Ania z Zielonego WzgórzaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ania z Zielonego Wzgórza
Ania z Zielonego Wzgórza
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42,90  34,32 
Ania z Zielonego Wzgórza
Audio
Ania z Zielonego Wzgórza
Audiobook
Czyta Paulina Holtz
19,90  15,52 
Szczegóły
Audio
Ania z Zielonego Wzgórza
Audiobook
Czyta Krystyna Kozanecka-Kołakowska
24,90  17,43 
Szczegóły
Audio
Ania z Zielonego Wzgórza
Audiobook
Czyta Magdalena Różdżka
29,90  21,83 
Szczegóły
Ania z Zielonego Wzgórza
Tekst
Ania z Zielonego Wzgórza
E-book
9,90  7,62 
Szczegóły
Tekst
Ania z Zielonego Wzgórza
E-book
17,90  12,89 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

1. Małgorzata Linde jest zdumiona

2. Mateusz jest zdumiony

3. Maryla Cuthbert jest zdumiona

4. Poranek na Zielonym Wzgórzu

5. Opowieść Ani

6. Decyzja Maryli

7. Modlitwa Ani

8. Anię trzeba wychować

9. Małgorzata Linde jest oburzona

10. Przeprosiny

11. W szkole niedzielnej

12. Obietnica

13. Radość oczekiwania

14. To moja wina!

15. Burza w szkole

16. Straszne skutki podejmowania gości podwieczorkiem

17. Nowe wyzwania

18. Wybawicielka

19. Koncertowa katastrofa

20. Na bezdrożach fantazji

21. Ciasto walerianowe

22. Wizyta na plebanii

23. W obronie honoru

24. Koncert w szkole

25. Mateusz i bufiaste rękawy

26. Klub powieściowy

27. Próżni będą ukarani

28. Pechowe przedstawienie

29. Nowa epoka

30. Zajęcia dla seminarzystów

31. Pora na zwierzenia

32. Ogłoszenie listy przyjętych

33. Koncert w hotelu

34. Seminarzystka

35. Zima w seminarium

36. Nadzieje i marzenia

37. Żniwiarz, któremu na imię śmierć

38. Zakręt na drodze

Okładka


Tytuł oryginału: Anne of Green Gables

Projekt okładki i stron tytułowych: Anna Damasiewicz

Redaktor prowadzący i korekta: Agata Paszkowska-Pogorzelska

Redaktor techniczny: Beata Jankowska

Copyright © for the Polish edition and translation by Bellona SA, Warszawa 2015

Zapraszamy na strony

www.bellona.pl, www.ksiegarnia.bellona.pl

Dołącz do nas na Facebooku

www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona

Nasz adres: Bellona SA

ul. Bema 87, 01-233 Warszawa

Dział Wysyłki: tel. 22 457 03 02, 22 457 03 06, 22 457 03 78

faks 22 652 27 01

e-mail: biuro@bellona.pl

www.bellona.pl

ISBN 978-83-11-15942-6

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1. Małgorzata Linde jest zdumiona

Tam, gdzie szeroki trakt biegnący do Avonlea wpadał do porośniętej olchami i paprociami doliny, stał dom pani Małgorzaty Linde. Nieopodal szumiał strumień, zaczynający swój bieg gdzieś daleko, w lasach otulających posiadłość starego Cuthberta. Ten strumyk, żwawy i nieusłuszny, gdy sobie płynął przez las, w pobliżu ogrodu państwa Linde zmieniał się w spokojny i grzeczny potok; jakby czuł, że tu trzeba przestrzegać dobrych manier. Pewnie wiedział, że pani Małgorzata ze swojego okna uważnie przygląda się wszystkiemu, co stamtąd da się zauważyć, dzieci i strumyków nie wyłączając. A gdy stwierdzi, że w zasięgu jej wzroku dzieje się coś nadzwyczajnego, tak długo rzecz całą będzie badała, aż odkryje jej powód i cel.

W Avonlea, tak jak wszędzie, nie brakuje ludzi, których sprawy sąsiadów zajmują bardziej niż własne, toteż te swoje często w związku z tym zaniedbują. Pani Małgorzata należała do tych wyjątków, którzy własnych interesów pilnują jak trzeba, ale i cudze leżą im mocno na sercu.

Jak przystało na perfekcyjną panią domu, pilnowała, by jej gospodarstwo funkcjonowało jak szwajcarski zegarek. Mało że sprawnie i niepodzielnie rządziła pracownią krawiecką dla dziewcząt i sprawowała pieczę nad niedzielną katechezą dla dzieci, to jeszcze wzięła na siebie większość obowiązków w parafialnym stowarzyszeniu, które wspierało misjonarzy nawracających pogańskie plemiona gdzieś w dzikim świecie.

I choć nieustannie zajęta, miała jednak zacna pani Małgorzata czas na robienie szydełkiem patchworkowych kołder, których jak dotąd – nie opuszczając swojego posterunku przy kuchennym oknie – zrobiła już szesnaście, co potwierdzały z nabożną czcią jej sąsiadki z Avonlea. A przez cały ten czas bacznie obserwowała ów trakt, który koło jej domu skręcał w dolinę, a potem piął się po stromym zboczu dalej.

Avonlea leży na niewielkim półwyspie w kształcie trójkąta, jak ostrze noża wbitym w Zatokę św. Wawrzyńca. Z obu stron oblewa je woda, więc jedyna droga do miasta to ten trakt, przez dolinę biegnący ku wzgórzu. Każdy zatem, kto się na nim znalazł, wkraczał w zasięg wzroku mającej wszystko pod kontrolą pani Małgorzaty, choć sam, biedny, nie miał o tym zielonego pojęcia.

Było czerwcowe popołudnie, ciepłe i słoneczne, gdy Małgorzata zasiadła jak zwykle w swoim oknie. Widać było z niego piękny sad, obsypany w tej chwili białymi i jasnoróżowymi kwiatami, nad którymi unosiły się brzękliwie roje pracowitych pszczół.

Tomasz Linde – skromny, niewysoki mężczyzna, znany w Avonlea jako „mąż Małgorzaty Linde” – zajęty był sadzeniem późnych buraków na skrawku pola za stodołą. Wiele wskazywało na to – zdaniem Małgorzaty – że jego sąsiad, Mateusz Cuthbert, robił to samo na swojej działce, przylegającej do strumienia, nieopodal Zielonego Wzgórza. Nie dalej jak wczoraj słyszała przecież, będąc w sklepie u Williama Bakera, jak Mateusz opowiadał Piotrowi Morrisonowi, że zamierza jutro siać buraki. A że Mateusz Cuthbert nie należał do ludzi, którzy odzywają się niepytani, bez wątpienia Piotr sam musiał go zagadnąć o plany.

I nagle… czyżby ją wzrok mylił? Oto widzi jak w biały dzień, i to powszedni, choć jeszcze nawet czwartej nie ma, Mateusz Cuthbert jedzie sobie niespiesznie pod górkę. Jak by tego było mało, ubrany jest świątecznie, w koszulę z białym kołnierzykiem, co oznacza, że nie jedzie do wsi, tylko dalej. Do miasta. I to bryczką zaprzężoną w kasztankę, czyli jechać musi całkiem daleko. A to dopiero! Cóż to za sprawa kazała mu się wybrać w podróż i dokąd?

Gdyby w tej bryczce siedział każdy inny mieszkaniec Avonlea, pani Małgorzata po chwili namysłu odgadłaby, w czym rzecz. Jednak w przypadku Mateusza powód musiał być naprawdę nieoczekiwany i ważny, w przeciwnym razie nie wyjechałby z domu o tej porze. Jako człowiek chorobliwie wręcz nieśmiały, kontakty z innymi ludźmi, zwłaszcza obcymi, uważał za dużą nieprzyjemność. Widok Mateusza w bryczce i w koszuli z białym kołnierzykiem był doprawdy niecodzienny.

Długotrwałe próby rozwikłania tej zagadki nic nie dały i pani Małgorzata nic nie wymyśliła. A że sprawa ta nie dawała jej spokoju, postanowiła, że zaraz po herbacie wybierze się osobiście na Zielone Wzgórze i na miejscu wypyta Marylę, dokąd to się wybrał Mateusz i po co. „Któż to w takim gorącym czasie jeździ z wizytami, do miasta w dodatku i to nie w niedzielę?!” – zastanawiała się zacna niewiasta. – „Chyba mu nie zabrakło buraków do wysiewu, bo przecież nie jechałby po nie taki wystrojony i to bryczką? Do lekarza też nie zmierzałby tak powoli. Coś niezwykłego musiało się tam wydarzyć. Nie wiem co, ale nie wytrzymam tej niepewności. Muszę się dowiedzieć, dokąd wybrał się dzisiaj Mateusz Cuthbert z Avonlea”.

 

Zaraz po podwieczorku pani Małgorzata pomaszerowała więc na Zielone Wzgórze. Spacer nie był długi, bo duży, rozłożysty i otoczony drzewami owocowymi dom Cuthbertów leżał zaledwie o kilkaset metrów od gospodarstwa państwa Linde. Najpierw szło się tą główną drogą, ale potem trzeba było skręcić i podejść jeszcze kawałek boczną ścieżką. Dworek wybudował kiedyś ojciec Mateusza, a że był takim samym odludkiem jak on, więc postanowił swoje siedlisko założyć z dala od sąsiadów, ale też nie całkiem w lesie. Dom postawił na samym skraju polany, jednak tak zmyślnie, że go widać było z tej głównej drogi, przy której przycupnęły – jakby dla kompanii – wszystkie inne okoliczne domy. Panią Małgorzatę nieodmiennie zdumiewało, że w takim miejscu można było sobie coś zbudować i w dodatku tam zamieszkać.

„Niby mają dach nad głową” – kiwała głową sama do siebie, zszedłszy w końcu na tę boczną ścieżkę, zrytą głębokimi koleinami, choć zarośniętą malowniczo krzewami dzikiej róży. – „Ale cóż z tego? Nic dziwnego, że takie z nich trochę dziwolągi; kto by nie był, żyjąc na takim odludziu. Jeśli to drzewa mają im dotrzymywać towarzystwa, chwała Bogu, mają ich tu pod dostatkiem. Ja jednak wolę mieć obok siebie ludzi. Wprawdzie nie sprawiają wrażenia nieszczęśliwych, ale to pewnie z przyzwyczajenia. Jak zauważył pewien Irlandczyk, gdy mu założyli stryczek: «Do wszystkiego można przywyknąć»”.

Zaaferowana takimi myślami, pani Małgorzata wkroczyła na rozległe podwórko Zielonego Wzgórza. Ładnie utrzymane, czyste i bardzo zielone, było otoczone starymi drzewami: z jednego boku wierzbami, a z drugiego – przyciętymi jak należy topolami. Żadnego kamyczka ani patyczka na ziemi, bo przecież coś takiego nie umknęłoby czujnemu oku pani Małgorzaty. Prywatnie podejrzewała ona, że Maryla Cuthbert odwiedza swoje podwórko z miotłą za każdym razem, gdy zamiata pokoje. Poczęstowany jedzeniem wprost z ziemi, mógłbyś skonsumować je śmiało, bez obawy, że coś ci zaszkodzi.

Pani Linde zdecydowanym stuknięciem w drzwi kuchni zaanonsowała swoje przybycie i zaproszona weszła do środka. Kuchnia na Zielonym Wzgórzu robiła miłe wrażenie, a raczej byłoby w niej naprawdę miło, gdyby nie panująca tu sterylna czystość. Pomieszczenie to wyglądało tak nieskazitelnie, iż trudno było uwierzyć, że ktoś w nim w ogóle bywa. Przez jedno z okien, to zachodnie, wlewało się miękkie, ciepłe światło chowającego się już, czerwcowego słońca; w drugim, tym wychodzącym na wschód, cieszył oczy widok kwitnącej na biało wiśni i zielonkawa poświata gałęzi młodych brzóz; framugę oplątało pnącze dzikiej winorośli. Maryla Cuthbert lubiła tu przysiadać na chwilę, by odpocząć, choć to słońce zawsze zdawało się jej jakieś takie podejrzane, jakby nazbyt promienne wobec powagi życia. Teraz też tu siedziała, coś tam dziergając niespiesznie. Stół był nakryty do kolacji.

Małgorzata jeszcze nie uchyliła dobrze drzwi, a już zdążyła zauważyć wszystko, co znajdowało się na stole. Były tam trzy nakrycia, co oznaczało, że Maryla spodziewała się jakiegoś gościa, po którego pojechał Mateusz. Tyle że talerze były zwyczajne, nie świąteczne, a w koszyczku tylko jeden gatunek chleba i dżem jabłkowy w miseczce. Gość więc też musiał być zwyczajny, żadna szczególna persona. Zaraz, zaraz… co zatem oznaczała ta koszula Mateusza z białym kołnierzykiem? I ta bryczka z kasztanką? Pani Małgorzata poczuła, że w spokojnym zwykle i niespecjalnie tajemniczym Avonlea dzieją się rzeczy zagadkowe, w których ona nie może się rozeznać.

– Dobry wieczór, Marylo! – przywitała się, wchodząc do kuchni.

– Dobry wieczór, Małgorzato! – odpowiedziała jej pogodnie Maryla. – Piękne mamy popołudnie, prawda? Usiądź, proszę. Co tam u was słychać?

Pomimo, a może właśnie ze względu na odmienność charakterów Maryli Cuthbert i Małgorzaty, zawsze łączyło je coś na kształt przyjaźni.

Maryla była wysoka i szczupła, a nawet trochę koścista. Swoje ciemne włosy z nielicznymi srebrzystymi nitkami upinała w ciasny kok, utrzymywany w ryzach przez dwie metalowe szpilki. Sprawiała wrażenie osoby, która choć na świat nie spogląda szeroko, ma wobec niego bardzo kategoryczne wymagania. I tylko leciutko drgający kącik jej ust świadczył o ukrytym i kontrolowanym poczuciu humoru.

– Dziękuję, wszyscy mamy się świetnie – odparła pani Małgorzata. – Ale gdy zobaczyłam Mateusza w bryczce, zaniepokoiłam się, czy u was nie stało się coś złego. Pomyślałam, że może musiał pojechać po lekarza.

Maryla uśmiechnęła się niemal niedostrzegalnie; spodziewała się wizyty sąsiadki. Wiedziała, że Mateusz wyjeżdżający bryczką nie umknie jej uwagi i wzbudzi zaciekawienie.

– Nie, u nas też wszystko dobrze, choć wczoraj dopadła mnie ciężka migrena – wyjaśniła. – A Mateusz pojechał na stację. Czekamy na gościa – chłopczyka z sierocińca w Nowej Szkocji. Ma przyjechać dziś wieczorem pociągiem.

Gdyby Maryla powiedziała, że Mateusz wybrał się na dworzec po odbiór przysłanego z Australii kangura, pani Małgorzata nie byłaby pewnie bardziej zaszokowana. Na parę chwil zdumienie wprost odjęło jej mowę. Nic nie wskazywało na to, że Maryla stroi sobie z niej żarty, ale w tym momencie Małgorzata tak właśnie sądziła.

– Mó… mówisz poważnie, Ma… Marylo…? – wyjąkała wreszcie, gdy tylko odzyskała zdolność mówienia.

– Oczywiście – odpowiedziała jej przyjaciółka tonem tak zwyczajnym, jakby sprowadzanie na wiosnę chłopców z sierocińców było normalną praktyką na każdej szanującej się farmie w Avonlea.

Małgorzata poczuła się tak, jakby grunt zaczął usuwać się jej spod stóp. Do głowy przychodziły jej same wykrzykniki: Chłopiec! Cuthbertowie postanowili wziąć chłopca! Z domu dziecka! Po prostu koniec świata! Nic nie jest w stanie jej już zadziwić! Absolutnie nic!

– Ale… skąd ten pomysł? – jęknęła i była w tym jęku totalna dezaprobata. Podjęli decyzję bez konsultacji z nią, więc ta decyzja musiała być zła.

– Wiesz, długo się nad tym zastanawialiśmy – zaczęła Maryla. – Jakoś tak przed Bożym Narodzeniem odwiedziła nas pani Spencer i mówiła, że wiosną zamierza wziąć sobie dziewczynkę z sierocińca w Hopetown. Mieszka tam jej kuzyn, a ona, odwiedzając go, miała okazję poznać tę placówkę. Uznała, że jest właściwie prowadzona. Opowiadała też o kilku osieroconych chłopcach, których tam widziała. Mateusz i ja już dawno mieliśmy zamiar przyjąć do domu jakiegoś chłopca i pomyśleliśmy, że można to zrobić właśnie teraz. Wiesz, Mateusz nie jest już młody; niedawno, jak pamiętasz, skończył sześćdziesiąt lat. Nie ma już tyle energii, co kiedyś… Od jakiegoś czasu zaczął też narzekać na serce… A sama wiesz, jak trudno dziś znaleźć kogoś odpowiedniego do pomocy. Oprócz tych francuskich emigrantów, co to mają pstro w głowie, nie ma tu innych ludzi, których można by nająć do pracy. W dodatku nie bardzo się to opłaca, bo jak się ich już trochę poduczy i przysposobi, oni zaraz uciekają do miasta, do fabryki, albo w ogóle wyjeżdżają do USA. Mateusz początkowo myślał o jakimś chłopcu z Anglii, ale mnie się ten pomysł nie podobał. „Może i byłby to właściwy nabytek” – powiedziałam mu – „ale ja nie potrzebuję tu małych chuliganów z Londynu. Chcę mieć tutejsze dziecko. Wiem, że kogo byśmy nie wzięli, pewności żadnej mieć nie będziemy, ale ja będę się lepiej czuła i spokojniej spała, wiedząc, że pod moim dachem mieszka kanadyjskie dziecko”. Tak mu tłumaczyłam. I wreszcie zdecydowaliśmy się poprosić panią Spencer, aby – jadąc po dziewczynkę dla siebie – wzięła dla nas chłopczyka. No i właśnie w ubiegłym tygodniu okazało się, że ona jedzie tam w tej sprawie, więc od razu, za pośrednictwem służącego Roberta Spencera, poprosiłam ją, żeby wybrała dla nas ładnego, zdrowego, dziesięcio- albo jedenastoletniego chłopca. Taki wiek wydał się nam najodpowiedniejszy – będzie wystarczająco duży, żeby mu powierzyć wykonywanie jakichś drobnych prac, ale dość mały, byśmy go mogli wychować po swojemu. Znajdzie u nas ciepły dom i właściwą opiekę. A że dziś dostaliśmy przez listonosza depeszę od pani Spencer, że chłopiec przyjedzie pociągiem o wpół do szóstej po południu, Mateusz pojechał po niego na stację. Pani Spencer zostawi go tam na peronie, bo sama wraca do siebie, do Białych Piasków…

Pani Małgorzata lubiła podkreślać, że zawsze ma swoje zdanie i nie krępuje się go wygłaszać. I choć nadal nie wróciła do równowagi, teraz też postanowiła powiedzieć, co myśli.

– Wiesz, Marylo, powiem ci otwarcie, że ten wasz pomysł to czyste szaleństwo! I okropne ryzyko! Wy chyba nie wiecie, co zamierzacie zrobić! Chcecie wpuścić do własnego domu jakieś obce dziecko, sierotę, o której nic nie wiecie, nie znacie jej charakteru, nie macie pojęcia, skąd pochodzi, kim byli jego rodzice i na kogo on sam wyrośnie. A ja nie dalej jak w zeszłym tygodniu przeczytałam w gazecie o jakiejś rodzinie, która przyjęła pod swój dach takiego chłopaka, sierotę z jakiegoś przytułku, a on, ten łobuz, podpalił ich dom! Specjalnie! I oni omal nie zginęli w płomieniach! Słyszałam też o innym przypadku… gdy taki sierota podbierał kurom jajka i wypijał je… a oni nijak nie mogli go tego oduczyć! Och, Marylo! Gdybyś się mnie wcześniej poradziła – szkoda, że tego nie zrobiłaś! – powiedziałabym ci… błagałabym cię, żebyś tego nie robiła… Za nic!

Wydawało się, że to wygłoszone z opóźnieniem ostrzeżenie ani nie zmartwiło Maryli, ani jej nie przeraziło.

– Cóż, pewnie jest w tym, co mówisz, Małgorzato, trochę racji. Sama miałam długo wątpliwości, wahałam się, czy powinnam to zrobić. Ale widziałam, jak bardzo na tym zależy Mateuszowi, więc zgodziłam się. Mateusz tak rzadko prosi mnie o cokolwiek, że jeśli już to robi, uważam, że powinnam spełnić jego prośbę. A co do ryzyka… Wiesz, wiele jest spraw w naszym życiu, których skutki trudno przewidzieć… Naturalni rodzice też przecież nie wiedzą, kto wyrośnie z ich dzieci; nie zawsze będą to porządni ludzie. Poza tym ta Nowa Szkocja to właściwie część naszej wyspy. Rozumiem, gdybyśmy sobie wzięli chłopca z Anglii albo z USA. Myślę, że maluch, który się urodził w naszym kraju, nie może być kompletnie inny niż my.

– Co mam ci powiedzieć? Wierzę, że wszystko ułoży się po waszej myśli – powiedziała Małgorzata tonem, który zdradzał, że jej zdaniem będzie dokładnie odwrotnie. – Pamiętaj jednak, że cię ostrzegałam, jeśli kiedyś się okaże, że ten chłopak puści was z dymem albo dosypie wam trutki na szczury do kompotu. Słyszałam o podobnej historii, chyba w Nowym Brunszwiku… Cała rodzina umierała w okropnych cierpieniach … Tak, tylko że tam chodziło o dziewczynkę.

– Ale my nie bierzemy dziewczynki – wykrzyknęła Maryla, jakby tendencje trucicielskie były domeną wyłącznie kobiet i mordercze skłonności nijak nie groziły nikomu ze strony osobnika płci męskiej. – W życiu nie pomyślałabym o wzięciu do domu dziewczynki! Nie mam pojęcia, dlaczego pani Spencer to robi. No, ale ona byłaby w stanie przysposobić cały sierociniec, gdyby taka myśl zaświtała jej w głowie.

Pani Małgorzata z przyjemnością poczekałaby na powrót Mateusza ze stacji, ale że miała jeszcze dwie godzinki wolnego czasu, postanowiła wrócić do domu, a w drodze powrotnej wstąpić do Bellów, by podzielić się z nimi tą niesłychaną historią. Oczami wyobraźni już widziała, jakie to zrobi na nich wrażenie, a robić na ludziach wrażenie lubiła ponad wszystko. Pożegnała się więc z Marylą, która jej wyjście przyjęła z pewną ulgą. Czarne perspektywy, jakie nakreśliła przed nią sąsiadka, przywołały na nowo towarzyszące jej od paru dni obawy i spotęgowały niepokój.

– Kto by pomyślał! – dumała tymczasem pani Małgorzata, opuściwszy Zielone Wzgórze. – Czy ja śnię? No, ale temu chłopcu to ja szczerze współczuję. Oni oboje ani trochę nie znają się na wychowywaniu dzieci, a od tego małego będą oczekiwali, że będzie mądrzejszy od własnego dziadka, którego pewnie nigdy nie miał. Dziecko w domu Cuthbertów – nie do pomyślenia! Przecież tam dzieci nigdy nie było, bo i Maryla, i Mateusz byli już dorosłymi ludźmi, gdy stary Cuthbert wybudował swój nowy dom. Kto ich tam zresztą wie, czy oni sami w ogóle byli kiedyś dziećmi. W życiu nie chciałabym się znaleźć na miejscu tego nieszczęsnego chłopczyka. I żal mi go okropnie!

Z takimi myślami w głowie minęła pani Małgorzata obsypane kwiatami krzaki głogu, nieświadoma, że jej współczucie dla małego przybysza byłoby jeszcze większe, gdyby zobaczyła dziecko siedzące w tej chwili na peronie stacji w Szerokiej Rzece.

 

2. Mateusz jest zdumiony

Osiem mil, które dzieliły Avonlea od Szerokiej Rzeki, Mateusz Cuthbert i jego kasztanka pokonali niespiesznym kłusem. Droga, po której obu stronach przysiadły wygodne domki, była naprawdę ładna. Miejscami biegła przez las, pod gałęziami dzikich śliw sterczącymi zachęcająco i obsypanymi teraz puszystymi kwiatami. Znad niezliczonych w tej okolicy sadów docierał zapach kwitnących jabłoni, a mijane łąki niknęły daleko, na horyzoncie, w opalizującej purpurowo poświacie zachodzącego powoli słońca. I ptaki śpiewały tak, jak śpiewają tylko na początku wiosny; później już nie.

Mateusz cieszył się tą przejażdżką po swojemu, przestając się cieszyć na krótko, gdy musiał ukłonić się kolejnej mijanej kobiecie. Tak nakazywał obyczaj; tu, na Wyspie Księcia Edwarda, tradycja kazała pozdrawiać ludzi mijanych na drodze.

A Mateusz nie lubił kobiet. Wyjątkiem była jego siostra Maryla i jeszcze Małgorzata Linde. Miał je za dziwne, nieodgadnione istoty, które po cichu naigrywają się z niego. Prawdę mówiąc, to przypuszczenie nie było całkiem bezzasadne, bo wyglądał naprawdę dość dziwacznie: wysoki, zgarbiony, z długimi, sięgającymi ramion włosami i ciemną, zmierzwioną brodą, którą zapuścił w wieku lat dwudziestu. Zresztą, prawda była taka, że teraz, gdy miał ich sześćdziesiąt, wyglądał właściwie tak samo jak wtedy. Tyle że wówczas nie był siwy.

Gdy wreszcie dotarł na stację, po pociągu nie było nawet śladu. Sądząc, że jest za wcześnie, Mateusz przywiązał klacz przy stajni obok małego pubu i powędrował na dworzec. Nikogo na nim nie było, z wyjątkiem dziewczynki, która przysiadła na pobliskiej stercie gontów.

Zorientowawszy się, że to dziewczynka, Mateusz minął ją pospiesznie, starając się nawet na nią nie patrzeć. Pewnie gdyby spojrzał, dostrzegłby napięcie i wyczekiwanie, jakie emanowało z drobnej figurki. Mała musiała czekać na kogoś, a zajęta tym czekaniem, oddawała się temu zajęciu z całą intensywnością, na jaką tylko było ją stać.

Zauważywszy zawiadowcę stacji, który szykował się właśnie do pójścia do domu na kolację, Mateusz zagadnął go o pociąg, który powinien nadjechać o wpół do szóstej.

– A i owszem, nadjechał i odjechał. Jakieś pół godziny temu – wyjaśnił mu kolejarz. – Tylko jeden pasażer wysiadł; o, tamta mała. Podobno do was miała jechać. Tam siedzi, na tych gontach. Mówiłem, żeby weszła do poczekalni, ale powiedziała, że zostanie na peronie. Że tam ma – jak to powiedziała – więcej miejsca dla wyobraźni. Mówię panu, wyjątkowe dziecko!

– Ale ja… ja nie przyjechałem po dziewczynkę. Czekam na chłopca; miał tu być. Z Nowej Szkocji; pani Spencer miała go przywieźć…

Zawiadowca pokiwał głową.

– Cóż, musiało zajść jakieś nieporozumienie. Pani Spencer wyprowadziła z wagonu tylko tą małą. Powiedziała, że jest z domu dziecka i że pan po nią przyjedzie, bo razem z siostrą bierzecie ją na wychowanie. Więcej sierotek na przechowanie mi nie oddano – zakończył żartobliwie.

– Nie wiem, jak to się stało – Mateusz pożałował, że nie ma tu z nim Maryli. Ona wiedziałaby, jak rozwiązać tę sprawę.

– Niech pan sam porozmawia z tą małą – doradził mu życzliwie zawiadowca. – Myślę, że ona wszystko panu wyjaśni, bo to mądre dziecko. Może w tym domu dziecka zabrakło chłopaków albo nie było takiego, jakiego pan chciał?

Pokiwał głową i poszedł do domu, gdzie czekała na niego kolacja. Mateusz został sam, wiedząc, że musi zrobić coś, co było gorsze od wejścia do klatki z lwem. Miał wrócić na peron i zapytać siedzącą tam dziewczynkę – całkiem obcą w dodatku! – dlaczego nie jest chłopcem. Westchnął i powoli, ciężkim krokiem, ruszył w jej kierunku. Już wtedy, gdy przechodził obok niej po raz pierwszy, patrzyła na niego, a teraz jeszcze bardziej czuł na sobie jej wzrok.

Mateusz starał się nie patrzeć na małą, choć gdyby na nią spojrzał, pewnie i tak nie zauważyłby tego, co nie umknęłoby uwagi średnio spostrzegawczego człowieka. Dziewczynka, na oko jedenastoletnia, miała na sobie krótką, wełnianą sukienkę w kolorze burożółtym, a na głowie burobrązowy, wyblakły kapelusik, spod którego spływały na plecy dwa grube, ogniście czerwone warkocze. Buzię miała drobną, chudziutką i bladą, a przy tym usianą mnóstwem piegów. Całości dopełniały szerokie usta i wielkie oczy w kolorze, który trudno było określić, bo raz były zielone, a za chwilę robiły się szare.

Tak wyglądała na pierwszy rzut oka. Gdyby jednak ktoś przyjrzał się jej z większą uwagą, zauważyłby, że podbródek dziewczynki był ładnie zarysowany, duże oczy błyszczały inteligencją i energią, usta – ładnie wykrojone i zdecydowane, a szerokie czoło znamionowało skłonność do myślenia. Tak więc ów bystrzejszy obserwator bez wątpienia dostrzegłby, jak niepospolity charakter kryje się w tym osieroconym chucherku, którego widok tak okropnie przeraził biednego Mateusza Cuthberta.

Na szczęście trudny moment zagadania do dziecka go ominął, bo gdy tylko mała zorientowała się, że to po nią przyjechał, natychmiast zerwała się na równe nogi i złapawszy jedną chudziutką ręką uchwyt swojej wytartej, mocno już zużytej walizki, drugą, równie chudą, wyciągnęła do niego.

– Tak myślałam, że to pan jest Mateuszem Cuthbertem z Zielonego Wzgórza – zawołała radośnie. Głos miała dźwięczny, lecz miły dla ucha. – Tak się cieszę, że pan już jest. Trochę się już bałam, że pan nie przyjedzie, i zastanawiałam się, co się mogło stać, że pana nie ma. I pomyślałam sobie, że jeśli pan dziś po mnie nie przyjedzie, to pójdę wzdłuż torów do tej wielkiej, dzikiej wiśni, o, tam na zakręcie. I że na niej się prześpię. Ani trochę bym się nie bała, bo to musiałoby być bardzo przyjemnie zasnąć w takich białych kwiatach, pod księżycem, nie sądzi pan? Wyobraziłabym sobie, że zamieszkałam w pałacu z białego marmuru… I spokojnie bym na pana poczekała, bo przecież jeśli nie mógłby pan przyjechać po mnie dziś wieczorem, to na pewno zrobiłby pan to jutro rano, prawda?

Mateusz, trochę zawstydzony, uścisnął szczupłą rączkę dziewczynki, postanawiając jednocześnie, że na razie nie powie tej małej, której tak błyszczą oczy, że doszło do jakiejś niepojętej pomyłki. Tak, zawiezie ją do domu, a tam niech Maryla jej wszystko wytłumaczy. Tym bardziej że i tak nie mógłby przecież zostawić dziecka na stacji. Wyjaśnią to wszystko potem, gdy już znajdą się w domu, na Zielonym Wzgórzu.

– Przepraszam, że się spóźniłem – powiedział niepewnie. – Chodźmy! Bryczka czeka tam, za stacją. Daj mi swoją walizkę!

– Ależ skądże! – odmówiła wesoło dziewczynka. – Ona wcale nie jest ciężka. Jest w niej co prawda wszystko, co mam, ale i tak nie jest ciężka. Trzeba ją umieć trzymać, bo inaczej otwiera się z jednej strony. Ja wiem, jak to robić, dlatego wolę sama ją nosić. To okropnie stara, zabytkowa walizka. Jak ja się cieszę, że pan po mnie przyjechał, choć myślę, że miło byłoby przespać się na tej dzikiej wiśni. Daleko mamy do domu, prawda? Pani Spencer mówiła, że to prawie osiem mil! To dobrze, bo ja bardzo lubię podróżować. Jak to pięknie, że będę z wami mieszkała i że będę należała do waszej rodziny… Tak naprawdę to nigdy do nikogo nie należałam. A już dom dziecka to było najgorsze, co mnie spotkało. Byłam tam tylko cztery miesiące, ale to aż nadto. Pan pewnie nigdy nie mieszkał w domu dziecka, więc pan nie wie, jak tam jest. Nawet nie umie pan sobie tego wyobrazić. Pani Spencer powiedziała, że nie powinnam tak mówić, bo to brzydko, ale ja przecież nie mówię źle o nikim konkretnym. Ja wiem, że można niechcący zrobić coś bardzo nieładnego. Wie pan, opiekunowie w domach dziecka są dobrzy, ale tam nie ani trochę pola do wyobraźni… No, może dzieci, bo o dzieciach łatwo sobie różne rzeczy wyobrażać. Można sobie wyobrazić, że ta dziewczynka, która śpi na sąsiednim łóżku, może być jakąś księżniczką, którą zła niańka wykradła, gdy była małym dzieckiem… I ta niańka umarła, zanim prawda wyszła na jaw… Ja w nocy starałam się nie spać, bo tylko wtedy mogłam sobie wymyślać takie historie. W dzień byłam za bardzo zajęta… Może dlatego jestem taka okropnie chuda… Jestem chuda, prawda? Same kości, ani trochę mięsa, no tak. Ale lubię sobie wyobrażać, że jestem ładna i dobrze zbudowana, że mam dołeczki na łokciach i wszędzie…

Maszerująca u boku Mateusza dziewczynka umilkła nagle; trochę dlatego że się zdyszała, ale bardziej na widok konia i bryczki, do której właśnie doszli. Nie odezwała się ani słowem podczas jazdy przez miasteczko ani potem, gdy klaczka ruszyła żwawo w dół stromego wzniesienia. Rosnące po obu stronach drogi dzikie wiśnie i wiotkie, płowowłose brzózki niemal głaskały ich po głowach swoimi długimi, oblepionymi kwiatami włosami. Jedna z gałązek trąciła bok bryczki, a wtedy dziewczynka wyciągnęła rękę i ją zerwała.

– Jaka śliczna! Co panu przypominają takie drzewa, jak tak kwitną na biało?

– Nigdy się nad tym nie zastanawiałem – mruknął Mateusz.

– No przecież pannę młodą, oczywiście! W białej sukni i z białym welonem z koronki. Wprawdzie nigdy nie widziałam żadnej panny młodej, ale wyobrażam sobie, że ona tak właśnie zjawiskowo wygląda. Sama się pewnie o tym nie przekonam, bo któż chciałby się ze mną ożenić! Chyba że jakiś uchodźca z biednego kraju. Taki biedny uchodźca nie będzie chyba specjalnie wymagający, co? Ale taką białą sukienkę to może kiedyś będę miała. Taka sukienka to jest moje największe marzenie tu, na ziemi. Bo ja przepadam za ładnymi sukienkami, proszę pana. Nie pamiętam, żebym kiedyś taką miała, ale to właśnie dlatego człowiek marzy o czymś, czego nigdy nie miał. Ale to nic nie szkodzi, bo ja umiem sobie wyobrazić, że jestem ładnie ubrana! Wie pan, kiedy dziś rano wyjeżdżałam z naszego domu dziecka, to się trochę wstydziłam, że będę podróżowała w tej okropnej, burej sukience. U nas wszystkie dziewczynki takie noszą. W zeszłym roku jakiś hurtownik z Hopetown przywiózł tam do nas wielką belę tego materiału. Podobno nie mógł go nikomu sprzedać, ale ja wolę myśleć, że on to zrobił z dobrego serca. Tak jest lepiej, prawda? Więc gdy miałam już wsiąść do wagonu, przyszło mi do głowy, że wszyscy będą na mnie patrzeć z litością. No i wyobraziłam sobie, że mam na sobie śliczną, jasnobłękitną sukienkę – przecież jak sobie wyobrażać, to tylko piękne rzeczy, prawda? – a na głowie mam zakrywający mi twarz kapelusz, ozdobiony kwiatami. I jeszcze prawdziwy, złoty zegarek, i cieniutkie rękawiczki z wyprawionej skórki, i pantofle, też skórzane… I tak się dobrze w tym stroju poczułam, że naprawdę cieszyłam się tą podróżą! Może dlatego na statku nie miałam choroby morskiej; ba, nawet pani Spencer też się całkiem dobrze miewała, choć ona podobno zwykle wtedy choruje. Powiedziała, że nie mogła sobie pozwolić na chorowanie, bo musiała mnie przez cały czas pilnować, żebym nie wypadła za burtę. I że w życiu nie widziała takiego urwipołcia jak ja. Ja jednak myślę, że to chyba dobrze, że tak zaglądałam we wszystkie kąty, skoro ona dzięki temu nie miała czasu chorować. I co w tym dziwnego, że chciałam sobie wszystko tam pooglądać? Czy ja wiem, kiedy znowu trafi mi się okazja popłynąć statkiem? Ileż tu jest tych kwitnących wiśni! Ta wyspa wygląda jak wielki, kwitnący ogród i już ją polubiłam, i tak się bardzo cieszę, że będę tu mieszkała. Kiedyś usłyszałam, że Wyspa Księcia Edwarda to najładniejsze miejsce na świecie, i od razu sobie wyobraziłam, jak by to było zamieszkać na niej. Oczywiście, nigdy nie sądziłam, że tak się stanie. Czyż to nie piękne, że marzenia się czasami spełniają…? O, jakie dziwne są te drogi! Takie… czerwone. Zapytałam o nie panią Spencer, kiedy wsiadłyśmy do pociągu w Charlottetown, a one tak migały za oknem… Ale ona powiedziała, że nie ma pojęcia i żebym już, na Boga, przestała tak wypytywać o wszystko. Że zadałam jej już chyba z tysiąc pytań. Może i tak, ale jeśli człowiek nie będzie pytał, to skąd się dowie, co znaczą różne rzeczy? No więc dlaczego te drogi są takie czerwone?