Ania ze Złotego BrzeguTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ania ze Złotego Brzegu
Ania ze Złotego Brzegu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42,90  34,32 
Ania ze Złotego Brzegu
Audio
Ania ze Złotego Brzegu
Audiobook
Czyta Krystyna Kozanecka-Kołakowska
24,90  19,67 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Okładka


Tytuł oryginału: Anne of Ingleside

Projekt okładki i stron tytułowych: Anna Damasiewicz

Redaktor prowadzący: Agata Paszkowska-Pogorzelska

Redaktor techniczny: Beata Jankowska

Korekta: Sylwia Kompanowska

Copyright © for the Polish edition by Bellona SA, Warszawa 2015

Zapraszamy na strony

www.bellona.pl, www.ksiegarnia.bellona.pl

Dołącz do nas na Facebooku

www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona

Nasz adres: Bellona SA

ul. Bema 87, 01-233 Warszawa

Dział Wysyłki: tel. 22 457 03 02, 22 457 03 06, 22 457 03 78

faks 22 652 27 01

e-mail: biuro@bellona.pl

www.bellona.pl

ISBN 978-83-11-15945-7

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1

Co za poświata! – westchnęła Ania, idąc przez zalany białym światłem księżyca ogród Diany Wright. Kwitnące drzewa wiśniowe sypały delikatnymi płatkami, wirującymi w pachnącym słono powietrzu.

Przed drzwiami zatrzymała się i jeszcze raz popatrzyła na pobliskie wzgórza i niewyraźną plamę ciemnego lasu. Stare, poczciwe Avonlea! Pokochała je od początku, od kiedy dawno temu tu przybyła, i choć wiele lat temu przeprowadziła się do Glen St. Mary, jej miłość do tej okolicy pozostała niezmienna. Żadne inne miejsce na świecie nie miało tego, co znajdowała tylko tutaj: wspomnienia z przeszłości, z tamtego czasu, który dziś wydawał się cudownie beztroski i szczęśliwy. To dla nich zawsze przyjeżdżała tu chętnie, choć teraz akurat powód jej wizyty był smutny: razem z Gilbertem przyjechali na pogrzeb jego ojca. Postanowiła, że zostanie w Avonlea jeszcze przez parę dni, tym bardziej że Maryla i pani Linde nie chciały słyszeć o tym, by zaraz po ceremonii wracała z mężem do domu.

Specjalnie przygotowały na jej przyjazd stary pokoik na poddaszu, a pani Małgorzata nie zapomniała nawet o kwiatach i na stole czekał na Anię okazały bukiet. Ze wzruszeniem zbliżyła do niego twarz i wciągnęła do płuc znajomy zapach wszystkich wiosen, które tu spędziła. Rozejrzała się dookoła i przypomniała sobie, jak dobrze i bezpiecznie czuła się zawsze w tym malutkim pokoiku. Staroświeckie łóżko jak dawniej przykrywała narzuta, pracowicie ozdobiona przez panią Linde liściastym haftem i obszyta ręcznie wydzierganą koronką. Na drewnianej podłodze leżały utkane przez Marylę chodniczki, a ścianę zdobiło stare lustro, w którym mała Ania widziała swoją zapłakaną buzię tamtego wieczora, gdy Mateusz przywiózł ją na Zielone Wzgórze. Gdy patrzyła teraz w jego poszarzałą ze starości taflę, zdawało się jej, że to tamta smutna, opuszczona dziewczynka się w niej odbija, a nie Ania Blythe ze Złotego Brzegu, matka piątki dzieci i szóstego w drodze, dla którego Zuzanna Baker szyje właśnie malutkie śpioszki.

Taką pogrążoną we wspomnieniach zastała ją pani Linde, która przyniosła jej do pokoju czyste ręczniki.

− Tak się cieszymy, że znowu tu z nami jesteś, Aniu – rozczuliła się na jej widok. – Kto by pomyślał, że to już dziewięć lat, jak stąd wyjechałaś, a my obie z Marylą ciągle za tobą tęsknimy. Co prawda, od kiedy Tadzio ożenił się z Emilką, trochę nam tu się raźniej zrobiło. To dobra dziewczyna i niezła kucharka; ciasta świetne na przykład piecze. Tylko trochę za bardzo wścibia swój nos w różne sprawy, które jej nie dotyczą. Wiadomo jednak, że tobie żadna inna dziewczynka na pewno nie dorówna.

− Już nie dziewczynka, pani Małgorzato! – roześmiała się Ania niewesoło. – Metryki nie da się oszukać, a i lustro to i owo zdradza.

− Buzię masz bladą, ale przecież zawsze taką miałaś – orzekła pani Linde pocieszająco. – Ale skóra ciągle jest gładka, jak się patrzy.

Ani wrócił dobry humor.

− Najważniejsze, że mi druga broda nie rośnie – stwierdziła. – I że mój stary pokoik pozostał taki, jakim go zapamiętałam. Smutno by mi było, gdybym kiedyś tu przyjechała i go nie poznała. No i ten widok z okna! Księżyc wschodzący nad Lasem Duchów nie ma sobie równych!

Pani Małgorzata skorzystała z tego, że Maryli nie ma w pobliżu.

− Tobie też on przypomina taki wielki, złoty kamień, który ktoś cisnął na niebo? – pozwoliła sobie na śmiałą metaforę, sama czując, że jest nieprzystojnie egzaltowana w tym momencie.

− A te świerki…? Nie ma pani wrażenia, że one maszerują w stronę księżyca niby komitet powitalny? A brzozy machają mu gałęziami, jakby go pozdrawiały? Pamiętam, że to były małe drzewka, krzaczorki takie, gdy tu przyjechałam. A teraz… sięgają nieba. Samo patrzenie na nie uświadamia mi, że i ja jestem dużo starsza – poskarżyła się Ania.

− Bo drzewa, tak jak dzieci, rosną, nie wiadomo kiedy – orzekła pani Linde. – Patrzysz na nie każdego dnia, nic nie zauważasz, aż nagle dociera do ciebie, że… dorosły. Popatrz na tego małego Wrightów, Freda. Niby dzieciak, trzynaście lat zaledwie, a wielki jak ojciec. Ot, co! A na kolację mamy dziś zapiekankę z kurczakiem. I ciasteczka cytrynowe na deser, specjalnie dla ciebie upiekłam. – Poklepała narzutę na łóżku. – Będzie ci się tu dobrze spało. Pościel masz wywietrzoną, że hej: najpierw ja ją wywiesiłam w ogrodzie, potem Maryla zrobiła to jeszcze raz, a w końcu Emilka myślała, że zapomniałyśmy, więc siup ją na płot! Wiesz co? Liczę, że panna Mary Maria Blythe pojedzie sobie jutro w siną dal. W życiu nie widziałam, żeby ktoś z taką przyjemnością uczestniczył w pogrzebach.

 

− Och, nasza ciotunia! – otrząsnęła się Ania na samo wspomnienie. – Ciocia Mary Maria. Gilbert tak ją nazywa, choć właściwie nie jest jego ciotką, tylko daleką krewną jego ojca. Do mnie mówi: „moja Andziu” – aż się wzdrygnęła. – Jak przyjechała na nasz ślub i mnie zobaczyła, to stwierdziła: „Kto by pomyślał! Gilbert miał tyle ładnych koleżanek, a właśnie ciebie sobie wybrał!”. Trudno, żebym pałała do niej sympatią po takim wstępie, ale wiem, że Gilbert też za nią nie przepada.

− No, właśnie… Gilbert? Zostaniecie u nas razem?

− Nie, nie. On musi wracać już jutro; ma tam, w Glen, jakiegoś bardzo chorego pacjenta.

− Trudno się dziwić; w końcu nic go już teraz nie trzyma w Avonlea. W zeszłym roku odeszła jego matka, a teraz ojciec… Widać było, że Jan Blythe już się po jej śmierci nie podźwignął. Oni tak zawsze mieli, ci Blythe’owie… Mocno stali nogami na ziemi i bardzo byli do siebie nawzajem przywiązani. Porządna rodzina; szkoda, że nikt z nich już tu, w Avonlea, nie został. Za to bez liku mamy teraz Sloane’ów, a oni, jacy są, każdy wie. I tacy będą po wieczne czasy. Amen! – podsumowała gorzko.

− Sloane’owie, choćby nie wiem ilu ich było, nie przeszkodzą mi wybrać się do starego sadu. Zamierzam tam sobie pospacerować przy świetle księżyca. Noc jest tak piękna! Aż żal iść spać. Zawsze uważałam, że przesypianie pełni księżyca to okrutne marnotrawstwo! Nie, nie, położę się, oczywiście – uspokoiła panią Małgorzatę. – Tym bardziej, że mam zamiar pooglądać sobie, jak słońce będzie się wyłaniało zza Lasu Duchów. Uwielbiam to! Najpierw niebo zrobi się takie różowawe… potem rozgwiżdżą się drozdy, jeden po drugim… Niewykluczone, że jakiś niewyspany wróbelek przysiądzie sobie na parapecie… No i nasze bratki oświetlone słońcem, jakby je ktoś oblał złotem i purpurą…

Pani Małgorzata dźwignęła się ciężko z łóżka i powoli ruszyła w stronę drzwi.

− Zimą zające poucztowały sobie wśród naszych lilii – sapnęła, byle tylko zamknąć „temat księżycowy”. – Tych czerwcowych. Wszystkie sadzonki pożarły, dranie!

W głębi duszy tę fascynację Ani księżycem uważała za najczystszej wody dziwactwo. I o ile kiedyś jeszcze liczyła, że ona z tego wyrośnie, teraz porzuciła już wszelką nadzieję.

*

Ania uśmiechnęła się do Diany, która wyszła jej na spotkanie do ogrodu. Z radością skonstatowała, że przyjaciółka dobrze wygląda: włosy miała ciemne, zdrowe rumieńce na twarzy, a oczy ciągle błyszczały jej dawną, młodzieńczą wesołością. Tylko jakby się jej więcej zrobiło, choć przecież nigdy nie należała do chudzielców.

− Ja tylko na chwilkę, Diano – uspokoiła ją z daleka.

− No, coś ty! – obruszyła się Diana. – Przecież wiesz, że sto razy bardziej wolałabym sobie posiedzieć z tobą, niż udzielać się towarzysko akurat dzisiaj. Tym bardziej że za trzy dni już wyjeżdżasz, a ja się wcale z tobą nie nagadałam. No, ale sama rozumiesz… Musimy tam iść, bo brat Freda jest na tym punkcie trochę przeczulony.

− Nawet się nie tłumacz; oczywiście, że wiem. Zajrzałam do ciebie tylko na chwilę, bo wybrałam się spacer. Naszym starym szlakiem, przez Las Duchów, obok źródełka… zajrzałam do waszego starego sadu i popatrzyłam sobie na te wierzby moczące nogi w wodzie. Jakież one są wielkie!

− Tak, rzeczywiście urosły. Jak wszystko dookoła. A popatrz choćby na naszego Freda, jaki wielkolud! Wszystko wokół się zmienia, tylko ty pozostałaś taka sama jak zawsze: młoda, śliczna i… szczupła. Zdradź mi, jak ty to robisz? No jak?! Popatrz tylko na mnie!

− Faktycznie, troszkę się ostatnio zaokrągliłaś – przyznała Ania, śmiejąc się życzliwie. – Jednak wciąż ci daleko do postury statecznej pani domu w średnim wieku. A co do mnie… Chyba masz rację; nawet pani Donnell zauważyła na pogrzebie, że wcale się nie zmieniłam. Za to pani Andrews nie omieszkała podkreślić, że bardzo się postarzałam. Tak że, droga Diano, wszystko zależy od tego, kto patrzy i czy chce ci powiedzieć komplement, czy wręcz przeciwnie. Ja sama czuję upływ czasu wtedy, gdy oglądam zdjęcia w kolorowych magazynach. Nie wiem dlaczego, ale ludzie na nich wyglądają jakoś tak… wyjątkowo młodo, nie uważasz? No, ale przecież nie będziemy się tym zamartwiać, prawda? Mam taki pomysł: znajdź dla mnie jutro trochę czasu i pójdźmy sobie gdzieś tylko we dwie. Co ty na to? Takie nasze dziewczyńskie popołudnie i może wieczór? Pójdziemy sobie na spacer naszymi starymi szlakami, pochodzimy po łąkach, zajrzymy do lasu. Poszukamy tego czasu, gdy byłyśmy młode i piękne. Jest wiosna, a ona upoważnia do odrobiny szaleństwa. Na jeden dzień zapomnimy, że jesteśmy poważnymi żonami i mamami i znowu na chwilę poczujemy się jak dziewczynki. Pani Linde na przykład mówi, że ja tam w środku ciągle jestem taką niedorosłą dziewczynką. No i dobrze. Dorosłość jest mało zabawna.

− Ty się naprawdę nie zmieniłaś! – roześmiała się Diana. – To, co mówisz, brzmi kusząco, ale ja…

− Przestań! Nie uznaję żadnego „ale”. Nic się stanie, jak twoi panowie raz sami sobie zrobią kolację.

− Nie, to nie o kolację chodzi – broniła się Diana. – Ania Kordelia poradziłaby sobie w kuchni; jest bystra i zręczna, choć ma zaledwie jedenaście lat… − wspomnienie o córce sprawiło, że w jej głosie zadźwięczała duma. – Miałam iść jutro na zebranie Koła Gospodyń, ale co tam… − zdecydowała się nagle. – W końcu taka okazja, jak spędzenie popołudnia z tobą, nie zdarza się codziennie. Dobrze! Wolę zostać z tobą. Prawdę mówiąc, często wieczorami próbowałam sobie wyobrazić, jak by to było, gdyby czas stanął w miejscu, a potem zawrócił i my dwie znowu byłybyśmy małymi dziewczynkami. Popatrz, marzenia się czasami spełniają! Wezmę ze sobą jakiś koszyk z czymś do połasowania, na wypadek gdybyśmy zgłodniały…

− Weź! – zgodziła się Ania. – Zrobimy sobie piknik w ogrodzie Heleny Gray. Chyba nie zniknął, co?

− Mam nadzieję, że nie, ale prawdę mówiąc, nie zaglądałam tam, od kiedy wyszłam za Alfreda. Jestem ciągle blisko domu, w przeciwieństwie do mojej córki, którą ciągle nosi gdzieś po świecie. Nic sobie nie robi z moich próśb, żeby tak nie znikała, nie wiadomo gdzie, ale ona mówi, że kocha spacerować po lesie. A któregoś dnia przyuważyłam ją, jak chodzi po ogrodzie i coś tam mówi sama do siebie. Trochę ją z tego powodu obsztorcowałam, a ona mi na to z rozbrajającą szczerością, że tak sobie gawędzi z kwiatami. Wyobrażasz sobie? A z tym serwisem dla lalek… tym w różyczki, który jej podarowałaś na urodziny, obchodzi się jak z najdelikatniejszą porcelaną; wszystkie filiżanki i spodeczki ma w komplecie. Bardzo go oszczędza i bawi się nim tylko wtedy, gdy zaprasza na podwieczorek Trzy Ludki Zielone. Chciałam wybadać, co to za jedni, ale gdzie tam! Mowy nie ma! Skąd ja znam takie zachowania? Czasami myślę, że moja córka bardzo mi ciebie przypomina.

− Niektórzy uważają, że to nasze imiona określają, jacy jesteśmy. Może coś w tym jest? Pozwól Ani Kordelii marzyć, Diano. Biedne są te dzieci, które rosną z dala od świata fantazji.

− Czy ja wiem…? – Diana powątpiewająco kręciła głową. – Nauczycielką Ani jest Oliwia Sloane; wróciła tu po studiach, żeby zaopiekować się swoją mamą, i zaczęła pracować w naszej szkole. No i ona twierdzi, że wychowując dziecko, należy je przede wszystkim przygotować do życia, do tego, z czym się będzie spotykało na co dzień. Żeby sobie radziło z rzeczywistością…

− Czy ja dobrze słyszę?! Poglądy Sloane’ów stały się twoim drogowskazem?

− Nie, skądże! – zaprzeczyła Diana pospiesznie. – Wcale jej nie cenię ani nawet nie lubię. Zwłaszcza gdy taksuje mnie tymi swoimi wybałuszonymi oczami Sloane’ów. A już na pewno nie przeszkadza mi to, że moja Ania lubi marzyć, tym bardziej że robi to równie ładnie jak ty kiedyś. W gruncie rzeczy wiem, że życie samo wcześniej czy później przywoła ją do „rzeczywistości”.

− No, dobrze. Czyli jesteśmy umówione. Czekam na ciebie jutro na Zielonym Wzgórzu, tak około drugiej. Najpierw uraczymy się odrobiną wina porzeczkowego. Co ty na to? Wiem, że Maryla nadal je czasami robi, choć pastor i pani Linde mają jej to za złe. Ja jednak myślę, że oni nie mają racji, więc z radością pozwolimy, by ów boski napitek cokolwiek nas jutro rozluźnił…

Wracając do domu, Ania przystanęła na chwilę przy Źródle Nimf. Jej ukochane miejsce… Przez chwilę miała wrażenie, że słyszy swój własny, beztroski śmiech małej, szczęśliwej dziewczynki, słowa uroczystych przyrzeczeń, które sobie tu, nad tą szemrzącą cicho wodą, składały z Dianą…


Rozdział 2

Następny dzień wstał jasny i pogodny.

− Widzisz, jak jest pięknie? – cieszyła się Diana, gdy dotarła na Zielone Wzgórze. – Pogoda jak na zamówienie! Aż za ładna, więc jutro zapewne będzie lało.

− Niech sobie leje! – przyzwoliła Ania łaskawie. – Jutro nas nie interesuje; najważniejsze, że dziś świeci słońce. Popatrz tam, na te wzgórza! I te doliny, takie zamglone, niewyraźne… To wszystko jest nasze, Diano! Nieważne, że w księgach wieczystych zapisano je jako własność Abnera Sloane’a. Dziś, przez ten jeden, wyjątkowy dzień, cała okolica należy do ciebie i do mnie. Tylko do nas! W dodatku wieje lekko od zachodu, a to był dla mnie zawsze nieomylny znak, że zdarzy się coś miłego. To będzie wyjątkowe popołudnie, Diano!

Okazało się, że miała rację. Spędziły razem piękny dzień, zaglądając do wszystkich swoich ulubionych zakątków. Przespacerowały się Aleją Zakochanych, odwiedziły Las Duchów i Dolinę Fiołków, a potem Ścieżką Brzóz poszły nad Jezioro Lśniących Wód. Z zadumą stwierdziły, że kraina ich dzieciństwa podlegała takim samym zmianom, jak wszystko dookoła. Młodziutkie brzózki wyrosły na duże drzewa, a ścieżka pod nimi, rzadko teraz uczęszczana, niknęła w gąszczu wysokich paproci. Jeziorko też wyschło i zmieniło się w błotniste bajorko. Tylko ich dolina jak dawniej pokryta była dywanem utkanym z fiołków; ocalała też jabłonka, odkryta kiedyś przez Gilberta, obsypana teraz drobnymi, ciemnoróżowymi pączkami.

Szły bez pośpiechu, pozwalając, by wiatr bawił się ich włosami: kasztanowe loki Ani połyskiwały w słońcu jak wypolerowany mahoń, a ciemny kok Diany wciąż był granatowoczarny jak skrzydło kruka. Nie mówiły za dużo; cieszyła je świadomość, że nadal rozumieją się bez słów i wystarczało porozumiewawcze spojrzenie, by jedna odgadywała myśli drugiej. Od czasu do czasu tylko przypominały sobie różne zdarzenia z przeszłości: „A pamiętasz, jak wleciałaś do kurnika przez ten dziurawy dach?”. „A jak omal nie zabiłyśmy ciotki Józefiny, spadając jej na głowę w pokoju gościnnym?”. „A nasz Klub Powieściowy pamiętasz?”. „Albo jak pani Morgan przyjechała w odwiedziny, a ty ugościłaś ją z nosem umazanym czerwoną farbą?”. „A świeczki? Nasze sygnały świeczkowe przez okno pamiętasz?”. „Słuchaj! A wesele panny Lawendy? Pamiętasz, jaki to był ślub?! I jak Karolina, z tym powiewającymi wstążkami…?”. Obie miały wrażenie, że przeniosły się w tamten czas, że słyszą swoje okrzyki, śmiechy i przekomarzania.

Kiedy wreszcie dotarły do ogrodu Heleny Gray, stwierdziły, że tam akurat wszystko wyglądało niemal tak samo jak przed laty. Tylko kwiatów było jeszcze więcej, zwłaszcza narcyzów. Stare wiśnie pochyliły się do ziemi, ale kwitły równie oszałamiająco jak kiedyś. Z trudem odszukały zarośniętą alejkę, obsadzoną krzewami róż, pod którymi niebieściły się fiołki i bieliły kwiaty zdziczałych truskawek.

Przyjaciółki znalazły sobie zaciszne miejsce i rozłożyły koc, a potem rozpakowały swoje kosze piknikowe. Spacer sprawił, że zgłodniały, więc wciągając w nozdrza świeży, mokry zapach bzu, zabrały się z apetytem do jedzenia.

− Zauważyłaś, że na powietrzu wszystko smakuje inaczej, jakoś tak… lepiej? – Diana przeciągnęła się leniwie. − A to twoje ciasto kakaowe… Pychota! Dasz mi przepis? Upiekę Fredowi; on ma to szczęście, że może się objadać łakociami i nic! Ani pół kilo mu nie przybywa. A ja tyję od samego patrzenia na słodycze. I ciągle sobie obiecuję, że już nigdy, ani kęsa… bo co roku przybywa mi kilogramów i centymetrów. Mamy rodzinną skłonność do tycia. Jak sobie pomyślę, że mogłabym wyglądać tak jak nasza ciotka Sara… Boże! Na starość była już taka gruba, że nie mogła się sama ruszać. Trzeba było jej we wszystkim pomagać. Tylko że ja nie mam silnej woli i jak widzę takie pyszności – wskazała na okruchy po cieście – albo takie, jak wczoraj na kolacji, to wszystkie moje postanowienia biorą w łeb. Poza tym to byłoby bardzo niegrzeczne, gdybym tak ostentacyjnie odmówiła spróbowania tego i owego, prawda?

 

− A jak tam było? Miło?

− Miło, tyle że osaczyła mnie kuzynka Freda, Henrietta. Potrafi mówić tylko o swoim zdrowiu, a raczej o chorobach i o wszystkich operacjach, które przeszła. Z najdrobniejszymi detalami! Opowiadała mi na przykład o swoim wyrostku robaczkowym, o zapaleniu, które go zaatakowało, i o niebywałym szczęściu, dzięki któremu udało się jej pozbyć go, zanim biedak pękł i zatruł cały jej zbolały brzuch. I wiesz co? Przywoływała te wszystkie szczegóły z najprawdziwszą przyjemnością. Słowo daję: była wyraźnie uradowana, zapewne tym, że ma to już za sobą. A ja… No, cóż nie podzielałam jej radości, więc męczyłam się, słuchając jej, okropnie! Wiesz co, zjem jeszcze ten ostatni kawałek ciasta, co? Ten malutki. Jeden kawałeczek więcej nie robi przecież różnicy, prawda? Za to Jim, to znaczy pan młody, był naprawdę śmieszny. Niespecjalnie podobało się to jego narzeczonej, Marii Alicji, ale on tak zabawnie opowiadał o tym, jak w przeddzień ślubu był chory z przerażenia i bliski decyzji o ucieczce. Myślisz, że Gilbert… albo mój Fred… że oni też tak się bali ożenku?

− Ależ skąd!

− Zapytałam o to kiedyś Freda i on rzeczywiście powiedział, że nic podobnego. Jedyne, czego się obawiał, to tego, że ja ucieknę mu sprzed ołtarza. Że zrobię to co Róża Spencer. Tylko czy ja wiem? Moje doświadczenie mi mówi, żeby nie wierzyć w to, co mówią mężczyźni. Ale nie będziemy się tym teraz przejmować, prawda? Aniu, dziś było po prostu wspaniale. Znowu poczułam się młoda, piękna i wolna jak wiatr. Zostań jeszcze na trochę w Avonlea, Aniu!

− A może to ty byś do nas przyjechała latem? Bo potem… sama wiesz… Na jakiś czas będę musiała zapomnieć o gościach.

− Przecież wiesz, że chętnie bym przyjechała, ale u nas latem jest mnóstwo pracy.

− No, wiem, wiem… Cieszę się jednak, że chociaż Rebeka Dew odwiedzi nas w Złotym Brzegu. I trochę mniej, bo ma do nas zjechać także ciotka Mary Maria. Wiem, że to krewna Gilberta, ale on cieszy się na jej przyjazd mniej więcej tak samo jak ja, czyli średnio – westchnęła Ania. – Co robić… Nie ma rady!

− Wiesz, ja spróbuję odwiedzić was zimą – obiecała Diana. – Chętnie zobaczę znowu ten wasz śliczny domek w Złotym Brzegu. Bardzo tam jest ładnie.

− Jest ładnie, rzeczywiście – przyznała Ania. – Na początku myślałam, że nie przyzwyczaję się… że nigdy nie polubię tego miejsca. Nie podobało mi się tam ani trochę; czułam się obco i źle, a ten dom działał mi na nerwy; głównie tym, że był taki ładny. A mnie drażniły jego zalety i udogodnienia, bo tęskniłam strasznie za naszym Wymarzonym Domkiem. Jak stamtąd wyjeżdżaliśmy, powiedziałam do Gilberta z urazą: „Zobaczysz, nigdzie indziej na świecie nie będzie nam tak dobrze jak tutaj!”. No i przez jakiś czas bardzo troskliwie pielęgnowałam tę swoją tęsknotę za starym miejscem. Aż pewnego dnia nagle do mnie dotarło, że zaczynam lubić Złoty Brzeg, że to jest – czy tego chcę, czy nie – nasze nowe miejsce na świecie. Oczywiście, wcale mi się to przywiązanie na początku nie podobało. Próbowałam je zwalczać na różne sposoby, aż wreszcie dałam za wygraną. Pozwoliłam na tę miłość i wybaczyłam sobie nielojalność wobec Czterech Wiatrów. A teraz mam wrażenie, że w miarę upływu lat kocham nasz dom coraz bardziej. Lubię tam być, bo on jest taki… w sam raz. Ani za stary, ani zbyt nowy. Zawsze mi się wydawało, że stare domy są przygnębiające, a te bardzo nowe nie mają duszy. A nasz jest przytulny, ciepły, wesoły i ma to coś, co sprawia, że jest jedyny na świecie i kompletnie różny od innych. Lubię nasze drzewa rosnące wokół domu. Patrzę na nie zawsze, gdy wejdę na piętro. Podchodzę wtedy do dużego okna w korytarzu, przyglądam się drzewom i myślę z wdzięcznością o człowieku, który je tam posadził. Jest ich trochę za dużo; wiem, powinniśmy niektóre wyciąć, ale żadne z nas nie potrafi wskazać: „To. I tamto”.

− Fred też tak ma – pokiwała głową Diana. – Kocha tę starą, rosochatą wierzbę, która rośnie pod oknem salonu. Jest już taka wielka, że nic przez nią nie widać. „Wytnijmy ją” – mówię mu, a on patrzy na mnie z niedowierzaniem: „Mogłabyś to zrobić?! Ściąć takie piękne, stare drzewo, bo ci widok na łąkę zasłania?!”. No i tak sobie nasza wierzba rośnie spokojnie, a nawet od niej wzięła się nazwa naszego majątku: Farma Samotnej Wierzby. Wasza posiadłość też się pięknie nazywa: Złoty Brzeg. Taka jest ciepła, słoneczna.

− Gilbertowi też się tak kojarzy. Bardzo długo szukaliśmy dla niej imienia i nic się nam nie podobało. Aż tu nagle ktoś powiedział: „Złoty Brzeg” i od razu poczuliśmy, że to jest to! Doceniam to, że dom jest duży, wygodny; to ważne przy takiej gromadce dzieciaków, choć to jeszcze maluchy.

− Za to jakie cudne! – rozczuliła się Diana, podjadając dyskretnie jeszcze jeden plaster ciasta. – A najbardziej zazdroszczę ci twoich bliźniaczek. Zawsze marzyłam o takiej ładnej parce.

− Wiadomo było, że kto jak kto, ale ja na pewno nie uniknę bliźniaków. Były mi pisane, od kiedy pojawiłam się na świecie. Szkoda tylko, że takie są różne. Nan jest ciemna, ma brązowe włosy, piwne oczy i śniadą cerę. A Di, nasza „córeczka tatusia”, jest taka płowa: ma rude, wijące się lekko loki i piękne, zielone oczy. No a Shirley, nasz najmłodszy skarb, jest ulubieńcem Zuzanny. Są do siebie bardzo przywiązani, bo ja po jego urodzeniu zachorowałam dość poważnie i to Zuzanna zajmowała się nim przez pierwsze miesiące jego życia. Nie muszę ci chyba mówić, że rozpieszcza go niemożliwie i traktuje jak swojego własnego synka. Nawet mówi do niego: „mój ty brązowy klejnociku!”.

− Ba! – Diana zrezygnowana pokręciła głową. – Ciesz się, póki jest jeszcze mały i wciąż jeszcze możesz wziąć go na kolana i przytulić. Mnie Jack już na to nie pozwala. Twierdzi, że ma dziewięć lat, jest dorosły i nie potrzebuje takich pieszczot. Boże, dlaczego te dzieci tak szybko dorastają?

− Ja na razie jeszcze tego nie odczuwam – uśmiechnęła się Ania. – Choć chyba masz rację. Od kiedy Jim zaczął chodzić do szkoły, nie chce, żebym trzymała go za rękę, gdy jesteśmy wśród ludzi. Na szczęście Walter i Shirley wciąż pozwalają, żebym ich otulała przed snem i całowała na dobranoc. Szczególnie Walter lubi takie rytuały.

– W dodatku na razie nie spędzają ci snu z powiek ich pomysły, co będą robić w przyszłości. Wyobraź sobie, że nasz Jack chciałby wstąpić do armii. Rozumiesz: nasz chłopczyk zamierza być żołnierzem!

– Nie przejmuj się; zdąży jeszcze sto razy zmienić swoje plany. Na szczęście żadna wojna nam na razie nie grozi. Nasz Jim z kolei postanowił zostać żeglarzem, i pływać po morzach tak jak kiedyś kapitan Jim. A Walter… On chyba będzie poetą. Jest taki inny, różni się bardzo od pozostałych dzieci. Za to jak wszystkie one kocha przyrodę. Ich ulubione miejsce zabaw nazywają swoją „Doliną”. To taka niezbyt głęboka kotlina, bardzo malownicza, bo cała zarośnięta drzewami i krzakami. Prowadzi przez nią wąska dróżka i przepływa strumień. Dla ludzi to taki sobie skrawek zieleni, ale oni traktują to miejsce jak swój raj, taki ich własny świat baśni. To fajne dzieciaki, miłe, dobre i wesołe, choć jak wszystkie dzieci nie stronią od wybryków. Dla mnie najważniejsze jest to, że się kochają i wiedzą, że są bardzo kochane. Nie masz pojęcia, jak się za nimi stęskniłam! I jak to dobrze, że jutro o tej porze będę już w Złotym Brzegu! Poopowiadam im bajki do snu, a potem obejdę dom i ogród, a w kuchni wygłoszę pean na temat urody wszystkich paprotek. Nikt nie ma takiej ręki do kwiatów jak nasza Zuzanna! A żebyś zobaczyła jej klomby obsiane pantofelnikami! Jeśli o mnie chodzi, patrzę na nie zawsze z lekkim niepokojem, bo myślę, że one nie wyglądają jak kwiatki, tylko jak takie małe stworzonka. Oczywiście, nie mówię tego głośno, żeby nie urazić Zuzanny, bo ona na punkcie tych swoich pantofelkowatych stworków jest cokolwiek przeczulona, ale niech tam… Jest takim dobrym, kochanym człowiekiem! Nawet nie umiem sobie wyobrazić, jak bym sobie dała radę bez jej pomocy. I pomyśleć, że kiedyś uważałam ją za kogoś obcego! Tak że cieszę się ogromnie z powrotu do domu, choć jednocześnie ciężko mi stąd wyjeżdżać. Zielone Wzgórze jest takie piękne i takie swojskie zarazem. Mam tu was wszystkich: Marylę, dzieciaki… I ciebie, Diano. Nawet nie wiesz, ile dla mnie znaczy nasza przyjaźń.

– Wiem, Aniu. Nie umiałam nigdy mówić tak ładnie jak ty, ale… Chciałabym, żebyś wiedziała, jak bardzo się cieszę, że udało nam się dotrzymać tego, co sobie kiedyś, dawno temu, obiecałyśmy.

– Wiem, kochanie – Ania uścisnęła dłoń przyjaciółki. – I jestem pewna, że nadal tak będzie.

Siedziały jeszcze przez jakiś czas, nic nie mówiąc, jakby bały się słowami zakłócić otaczający je niezwykły spokój lasu i tego zdziczałego ogrodu. Powoli zapadał zmierzch, wydłużając cienie drzew, układające się wśród traw, krzewów i kwiatów. W miarę jak słońce skrywało się za wzgórzami, niebo ciemniało i w opuszczonym ogrodzie Heleny Gray gęstniał mrok. Cichło pogwizdywanie sennych drozdów, moszczących się do snu wśród obsypanych białymi kwiatami gałęzi dzikich wiśni.

Ania i Diana zdecydowały, że pora wracać do domu. To popołudnie utwierdziło je w przekonaniu, że nadal są najlepszymi przyjaciółkami.