Ania z Zielonego WzgórzaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ania z Zielonego Wzgórza
Ania z Zielonego Wzgórza
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42,90  34,32 
Ania z Zielonego Wzgórza
Audio
Ania z Zielonego Wzgórza
Audiobook
Czyta Paulina Holtz
19,90  14,73 
Szczegóły
Audio
Ania z Zielonego Wzgórza
Audiobook
Czyta Krystyna Kozanecka-Kołakowska
24,90  17,43 
Szczegóły
Audio
Ania z Zielonego Wzgórza
Audiobook
Czyta Magdalena Różdżka
29,90  21,83 
Szczegóły
Ania z Zielonego Wzgórza
Tekst
Ania z Zielonego Wzgórza
E-book
9,90 
Szczegóły
Tekst
Ania z Zielonego Wzgórza
E-book
17,90  12,89 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

9. Małgorzata Linde jest oburzona

Mimo że Ania już od dwóch tygodni mieszkała na Zielonym Wzgórzu, pani Linde nie zajrzała tam jeszcze ani razu, by ją poznać. Przyczyną była ciężka grypa, która zatrzymała ją na dłużej w domu. Pani Małgorzata chorowała naprawdę sporadycznie i z niechęcią odnosiła się do ludzi ulegających słabościom ciała. Grypę traktowała odmiennie; była ona dla niej nie przypadłością zdrowotną, tylko karą boską. Jednak gdy tylko za zgodą lekarza mogła już wyjść z domu, niezwłocznie podążyła na Zielone Wzgórze. Zżerała ją ciekawość co do tej sieroty, którą Cuthbertowie przyjęli pod swój dach, bo różne słuchy na ten temat krążyły po Avonlea.

Ania tymczasem wykorzystała ten czas, by zapoznać się osobiście z każdą rośliną, rosnącą koło domu. Odkrywszy małą ścieżkę, która z sadu jabłoniowego prowadziła prosto do lasu i jeszcze dalej, zbadała ją aż do miejsca, gdzie się kończyła. Wiedziała już, że wąska dróżka biegnie wzdłuż strumienia, potem mostem pod sosnami, przemyka pod kopułą utworzoną przez gałęzie blisko siebie rosnących dzikich wiśni i między wysokimi paprociami dociera aż do zagajnika olchowo-klonowego.

W czasie tych wypraw Ania znalazła też małe, ale wcale głębokie źródełko, którego krystalicznie czysta, lodowata woda wytryskiwała spomiędzy czerwonawych kamieni, ukrytych wśród wysokich jak drzewa paproci. Trochę dalej przez ten strumień przerzucono mostek zbudowany z młodych pniaków. Ania przebiegała go kilkoma susami, zmierzając na porośnięte iglakami wzgórze, porośnięte dzikimi konwaliami.

Ta eksploracja okolicy miała miejsce w czasie wolnym od obowiązków i każdego dnia kończyła się szczegółowymi relacjami na temat wszystkiego, co mała poszukiwaczka znalazła bądź zobaczyła. Mateuszowi one nie tylko nie przeszkadzały, lecz także wysłuchiwał ich z przyjemnością i uśmiechem na ustach. Maryla też słuchała, ale gdy tylko zauważała, że słucha z zainteresowaniem, zwykle kładła kres „bajaniom”, każąc Ani zamilknąć wreszcie.

*

Pani Małgorzata wkroczyła na podwórze, gdy Ania bawiła się w sadzie. Dostojna matrona szła krokiem niespiesznym, popatrując na kołyszące się wokół trawy, rudawe gdzieniegdzie w promieniach zachodzącego słońca.

Najpierw opowiedziała gospodarzom o swojej chorobie, nie szczędząc im szczegółów i dokładnie opisując wszystkie towarzyszące jej dolegliwości, o skokach temperatury nie zapominając. Słuchając jej, Maryla zdała sobie sprawę, że dla niektórych ludzi nawet grypa może być źródłem satysfakcji.

Zakończywszy relacjonowanie przebiegu swojej niedyspozycji, Małgorzata uznała, że pora przejść do sedna sprawy, czyli celu jej wizyty.

– Zaskakujące rzeczy słyszałam o was, Marylo.

– Zapewniam cię, że ja byłam nie mniej zaskoczona niż ty – pocieszyła ją Maryla. – Ale teraz już się oswoiłam z tym zaskoczeniem.

– Musiała to być rzeczywiście nieprzyjemna niespodzianka – stwierdziła współczującym tonem Małgorzata. – Nie można było tej małej odesłać?

– W rzeczy samej można było, ale zdecydowaliśmy, że ją zatrzymamy. Mateusz bardzo ją polubił; mnie również ujęła, choć oczywiście widzę w niej różne niedobre cechy. Ale wiesz… mam wrażenie, że ona tchnęła nowe życie w nasz dom. To takie miłe i wesołe dziecko.

Maryla czuła, że powiedziała więcej, niż chciała; poznała to po twarzy pani Linde, na której malowała się dezaprobata.

– No cóż… Wzięłaś na swoje barki ogromną odpowiedzialność – stwierdziła sąsiadka grobowym głosem. – Tym większą, że nie masz zielonego pojęcia o wychowywaniu dzieci. Co więcej, nie znasz jej w ogóle, a kto wie, co może wyrosnąć z takiego kompletnie obcego dziecka? Oczywiście, nie chcę cię zniechęcać, Marylo…

– Nawet by ci się to nie udało – ostudziła jej zapędy Maryla. – Gdy już coś postanowię, nie zmieniam decyzji. A może chciałabyś poznać Anię? Zaraz ją zawołam.

Chwilę później do kuchni wpadła rozpromieniona jakimś nowym znaleziskiem Ania, ale zorientowawszy się, że w domu jest gość, przystanęła niepewnie w drzwiach. Kusa i przyciasna sukienka, ta należąca do „wiana” z domu dziecka, sprawiała, że jej chude nogi wydawały się nieproporcjonalnie długie i patykowate. Piegi na jej twarzy pokraśniały i zwielokrotniły swoją liczbę, a potargane przez wiatr włosy zdawały się płonąć na jej głowie żywym ogniem.

– Ha! – odezwała się spontanicznie pani Linde. – Z całą pewnością to nie uroda sprawiła, że się tu znalazłaś! – wydęła usta lekceważąco.

Małgorzata Linde należała do tych pożądanych w każdym towarzystwie osób, które z własnej szczerości uczyniły cnotę, a prawo do mówienia prawdy bez względu na okoliczności cenią sobie ponad wszystko.

– Ależ to chudzina, Marylo! Podejdź bliżej, mała, niech rzucę na ciebie okiem. Coś podobnego! W życiu nie widziałam takich piegów! A włosy jakie – w czystej postaci marchewka… No, zbliżże się, mała…

Ania, i owszem, wykonała polecenie, ale nie w sposób, jakiego zapewne oczekiwała pani Małgorzata. Śmignęła przez kuchnię i chwilę potem była już przy gościu. Cała dygotała, twarz jej płonęła z głębokiej urazy, a usta drżały od z trudem powstrzymywanego płaczu.

– Nie cierpię pani! – krzyknęła przytłumionym przez gniew głosem, tupnąwszy przy tym w posadzkę. – Nie cierpię! – nadal tupała nogą, jakby chciała podkreślić wagę wypowiadanych słów. – Kto pani dał prawo nazywania mnie brzydką i chudą? Kto pozwolił pani mówić o moich piegach i włosach?! Jest pani… gburowatą i niekulturalną osobą, w dodatku pozbawioną serca!

– Aniu! – krzyknęła Maryla, zawstydzona wybuchem dziewczynki.

Ania nadal stała na wprost pani Linde, z zadartą do góry głową, oczami ciskającymi gromy i dłońmi zaciśniętymi w pięści. Cała emanowała świętym oburzeniem.

– Jak pani może mówić o mnie takie nieprzyjemne rzeczy? A gdyby to o pani tak mówiono?! Ciekawe, jak pani by się poczuła, gdyby ktoś pani powiedział: „Jaka gruba i ociężała”? I jeszcze w dodatku bez krzty fantazji? Nic mnie nie obchodzi, że panią obraziłam. Tak, chcę panią obrazić! Nikt dotąd nie potraktował mnie tak okrutnie jak pani! Nawet pijany mąż pani Thomas był delikatniejszy! I nigdy tego pani nie daruję! Nigdy!!! – ostatnie słowo podkreśliła tupnięciem nogą. I jeszcze jednym.

– Co… Coś podobnego! – wykrzyknęła pani Małgorzata, dotknięta do żywego.

– Aniu, proszę iść do swojego pokoju i poczekać tam na mnie – zaordynowała Maryla, z trudem odzyskując kontrolę nad ruchami.

Ania wybuchnęła płaczem i trzaskając po drodze drzwiami, pomknęła schodami na piętro. Tam również drzwi mocno trzasnęły o futrynę.

– Widzę, że czeka cię wiele pracy przy wychowaniu tej panienki – stwierdziła kąśliwie pani Małgorzata.

Maryla miała właśnie krytycznie i surowo ocenić zachowanie Ani, gdy nagle powiedziała coś, co ją samą zaskoczyło i czego sama sobie nie mogła wytłumaczyć:

– Naprawdę musiałaś tak drwić z jej wyglądu?

Pani Linde zaniemówiła z oburzenia.

– Czyżbyś zamierzała usprawiedliwiać ten szalony wybuch, który przed chwilą miał tu miejsce?!

– Oczywiście, że nie – Maryla mówiła z namysłem, uważnie dobierając słowa. – Nie zamierzam jej bronić. Ania zachowała się bardzo nieodpowiednio i zostanie za to należycie ukarana. Trzeba jednak pamiętać, że dotąd nikt temu dziecku nie mówił, jak się trzeba zachowywać, co jest właściwe, a co nie. – I nadal dziwiąc się sama sobie, dodała: – Myślę, że niepotrzebnie tak ironicznie ją skrytykowałaś.

– Coś mi się zdaje, że od teraz w waszym domu trzeba się będzie bardzo liczyć ze słowami, by, broń Boże, nie zranić uczuć różnych sierot niewiadomego pochodzenia. Nie, nie, wcale się nie obraziłam! Za dużo jest we mnie współczucia dla was, żebym się miała pogniewać. Czeka cię wiele trudnych chwil z tą małą, Marylo. Pewnie nie posłuchasz mojej rady, mimo iż mam jakie takie pojęcie o wychowaniu dzieci – wszak urodziłam ich dziesięcioro, a pochowałam dwoje… ale ja na twoim miejscu tę „należytą karę” wymierzyłabym jej rózgą! Wygląda na to, że nic innego nie przemówi jej do rozumu, bo temperament ma pewnie równie płonący jak włosy! Pójdę już, Marylo. Liczę, że odwiedzisz mnie od czasu do czasu, bo nie sądzisz chyba, że ja szybko złożę wizytę w domu, w którym gość może być potraktowany równie nieuprzejmie. Zapewniam cię, że nigdy dotąd nie zostałam tak obrażona!

Co rzekłszy, pani Małgorzata dźwignęła swoje krągłe ciało z krzesła i udała się w drogę powrotną do swojego domu. Maryla natomiast, z miną surową i poważną, poszła do pokoiku na poddaszu.

Im bliżej jednak była drzwi, tym więcej miała wątpliwości, jak powinna się zachować. Była naprawdę zakłopotana. Pech polegał na tym, że Ania dała upust swojej złości właśnie wobec Małgorzaty Linde, i to Marylę martwiło znacznie bardziej niż fakt, że oto jej wychowanka ujawniła niepokojącą cechę swojego charakteru. I co ona miała z tym zrobić? Jaką zastosować karę? Małgorzata nie przekonała jej wcale do zastosowania potrafiącej ponoć zdziałać cuda rózgi, choć o skuteczności tejże w wychowaniu miało zaświadczać wcale liczne grono młodych potomków rodziny Linde. Wiedziała, że nie byłaby w stanie uderzyć dziecka. I że musi w jakiś inny sposób uświadomić dziewczynce ogromną niestosowność jej zachowania.

Ania leżała na łóżku, płacząc spazmatycznie. Nawet butów nie zdjęła i na pościeli widniały smugi błota.

– Aniu… – odezwała się Maryla głosem mniej surowym niż zamierzała. Odpowiedziała jej cisza.

– Aniu! – powtórzyła trochę głośniej. – Proszę, żebyś wstała z łóżka i posłuchała tego, co mam ci do powiedzenia.

Ania podniosła się i usiadła na krześle, wyprostowana sztywno i ze wzrokiem wbitym w podłogę. Oczy miała zapuchnięte, a buzię mokrą od łez.

– Jak mogłaś, Aniu? Nie wstyd ci?

 

– Ona nie powinna była mówić, że jestem ruda i brzydka – powiedziała.

– Może i tak, ale ty na pewno nie powinnaś się tak rozzłościć ani mówić tego, co powiedziałaś. Wstyd mi było; naprawdę, bardzo się za ciebie wstydziłam. Tak mi zależało, żebyś się pokazała pani Linde jako miła, dobrze ułożona dziewczynka, a tu taka niespodzianka! Nie rozumiem, dlaczego stwierdzenie, że jesteś chuda i masz rude włosy, tak cię uraziło. Przecież to prawda i sama to wielokrotnie stwierdziłaś.

– Owszem, ale inaczej to brzmi, kiedy ja sama o tym mówię, a inaczej, gdy ktoś obcy się z tego śmieje – upierała się Ania głosem wciąż nabrzmiałym łzami. – Czasami jest tak, że choć wiemy, że jesteśmy niedoskonali, to liczymy, że ludzie tego nie dostrzegają. Ja wiem, że Maryla myśli teraz, że jestem złym człowiekiem. Ale… kiedy pani Linde zaczęła mnie tak wyśmiewać, to ja… to we mnie coś pękło. I nie mogłam się powstrzymać, musiałam jej to powiedzieć.

– Zaprezentowałaś się na medal, nie ma co! Pani Linde będzie miała o czym opowiadać wszystkim swoim sąsiadkom. A że sobie tego nie odmówi, to pewne. To bardzo niedobrze, że straciłaś nad sobą panowanie, Aniu…

– A pani by nie straciła, gdyby ktoś z pani szydził, że jest pani brzydka i chuda? – starała się wytłumaczyć swój wybuch Ania.

Ni stąd, ni zowąd, słowa Ani przywołały w pamięci Maryli odległe wspomnienie: pewnego dnia – a była wtedy młodziutką dziewczyną – usłyszała przypadkiem, jak jedna z jej ciotek mówi do innej współczująco: „Jakie śniade i brzydkie jest to dziecko – szkoda!”. Maryla, choć miała już prawie pięćdziesiąt lat, do tej pory pamiętała bolesny skurcz serca, jaki wtedy poczuła.

– Nie twierdzę, że pani Linde zachowała się jak należy, mówiąc to, co powiedziała – głos Maryli złagodniał. – Małgorzata jest… bardzo bezpośrednia, ale to w żaden sposób nie usprawiedliwia twojego zachowania. Po pierwsze – to osoba starsza, po drugie – nie znasz jej wcale, a po trzecie – była moim gościem. To wystarczająco dużo powodów, żebyś odnosiła się do kogoś takiego z szacunkiem. A ty… byłaś opryskliwa i bezczelna. Dlatego… – Maryli przyszło nagle do głowy, jak może ukarać Anię – dlatego pójdziesz do pani Linde do domu i powiesz jej, że żałujesz i że jest ci bardzo przykro… Słowem: przeprosisz ją.

– Nie ma mowy! – oznajmiła Ani kategorycznie. – Na pewno tego nie zrobię. Może mi Maryla dać każdą inną karę: zamknąć w piwnicy, mokrej i ciemnej jak noc, pełnej węży i jaszczurek, mogę jeść czarny chleb i pić wodę… nawet nie pisnę. Ale pani Linde nie przeproszę!

– Nie mamy tu zwyczaju więzić nikogo w piwnicach – Maryli nie spodobała się propozycja Ani. – Myślę, że powinnaś, a nawet musisz przeprosić panią Lindę. Jeśli tego nie zrobisz, zostaniesz w swoim pokoju tak długo, aż zmienisz zdanie.

– Trudno, więc zostanę tu do końca życia – głos Ani drżał. – Nie potrafię powiedzieć pani Linde, że jest mi przykro, bo nie jest mi przykro. Żałuję, że sprawiłam Maryli kłopot, ale też jestem bardzo zadowolona, że powiedziałam pani Linde, co czuję. A przecież nie mogę powiedzieć, że jest mi przykro, skoro nie jest. Ja nawet nie potrafię sobie wyobrazić, że jest mi przykro z tego powodu.

– Liczę na to, że do jutra rana twoja wyobraźnia zacznie pracować żywiej i pozwoli znaleźć rozwiązanie tej sprawy – Maryla ruszyła w stronę drzwi. – Zastanów się nad tym przez noc. Przypominam ci, że obiecałaś zachowywać się odpowiednio, jeśli zostaniesz na Zielonym Wzgórzu. I co? Okazało się, że nie dotrzymujesz swoich przyrzeczeń.

Maryla zeszła na dół, zmartwiona i zagniewana zarazem. Martwiła się o Anię, ale była też zła na siebie, bo gdy tylko przypominała jej się Małgorzata, osłupiała z niedowierzania i urazy, miała wielką ochotę wybuchnąć głośnym śmiechem.


10. Przeprosiny

Wieczorem Maryla nie zaznajomiła Mateusza z sytuacją, która miała miejsce po południu, ale gdy następnego dnia Ania nie zeszła na śniadanie, musiała mu jakoś wyjaśnić jej nieobecność. Opowiadając o incydencie, podkreślała gwałtowność i bezceremonialność Ani.

– Tych parę słów prawdy powinno akurat dobrze zrobić Małgorzacie. Jest wścibska i rozplotkowana, a cudze sprawy zajmują ją dużo bardziej niż własne.

– No, nie, paradny jesteś, Mateuszu! Zdajesz sobie sprawę, że zachowanie Ani było karygodne, mimo to szukasz dla niego wytłumaczenia. Jeszcze chwila i powiesz, że nie zasłużyła na naganę, tylko na pochwałę!

– Nie, nie… to nie do końca tak… – bronił się Mateusz nieporadnie. – Myślę tylko, że powinna otrzymać taką… umiarkowaną karę. Nie bądź dla niej surowa, Marylo. Przecież to dziecko nie miało od kogo uczyć się, co jest dobre, a co złe. Tak czy inaczej… dostanie coś do jedzenia, prawda?

– A było kiedyś tak, żebym głodem zmuszała ludzi, by zachowywali się przyzwoicie?! – Maryla poczuła się dotknięta tą uwagą. – Oczywiście, że będzie dostawała posiłki o zwykłych porach dnia, a ja sama będę je zanosiła na górę. Ale będzie musiała tam pozostać tak długo, aż przeprosi panią Linde.

Śniadanie, obiad i kolację zjedli w milczeniu, bo przy stole nie było Ani. Przy każdym posiłku Maryla niosła na poddasze różne smakołyki, ale talerze wracały równie pełne, jak je tam zaniesiono. Mateusz był bardzo zaniepokojony. Wyglądało na to, że Ania przez cały dzień nie wzięła nic do ust.

Gdy wieczorem Maryla jak zwykle poszła po krowy na pastwisko, Mateusz, śledzący od dłuższego czasu jej poczynania, ukradkiem powrócił do domu i po cichu wdrapał się na poddasze. Zwykle bywał tylko w kuchni i swojej skromnie urządzonej sypialni; w salonie gościł rzadko, chyba że byli jacyś szczególni goście. A na górze był ostatnio cztery lata temu, gdy Maryla odnawiała pokój gościnny, a on pomagał jej układać na ścianie tapetę.

Podszedł do drzwi i chwilę stał przed nimi nieruchomo, zanim zapukał i nacisnął klamkę. Zobaczył Anię siedzącą na krześle przy oknie i patrzącą na ogród. Mateusz poczuł, jak serce mu się kurczy z żalu na widok drobnej, smutnej i wyraźnie przygnębionej osóbki.

– Jak się masz, Aniu? – powiedział szeptem, jakby w obawie, że usłyszy go ktoś niepowołany. – Co robisz, siedząc tu tak… sama…?

– Dobrze się mam, dziękuję – Ania zmusiła się do uśmiechu, ale był on mizerny. – Tak sobie wyobrażam różne rzeczy, bo dzięki temu czas szybciej mija. Oczywiście, czuję się… trochę… samotnie, ale mam nadzieję, że się do tego przyzwyczaję – uśmiechnęła się dzielnie, najwyraźniej gotowa na spędzenie wielu lat w tym odosobnieniu.

Mateusz, pamiętając, że Maryla zaraz wróci z pastwiska, uznał, że nie ma czasu do stracenia. Musiał wyjaśnić Ani, po co przyszedł.

– Aniu… – zaczął cicho – a może lepiej spełnić polecenie Maryli i zamknąć tę sprawę? Powinnaś wiedzieć, że wcześniej czy później będziesz musiała to zrobić, bo Maryla jest… no… nieustępliwa. Bardzo nawet. Zrób to jak najszybciej, a kłopot zostanie rozwiązany.

– Mówi pan o przeproszeniu pani Linde?

– Tak, właśnie… dokładnie o to mi chodzi… – Mateusz mówił teraz w pośpiechu. – Trzeba jak najszybciej zakończyć tę sprawę. O to bardzo cię proszę.

Ania namyślała się przez chwilę.

– Wydaje mi się, że mogłabym to zrobić… dla pana, skoro panu na tym zależy. I dzisiaj mogę powiedzieć, że jest mi przykro. Bo wczoraj wieczorem nie było mi przykro. Ani trochę. Byłam zła; przez całą noc byłam bardzo zła. Budziłam się kilka razy, pewnie z tej złości. Ale dziś już mi przeszło. Nie jestem już rozgniewana, tylko okropnie zmęczona. I jest mi wstyd. Ale wiedziałam, że nie potrafiłabym przyznać się do tego przed panią Linde. Nie umiałabym się tak upokorzyć, co to, to nie! I uznałam, że wolę tu zostać do końca życia, niż przeprosić tę kobietę. Jeśli jednak to dla pana jest takie ważne, to… To dla pana mogę to zrobić.

– Bardzo jest to ważne, Aniu – ucieszył się Mateusz. – Tak tam pusto na dole bez ciebie… Zakończ tę sprawę, Aniu. Jesteś mądrą dziewczynką.

Ania wyglądała na zrezygnowaną.

– Niech będzie. Gdy Maryla tu przyjdzie, powiem jej, że jest mi przykro z powodu tego, co się stało.

– To dobrze… To bardzo dobrze, dziecko… ale wiesz co… nie mów Maryli, że ja tu byłem i cię prosiłem… ona nie lubi, kiedy ktoś wtrąca się do spraw, które do niej należą.

– Przysięgam, że stado pędzących jak wiatr mustangów nie wyrwie ze mnie tej tajemnicy – ogłosiła Ania uroczystym tonem. – Nawet nie wiem, po co te mustangi miałyby komuś wydzierać jego tajemnice.

Mateusz pospiesznie zszedł na dół, wciąż nie dowierzając, że tak proste okazało się osiągnięcie tego, co sobie zamierzył. Potem na wszelki wypadek udał się na drugi koniec pastwiska; bał się, że Maryla może się domyślić, gdzie był i po co. Maryla z kolei była mile zaskoczona, gdy po powrocie do domu usłyszała dobiegające z góry wołanie:

– Marylo…!

– O co chodzi? – odkrzyknęła.

– Przykro mi, że tak się uniosłam wobec pani Linde. Zachowałam się nieładnie i jestem gotowa pójść do niej i ją przeprosić.

– To dobry pomysł – Maryla postarała się, by jej głos nie zdradził ulgi, z jaką przyjęła decyzję Ani. Przez cały czas zastanawiała się bowiem, co powinna zrobić, jeśli Ania nadal będzie tkwiła w swoim uporze.

– Przyjdę do ciebie, jak tu skończę.

Niedługo potem maszerowały obie drogą prowadzącą do domu pani Linde. Maryla wyprostowana, zadowolona ze skuteczności swoich metod wychowawczych, Ania pochylona, ze spuszczoną głową, wyraźnie zasmucona. Wystarczyło jednak parę kroków w ciepłym świetle zachodzącego słońca, by nastrój dziewczynki zmienił się całkowicie. Wyprostowała się i uśmiechnęła, jakby nagle ogarnęła ją jakaś z trudem opanowywana radość. Maryli nie bardzo się to spodobało; wolałaby przed oblicze wyniośle urażonej Małgorzaty przyprowadzić spokorniałą winowajczynię, skutecznie zresocjalizowaną dzięki jej, Maryli, umiejętnościom.

– Nad czym tak dumasz, Aniu? – zagadnęła dziewczynkę.

– Zastanawiam się, co powinnam powiedzieć pani Linde – wyjaśniła Ania zdawkowo.

Maryla poczuła lekki niepokój. Niby wszystko było w porządku, ale jak na osobę, która dopiero co zakończyła odbywanie surowej kary w miejscu odosobnienia, Ania miała zbyt pewną siebie i zadowoloną minę.

Tymczasem Ania uśmiechała się tylko do chwili, gdy w oknie kuchennym zobaczyła panią Lindę, szyjącą coś pracowicie. Radość zniknęła z jej twarzy, jakby ją ktoś zdmuchnął, zastąpiona wyrazem żalu, ale dość ponurego. I nagle, zanim jeszcze obie panie zdążyły się przywitać, Ania uklękła przed zdumioną Małgorzatą, wyciągając do niej ręce w proszącym geście.

– Droga pani Linde! – zawołała drżącym głosem. – Nawet gdybym wypisała sobie wszystkie słowa, jakie są w słowniku, opis ten nie oddałby żalu, jaki odczuwam. Więc musi pani użyć do tego swojej wyobraźni. Zachowałam się bardzo niewłaściwie i stałam się powodem zmartwienia moich opiekunów, szlachetnych ludzi, Maryli i Mateusza, a przecież winna im jestem wdzięczność, bo pozwolili mi pozostać w swoim domu na Zielonym Wzgórzu, choć nie jestem chłopcem, którego potrzebowali. To świadczy, jak obrzydliwie niewdzięczną jestem osobą, zasługującą na to, żeby ją przykładnie ukarać i wyrzucić z domu tych dobrych, zacnych ludzi. Nie powinnam była wybuchać tak niegrzecznie tylko dlatego, że pani powiedziała prawdę: przecież jestem chuda, brzydka, piegowata i mam rude włosy. Wprawdzie to, co ja powiedziałam o pani, też było prawdziwe, ale mimo wszystko nie powinnam była tego mówić. Dlatego bardzo proszę, pani Linde: niech mi pani wybaczy! Jeśli pani tego nie zrobi, będzie to największy dramat mojego życia! Niemożliwe, żeby chciała pani spowodować dramat życiowy opuszczonej sieroty, nawet jeśli ma ona taki niedobry charakter jak ja. Wierzę, że pani tego nie zrobi. Proszę mi przebaczyć!!!

Po tej płomiennej przemowie Ania opuściła głowę i w milczeniu czekała na wyrok Małgorzaty.

Ani Maryla, ani Małgorzata nie wątpiły w szczerość skruchy dziewczynki, ale Maryla wiedziała coś jeszcze: Ania odegrała scenę swojego upokorzenia, zachwycona jej teatralnością. Zatem kara, którą wymyśliła dla niej Maryla, stała się dla niej wyłącznie pretekstem do zabawy.

Małgorzata Linde, osoba dość poczciwa, ale niezbyt lotna, tego wszystkiego oczywiście nie dostrzegła. W jej oczach Ania przyznała się do winy i przeprosiła za swój wybryk, więc nie widziała powodu, żeby się dłużej na nią gniewać.

– Wstań, dziecko! – uśmiechnęła się do Ani serdecznie. – Oczywiście, że ci wybaczam. Przyznaję, że może niepotrzebnie powiedziałam ci wtedy to i owo, ale taka już jestem: mówię, co myślę. Nie przejmuj się moimi słowami. Cóż, włosy masz rzeczywiście bardzo czerwone, ale powiem ci coś: znałam kiedyś jedną dziewczynkę – a nawet się z nią przyjaźniłam – o włosach równie czerwonych jak twoje. I wyobraź sobie, gdy dorosła, włosy ściemniały tak bardzo, że barwą przypominały kasztany. Wcale by mnie nie zdziwiło, gdyby to samo stało się z twoimi włosami.

 

– Och, droga pani Linde! – westchnęła Ania, podnosząc się z kolan. – Przywróciła mi pani nadzieję i za to będę panią uważała za moją dobrą wróżkę. Gdybym mogła uwierzyć, że moje włosy staną się kiedyś kasztanowe… Myślę, że byłabym o wiele lepszym człowiekiem, bo przecież nietrudno być dobrym, gdy się ma włosy o barwie kasztana, prawda? Mogę pójść do sadu? Posiedzę tam sobie pod jabłonią, gdy będziecie tu sobie gawędziły. Tam dopiero jest pole dla wyobraźni!

– Idź, idź, kochanie. Możesz sobie po drodze nazrywać tych irysów, tam, w rogu ogrodu…

A gdy Ania zniknęła za drzwiami, powiedziała do Maryli:

– Cóż, muszę się z tobą zgodzić, że to szczególne, ale w sumie miłe dziecko. Niewątpliwie jest troszkę dziwna, ale ma w sobie coś ujmującego. Teraz rozumiem, dlaczego jej nie oddaliście i, prawdę mówiąc, jestem o was spokojna. Może wyrośnie na dobrego człowieka. Wprawdzie mówi trochę dziwacznie, używając słów… takich jakichś… ale myślę, że porzuci tę manierę, przebywając w odpowiednim towarzystwie. A ta jej wybuchowość… Wiesz, zwykle takie wybuchowe dziecko wycisza się z wiekiem i poważnieje. Ja w każdym razie wolę takie dzieci od tych cichych i podstępnych. Najgorszy u dziecka jest taki lisi spryt. Tak więc, Marylo, uważam, że mieliście dużo szczęścia!

Kiedy Maryla pożegnała się i ruszyła do domu, dołączyła do niej Ania, która wybiegła z ciemnego już, ale wciąż pachnącego sadu.

– Ładnie przeprosiłam? – potrząsnęła wiązanką kremowych irysów. – Uznałam, że jeśli muszę to zrobić, to postaram się zrobić to w piękny sposób.

– Cóż, przyznaję, że twoje wystąpienie było bardzo… uroczyste – stwierdziła Maryla.

Sama nie wiedziała dlaczego, ale wspomnienie tej teatralnej sceny budziło w niej wesołość, choć wiedziała, że powinna Anię zbesztać, że tak „ładnie” przeprosiła panią Linde. No, może… ale to było tak nieodparcie komiczne… Dla świętego spokoju ograniczyła się do szorstkiego upomnienia:

– Spodziewam się, że to była wyjątkowa sytuacja i w przyszłości oszczędzisz nam wszystkim konieczności wypowiadania i wysłuchiwania takich… hm… przeprosin. Musisz bardziej kontrolować to, co mówisz, Aniu!

– Byłoby to znacznie łatwiejsze, gdyby inni ludzie nie mówili takich rzeczy o moim wyglądzie – westchnęła melancholijnie Ania. – Mniejsza o inne sprawy, ale te moje rude włosy… Do szału doprowadza mnie, jeśli ktoś zwraca na nie uwagę. Marylo, czy Maryla wierzy, że moje włosy kiedyś zrobią się ciemnokasztanowe?

– Nie myśl tak ciągle o swoim wyglądzie – upomniała ją Maryla. – Nie powinnaś być taka próżna.

– Próżna?! Jak mogłabym być próżna, skoro jestem taka brzydka? – obruszyła się Ania. – A ja jestem wielką miłośniczką piękna i boli mnie, gdy widzę coś brzydkiego. Więc jest mi ciężko, gdy widzę w lustrze swoje odbicie.

– Piękny jest ten, kto czyni piękno – stwierdziła Maryla tonem pouczenia.

– No tak, wiem. Wiele razy już to słyszałam, ale nic a nic się z tym nie zgadzam. Ładne te irysy, prawda? To miło, że pani Linde pozwoliła mi ich nazrywać. Nie gniewam się już na nią. I cieszę się, że ją przeprosiłam. Och, ile gwiazd dzisiaj widać. A którą gwiazdę by Maryla wybrała, gdyby mogła na niej zamieszkać? Bo ja bym chciała na tamtej, o, nad tym wystającym pagórkiem…

– A mogłabyś choć przez chwilę nic nie mówić? – zaproponowała Maryla, której zmęczenie po całym dniu nie pozwalało nadążać za wartkim biegiem skojarzeń dziewczynki.

Ania posłuchała jej prośby i w ciszy doszły do alejki prowadzącej do domu. Owionął je żywiczny zapach lasu, który dotarł aż tu, przyniesiony przez lekki, ciepły wiaterek. Pomiędzy drzewami migotało światło w oknie kuchni na Zielonym Wzgórzu. Maryla poczuła nagle w swojej szorstkiej, spracowanej dłoni małą rączkę Ani. Dziewczynka przytuliła się do niej mocno.

– Jak to dobrze tak wracać, jeśli człowiek wie, że wraca do swojego domu – oznajmiła. – Nigdy dotąd nie przywiązałam się do żadnego miejsca, bo żadne nie było moim domem. A teraz czuję, że zaczynam kochać Zielone Wzgórze. Jestem bardzo szczęśliwa, Marylo! Myślę, że teraz umiałabym się pomodlić i nie sprawiłoby mi to najmniejszej trudności.

Poczuwszy tę szczuplutką rączkę w swojej dłoni, Maryla poczuła, jak wzbiera w niej fala tkliwości i ciepła. Może to była niespełniona tęsknota za macierzyństwem, które nie stało się jej udziałem? W każdym razie to nieznane uczucie zmieszało ją na tyle, że postanowiła szybko znaleźć się na znanym sobie gruncie.

– Jeśli postarasz się być zawsze w porządku – pouczyła Anię – będziesz też czuła się szczęśliwa. Nie powinnaś w ogóle myśleć, że modlitwa może być czymś trudnym albo kłopotliwym.

– Chodziło mi o to, że modlić się a recytować modlitwę to wcale nie jest to samo – powiedziała Ania w zamyśleniu. – Wyobrażę sobie teraz, że jestem lekkim wietrzykiem i płynę sobie wśród koron tych starych drzew. Kiedy się zmęczę, opadnę niżej i poleżę wśród paproci, a potem popłynę nad sadem pani Linde, zatańczę z jej kwiatami, przeskoczę na tę łąkę koniczyny, a stamtąd pofrunę i położę się na tafli Jeziora Lśniących Wód i troszkę zmarszczę jego powierzchnię… Proszę tylko pomyśleć, Marylo, jakie pole do popisu dla wyobraźni może stanowić taki zwykły wietrzyk! No, dobrze, teraz już nic nie będę mówiła…

– Chwała Ci, Panie na wysokościach! – westchnęła Maryla ze szczerą, naprawdę nieudawaną ulgą.


Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?