Ania z WyspyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie. Te jabłka były manną dla mojej głodnej duszy. Czuję, że będę kochała Redmond i spędzę tam wspaniałe cztery lata.

– A po tych czterech latach?

– O, stanę jeszcze nieraz na rozstajnych drogach – odpowiedziała Ania swobodnie. – Nie zastanawiam się nad tym, co może się stać. Nie chcę tego wiedzieć – ładniej jest nie wiedzieć tego.

Aleja Zakochanych była tego wieczora cicha i tajemniczo mroczna w bladych promieniach poświaty księżyca. Szli wolno, zadowoleni z koleżeńskiego milczenia, nie usiłując go przerwać.

„Gdyby Gilbert był zawsze taki, jak tego wieczora, jak pięknym i prostym byłoby wszystko”, zastanawiała się Ania.

Gilbert spoglądał za oddalającą się Anią. W swej jasnej sukni, przy swym delikatnym wdzięku, sprawiała na niego wrażenie białego kosaćca.

„Ciekaw jestem, czy zdołam kiedy zająć jej myśli”, zadał sobie pytanie z bolesną niewiarą.

Rozdział III

Pożegnanie

Karol Slone, Gilbert Blythe i Ania Shirley następnego ranka poniedziałkowego opuścili Avonlea. Ania liczyła na ładny dzień. Diana miała ją odprowadzić na stację, miała to być ich ostatnia miła przejażdżka na długi czas. Ale gdy Ania w niedzielę wieczór kładła się spać, wschodni wiatr jęczał wokół Zielonego Wzgórza ze złowieszczą przepowiednią, która się nazajutrz spełniła. Ania zbudziła się i ujrzała, że krople deszczu smagały jej okno, a szara powierzchnia stawu pokryta była rozszerzającymi się kręgami; wzgórza i morze spowite były w mgłę, a cały świat wydawał się posępny i smutny.

Ania już o brzasku była ubrana, gdyż trzeba było pokryta autografami turystów, na pagórku wznoszącym się łzami, które wytrysnąć chciały z jej oczu wbrew jej woli. Opuszczała dom, który jej był tak drogi, a coś jej mówiło, że opuszczała go na zawsze, z wyjątkiem przyjazdów na święta. Powracając na ferie, nie zastanie tu już takiego samego życia, jak dawniej. O, a jakie to było wszystko drogie i kochane – mała, biała facjatka, uświęcona marzeniami dziewczęcymi, Królowa Śniegu za oknem, strumyk w dolinie, Fontanna Driad, Las Duchów, Aleja Zakochanych – wszystkie te tysiąc i jedno drogich miejsc, gdzie żyły wspomnienia dawnych lat. Czy rzeczywiście mogła być szczęśliwa gdzie indziej?

Śniadanie było tego ranka na Zielonym Wzgórzu dość smutne. Tadzio nie mógł jeść, zapewne po raz pierwszy w życiu, lecz bezwstydnie beczał nad talerzem. Nikt w ogóle nie miał wielkiego apetytu prócz Toli, która spokojnie zajadała swoją porcję. Tola należała do owych szczęśliwych istot które rzadko wytrąca coś z równowagi. Nawet o ósmej wiele było trzeba, aby wyrwać Tolę ze stanu zadowolenia. Była smutna że Ania odjeżdżała, oczywiście, ale czy to było powodem, żeby wzgardzić swoim jajkiem na miękko i bułką? Bynajmniej. A widząc, że Tadzio nie może jeść, Tola zjadła i jego porcję.

Punktualnie zjawiła się Diana z koniem i kabrioletem, wytknąwszy różową twarzyczkę z deszczowego płaszcza. Nadeszła chwila pożegnania. Pani Linde wyszła ze swego pokoju, aby serdecznie uścisnąć Anię i ostrzec ją by dbała o zdrowie. Maryla pogłaskała policzek Ani szorstko i bez łez i powiedziała, iż spodziewa się, że otrzyma od niej wiadomość, gdy tylko Ania się urządzi. Przypadkowy widz wywnioskowałby z tego może, że odjazd Ani mało ją wzruszał, gdyby widz ten nie zajrzał dobrze w jej oczy. Tola gorąco ucałowała Anię i wylała dwie należyte łzy. Zaś Tadzio, który od odejścia od śniadania płakał na schodach tylnego ganku, zupełnie nie chciał się z nią pożegnać. Na widok zbliżającej się Ani zerwał się, wbiegł po tylnych schodach i ukrył się w garderobie, z której nie chciał wyjść. Stłumione jego łkanie było ostatnim dźwiękiem, jaki słyszała Ania, opuszczając Zielone Wzgórze.

Przez całą drogę padało mocno, aż do Szerokiej Rzeki, do której to stacji musiały jechać, ponieważ kolejka z Carmody nie miała połączenia ze statkiem.

Gdy przybyli do przystani, Karol i Gilbert już tam byli, a statek gwizdał. Ania zdążyła zaledwie wykupić bilet i nadać bagaż, rzucić Dianie krótkie słowa pożegnania i skoczyć na pokład. Chciało jej się wracać z Dianą do Avonlea; wiedziała, że umrze z tęsknoty za domem. O, i gdybyż przynajmniej ten przeklęty deszcz przestał padać, jakby cały świat płakał nad ubiegłem latem i minionymi radościami! Nawet obecność Gilberta nie przynosiła jej pociechy, gdyż Karol Slone był także, a Slone’ów można było znieść tylko przy pięknej pogodzie. W czasie deszczu nie można ich było ścierpieć.

Gdy statek wypłynął z portu Charlottetown, sprawy przyjęły pomyślniejszy obrót. Deszcz ustał, słońce poczęło się przedzierać od czasu do czasu poprzez gęste chmury, rumieniąc szare zwały miedzianymi promieniami i rozjaśniając przesłaniającą czerwone brzegi wyspy mgłę promiennym blaskiem przepowiedni pięknego dnia, który miał po tej szarudze nastąpić. Na domiar Karol Slone zapadł w tej chwili na chorobę morską i zmuszony był zejść pod pokład, zaś Ania i Gilbert pozostali sami.

„Jestem bardzo zadowolona, że wszyscy Slone’owie gdy tylko znajdą się na wodzie, dostają morskiej choroby”, pomyślała Ania niemiłosiernie. „Jestem pewna, że nie potrafiłabym pożegnać się z wyspą, gdy Karol Slone stał obok mnie i udawał, że także patrzy na nią sentymentalnie”.

– Więc odjechaliśmy – rzucił Gilbert obojętnie.

– Czuję się jak „Childe Harold” Byrona, chociaż w istocie nie spoglądam na swój „brzeg rodzinny” – rzekła Ania, mrużąc szare oczy. – Jest nim Nowa Szkocja. Ale prawdziwym brzegiem rodzinnym jest ten kraj, który się najbardziej kocha: a tym jest dla mnie poczciwa Wyspa Księcia Edwarda. Trudno mi wprost uwierzyć, że nie mieszkałam tu zawsze. Owe jedenaście lat, zanim tu przyjechałam, wydają mi się niby zły sen. Siedem lat mija, jak przybyłam tutaj tym samym statkiem – owego wieczora, gdy mię pani Spencer przywiozła z Hopetown. Widzę siebie samą w owej starej, ciasnej sukience i spłowiałym marynarskim kapeluszu, jak ciekawie kręciłam się po pokładach i kajutach. Piękny to był wieczór; i jak owe czerwone wybrzeża wyspy błyszczały w promieniach słońca! Teraz płynę znowu tą drogą. O, Gilbercie, mam nadzieję, że pokocham Redmond i Kingsport, ale jestem pewna, że tego nie pragnę!

– Gdzież się podziała cała twoja filozofia, Aniu?

– Zatonęła w olbrzymiej fali osamotnienia i tęsknoty za domem. Przez trzy lata marzyłam o wyjeździe do Redmondu – a teraz jadę i pragnęłabym nie jechać! Ale to nic! Odzyskam znowu swoją wesołość i filozofię, gdy się dobrze wypłaczę! Jest mi to konieczne, ale będę musiała czekać, aż się dziś wieczór znajdę w swoim łóżku w pensjonacie. Wtedy Ania będzie znowu sobą. Ciekawam, czy Tadzio wyszedł już ze swojej kryjówki?

Była dziewiąta wieczorem, gdy statek przybył do Kingsportu i podróżni znaleźli się w niebiesko-białym blasku natłoczonej przystani. Ania czuła się bardzo nieswojo, ale w chwilę później znalazła się w objęciach Priscilli Grant, która przybyła do Kingsportu w niedzielę.

– Jesteś nareszcie, kochanie! Jesteś pewnie tak zmęczona jak ja, gdy przybyłam tutaj w niedzielę wieczorem!

– Zmęczona! Nie mów o tym, Priscillo. Jestem zmęczona i oszołomiona, jak prowincjonałka, i czuję się, jakbym miała dziesięć lat. Zlituj się i zabierz swoją koleżankę do jakiegoś miejsca, gdzie będzie mogła skupić myśli.

– Zaprowadzę cię wprost do naszego pensjonatu. Przed stacją czeka dorożka.

– Co za szczęście, że ty tu już jesteś, Prissy. Gdyby nie ty, zdaje się, że siadłabym na swojej walizce, wylewając gorzkie łzy. Jakaż to pociecha ujrzeć znajomą twarz w zgiełkliwej ciżbie obcych ludzi!

– Czy to Gilbert Blythe jest tam na górze, Aniu? Jak on wyrósł przez ostatni rok! Kiedy pracowałam w Carmody, był jeszcze chłopczykiem. Na Boga, a to Karol Slone! Nie zmienił się wcale, nie mógł się zmienić! Tak samo wyglądał, kiedy się urodził i tak samo wyglądać będzie, mając lat osiemdziesiąt. Tędy, moja droga. Za dwadzieścia minut będziemy w domu.

– W domu – westchnęła Ania. – Chciałaś pewnie powiedzieć, że będziemy w jakimś okropnym pensjonacie, w jakiejś jeszcze okropniejszej sypialni, której okna wychodzić będą na brudne podwórze.

– Nie jest to tak okropny pensjonat, Aniu. Oto nasza dorożka. Wsiadaj, woźnica zajmie się twoją walizą. O, tak, nasz pensjonat jest w istocie bardzo miłym miejscem w swoim rodzaju; przyznasz to jutro sama, gdy po dobrze przespanej nocy odzyskasz rumieńce. Jest to wielka, szara staroświecka kamienica na ulicy św. Jana, łączącej się bezpośrednio z Redmondem. Była ona dawniej „rezydencją” wielkich ludzi, ale moda opuściła ulicę św. Jana, a domy jej dzisiaj marzą tylko o lepszych dniach. Są one tak wielkie, że ludzie, którzy w nich mieszkają, muszą dzisiaj przyjmować pensjonarzy, aby je wypełnić. Tę przynajmniej przyczynę gospodynie nasze gorliwie nam wmawiają. Wspaniałe są te nasze gospodynie, Aniu!

– Ileż ich jest?

– Dwie, panna Hanna Harvey i panna Ada Harvey. Urodziły się jako bliźnięta mniej więcej przed pięćdziesięciu laty.

– Nie mogę się widocznie pozbyć bliźniąt – uśmiechnęła się Ania. – Gdziekolwiek się zwrócę, wszędzie stają na mej drodze.

– O, teraz już nie są bliźniętami, moja droga. Przekroczywszy wiek trzydziestu lat, przestały nimi być. Panna Hanna zestarzała się, co nie jest zbyt miłe, panna Ada zaś zatrzymała się na trzydziestce, co jest jeszcze mniej miłe. Nie wiem, czy panna Hanna umie się śmiać, czy nie; nigdy jej na tym dotąd nie przyłapałam. Ale panna Ada uśmiecha się cały dzień, i jest to jeszcze gorsze. Ale mimo to są one bardzo miłe i poczciwe; co rok przyjmują dwie pensjonariuszki, gdyż zmysł praktyczny panny Hanny nie może znieść „trwonienia miejsca” w pokojach – ale nie dlatego żeby im to było potrzebne lub konieczne, jak mię już panna Ada od niedzieli siedem razy zapewniła. Co do naszych pokojów, to przyznaję, że są wielkie. Mój wychodzi na podwórze, twój jest frontowy, z widokiem na Stary Cmentarz św. Jana, położony tuż na wprost ulicy.

 

– To brzmi okropnie – wzdrygnęła się Ania. – Wolałabym już mieć pokój z widokiem na podwórze.

– O nie, nie zgodziłabyś się. Zaczekaj i zobacz. Cmentarz św. Jana to miłe miejsce. Był on tak długo cmentarzem, aż przestał nim niejako być i stał się teraz osobliwością Kingsportu. Przechodziłam tamtędy wczoraj dla zażycia ruchu. Otacza go wielki mur kamienny i szereg wysokich drzew, a szpalery przecinają go; są tam najosobliwsze nagrobki z najosobliwszymi i najdziwaczniejszymi napisami. Będziesz się tam chodziła uczyć, Aniu, zobaczysz. W istocie nikogo się tam już nie grzebie, ale przed kilku laty wzniesiono tam piękny pomnik dla uczczenia żołnierzy nowoszkockich, poległych w czasie wojny krymskiej. Pomnik ten znajduje się na wprost bramy wejściowej, i znajdziesz tam wiele „pola dla wyobraźni”, jak mawiasz. Ale oto nadjeżdża twoja waliza, a chłopcy przychodzą ci powiedzieć dobranoc. Czy rzeczywiście muszę się przywitać z Karolem Slone’em, Aniu? Zawsze ma takie zimne ręce, w dotyku są śliskie jak ryby. Musimy ich poprosić, aby nas niekiedy odwiedzali. Panna Hanna powiedziała mi poważnie, że wolno nam przyjmować wizyty młodzieńców dwa razy w tygodniu, jeżeli będą odchodzili o właściwej porze; zaś panna Ada poprosiła mię z uśmiechem, abym pilnie baczyła, by nie siadali na jej pięknych poduszeczkach. Obiecałam jej czuwać nad tym; ale Bóg wie, gdzie wolno im w takim razie siedzieć; chyba na podłodze, gdyż poduszeczki są wszędzie. Nawet na pianinie.

Ania musiała się roześmiać. Wesoły szczebiot Priscilli osiągnął zamierzony skutek i rozwiał jej przygnębienie. Tęsknota za domem chwilowo znikła i nie powróciła w dawnej sile nawet wtedy, gdy się znalazła w swojej niewielkiej sypialni. Podeszła do okna i wyjrzała przez nie. Ulica na dole była ciemna i cicha. Na wprost okna księżyc oświetlał drzewa Starego Cmentarza św. Jana, tuż za wielką, ciemną głową lwa na pomniku. Ania nie mogła uwierzyć, że tegoż ranka dopiero opuściła Zielone Wzgórze. Doznawała wrażenia długiego upływu czasu, jakie daje często jeden dzień zmiany i podróży.

– Ten sam księżyc spogląda teraz pewnie na Zielone Wzgórze – szepnęła do siebie. – Ale nie będę myślała u tym. To prowadzi do tęsknoty. Nie wypłaczę się nawet. Odłożę to na odpowiedniejszą porę, a teraz położę się spokojnie i rozsądnie do łóżka.

Rozdział IV

Kingsport

Kingsport jest dziwnym starem miastem, pamiętającym czasy pierwszej kolonizacji i spowitym w swoją dawną atmosferę, niby elegancka stara dama, w strojach, skrojonych według mody z czasów jej młodości. Tu i ówdzie nakłania się ku współczesności, ale w sercu jest niezepsute; pełne jest rzadkich relikwii i osławione w pieśniach i legendach o przeszłości. Niegdyś była to tylko stacja graniczna na kresie puszczy, a były to owe dni, gdy Indianie bronili swego życia przez to, że zachowywali się wobec przybyszów obojętnie. Potem stał się Kingsport jabłkiem niezgody między Anglikami i Francuzami i zajmowany był to przez jednych, to przez drugich, a z każdej takiej okupacji wychodził z jakąś świeżą blizną walczącego narodu.

W parku znajduje się wieża strażnicza, całkowicie pokryta autografami turystów, na pagórku wznoszącym się nad miastem widnieje zniszczony stary fort francuski, a na placach publicznych stoją jeszcze stare armaty. Ma Kingsport i inne jeszcze historyczne miejsca, zwiedzane przez ciekawych ale najosobliwsze i najczcigodniejsze wrażenie sprawia Stary Cmentarz św. Jana, w samym sercu miasta, otoczony z dwóch stron ulicami ze spokojnymi domami z dawnych czasów, a z drugich dwóch ruchliwymi współczesnymi arteriami miejskimi. Każdy obywatel Kingsportu odczuwa na tym Starym Cmentarzu drżenie miłej dumy, gdyż choćby nie był w ogóle ambitny, to każdy jednak ma tam jakiegoś przodka z jakimś osobliwym nagrobkiem, na którym opisane są wszystkie ważniejsze wydarzenia jego życia. Nagrobki te przeważnie nie odznaczają się wybitnym kształtem artystycznym, zbudowane są na ogół z surowo ociosanych brunatnych lub szarych kamieni, i w kilku tylko wypadkach widzi się jakąś próbę upiększenia. Niektóre ozdobione są trupią czaszką i skrzyżowanymi piszczelami, a ta okrutna dekoracja skojarzona jest często z głową aniołka. Wiele nagrobków zapada się już. Wszystkie niemal tknięte są zębem czasu, aż niejeden napis zupełnie został wytrzebiony, a inne z trudnością tylko można odcyfrować. Cmentarz jest bardzo wypełniony i bardzo cienisty, gdyż otaczają go i przerzynają szeregi wiązów i wierzb, w których cieniu zmarli spać muszą spokojnie, ukołysani na zawsze przez wiatr i listowie, niepokojeni przez wrzawę i ruch ponad nimi.

Pierwsza wycieczka Ani następnego popołudnia prowadziła na Stary Cmentarz Św. Jana. Przed południem poszły z Priscillą do Redmondu i immatrykulowały się jako studentki, po czym nic już tego dnia nie miały do roboty. Dziewczęta oddaliły się rade, gdyż niezbyt miło było znaleźć się nagle w otoczeniu tłumu nieznajomych, z których większość miała nieco obcy wygląd.

„Nowicjuszki” stały w oddzielnych grupkach po dwie lub trzy, zerkając z ukosa jedna na drugą; „nowicjusze”, mądrzejsi i bardziej doświadczeni, skupili się w gromady na wielkich schodach hallu wejściowego, gdzie całą siłą młodych płuc wydawali okrzyki tradycyjnej nieprzyjaźni przeciw starszym studentom, z których kilku przechadzało się wyniośle, spoglądając z rozmyślnym lekceważeniem na „niedojrzałych młodzików” na schodach. Gilberta i Karola nie było widać.

– Nigdy bym nie przypuszczała, że nadejdzie dzień, gdy będę rada ujrzeć jakiegoś Slone’a – rzekła Priscilla, kiedy przechodziły przez dziedziniec. – Ale w tej chwili z zachwytem powitałabym wybałuszone oczy Karola. Byłyby to przynajmniej znajome oczy.

– O – westchnęła Ania – nie potrafię opisać, jak się czułam, gdym stała w kolejce, oczekując zarejestrowania – tak niepozorna, jak najmniejsza kropla w największym naczyniu. Dość już przykrym jest czuć się tak niepozorną, ale nie do zniesienia jest piastować przekonanie, że nigdy się nie będzie, nigdy nie zdoła się być czymś innym, jak istotą niepozorną, i dlatego właśnie czułam się tak, jakbym była niedostrzegalna gołym okiem, jakby ktoś z tych starszych studentów mógł na mnie nastąpić. Czułam, że zstąpiłabym do grobu nieopłakana, nieuczczona i niepożegnana śpiewem.

– Zaczekaj do następnego roku – pocieszyła ją Priscilla – a będziesz wyglądała tak samo znudzona i wyniosła, jak który z tych starszych studentów. Bez wątpienia jest rzeczą dość przykrą czuć się niepozorną, ale zdaje mi się, że lepsze to jeszcze, niż czuć się tak wielką i niezdarną, jak ja się czuję, jakbym sterczała nad całym Redmondem. Tak się właśnie czułam – zdaje się dlatego, że jestem o dwa cale wyższa od najwyższego z tego tłumu. Ja się nie bałam, że mnie jakiś starszy student zdepcze, bałam się raczej, że mnie kto weźmie za słonia, albo za wyrośnięty okaz wykarmionego kartoflami wyspiarza.

– Zdaje się, że najgorszym jest, iż nie możemy wielkiemu Redmondowi wybaczyć, że nie jest małym Seminarium – rzekła Ania. – Gdyśmy opuściły Seminarium, znałyśmy każdego i zajmowałyśmy określone stanowisko. Mam wrażenie, iż spodziewałyśmy się nieświadomie podjąć życie w Redmondzie w tym miejscu, gdzieśmy je w Seminarium przerwały, a teraz czujemy się, jakby się nam ziemia wymykała spod stóp. Cieszę się, że pani Linde ani pani Eliza Wright nie wiedzą ani nigdy wiedzieć nie będą, jaki jest obecnie stan mojej duszy. Powiedziałyby oczywiście z egzaltacją: „Od razu ci to mówiłam”, i byłyby przekonane, że jest to początek końca, a tymczasem jest to właśnie koniec początku.

– Racja. To do ciebie podobne. Niedługo się tu zaaklimatyzujemy i wszystko będzie dobrze. Aniu, czy zauważyłaś tę dziewczynę, która całe rano stała sama tam koło drzwi garderoby? Tę ładną, z piwnymi oczyma i kształtnymi ustami?

– Owszem. Widziałam ją. Zwróciłam na nią szczególną uwagę gdyż była to jedyna istota, która wyglądała tak samo samotna i bez przyjaciół, jak ja się czułam. Ja miałam przynajmniej ciebie, ona zaś nikogo.

– Zauważyłam kilka razy, że wykonywała nieznaczny ruch, jakby chciała się do nas zbliżyć, ale nie uczyniła tego: widocznie jest zbyt lękliwa. Chciałam, aby podeszła. Gdybym się tak bardzo nie czuła słoniem, zbliżyłabym się do niej. Ale nie mogłam się przedostać przez tę wielką halę z wyjącymi tłumami chłopców na schodach. Była to najładniejsza nowicjuszka, jaką dzisiaj widziałam, ale prawdopodobnie i piękność zawodzi pierwszego dnia w Redmondzie – zakończyła Priscilla.

– Chciałabym po śniadaniu przespacerować się na cmentarz św. Jana – rzekła Ania. – Nie uważam co prawda, aby Stary Cmentarz był właściwym miejscem, gdzie się odzyskuje humor, ale zdaje mi się, że tylko tam znaleźć można drzewa, a drzewa muszę mieć. Usiądę na jakiejś starej mogile i przymknę oczy, wyobrażając sobie, że jestem w lasach Avonlea.

Nie uczyniła tego jednak, gdyż Stary Cmentarz św. Jana miał dość dla niej powabów, aby szeroko rozwierać oczy. Weszły przez wrota wejściowe, minąwszy prosty, masywny łuk kamienny, który wznosił się nad wielkim lwem angielskim. Znalazły się na ciemnym, chłodnym, zielonym miejscu, gdzie zawodziły wichry. Przechadzały się powoli po długich porosłych murawą ścieżkach, odczytując osobliwe długie napisy, wyryte w epoce, rozporządzającej większymi ilościami czasu, niż obecnie.

– „Tu spoczywają zwłoki Alberta Crawforda” – czytała Ania na zniszczonej szarej tablicy – „przez wiele lat inspektor artylerii JKMości w Kingsporcie. Służył w armii aż do pokoju roku 1763, w którym to roku wystąpił ze służby z powodu złego stanu zdrowia. Był walecznym oficerem, najlepszym z małżonków, najlepszym z ojców i najlepszym z przyjaciół. Zmarł 29 października 1792 roku w wieku lat 84”. Oto nagrobek dla ciebie, Prissy. Jest w tym niewątpliwie pewna bujność wyobraźni. Jak pełne przygód musiało być takie życie! A co do jego zalet osobistych, pewna jestem, że pochwała ludzka nie mogła się dalej posunąć. Ciekawam, czy te wszystkie piękne rzeczy mówiono mu za życia.

– A tu jeszcze jeden – rzekła Priscilla. – Słuchaj: „Ku pamięci Aleksandra Rossa, który zmarł 22 września 1840 roku w wieku 43 lat. Nagrobek ten wzniesiony został jako danina przywiązania przez człowieka, któremu zmarły służył przez dwadzieścia siedem lat tak wiernie, że uważany był za przyjaciela i zasługiwał na najzupełniejsze zaufanie i życzliwość”.

– Bardzo dobre epitafium – oznajmiła Ania w zamyśleniu. – Nie pragnęłabym dla siebie lepszego. Wszyscy jesteśmy pewnego rodzaju sługami i jeśli fakt naszej wierności może być uwieczniony na naszych grobowcach, wystarczy to już w zupełności. Spójrz na ten nędzny, mały, szary kamień, Prissy – „na pamiątkę ukochanego dziecka”. A tutaj inny, „wzniesiony ku pamięci człowieka, pochowanego gdzie indziej”. Ciekawam, gdzie się znajduje ten nieznany grób. Doprawdy, Prissy, dzisiejsze cmentarze nie są tak ciekawe jak ten. Miałaś rację, będę tu często przychodziła. Już kocham to miejsce. Widzę, że nie jesteśmy tu same, tam na dole, na końcu tej alei, jest jakaś dziewczyna. Zdaje mi się, że to ta sama, którą widziałyśmy dziś rano w Redmondzie. Obserwuję ją już od pięciu minut. Ruszała w naszym kierunku już kilka razy i tyleż razy zawracała znowu. Albo jest okropnie lękliwa, albo ma coś na sumieniu. Idźmy jej naprzeciw. Łatwiej jest zawrzeć znajomość na cmentarzu, niż w Redmondzie.

Ruszyły długą aleją naprzeciw nieznajomej, która siedziała na szarym kamieniu pod wielką wierzbą. Była istotnie bardzo ładna, stanowiła żywy, niepowszedni, czarujący typ urody. Na jedwabiście gładkich włosach leżał orzechowy blask, a okrągłe policzki rumieniły się miękko. Oczy miała wielkie, piwne, aksamitne, pod dziwnie wygiętymi brwiami. Nosiła elegancką brązową suknię, modne małe pantofelki i ciemnoróżowy kapelusz słomkowy, stanowiący arcydzieło w swoim rodzaju. Priscilla uświadomiła sobie nagle, że własny jej kapelusz zrobiony był przez wiejską modystkę, a Ania zdawała sobie sprawę, że bluzka jej, którą sama uszyła, a którą przykroiła pani Linde, wyglądała bardzo niezdarnie w porównaniu z eleganckim strojem nieznajomej.

Przez chwilę miały ochotę zawrócić. Ale już się zatrzymały i zwróciły ku szaremu kamieniowi.

Za późno było wracać, gdyż piwnooka dziewczyna wywnioskowała widocznie z ich zachowania, że przyszły do niej, aby z nią pomówić. Podniosła się z miejsca i zbliżyła się ku nim z wyciągniętą ręką i uśmiechem, w którym nie było ani cienia lękliwości lub onieśmielenia.

 

– O, tak pragnęłam się dowiedzieć, kim jesteście – zawołała nieznajoma z zapałem. – Konałam z ciekawości. Widziałam was dzisiaj rano w Redmondzie. Powiedzcie, czy nie było tam okropnie? Przez czas czekania tam żałowałam, że nie zostałam w domu, aby wyjść za mąż.

Ania i Priscilla wybuchły na to niespodziane zakończenie hałaśliwym śmiechem, piwnooka dziewczyna zaśmiała się także.

– Pragnęłam tego rzeczywiście. Mogłam tak postąpić. Chodźcie, usiądźmy na tym kamieniu nagrobnym i zapoznajmy się. Nietrudno nam będzie. Wiem, że się serdecznie polubimy wzajemnie. Wiedziałam o tym, gdy tylko ujrzałam was dzisiaj rano w Redmondzie. Taką miałam ochotę, podbiec do was wprost i wyściskać was!

– A dlaczego tego nie uczyniłaś? – zapytała Priscilla.

– Po prostu dlatego, że nie mogłam się na to zdecydować. Zawsze mi jest trudno powziąć jakąś decyzję. Wadą moją jest niezdecydowanie. Gdy postanawiam coś uczynić, czuję zarazem, że inna droga postępowania byłaby właściwsza. Jest to wielkie nieszczęście, ale taką się urodziłam i nie ma sensu ganić mnie za to, jak to niektórzy czynią. Dlatego nie mogłam się zdecydować podejść do was i rozmawiać z wami, choć tego bardzo pragnęłam.

– Myślałyśmy, że jesteś zbyt lękliwa – rzekła Ania.

– Nie, nie, moja droga, lękliwość nie należy do licznych wad czy zalet Filipy Gordon – krótko Fili. Nazywajcie mnie po prostu Filą. A jak się wy nazywacie?

– Ona nazywa się Priscilla Grant – rzekła Ania, wskazując na przyjaciółkę.

– A ona Ania Shirley – oznajmiła Priscilla z kolei.

– I jesteśmy z Wyspy – rzekły obie jednocześnie.

– Ja przybyłam z Bolingbroke w Nowej Szkocji – zakomunikowała Filipa.

– Z Bolingbroke! – wykrzyknęła Ania. – Ja się tam przecież urodziłam!

– Rzeczywiście? Więc i ty jesteś „sinym nosem”?

– Bynajmniej – odpowiedziała Ania. – Czy to nie Dan O’Connell powiedział, że jeśli człowiek urodzi się w stajni, to jeszcze nie staje się przez to koniem? Aż do szpiku kości jestem wyspiarką.

– W każdym razie rada jestem, że urodziłaś się w Bolingbroke. Stajemy się przez to niejako sąsiadkami, prawda? Cieszę się z tego, bo gdy ci zdradzę jakąś tajemnicę, nie zdradzę jej przez to obcemu. A mówić muszę, nie umiem zachować tajemnicy, wszelkie wysiłki byłyby bezcelowe. To moja wada – to i moje niezdecydowanie, o którym już wspominałam. Czy uwierzysz, że pół godziny wahałam się, jaki kapelusz włożyć, idąc tutaj – tutaj, na cmentarz! Początkowo skłaniałam się do brązowego z piórami, ale gdy tylko go włożyłam, wydało mi się, że w różowym z wielkim rondem będzie mi lepiej. Gdy już ten nosiłam, znowu brązowy wydał mi się odpowiedniejszy. Wreszcie położyłam oba na łóżku, zamknęłam oczy i wybrałam na ślepo szpilką od kapelusza. Szpilka utkwiła w różowym, więc włożyłam różowy. Jest mi w nim dobrze, prawda? Powiedzcie mi, co sądzicie o moim wyglądzie?

Na to naiwne pytanie, postawione tonem zupełnie poważnym, Priscilla roześmiała się znowu. Ania zaś rzekła, ściskając silnie dłoń Filipy:

– Skonstatowałyśmy dzisiaj rano, że jesteś najładniejszą dziewczyną, jaką widziałyśmy w Redmondzie.

Usta Filipy wygięły się do uśmiechu radości, ukazując bardzo drobne, białe zęby.

– I ja to sobie pomyślałam – brzmiała jej zdumiewająca odpowiedź. – Ale potrzeba mi było czyjegoś potwierdzenia, aby wesprzeć swój sąd. Nie mogę się nigdy zdecydować nawet co do swego własnego wyglądu. Gdy tylko zadecydowałam, że jestem ładna, poczynam czuć z bólem, że nią nie jestem. Mam przy tym okropną, starą ciotkę, która stale mówi do mnie żałobnym tonem: „Byłaś takim ładnym dzieckiem. Dziwne to, że dzieci tak się zmieniają podrastając”. Lubię ciotki, ale nie znoszę starych ciotek. Mówcie mi, proszę, często, że jestem ładna, jeżeli wam to nie sprawi przykrości. Czuję się znacznie lepiej, jeżeli mogę wierzyć, że jestem ładna. A i ja wobec was będę tak samo uprzejma, jeżeli tego pragniecie mogę tak wobec was postępować z czystym sumieniem.

– Dziękuję – zaśmiała się Ania – ale Priscilla i ja jesteśmy tak mocno przekonane o swoim pięknym wyglądzie, że nie potrzebujemy żadnych zapewnień, zbyteczna byłaby więc twoja fatyga.

– O, śmiejecie się ze mnie, wiem, sądzicie, że jestem ohydnie próżna, ale tak nie jest. Nie ma we mnie rzeczywiście ani odrobiny próżności, i zupełnie bez zazdrości obdarzam inne dziewczęta komplementami, jeżeli na nie zasługują. Cieszę się tak bardzo, że was poznałam! Przyjechałam w sobotę wieczorem i od tej chwili umierałam z tęsknoty za domem. Straszne to uczucie, prawda? W Bolingbroke jest się znakomitą osobistością, w Kingsporcie niczym!... Gdzie mieszkacie?

– Ulica św. Jana 38.

– Coraz lepiej! A ja akurat na rogu ulicy Wallace’a. Ale nie podoba mi się mój pensjonat. Smutny jest i samotny, a pokój mój wychodzi na wstrętne, czarne podwórze. Jest to najbrzydsze miejsce na świecie. A co do kotów, to oczywiście wszystkie koty Kingsportu nie mogą się tam spotykać w nocy, ale połowa przybywa na pewno. Lubię koty, drzemiące na dywanie w pobliżu ognia przed kominkiem, ale koty na podwórzu o północy to bezwarunkowo zupełnie inne stworzenia. Przez całą pierwszą noc po przybyciu płakałam, koty także. Gdybyście widziały nad ranem mój nos! Jakże wtedy pragnęłam, abym nigdy nie opuszczała domu!

– Nie wiem, jak się zdołałaś po tym wszystkim zdecydować na przyjazd do Redmondu, jeżeli rzeczywiście jesteś tak niezdecydowaną osobą – rzekła Priscilla ubawiona.

– Błogosławione twoje słodkie serce! To nie ja się zdecydowałam. Ojciec się uparł, żebym jechała, nie wiem dlaczego. Śmiesznym się przecież wydaje, że ja mam studiować, aby uzyskać bakalaureat sztuk, prawda? Nie żebym tego nie potrafiła, przeciwnie. Głowę mam niezłą.

– O! – rzekła Priscilla z niedowierzaniem.

– Tak. Ale wielka to praca używać swojej głowy. Nie, ja bym do Redmondu nie przyjechała. Uczyniłam to tylko dla ojca. Taki jest poczciwy! Zresztą wiedziałam, że jeśli zostanę w domu, to będę musiała wyjść za mąż. Matka chciała tego stanowczo. Matka jest pełna stanowczości. Ale ja rzeczywiście nie mogłam znieść tej myśli, chciałam jeszcze parę lat zaczekać, chciałam zaznać jeszcze rozrywek, zanim założę własny dom. A jeżeli śmiesznym jest być bakalaureatką sztuk, to przecież śmieszniejszym jeszcze jest być starą kobietą, prawda? Mam dopiero osiemnaście lat. Nie, wolałam jednak pojechać do Redmondu, niż wyjść za mąż. Zresztą, jak mogłabym się kiedykolwiek zdecydować, za kogo wyjść?

– Czy było ich tylu? – zaśmiała się Ania.

– Tłumy, chłopcy niezmiernie mnie lubią, rzeczywiście. Ale dwóch tylko wchodziło w rachubę. Wszyscy inni byli za młodzi i za biedni. Ja muszę wyjść za mąż bogato.

– Dlaczego musisz?

– Słodka moja, jak mogłabyś sobie wyobrazić mnie, jako żonę człowieka ubogiego? Nie umiem robić nic pożytecznego i jestem bardzo rozrzutna. O, nie, mój mąż musi mieć moc pieniędzy. I to właśnie zredukowało ich ilość do dwóch tylko. Ale nie mogłam się zdecydować na wybór spomiędzy tych dwóch, tak samo, jakby ich było dwie setki. Wiedziałam doskonale, że gdybym wybrała jednego, żałowałabym przez całe życie, że nie wyszłam za drugiego.

– A czy... żadnego z nich nie... kochałaś? – zapytała Ania wahająco.

Niełatwo jej było mówić do obcej o wielkiej tajemnicy życia.

– Boże wielki! Nie, nie mogłam pokochać żadnego. To nie w moim charakterze. Zresztą nie chciałam. Człowiek zakochany staje się, sądzę, zupełnym niewolnikiem. I dałoby to mężczyźnie możność skrzywdzenia mnie. Bałabym się. Nie, nie, Oleś i Alfons są miłymi chłopcami i lubię ich obu tak bardzo, że doprawdy nie wiem, którego lubię więcej. I to jest najgorsze. Oleś wygląda wprawdzie lepiej, a ja nie mogłabym po prostu wyjść za człowieka, który nie jest przystojny. Ma dobry charakter i miłe, kędzierzawe, czarne włosy. Jest trochę za doskonały, a nie wierzę, abym mogła kochać doskonałego męża, którego bym nigdy nie miała sposobności zganić.