Ania z Zielonego WzgórzaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ania z Zielonego Wzgórza
Ania z Zielonego Wzgórza
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42,90  34,32 
Ania z Zielonego Wzgórza
Audio
Ania z Zielonego Wzgórza
Audiobook
Czyta Paulina Holtz
19,90  14,73 
Szczegóły
Audio
Ania z Zielonego Wzgórza
Audiobook
Czyta Krystyna Kozanecka-Kołakowska
24,90  17,43 
Szczegóły
Audio
Ania z Zielonego Wzgórza
Audiobook
Czyta Magdalena Różdżka
29,90  21,83 
Szczegóły
Ania z Zielonego Wzgórza
Tekst
Ania z Zielonego Wzgórza
E-book
9,90 
Szczegóły
Tekst
Ania z Zielonego Wzgórza
E-book
17,90  12,89 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

7. Modlitwa Ani

Wieczorem, zaprowadziwszy dziewczynkę do pokoju na poddaszu, Maryla powiedziała do niej tonem upomnienia:

– Zauważyłam wczoraj, że przed snem porozrzucałaś swoje ubranie na podłodze. Nie lubię takiego bałaganiarstwa i ludzi, którzy nie dbają o porządek. Swoje ubrania należy zawsze poukładać…

– Tak, wiem, ale wczoraj było mi tak okropnie smutno, że ani trochę nie myślałam o ubraniu. Dziś to zrobię bardzo dokładnie. W domu dziecka tego wymagano i ja starałam się o tym pamiętać, przynajmniej co drugi dzień. Bo tak to zawsze chciałam jak najszybciej się położyć i zostać ze swoimi marzeniami…

– Jeśli miałabyś tu zostać, będziesz musiała o tym codziennie pamiętać – stwierdziła poważnie Maryla. – Tak jest dobrze. A teraz zmów modlitwę i kładź się do łóżka.

– Ale ja… jeszcze nigdy się nie modliłam… – szepnęła Ania.

– Co ty mówisz, dziecko?! – Maryla była naprawdę zdumiona. – Nikt cię nie nauczył pacierza? A wiesz w ogóle, kto to jest Bóg?

– O tak! Bóg to duch, który jest wieczny i nieskończony, mądry, sprawiedliwy i dobry, wszystko wie i oznacza prawdę i doskonałość – wyrecytowała Ania bez zająknięcia.

Trochę to uspokoiło Marylę.

– Na szczęście wiesz co nieco. Kto cię tego nauczył?

– W domu dziecka mieliśmy religię w szkole niedzielnej. Uczyli nas katechizmu i mnie się to podobało. Gdy pastor mówił: „Wieczny, nieskończony i niezmienny”, to tak jakbym słyszała grające organy! Tak wspaniale brzmią te słowa. Nie są wprawdzie poezją, ale trochę są do niej podobne.

Maryla była zgorszona.

– Ale my nie rozmawiamy teraz o poezji, tylko o modlitwie. To nieładnie kłaść się spać bez modlitwy, Aniu. Trochę się boję, że jesteś niedobrym dzieckiem…

– Gdyby pani miała takie rude włosy, to też by pani lepiej wychodziło bycie niedobrą niż dobrą. Ktoś, kto nie ma rudych włosów, w ogóle nie wie, jakie to straszne! A pani Thomas powiedziała mi kiedyś, że pan Bóg specjalnie dał mi rude włosy. Skoro tak, to ja wtedy przestałam zwracać na Niego uwagę. A poza tym wieczorami byłam zwykle tak bardzo zmęczona, że nie miałam już siły się modlić. Myślę, że ci, którzy muszą zajmować się bliźniakami, powinni być zwolnieni z pacierza. Nie uważa pani?

Maryla uznała, że braki w religijnej edukacji Ani wymagają natychmiastowej interwencji.

– W moim domu będziesz musiała odmawiać modlitwę tak długo, jak długo tu będziesz – powiedziała.

– Naturalnie, nie ma żadnego problemu – zgodziła się pogodnie Ania. – Zrobię wszystko, czego pani sobie życzy. Dziś jeszcze proszę mi powiedzieć, jak mam to zrobić. Potem, leżąc w łóżku, wymyślę sobie swoją własną modlitwę i postaram się, żeby była ładna i interesująca.

Maryla czuła się trochę niezręcznie.

– Uklęknij, Aniu – poleciła.

Ania uklękła obok niej i popatrzyła na nią wyczekująco.

– Nie rozumiem, dlaczego trzeba się modlić na klęczkach. Ja, gdybym chciała to zrobić, poszłabym całkiem sama na jakąś łąkę albo do lasu. I tam bym sobie patrzyła w niebo i czułabym wielki zachwyt. To byłaby moja modlitwa. Ale jestem gotowa pomodlić się teraz jak należy. Co mam mówić?

Maryla była w prawdziwej rozterce. Naprawdę uważała, że Ania powinna nauczyć się codziennego pacierza, jaki odmawiają dzieci, Ojcze nasz na przykład, ale jej wrodzony rozsądek mówił jej, że nie zawsze to, co jest dobre dla jednego, pasuje do innego. Uznała, że paciorek, przeznaczony dla maluchów szepczących go w obecności kochających mam, nie wydaje się szczególnie przydatny dla tej piegowatej dziewczynki, która ani Bożej miłości nie zaznała, ani specjalnie o nią nie zabiegała, jako że nie doświadczyła jej ze strony swoich bliźnich.

– Wydaje mi się, że jesteś wystarczająco duża, żeby się pomodlić samodzielnie – wybrnęła wreszcie. – Podziękuj panu Bogu za wszystkie łaski, jakie otrzymałaś, i poproś go o nowe…

– Dobrze, spróbuję… – obiecała Ania i schowawszy buzię w fałdach spódnicy Maryli, zaczęła mówić:

– Miłosierny Ojcze… – uniosła na chwilę głowę i popatrzyła na Marylę pytająco: – Tak mówi się w kościele, to może i w domu też można? Miłosierny Ojcze, taka jestem Ci wdzięczna za te wszystkie cuda, które sobie przypominam: Jezioro Lśniących Wód, Białą Drogę Zachwytu, Królową Śniegu i Jutrzenkę. Jeśli chodzi o moje życzenia, nawet nie będę ich wymieniała, bo i tak bym nie zdążyła. Ale mam dwa najważniejsze ze wszystkich: proszę, spraw, żebym mogła pozostać na Zielonym Wzgórzu i żebym była piękna, kiedy już dorosnę. Z wyrazami szacunku. Twoja Ania Shirley.

– I jak? Może tak być? – Ania podniosła się z kolan. – Nie miałam dość czasu, żeby wyrazić to jeszcze piękniej.

Nie sposób opisać, jak czuła się Maryla, wysłuchawszy tej oryginalnej modlitwy; pocieszała się, że nie była ona efektem lekceważenia, tylko niewiedzy tego dziecka, którego nikt nie nauczył modlić się jak należy. Nakrywając dziewczynkę kołdrą, obiecała sobie, że zajmie się tym od jutra. Kiedy już zamykała za sobą drzwi, Ania przywołała ją raz jeszcze.

– Przyszło mi do głowy, że nie powinnam była mówić: „Z wyrazami szacunku”, tylko „Amen”. Wiem, że tak mówią księża w kościele, ale zapomniałam. No i tak zakończyłam. Czy to bardzo niedobrze?

– Nie wydaje mi się – uspokoiła ją Maryla. – Dobranoc, śpij spokojnie!

– Myślę, że dzisiejsza noc będzie naprawdę dobra… – szepnęła Ania, przytulając głowę do poduszki.

A Maryla zeszła do kuchni i tam powiedziała do Mateusza:

– Myślę, że najwyższa pora, żeby ktoś wreszcie zajął się tym dzieckiem! Dasz wiarę, że ona nie umie się modlić? Nigdy tego nie robiła. Muszę pożyczyć jutro na plebanii jakiś katechizm dla niej, a potem trzeba ją będzie zapisać na lekcje religii, tylko najpierw potrzebuje jakiegoś porządnego ubrania. Czeka mnie dużo pracy, tak czy inaczej… Koniec spokoju, nadchodzą pracowite dni i nie mam wyjścia: muszę przyjąć to, co mi zesłał los.


8. Anię trzeba wychować

Z sobie tylko znanych powodów Maryla postanowiła dopiero po obiedzie powiedzieć Ani, że zostanie na Zielonym Wzgórzu. Przed południem kazała jej robić różne rzeczy w domu i uważnie obserwowała poczynania dziewczynki. Zauważyła, że Ania jest pracowita, chętna do pomocy i szybko się uczy. Największym problemem było jej popadanie w zadumę. Odpływała wtedy w jakieś nieznane rejony, zapominała, co miała zrobić, i trzeba było głośno przywracać ją do rzeczywistości.

Wreszcie, pozmywawszy po obiedzie, Ania stanęła przed Marylą. Wyglądała jak skazaniec, gotów wysłuchać najsurowszego wyroku. Jej drobna figurka dygotała, a wzrok miała rozgorączkowany.

– Och, panno Cuthbert! – złożyła ręce błagalnie. – Ja muszę wiedzieć, czy postanowiliście mnie odesłać stąd, czy nie! Czekałam cierpliwie, ale chyba dłużej nie wytrzymam. To czekanie jest… okropne. Niech mi pani już powie!

– A co z tą ścierką? – Maryla była nieugięta. – Zanim zaczniesz mnie pytać, bądź łaskawa dokończyć to, o co prosiłam.

Ania błyskawicznie uporała się ze ścierką, po czym wróciła i znowu wbiła pytający wzrok w Marylę.

– No dobrze – Maryla nie szukała dalszych pretekstów, by odsunąć w czasie zakomunikowanie Ani swojej decyzji. – Powiem ci to. Zdecydowaliśmy – mój brat i ja – że zatrzymamy cię w naszym domu, licząc na to, że postarasz się być grzeczna i użyteczna. Ale… co się dzieje, Aniu?

– Ja… chyba płaczę – Ania sama była zdziwiona swoją reakcją. – Tak bardzo, bardzo się cieszę. Nie tak, jak z kwitnącej na biało wiśni czy Białej Drogi Zachwytu. O wiele bardziej! Jestem taka szczęśliwa! Nie wiem, czy uda mi się zawsze być dobrą, bo pani Thomas twierdziła, że mam nie po kolei w głowie, ale… postaram się! I nadal nie rozumiem, dlaczego płaczę…

– Myślę, że jesteś bardzo podekscytowana. Siadaj tutaj i postaraj się opanować. Chyba trochę zbyt łatwo popadasz w nastroje, Aniu, albo się śmiejesz, albo płaczesz. Zatem, jak już powiedziałam, zostaniesz u nas, a my postaramy się, żeby było ci tu jak najlepiej. Będziesz chodziła do szkoły, ale dopiero od września, bo za dwa tygodnie zaczynają się wakacje.

– A jak powinnam do pani mówić? – zapytała Ania. – „Panno Cuthbert”? Może mogłabym po prostu mówić: „ciociu Marylo”?

– Ależ nie! – żachnęła się Maryla. – Nikt nie zwraca się do mnie: „panno Cuthbert”; bardzo by mnie to irytowało. Mów po prostu: „Marylo”.

– Ale… – Ania miała wątpliwości. – Czy to nie będzie oznaka braku szacunku?

– Myślę, że nie, o ile oczywiście będziesz to robiła z odpowiednim szacunkiem. Tak mówią do mnie wszyscy w Avonlea. Tylko pastorowi zdarza się od czasu do czasu powiedzieć do mnie: „panno Cuthbert”, gdy sobie o tym przypomni.

– A nie mogłabym jednak mówić: „ciociu Marylo”? – nie ustępowała Ania. – Nigdy nie miałam żadnej cioci ani babci… Mówiąc tak do pani, miałabym wrażenie, że naprawdę należę do rodziny. Mogę mówić: „ciociu”?

– Przecież ja nie jestem twoją ciotką! Nie widzę powodu, by nadawać ludziom tytuły, które im się nie należą.

– Ale przecież mogłaby pani wyobrazić sobie, że jest moją ciocią! – upierała się Ania.

– O, co to, to nie! Nie potrafię sobie nic wyobrażać.

– Nigdy się pani nie wydaje, że coś jest… inne, niż jest naprawdę? – zdumiała się Ania.

– Nigdy.

– Och… – westchnęła Ania. – Nawet pani nie wie, Marylo, co pani traci.

– Nie wydaje mi się – stwierdziła chłodno Maryla. – Co nam przyjdzie z tego, że będziemy widzieć świat inaczej, niż on naprawdę wygląda? Aha, byłabym zapomniała. Idź, proszę, do salonu – tylko wytrzyj nogi przed wejściem i uważaj, żeby nie naleciało tam much – i przynieś mi ten obrazek, który stoi na kominku. Na odwrocie jest tam zapisana modlitwa Ojcze nasz. Chciałabym, żebyś nauczyła się jej na pamięć dziś po południu. Koniec z takimi modlitwami jak ta wczoraj wieczorem!

 

– Ja wiem, że to był dziwny pacierz… – wyjaśniała Ania. – Ale nie znam innego. Trudno oczekiwać od kogoś, kto nie ma żadnego doświadczenia, że będzie się ładnie modlił, prawda? Ale jak już położyłam się spać, to ułożyłam sobie piękną modlitwę. Tak jak pani obiecałam. Była bardzo poetycka i brzmiała tak, jakby sam pastor ją wymyślił. I nie do wiary, rano nie mogłam sobie przypomnieć ani jednego słowa! Drugi raz mi się to na pewno nie uda! Bo nie wiem, dlaczego, ale jak się coś wymyśla po raz drugi, to już nie jest takie ciekawe jak poprzednio. Zwróciła pani na to uwagę?

– Jest coś, na co ty powinnaś zwrócić uwagę, Aniu – przywołała ją do porządku Maryla. – Jeśli proszę cię, żebyś coś zrobiła, zrób to niezwłocznie, bez zbędnego gadania. Zatem zajmij się teraz tym, czym się miałaś zająć.

Ania posłusznie poszła do salonu, ale że długo stamtąd nie wracała, po kilku minutach Maryla, zaciskając usta z irytacją, ruszyła jej śladem. Ania stała bez ruchu, wpatrzona w obrazek, wiszący na ścianie obok okna. Oczy jej błyszczały, gdy tak stała, niczym figurka, w ciepłym świetle, przesianym przez kwiaty jabłoni i liście dzikiego wina, i kontemplowała uwiecznioną na obrazku scenę.

– Aniu! – powiedziała ostro Maryla. – O czymże, na Boga, ty tu tak dumasz?

– O nich – Ania wskazała obrazek. Była to reprodukcja obrazu Chrystus błogosławiący dzieci. – Tak sobie wyobraziłam, że jestem jedną z tych dziewczynek, o, tamtą, w tej niebieskiej sukience. Stoi tak w kąciku, osobno; wydaje się, że jest osamotniona i nie ma nikogo bliskiego, mamy ani taty… Ale też chciała, by Chrystus ją pobłogosławił, więc stanęła tam z tyłu, za wszystkimi, mając nadzieję, że On ją jednak zauważy. Pewnie drży cała i ma zimne ręce, jak ja, gdy nie wiedziałam, czy mnie zatrzymacie… On ją jednak zauważył, prawda? Wyobrażałam sobie, jak to było: ona zbliżała się nieśmiało, a on ją wreszcie dostrzegł i położył jej rękę na głowie. Musiał ją wtedy przeszyć dreszcz… Szkoda tylko, że On ma na tym obrazie taką smutną twarz; zresztą na wszystkich ma taką, nie wiem, dlaczego… Nie mógł być taki ponury, bo przecież te dzieci by się go bały.

– Aniu! – Maryla nie mogła pojąć, dlaczego pozwoliła mówić dziewczynce tak długo. – Nie powinnaś tak mówić. Przecież to… kompletny brak szacunku!

Ania spojrzała na nią zdumiona.

– Ale ja… czuję szacunek. Mnóstwo szacunku. Nie miałam nic złego na myśli.

– Wiem, oczywiście, ale widzisz… w tych sprawach nie wolno być takim bezpośrednim i poufałym. I jeszcze jedno: jeśli cię po coś posyłam, zrób to i szybko wracaj, nie zatrzymując się po drodze tak jak teraz. Postaraj się to zapamiętać! A teraz weź ten obrazek i wracamy do kuchni. Usiądź tam i naucz się tej modlitwy. Na pamięć.

Ania oparła obrazek z Chrystusem o dzban z gałązkami kwitnącej wiśni, który postawiła tu po obiedzie; Maryli się to nie bardzo podobało, ale nic nie powiedziała. Potem dziewczynka oparła podbródek na splecionych rękach i przez parę minut wpatrywała się w zapisany na nim tekst.

– Podoba mi się – oznajmiła w końcu. – To piękny utwór. Już go kiedyś słyszałam, w szkole niedzielnej. Pastor go mówił, ale on miał taki skrzypiący, ponury głos… Pomyślałam, że ten człowiek chyba nie lubi się modlić. Ja wiem, że to nie jest poezja, ale brzmi poetycko: Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się Imię Twoje… Naprawdę się cieszę, że pani… to znaczy… że Maryla kazała mi się tego nauczyć.

– Więc ucz się i nie gadaj tyle! – ofuknęła ją Maryla.

Przez kilka minut było cicho; Ania uczyła się sumiennie, od czasu do czasu przerywając naukę po to, by pocałować jasnoróżowy pączek na gałązce stojącej w dzbanku.

– Marylo! – odezwała się nagle. – Jak Maryla myśli: czy znajdę sobie w Avonlea przyjaciółkę od serca?

– Jaką przyjaciółkę? – nie zrozumiała Maryla.

– No, taką od serca, czyli bratnią duszę. Taką, żebym mogła powierzyć jej wszystkie swoje sekrety. Zawsze marzyłam o takiej przyjaciółce, choć wiedziałam, że to nierealne… Skoro jednak teraz tyle moich marzeń się spełniło, to może i to…? Myśli Maryla, że to możliwe?

– Tu niedaleko, na Sosnowym Wzgórzu, mieszka dziewczynka mniej więcej w twoim wieku. Nazywa się Diana Barry. Miłe dziecko. Nie ma jej teraz, bo pojechała do Carmody, gdzie mieszka jej ciotka. Tyle że bawiąc się z nią, musiałabyś bardzo uważać na swoje maniery. Jej mama, pani Barry, na pewno nie pozwoli córce na kontakty z niewychowaną koleżanką; jest pod tym względem bardzo wyczulona.

Spomiędzy kwiatów wiśni zerkały na Marylę zaciekawione oczy.

– A jak ona wygląda? Mam nadzieję, że nie ma rudych włosów. Wystarczy, że ja mam; wolałabym, żeby mojej najlepszej przyjaciółce nie przydarzyło się takie nieszczęście.

– Nie, nie ma. Jest czarnowłosa i czarnooka. To ładna dziewczynka, ale przede wszystkim dobra i miła, a to ważniejsze od urody – stwierdziła Maryla. Miała cały zestaw podobnych pogadanek umoralniających i wierzyła głęboko, że powinna nimi okraszać każdą rozmowę z dzieckiem, którego wychowania właśnie się podjęła.

Ania to moralizowanie zniosła bez wysiłku, zbyt przejęta perspektywą oczekiwanej przyjaźni.

– Cieszę się bardzo, że jest ładna. Skoro na moją brzydotę nic nie można poradzić, miło będzie przyjaźnić się z kimś ładnym. Kiedy mieszkałam u pani Thomas, to ona miała u siebie taką szafkę na książki, ale bez książek. Trzymała w niej swój porcelanowy serwis, taki najcenniejszy, i konfitury, jeśli je akurat miała. Ta szafka nie miała jednej szybki w drzwiach; potłukł ją kiedyś pan Thomas, gdy wrócił skądś pijany. Ale druga szybka ocalała i lubiłam się w niej przeglądać, bo wyobrażałam sobie, że po drugiej stronie, tam w szafie, jest inna dziewczynka. Nazwałam ją Katie. Bardzo się z nią zaprzyjaźniłam i bardzo lubiłam z nią rozmawiać. Zwłaszcza w niedziele. Opowiadałam jej wszystko o sobie. Wyobrażałam sobie też, że ta szafa jest zaczarowana. I że gdybym znała to magiczne zaklęcie, to szafa by się otworzyła, a ja mogłabym wejść do środka. A w środku nie byłoby filiżanek ani konfitur, tylko Katie. Wzięłybyśmy się za ręce i poszły daleko, daleko, tam gdzie jest dużo słońca i kwiatów, gdzie żyją elfy i my żyłybyśmy razem z nimi, bardzo szczęśliwie… Potem, gdy przeniesiono mnie do pani Hammond, czułam się bardzo winna, że opuściłam Katie. Ona też za mną tęskniła, jestem pewna. A u pani Hammond nie było biblioteki, za to w dolinie, w której stał jej dom, spotkałam najpiękniejsze na świecie echo. Powtarzało ono każde słowo, nawet to, które mówiło się półgłosem. I ja zaczęłam sobie wyobrażać, że to echo to taka dziewczynka. Dałam jej na imię Viola i przywiązałam się do niej niemal tak samo jak do Katie. No, prawie tak samo. Kiedy przed wyjazdem do domu dziecka poszłam pożegnać się z Violą, to jej głos brzmiał tak bardzo smutno… Jakby płakała… Tak się do niej przywiązałam, że w ogóle nie szukałam nowych przyjaciółek w domu dziecka. Zresztą tam nie było ani trochę pola dla wyobraźni…

– I bardzo dobrze! – skomentowała Maryla sucho. – Cóż to znowu za głupstwa! A ty, jak mi się wydaje, wierzysz w te swoje imaginacje. Naprawdę wolałabym, żebyś sobie znalazła tutaj przyjaciółkę z krwi i kości, bo wtedy dałabyś sobie spokój z tym „wyobrażaniem sobie”. I proszę, nie mów nic przy pani Barry o tej swojej Katie i Violi, bo gotowa pomyśleć, że masz nie po kolei w głowie.

– Wcale nie zamierzam – obruszyła się Ania. – Nie umiałabym o tym opowiadać komukolwiek. One były dla mnie zbyt… ważne. Ale Maryli mogłam to opowiedzieć. Och, jaka duża pszczoła! Pofrunęła już tam. Pięknie musi być mieszkać sobie w kwiecie jabłoni! Gdybym nie była dziewczynką, bardzo chciałabym być pszczołą. Mieszkałabym sobie w kwiatach…

– Wczoraj chciałaś być mewą – przypomniała jej Maryla. – Bardzo łatwo zmieniasz zdanie, Aniu. A poza tym miałaś się uczyć modlitwy, a nie paplać. Ponieważ jest to chyba jednak niemożliwe, gdy nie jesteś sama, idź, proszę, do swojego pokoju i tam się poucz.

– Ale ja już znam ją na pamięć… prawie… Tylko jeszcze ten ostatni wiersz…

– To bardzo dobrze, ale zrób to, o co proszę. Idź do swojego pokoju i tam się ucz. Zawołam cię, jak zacznę przygotowywać podwieczorek, to mi pomożesz.

– A mogę wziąć te gałązki? Będzie mi raźniej…

– Po co? Tylko zaśmiecają pokój. Nie trzeba łamać gałęzi; lepiej zostawić je na drzewie.

– Myślałam o tym, zanim je zerwałam – tłumaczyła się Ania. – Wiem, że zniszczyłam w ten sposób ich życie i że nie powinno się tego robić. Przecież ja też, gdybym była kwiatem, wolałabym sobie dalej rosnąć… Ale ta pokusa była taka… nieodparta. Co Maryla robi, gdy ją ogarnie nieodparta pokusa?

– Aniu! Czy ty słyszałaś, co masz teraz zrobić?

Dziewczynka westchnęła głęboko i zrezygnowana pomaszerowała na górę. Usiadła w stojącym przy oknie fotelu.

– Całą modlitwę już umiem, nauczyłam się jej do końca w drodze tutaj. To teraz wyobrażę sobie, że ten pokój wygląda całkiem inaczej… Na podłodze leży dywan, jasny, puszysty, z wzorem w kształcie pączków róż. Na oknach wiszą jedwabne zasłony, takie ciemnoczerwone. Ściany są ozdobione gobelinami, haftowanymi złotą i srebrną nicią. A meble są… na przykład mahoniowe. Nie wiem, jak wygląda mahoń, ale brzmi bardzo dostojnie. Leżę sobie wygodnie na sofie, na poduszkach obleczonych w jedwabne poszewki. I widzę siebie w wielkim, kryształowym lustrze, które wisi na ścianie. To ja, piękna i smukła, w zwiewnej, białej, koronkowej sukni, na szyi mam naszyjnik z pereł i perły mam we włosach. Moje włosy są czarne, a cera jasna. Jestem lady Kordelia Fitzgerald… Och… wiem, że tak nie jest! Aż tak nie potrafię się zapomnieć…

Ania podbiegła do małego lusterka, wiszącego na ścianie, i przyjrzała się swojemu odbiciu. Zobaczyła drobną, piegowatą buzię z szarymi, poważnie spoglądającymi oczami.

– Jesteś najzwyklejszą Anią z Zielonego Wzgórza i wiem, że nią jesteś, nawet gdy udajesz, że jesteś lady Kordelią Fitzgerald. Ale na pewno wolę być Anią z Zielonego Wzgórza niż Anią znikąd – pochyliła się i złożyła na lustrzanej tafli soczystego całusa. Potem podeszła do okna i wychyliła się przez nie.

– Jak się masz, Królowo Śniegu? I wy, małe brzózki? I ty, szary domku, tam wysoko? Mam wielką nadzieję, że Diana zostanie moją przyjaciółką, ale i tak nigdy nie zapomnę o Katie i Violi. Mogłyby się poczuć tym urażone, a ja nie lubię ranić niczyich uczuć. Nawet gdy są to uczucia dziewczynki z szafy i dziewczynki-echa. Będę o nich codziennie myślała i przesyłała im buziaki.

Posłała ich parę w kierunku kwitnącego za oknem drzewa i znowu zatopiła się w swoich marzeniach.