, co należałoby jej już dawno powiedzieć, ale przecież wiem, co mi wypada, a co absolutnie nie. To nie mój dom, dlatego muszę swój język trzymać na wodzy. Czasami sama nie mogę uwierzyć, że pozwalam tej kobiecie traktować siebie w tak poniżający sposób, ale cóż… Mam zostawić panią Anię i odejść? Milczę więc, żeby nie dokładać jej zmartwień, bo przecież martwiłaby się, słuchając moich kłótni z Mary Marią Blythe. Bo ja, droga panno Drew, zrobiłabym absolutnie wszystko dla pana doktora i jego żony. I dla tych cudnych dzieciaczków. To była taka piękna, szczęśliwa rodzina, zanim ta zołza tu zjechała i zaczęła sączyć swój trujący jad. Aż się boję myśleć, jak to wszystko się może skończyć, ale nie zdziwiłabym się, gdybyśmy wszyscy wylądowali w jakimś wariatkowie. Ona jest… okropna! Wszystko zauważy, każdą najdrobniejszą sprawę musi skomentować, a ściślej mówiąc: skrytykować. Bo nic jej się nie podoba i wszystkim wszystko ma za złe. Jest jak taki bzyczący natrętnie komar… Co ja mówię?! Jak chmara, cały rój komarów, który osacza i atakuje człowieka z każdej strony.

Rebeka Dew miała wyobraźnię. Bez trudu przywołała obraz roju, składającego się z tysięcy zaczepnych owadów, i pokiwała współczująco głową.

– Bez przerwy komentuje każdą decyzję i każdy ruch pani Ani, to, jak się ubiera i jak wychowuje dzieci, jak prowadzi dom i co ustala, żeby zrobić na kolację. Nieustannie kręci się po kuchni i patrzy mi na ręce. No i oczywiście ocenia, a wszystko robię nie w tej kolejności i nie tak, jak należy… W dodatku… – Zuzannę aż zatchnęło z oburzenia i na chwilę odebrało jej głos – …w dodatku mówi, że nasze dzieci są kłótliwe, krnąbrne i źle wychowane! Mieści się to pani w głowie?! O naszych dzieciakach, kochanych, dobrych i naprawdę rzadko się o coś kłócących, ona… ta podła kobieta… Jak ona śmie?!

– Znam trochę dzieci i nigdy nie spotkałam maluchów równie miłych i ładnie ułożonych – stwierdziła Rebeka Dew tonem, który nie pozostawiał wątpliwości, że wie, o czym mówi.

– No, właśnie! – stwierdziła triumfalnie Zuzanna. – A ona tylko się rozgląda i szuka powodu, żeby się przyczepić.

– Tak, ja też to widzę, panno Baker.

– Jakby tego było mało, wciąż jest o coś albo na kogoś obrażona i daje wszystkim do zrozumienia, że wyrządzono jej jakąś nieprawdopodobną krzywdę. Tyle tylko, że nigdy nie jest to obraza tak wielka, by skłoniła ją do opuszczenia naszych niewdzięcznych progów. I tak tkwi tu, z miną osoby bardzo nieszczęśliwej, niezrozumianej i krzywdzonej na każdym kroku, a pani Ani jest z tego powodu okropnie przykro i pewnie czuje się winna. Nie wiem czemu, bo ja w tym żadnej naszej winy nie widzę. Nic jej się nie podoba. Jeśli okna są pozamykane, marudzi, że jest jej duszno, a gdy są akurat otwarte, narzeka, że celowo robimy przeciągi, bo chcemy ją przeziębić. Nie cierpi cebuli, jest uczulona nawet na jej zapach; skarży się, że woń cebuli przyprawia ją o torsje. Zatem pani doktorowa postanowiła, że usuwamy cebulę z naszego jadłospisu. Ot, tak po prostu. Choć my wszyscy, nawet dzieci, bardzo cebulkę lubimy.