Ania z WyspyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Lucy Maud Montgomery

Ania z Wyspy

Tłumaczenie Marceli Tarnowski

Warszawa 2017

Spis treści

Rozdział I. Cień zmiany

Rozdział II. Girlandy jesieni

Rozdział III. Pożegnanie

Rozdział IV. Kingsport

Rozdział V. Listy z domu

Rozdział VI. W parku

Rozdział VII. Znowu w domu

Rozdział VIII. Pierwsze oświadczyny

Rozdział IX. Niepożądany adorator i pożądany przyjaciel

Rozdział X. „Ustronie Patty”

Rozdział XI. Pieśń życia

Rozdział XII. „Pokuta Aweryli”

Rozdział XIII. Na złej drodze

Rozdział XIV. Wieczne rozstanie

Rozdział XV. Rozwiane marzenie

Rozdział XVI. Nowa zażyłość

Rozdział XVII. List od Tadzia

Rozdział XVIII. Panna Józefina pamięta o Ani

Rozdział XIX. Przygrywka

Rozdział XX. Gilbert mówi

Rozdział XXI. Wczorajsze róże

Rozdział XXII. Wiosna i Ania wracają na Zielone Wzgórze

Rozdział XXIII. Jasio nie może odnaleźć Ludku Skalnego

Rozdział XXIV. Zjawia się Janusz

Rozdział XXV. Zjawia się książę z bajki

Rozdział XXVI. Zjawia się Krystyna

Rozdział XXVII. Wzajemne zwierzenia

Rozdział XXVIII. Wieczór czerwcowy

Rozdział XXIX. Ślub Diany

Rozdział XXX. Romans pani Skinner

Rozdział XXXI. List Ani do Filipy

Rozdział XXXII. Kolacja u pani Douglas

Rozdział XXXIII. „Przychodził stale i przychodził...”

Rozdział XXXIV. Jan Douglas przemawia nareszcie

Rozdział XXXV. Ostatni rok w Redmondzie

Rozdział XXXVI. Wizyta Gardnerów

Rozdział XXXVII. Koniec studiów

Rozdział XXXVIII. Rozwiane złudzenia

Rozdział XXXIX. Rozmowy o ślubach

Rozdział XL. Księga Objawienia

Rozdział XLI. Triumf miłości

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział I

Cień zmiany

– Żniwa skończone i lato minęło – rzekła Ania Shirley, spoglądając z rozmarzeniem ponad zżętymi polami. Ona i Diana Barry zrywały jabłka w sadzie Zielonego Wzgórza, teraz zaś odpoczywały po pracy w słonecznym zakątku, gdzie w dole wonne fale ostów na pagórkach szumiały pod tchnieniem wiatru, ciągle jeszcze przynoszącego zapach lata od paproci z Lasu Duchów.

Lecz w otaczającym je krajobrazie wszystko mówiło już o jesieni. Morze szumiało głucho w oddali, pola były gołe i wyschłe, powleczone nawłocią, dolina strumienia pod Zielonym Wzgórzem porosła była astrami o eterycznej purpurze, a Jezioro Lśniących Wód było niebieskie – niebieskie – niebieskie; nie błękitem wiosny, ani bladym lazurem nieba letniego, lecz przejrzystym, trwałym, wesołym błękitem, jak gdyby woda zapomniała o wszelkich przeżytych wzruszeniach i zapadła w spokój, nieprzerywany zmiennymi marzeniami.

– Piękne było to lato – rzekła Diana, dotykając z uśmiechem nowego pierścionka na lewej ręce. – A ślub panny Lawendy wydaje mi się koroną tego. Przypuszczam, że państwo Irving bawią teraz na wybrzeżu Pacyfiku.

– Zdaje mi się, że podróżują już dość długo, aby zwiedzić cały świat – westchnęła Ania – trudno mi uwierzyć, że od tygodnia dopiero są po ślubie. Wszystko się zmieniło. Panny Lawendy i pani Allan nie ma. Jak ponuro wygląda plebania z pozamykanymi okiennicami. Przechodziłam tam wczoraj wieczór i doznałam wrażenia, jakby tam wszystko wymarło.

– Nigdy nie będziemy mieli tak miłego pastora, jak pan Allan – rzekła Diana ze smutną pewnością. – Przypuszczam, że tej zimy będziemy mieli tylko zastępców, a połowa niedziel minie w ogóle bez kazań. A ciebie i Gilberta nie będzie... bardzo będzie smutno.

– Alfred tu będzie – napomknęła Ania.

– Kiedy się pani Linde wprowadzi? – zapytała Diana, jakby nie dosłyszawszy uwagi Ani.

– Jutro. Cieszę się, że przyjeżdża. Ale zajdzie jeszcze jedna zmiana. Maryla i ja wyprzątnęłyśmy wszystko z gościnnego pokoju. Przyznam się, że robiłam to z niechęcią. Rzeczywiście, to było głupio, ale miałam wrażenie, jakbyśmy popełniały profanację. Ten poczciwy pokój gościnny wydawał mi się zawsze ołtarzem. Jako dziecko uważałam go za najpiękniejszą komnatę na świecie. Przypominasz sobie, jakie mię trawiło pragnienie, aby spać kiedy w łóżku takiego pokoju, ale nie w pokoju gościnnym Zielonego Wzgórza. O nie, nigdy tam! Toby było zbyt przejmujące... nie potrafiłabym zmrużyć oka. Kiedy Maryla posyłała mię po coś, nigdy nie przechodziłam przez ten pokój... Nie, rzeczywiście, przemykałam się na palcach z powstrzymanym tchem, jakbym się znajdowała w kościele i odczuwałam ulgę, gdy go opuściłam. Wisiały tam portrety Jerzego Whitefielda i księcia Wellingtona, po obu stronach lustra, i przez cały czas spoglądały na mnie tak surowo, zwłaszcza, jeśli się odważyłam zajrzeć do lustra, jedynego w domu, które mojej twarzy nie zniekształcało Zawsze się dziwiłam, jak Maryla może sprzątać ten pokój. A teraz nie tylko jest sprzątnięty, ale zupełnie opróżniony. Jerzy Whitefield i książę Wellington są na strychu. Tak mija chwała świata – zakończyła Ania ze śmiechem, w którym brzmiała nutka żalu – niemiła to rzecz, gdy dawne nasze ołtarze są sprofanowane, nawet wtedy, gdyśmy je przerośli.

– Tak pusto tu będzie, gdy odjedziesz – westchnęła Diana po raz setny. – I pomyśleć, że odjeżdżasz już w przyszłym tygodniu!

– Ale jesteśmy jeszcze razem – rzekła Ania wesoło. – Niech dzień jutrzejszy nie mąci nam radości dzisiejszego. Nie mogę znieść myśli, że wyjeżdżam sama... tak jestem zaprzyjaźniona z domem. Ty mi mówisz o samotności! Ja właśnie powinnam wzdychać. Ty zostaniesz tu w gronie starych przyjaciół – z Alfredem! Gdy ja będę sama wśród obcych, nie znając nikogo!

– Z wyjątkiem Gilberta i Karola Slone – rzekła Diana, odcinając się za przytyk Ani.

– Karol Slone będzie dla mnie rzeczywiście wielką pociechą – odpowiedziała Ania ironicznie, i obie panienki roześmiały się. Diana wiedziała doskonale, jakie było zdanie Ani o Karolu Slone, ale mimo wielu poufnych rozmów nie była pewna, co myśli Ania o Gilbercie Blythe. Ania sama tego z pewnością nie wiedziała.

– O ile wiem, będą oni zresztą mieszkali w innym końcu Kingsportu – ciągnęła Ania. – Jestem zadowolona, że jadę do Redmondu, i jestem pewna, że po pewnym czasie polubię go. Ale podczas pierwszych paru tygodni będę się czuła bardzo źle. Nie będę miała nawet tej pociechy, aby mieć nadzieję odwiedzenia w niedzielę domu, jak to było, gdy uczęszczałam do Seminarium. Boże Narodzenie będzie mi się wydawało odległe o tysiąc lat.

– Wszystko się zmienia albo zmieni się – rzekła Diana smutno – mam wrażenie, że dawne czasy już nie wrócą, Aniu.

– Zdaje się, że nasze drogi muszą się rozejść – rzekła Ania w zadumie. – Musiało do tego dojść. Czy sądzisz, Diano, że wiek dojrzały jest istotnie tak piękny, jak sobie wyobrażałyśmy, gdyśmy jeszcze były dziećmi?

 

– Nie wiem... wiele pięknych rzeczy łączy się z tym – odpowiedziała Diana, pieszcząc znowu swój pierścionek z uśmiechem, który powodował zawsze, że Ania czuła się niedoświadczoną i opuszczoną. – Ale bywają też rozmaite tak oszołamiające rzeczy. Niekiedy mam wrażenie, że lękam się być dorosłą... w takich chwilach dałabym wiele, aby być znowu małym dzieckiem.

– Mam nadzieję, że przyzwyczaimy się jeszcze do tego, by być dorosłymi – pocieszyła ją Ania wesoło. – Później nie będziemy się spotykały z tyloma niespodzianymi rzeczami, chociaż wyobrażam sobie niekiedy, że rzeczy niespodziane stanowią cały urok życia. Mamy po osiemnaście lat, Diano. Za dwa lata skończymy dwadzieścia. Gdy miałam dziesięć lat, wyobrażałam sobie, że dwudziestka jest zaśniedziałym, starym wiekiem. Niedługo już ty będziesz stateczną matroną w średnim wieku, a ja starą ciotką Anną, która na wakacje przyjedzie do was w odwiedziny. Zawsze znajdziesz dla mnie kącik, prawda, Diano, kochanie? Oczywiście nie pokój gościnny – stare panny nie mogę sobie rościć pretensji do gościnnego pokoju. Zadowolę się zupełnie skromną facjatką.

– Jakie głupstwa wygadujesz, Aniu! – zaśmiała się Diana. – Wyjdziesz doskonale za mąż – za przystojnego i bogatego chłopca, a najpiękniejszy nawet pokój gościnny w Avonlea nie będzie dość piękny na przyjęcie ciebie. Wobec wszystkich przyjaciół młodości będziesz zadzierała nosa.

– Szkoda by było, mój nosek jest dość ładny i zdaje mi się, że zadzieranie zniekształciłoby go – rzekła Ania, głaszcząc ten kształtny organ. – Nie mam tak wielu ładnych rysów, aby sobie pozwolić na szpecenie tych, które mam. Gdybym więc nawet wyszła za króla wysp kanibalów, przyrzekam ci, że wobec ciebie nie zadzierałabym nosa, Diano.

Z ponownym wesołym śmiechem dziewczęta rozstały się, Diana wróciła do Pochyłego Sadu, Ania skierowała się do urzędu pocztowego. Czekał tam na nią list, a gdy Gilbert Blythe spotkał ją przy moście ponad Jeziorem Lśniących Wód, oczy jej błyszczały z radosnego podniecenia.

– Priscilla Grant jedzie także do Redmondu – zawołała Ania. – Czy to nie cudownie? Spodziewałam się tego, ale ona nie liczyła, że jej ojciec pozwoli. Pozwolił jednak i będziemy razem mieszkały. Czuję, że mając u boku taką koleżankę, jak Priscilla, mogłabym stawić czoła całej armii ze sztandarami – lub wszystkim profesorom Redmondu w bojowej falandze.

– Sądzę, że polubimy Kingsport – rzekł Gilbert. – Opowiadano mi, że jest to piękne, stare miasteczko i posiada najpiękniejszy naturalny park na świecie. Słyszałem, że są tam wspaniałe widoki.

– Ciekawam, czy będą – czy mogą być – ładniejsze, niż ten – odpowiedziała Ania, rozglądając się dokoła rozmiłowanym, zachwyconym wzrokiem ludzi, dla których dom jest zawsze najpiękniejszym miejscem w świecie, bez względu na to, jakie czarowne kraje mogą się jeszcze znajdować pod obcymi gwiazdami.

Oparli się o poręcz pomostu nad starym stawem, wdychając głęboko aromat zmierzchu, w tym samym miejscu, gdzie Elaina wyratowała się niegdyś z barki. Czarujący szkarłat kłoniącego się słońca barwił jeszcze zachodnią połać nieba, ale księżyc wzszedł już i woda spoczywała w jego blasku niby wielki, srebrny sen. Wspomnienie spowiło dwie młode istoty w słodki i subtelny czar.

– Taka jesteś milcząca, Aniu – rzekł wreszcie Gilbert.

– Boję się mówić lub poruszać się, z obawy, aby ten cały cudowny urok nie rozwiał się niby zmącone milczenie – szepnęła Ania.

Gilbert położył nagle rękę na białej, delikatnej dłoni, spoczywającej na poręczy pomostu. Jego piwne oczy tonęły w mroku, jego chłopięce jeszcze wargi rozchyliły się, aby wypowiedzieć marzenia i nadzieje, przenikające jego duszę, ale Ania szybko cofnęła rękę i odwróciła się. Czar zmroku prysnął dla niej.

– Muszę już wracać do domu – zawołała z przesadną nieco obojętnością. – Marylę bolała dziś po południu głowa, a bliźniętom mogłoby się coś stać. Doprawdy nie powinnam była odejść na tak długo.

Paplała nieustannie i bez związku przez cały czas, aż doszli do dróżki, wiodącej ku Zielonemu Wzgórzu. Biedny Gilbert nie miał okazji wtrącić słowa. Ania czuła się nieco swobodniejsza, gdy się rozstali. Od przelotnej chwili wyznania w ogrodzie Chatki Ech do serca jej zakradła się nowa, tajemna świadomość w stosunku do Gilberta. Coś obcego wdarło się do dawnego, doskonałego stosunku koleżeńskiego z ławy szkolnej – coś, co temu stosunkowi groziło zniszczeniem.

„Dawniej nigdy nie cieszyłam się, gdy Gilbert odchodził”, pomyślała na w pół ze skruchą, na w pół z zatroskaniem, wkraczając sama na dróżkę. „Przyjaźń nasza zostanie zburzona, jeżeli będą się go nadal trzymały te głupstwa. A ja nie chcę dopuścić, żeby została zburzona. O, dlaczego chłopcy nie potrafią być rozsądni!”

Ania doznawała przykrego uczucia, że tak samo „nierozsądnym” było, iż czuła jeszcze na ręku gorące dotknięcie dłoni Gilberta, i to tak wyraźnie, jak czuła je w owej krótkiej chwili, gdy dłoń jego leżała na jej ręku; a tym mniej rozsądnym, że świadomość ta bynajmniej nie wydawała się jej przykra – zupełnie odwrotnie, niż przy podobnym ruchu ze strony Karola Slone, gdy siedzieli razem przez ciąg jednego tańca na zabawie w Białych Piaskach przed trzema dniami.

Ania wzdrygnęła się na to niemiłe wspomnienie. Ale wszystkie te myśli o zadurzonych młodzieńcach rozwiały się, gdy wkroczyła w znajomą, niesentymentalną atmosferę kuchni na Zielonym Wzgórzu, gdzie ośmioletni chłopiec gorzko płakał na kanapie.

– Co się stało, Tadziu? – zapytała Ania, obejmując go. – Gdzie Maryla i Tola?

– Maryla kładzie Tolę spać – łkał Tadzio – a ja płaczę, bo Tola spadła ze schodów piwnicy i zdrapała sobie skórę na nosie i...

– No, dobrze już, nie płacz, kochanie. Naturalnie martwi cię to, ale płacz nikomu nie pomoże. Jutro będzie znowu zdrowa. Płacz nikomu nie pomaga, Tadziku, i...

– Ja nie dlatego płaczę, że Tola spadła ze schodów – zawołał chłopiec jeszcze głośniej, przerywając kazanie Ani – ale, że ja tego nie widziałem. Każda miła zabawa zawsze mnie omija!

– O, Tadziu! – Ania stłumiła nieodpowiedni w tej chwili wybuch śmiechu. – Czyżby to była dla ciebie zabawa widzieć, jak mała Tola spadła ze schodów i poraniła się?

– Nie zraniła się bardzo – rzekł Tadzio zaczepnie. – Gdyby się zabiła, byłbym naprawdę smutny, Aniu. Ale Keithowie nie tak łatwo się zabijają. Zupełnie jak Blewettowie. Herbert Blewett spadł zeszłej środy ze sterty siana i stoczył się do przegrody, gdzie stał bardzo dziki koń, prosto pod jego kopyta. A jednak wygrzebał się żywy, tylko z trzema złamanymi żebrami. Pani Linde powiada, że bywają ludzie, których by się toporem nie zabiło. Czy pani Linde przyjedzie jutro, Aniu?

– Tak, Tadziu, a spodziewam się, że będziesz wobec niej zawsze grzeczny.

– Będę grzeczny, ale czy będzie mię kładła co wieczór do łóżka, Aniu?

– Może. Dlaczego?

– Bo – oznajmił Tadzio stanowczo – przy niej nie będę potrzebował zmawiać pacierzy, jak przy tobie, Aniu?

– Dlaczego nie?

– Bo myślę, że nie byłoby to tak ładnie mówić do Boga wobec obcych, Aniu. Tola, jeżeli chce, może się modlić przy pani Linde, ja nie będę. Zaczekam, aż odejdzie, i później się pomodlę. Czy tak nie będzie dobrze, Aniu?

– Tak, jeżeli jesteś pewien, że nie zapomnisz o tym, Tadziku.

– O, już ja nie zapomnę. Dla mnie pacierz to wielka przyjemność. Ale samemu go odmawiać nie będzie to tak wielka przyjemność, jak z tobą. Wolałbym, żebyś została w domu, Aniu. Nie rozumiem, dlaczego odjeżdżasz i opuszczasz nas.

– Nie robię tego dlatego, że chcę, tylko że muszę, Tadziu.

– Jeżeli nie chcesz, to nie musisz. Jesteś dorosła. Gdy ja będę dorosły, Aniu, nie zrobię niczego wbrew swojej woli.

– Przez całe życie, Tadziu, będziesz musiał robić rzeczy, których byś robić nie chciał.

– Nie – rzekł Tadzio stanowczo. – Ani mi się śni! Teraz muszę robić rzeczy, które mi się nie podobają, bo w przeciwnym razie ty i Maryla posyłacie mnie do łóżka. Ale kiedy będę dorosły, nie będziecie tego mogły robić; nikt mi wtedy nie będzie mógł rozkazywać. Nie pozwolę na to! Wiesz, Aniu, Emilek Boulter mówi, że jego matka powiedziała, że ty jedziesz do uniwersytetu, żeby złapać męża. Czy to prawda, Aniu? Muszę to wiedzieć.

Na chwilę Ania zapłonęła gniewem. Potem roześmiała się, przypomniawszy sobie, że pani Boulter nie mogła jej swoją brutalnością myśli i mowy zaszkodzić.

– Nie, Tadziu, to nieprawda. Jadę studiować, kształcić się, uczyć się rozmaitych rzeczy.

– Jakich rzeczy?

– Rozmaitych – odpowiedziała Ania.

– Ale gdybyś chciała złapać męża, jakbyś to zrobiła? Muszę to wiedzieć – upierał się Tadzio, którego przedmiot ten widocznie szczególnie interesował.

– Zapytaj o to lepiej pani Boulter – odpowiedziała Ania bez namysłu. – Sądzę, że wie ona o tym procesie więcej, niż ja.

– Zrobię to, kiedy ją znowu zobaczę – rzekł Tadzio poważnie.

– Tadziu! Jeżeli to zrobisz! – zawołała Ania, spostrzegając swój błąd.

– Przecież sama powiedziałaś – zaprotestował Tadzio urażony.

– Czas już, żebyś się położył spać – zadecydowała Ania, ratując się z kłopotliwej sytuacji.

Ułożywszy Tadzia do snu, Ania ruszyła ku Wyspie Wiktorii, gdzie siedziała samotnie, zalana poświatą księżyca, podczas gdy wody szemrały dokoła niej w czarownym duecie fali i wiatru. Ania lubiła zawsze ten potok. Niejedną nić marzenia snuła dawniej nad jego wodami. Zapomniała teraz o zakochanych młodzieńcach i o zgryźliwych słowach złośliwych sąsiadów i o wszystkich zagadnieniach swego dziewczęcego życia. W wyobraźni żeglowała przez dalekie morza, obmywając odległe, lśniące wybrzeża „nieznanej ziemi”, gdzie leżą opuszczona Atlantyda i Elizjum, żeglowała pod wieczorną gwiazdą przewodnią ku Krainie Tęsknoty Serca. I w marzeniach tych była bogatsza, aniżeli w rzeczywistości; gdyż rzeczy widzialne przemijają, niewidzialne zaś trwają wiecznie.

Rozdział II

Girlandy jesieni

Następny tydzień minął szybko, pod natłokiem niezliczonych „ostatnich spraw”, jak je Ania nazywała. Trzeba było składać i przyjmować wizyty pożegnalne, miłe lub niemiłe, zależnie od tego, czy goście lub odwiedzani odnosili się do nadziei Ani życzliwie, czy też uważali, iż pyszni się zanadto spodziewanym wyjazdem do uniwersytetu i poczytywali sobie za obowiązek „przykrócić jej cugli”.

K.M.A. urządziło wieczorową zabawę pożegnalną na cześć Ani i Gilberta w domu Józi Pay; miejsce to wybrano z jednej strony dlatego, że dom pana Pay był bardzo obszerny i wygodny, z drugiej strony, ponieważ obawiano się, że córki pana Pay nie chciałyby wziąć w zabawie udziału, gdyby nie zgodzono się na zaofiarowane przez nie miejsce uroczystości. Był to bardzo miły wieczór, zwłaszcza, że panny Pay zachowały się uprzejmie, nie mówiąc ani czyniąc niczego, co mogłoby zepsuć harmonię zabawy, co nie zgadzało się z ich nawyknieniami. Józia była niezwykle uprzejma, tak dalece, że rzekła nawet wyrozumiale do Ani:

– Wcale ci nieźle w nowej sukni, Aniu. Rzeczywiście, wyglądasz w niej prawie ładnie.

– To bardzo uprzejmie z twojej strony – odpowiedziała Ania z roześmianymi oczyma. Jej zmysł humoru rozwinął się, a słowa, które w czternastym roku byłyby ją uraziły, teraz stanowiły pożądaną strawę dla jej wesołości. Józia podejrzewała, że Ania śmiała się z niej za jej złymi oczyma, ale ograniczyła się do szepnięcia Bercie, że Ania Shirley jeszcze bardziej zadrze teraz nosa, niż dawniej, gdyż jedzie przecież na uniwersytet – zobaczysz!

Zebrała się cała „stara paczka”, pełna radości i humoru i młodzieńczej swawolności. Diana Barry, różowa z dołeczkami, w towarzystwie swego wiernego Alfreda; Janka Andrews, miła, rozsądna i szczera; Ruby Gillis, w swej najstrojniejszej kremowej bluzce jedwabnej z czerwonymi geraniami w złotych włosach; Gilbert Blythe i Karol Slone, obaj starając się trzymać jak najbliżej wymykającej się Ani; Carrie Slone, blada i melancholijna, gdyż – jak opowiadano – ojciec jej nie pozwalał Oliverowi Kimballowi zbliżać się do niej; Moody Spurgeon MacPherson, którego okrągła twarz i odstające uszy były tak samo okrągłe i odstające jak zwykle; i Bill Andrews, który przez cały wieczór siedział w kącie, chichotał, gdy ktoś do niego mówił, i z uśmiechem na szerokiej, piegowatej twarzy śledził wzrokiem Anię Shirley.

Ania wiedziała zawczasu o zabawie, ale nie wiedziała, że to ona i Gilbert, jako założyciele Koła, mieli być obdarzeni bardzo pochlebnym „adresem” i „dowodem uznania” w postaci tomu tragedii Szekspira dla niej i wiecznego pióra dla Gilberta. Była tak zaskoczona i uradowana miłymi słowami, wypowiedzianymi w adresie, odczytanym przez Moody Spurgeona głosem tak uroczystym i patetycznym, że łzy zgasiły iskry w jej wielkich, szarych oczach. Pracowała dla K.M.A. ciężko i wiernie, to też sprawiło jej istotną radość, że członkowie tak szczerze ocenili jej wysiłki. A wszyscy byli tak mili i uprzejmi i weseli – nawet panny Pay przyczyniły się do tego. W tej chwili Ania kochała cały świat.

 

Wieczór spędziła niezmiernie miło, ale zakończenie zepsuło prawie wszystko. Gilbert znowu popełnił błąd i przy kolacji na werandzie, pod blaskiem księżyca, powiedział Ani coś sentymentalnego. Aby go ukarać, Ania była bardzo uprzejma dla Karola Slone i pozwoliła odprowadzić się przez niego do domu. Przekonała się jednak, że zemsta nikogo tak bardzo nie rani, jak tego, kto jej dokonuje. Gilbert odszedł wesoło z Ruby Gillis, a Ania słyszała ich głośny śmiech, gdy szli powolnie w cichym, świeżym powietrzu jesiennym. Spędzali widocznie czas bardzo miło podczas gdy ona nudziła się śmiertelnie z Karolem Slone, który mówił nieustannie, ale nigdy nie powiedział ani słowa, które by warte było słuchania. Ania od czasu do czasu wtrącała bez związku „tak” lub „nie” i myślała o tym, jak pięknie wyglądała Ruby dzisiejszego wieczora, jak wybałuszone były oczy Karola w świetle księżyca, bardziej jeszcze niż za dnia, i że świat nie był jednak tak pięknym miejscem, jak sądziła przedtem podczas zabawy.

„Jestem zanadto zmęczona, to właśnie wszystko”, pomyślała, gdy się wreszcie z radością znalazła sama w swoim pokoju. I szczerze wierzyła, że tak jest.

Ale strumień radości, jakby z nieznanego, ukrytego źródła trysnął z jej serca, gdy następnego wieczoru ujrzała Gilberta, jak mocnym, szybkim krokiem nadchodził z Lasu Duchów, mijając starą kładkę. Więc Gilbert nie chciał jednakże spędzić ostatniego wieczora z Ruby Gillis!

– Wyglądasz zmęczona, Aniu – rzekł.

– Jestem zmęczona, gorzej jeszcze, jestem zniechęcona. Jestem zmęczona, ponieważ przez cały dzień pakowałam swoją walizkę i szyłam. Jestem zniechęcona, ponieważ sześć kobiet złożyło mi dzisiaj pożegnalne wizyty, a każda z nich starała się powiedzieć mi coś takiego, co odbierało życiu jasne barwy i pozostawiało je tak szarym, posępnym i bezradosnym, jak ranek listopadowy.

– Złośliwe staruchy! – wyjaśnił Gilbert wytwornie.

– O nie, to nie złośliwość – odparła Ania poważnie. – I to jest właśnie najgorsze. Gdyby były złośliwe, nie zważałabym na nie. Ale wszystkie one są poczciwymi, uprzejmymi, macierzyńskimi duszami, które mię lubią i które ja lubię, i właśnie dlatego wszystko, co mówiły lub napomykały, miało tak wielką wagę. Dawały mi do zrozumienia, że uważają za nierozumne z mojej strony wyjeżdżać do Redmondu, aby zdobyć stopień naukowy. Od tej chwili zastanawiam się, czy rzeczywiście nie jestem głupia. Pani Piotrowa Slone westchnęła i oświadczyła, iż ma nadzieję, że zdrowie moje wytrzyma do końca studiów; i nagle ujrzałam się jako beznadziejną ofiarą nerwowego przygnębienia pod koniec trzeciego roku nauki; pani Ebenowa Wright oznajmiła, że pobyt w Redmondzie przez cztery lata musi moc kosztować; i natychmiast zrozumiałam, że błędem nie do przebaczenia było z mojej strony trwonić pieniądze Maryli i moje własne na takie szaleństwo; pani Kacprowa Bell wyraziła nadzieję, że nie dam się przez uniwersytet zepsuć, jak się to z wieloma ludźmi staje; i uczułam natychmiast w kościach, że pod koniec czwartego roku pobytu w Redmondzie stanę się niemożliwą istotą, wmawiającą sobie, że wie i umie wszystko i spoglądającą z góry na wszystko i wszystkich w Avonlea; pani Elika Wright oznajmiła, że jej zdaniem wszystkie dziewczęta z Redmondu, zwłaszcza z Kingsportu, stroją się bardzo, i domyślała się, że nigdy już nie będę się czuła dobrze między nimi; i natychmiast ujrzałam się w duchu jako odtrąconą, zaniedbaną, pokorną dziewczyną wiejską, kroczącą po wykładowych salach Redmondu w podkutych trzewikach.

Ania zakończyła ze śmiechem, pomieszanym z westchnieniem. Wobec jej wrażliwej natury wszelkie zarzuty miały zawsze wagę, nawet zarzuty ludzi, z których zdaniem mało się liczyła W tej chwili życie nie miało dla niej uroku, a ambicja zgasła jak świeca.

– Z pewnością nie liczysz się z tym, co powiedziały – zaprotestował Gilbert. – Wiesz doskonale, jak ciasne są ich poglądy na życie, chociaż są poczciwymi istotami. Uczynić coś, czego one nigdy nie robiły, to dla nich grzech śmiertelny. Jesteś pierwszą dziewczyną w Avonlea, jadącą na uniwersytet. A wiesz przecież, że wszystkich pionierów uważa się za szaleńców.

– O, wiem. Ale uczucie jest tak odmienne od wiedzy. Zdrowy rozsądek mówi mi wszystko, co możesz powiedzieć, ale niekiedy zdrowy rozsądek traci nade mną moc. Zdrowy rozsądek owłada zupełnie moją duszą. Po odejściu pani Elizy nie miałam już niemal odwagi zakończyć pakowania.

– O to właśnie idzie, że jesteś zmęczona, Aniu. Zapomnij teraz o wszystkim i chodź się ze mną przejść – pospacerujemy po lesie nad bagnem. Będzie tam pewnie coś, co ci chcę pokazać.

– Pewnie? Nie wiesz na pewno, czy tam będzie?

– Nie. Wiem tylko, że powinno tam być, wnosząc z tego, co widziałem wiosną. Chodź. Będziemy udawali, że jesteśmy znowu parą dzieci i pobiegniemy jak wicher.

Ruszyli radośnie. Ania, pamiętając o przykrości poprzedniego wieczora, była dla Gilberta bardzo uprzejma; zaś Gilbert, który nauczył się rozumu, wystrzegał się powiedzenia czegokolwiek, co by wykraczało poza stosunek koleżeństwa szkolnego. Pani Linde i Maryla obserwowały ich z okna kuchennego.

– Będzie z nich kiedyś dobrana para – rzekła pani Linde zadowolona.

Maryla wzdrygnęła się lekko. W głębi serca miała nadzieję, że tak będzie, ale bolało ją, gdy pani Linde mówiła o tym swym zwykłym plotkarskim tonem.

– To jeszcze dzieci – odpowiedziała krótko.

Pani Linde roześmiała się dobrodusznie.

– Ania ma osiemnaście lat, w jej wieku byłam już zamężna. My starzy, Marylo, jesteśmy zbyt skłonni przypuszczać, że dzieci nigdy się nie stają dorosłe; o to właśnie idzie. Ania jest panienką, a Gilbert młodzieńcem, każdy zaś widzi, że uwielbia on ślady jej stóp. Miły to chłopiec, a Ania nie znajdzie lepszego. Mam nadzieję, że w Redmondzie nie wbije sobie jakiegoś romantycznego głupstwa do głowy. Nigdy nie pochwalałam tych koedukacyjnych zakładów naukowych. Nie sądzę – zakończyła pani Linde uroczyście – aby studenci w takich uniwersytetach zajmowali się czymś innym, jak flirtem.

– Trochę muszą też studiować – odpowiedziała Maryla z uśmiechem.

– Bardzo mało – skonstatowała pani Małgorzata. – Spodziewam się jednak, że Ania będzie się uczyła. Nigdy nie była flirciarką. Ale nie docenia ona Gilberta, o to właśnie idzie. O, ja znam dziewczęta! Karol Slone także za nią biega, ale nigdy bym jej nie radziła poślubić żadnego Slone’a. Slone’owie są oczywiście poczciwymi, rzetelnymi, czcigodnymi ludźmi, ale mimo wszystko pozostają zawsze Slone’ami.

Maryla skinęła głową. Osobie obcej skonstatowanie, że Slone’owie są Slone’ami niewiele by powiedziało, ale ona zrozumiała. Każda wieś ma taką rodzinę. Poczciwymi, rzetelnymi, czcigodnymi ludźmi mogą być, ale Slone’ami są i będą, choćby mówili językami ludzkimi i anielskimi.

Gilbert i Ania, szczęśliwie nieświadomi, że przyszłość ich w ten sposób zadecydowana została przez panią Małgorzatę, wałęsali się wśród cieniów Lasu Duchów. W dali połyskiwały zżęte wzgórza w promieniach zachodzącego słońca pod bladym, różowo-błękitnym niebem. Długie cienie drzew w alei sosen odgraniczały wyżej położone łąki. Lekki wiatr świszczał wokół nich, w odgłosie jego brzmiała nuta jesieni.

– Ten las rzeczywiście jest teraz pełen duchów... starych wspomnień – rzekła Ania, schylając się, aby zerwać źdźbło paproci, wyblakłe od chłodu. – Mam wrażenie, jakby dwie małe dziewczynki, Diana i ja, bawiły się tu jeszcze ciągle, siedząc o zmroku nad Fontanną Driad na schadzce z duchami. Czy uwierzysz, że nie mogę nigdy przejść tą drogą, aby nie odczuć odrobiny dawnego dreszczu i lęku? Stworzyłyśmy sobie pewną szczególnie przeraźliwą zjawę – był to duch zamordowanego dziecka, który skradał się do człowieka z tyłu, kładąc swe zimne palce na jego rękach. Przyznam, że do dzisiejszego dnia nie potrafię pozbyć się złudzenia, że słyszę za sobą te małe, szybkie kroczki gdy wchodzę tu po zapadnięciu zmroku. Nie lękam się Białej Pani, ani człowieka bez głowy, ani szkieletów, ale pragnęłabym, abym sobie była nigdy nie wyobraziła istnienia tego dziecka. Jakże się Maryla i pani Barry gniewały o to – zakończyła Ania ze śmiechem.

Poprzez drzewa, okalające bagno przeświecało purpurowe niebo; dokoła snuło się babie lato. Za grupą nagich sosen, rozgrzanej od słońca w dolince, otoczonej klonami znaleźli owo „coś”, czego szukał Gilbert.

– A, oto jest! – zawołał młodzieniec z zadowoleniem.

– Jabłoń... w takim ustroniu! – wykrzyknęła Ania z zachwytem.

– Tak, prawdziwa rodząca jabłoń, tutaj, pomiędzy sosnami i bukami, o milę od najbliższego sadu. Byłem tu pewnego dnia wiosną i zastałem ją ubieloną od kwiecia. Postanowiłem więc powrócić jesienią, aby się przekonać, czy będzie miała jabłka. Patrz, ugina się pod owocem. I jabłka wydają się nawet dobre, rumiane, z ciemnymi policzkami. Większość dzikich płodów bywa zielona i nieapetyczna.

– Przypuszczam, że jabłoń ta musiała przed laty wyrosnąć z przypadkowo zgubionego nasienia – rzekła Ania z zadumą. – I jak to dzielne, zuchwałe drzewko wyrosło tu, rozwinęło się, samotne pośród obcych!

– Oto wywrócone drzewo z poduszką z mchu. Usiądź, Aniu, posłuży ci ono za tron leśny. Wdrapię się po kilka jabłek. Rosną wszystkie bardzo wysoko, drzewo musiało dotrzeć do światła słonecznego.

Jabłka okazały się doskonale. Pod brunatnawą skórką był biały, biały miąższ z rzadkimi czerwonymi żyłkami; a prócz zwykłego smaku jabłek odznaczały się one szczególnym dzikim posmakiem, jakiego nie posiada żadne jabłko, wyhodowane w ogrodzie.

– Złowieszcze jabłko Edenu nie mogło mieć lepszego smaku – oświadczyła Ania. – Ale czas już, abyśmy wracali. Spójrz, zmrok zapadł przed trzema minutami, a teraz świeci już księżyc. Jaka szkoda, że nie zdołaliśmy uchwycić chwil tego przejścia. Ale zdaje się, że takich chwil nigdy nie można uchwycić.

– Okrążmy bagno i chodźmy do domu Aleją Zakochanych. Czy ciągle jeszcze czujesz się tak zniechęcona, jak wychodząc z domu?