Siostra Słońca

Tekst
Z serii: Siedem sióstr #6
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Siostra Słońca
Siostra Słońca
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 82,90  66,32 
Siostra Słońca
Siostra Słońca
Audiobook
Czyta Anna Kutkowska, Anna Rusiecka, Małgorzata Lewińska
42,90  30,46 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Cecily

Nowy Jork

Sylwester 1938


Tarcze wojenne kenijskich Masajów

9

– Cecily, skarbie, co ty, na Boga, wyprawiasz? Leżysz, a przecież za pół godziny wychodzimy na przyjęcie.

– Nie idę, mamo. Mówiłam ci przy lunchu.

– A ja mówiłam, że pójdziesz. Chcesz, żeby wszyscy, którzy liczą się na Manhattanie, plotkowali, dlaczego się dziś nie pokazałaś?

– Gwiżdżę na to. Poza tym na pewno mają ciekawsze tematy do rozmowy niż ja i moje zerwane zaręczyny.

Cecily Huntley-Morgan znów skupiła wzrok na książce i wróciła do czytania Wielkiego Gatsby’ego.

– No, może ciebie to nic nie obchodzi, moja panno, ale ja nie chcę, żeby wytykano mnie palcami, bo moja córka ze złamanym sercem chowa się w domu w sylwestra.

– Ale, mamo… To prawda. Chowam się i mam złamane serce.

– Proszę, napij się.

Dorothea Huntley-Morgan podała córce wąski kieliszek wypełniony po brzegi szampanem.

– Wznieśmy razem toast za Nowy Rok. Tylko obiecaj, że wypijesz do dna, dobrze?

– Nie jestem w nastroju, mamo…

– Nie o to tu chodzi, kochanie. Każdy pije w sylwestra szampana, nawet jak nie ma ochoty. Gotowa?

Matka uniosła swój kieliszek dla zachęty.

– Jeśli przyrzekniesz, że potem zostawisz mnie w spokoju – zastrzegła Cecily.

– No to za tysiąc dziewięćset trzydziesty dziewiąty rok i nowy początek! – Dorothea stuknęła się kieliszkiem z córką.

Cecily niechętnie wypiła do dna, tak jak prosiła matka. Od musującego płynu zrobiło się jej niedobrze – może dlatego, że od czterech dni nie była w stanie wmusić w siebie nic z jedzenia poza paroma łyżkami zupy od czasu do czasu.

– Wiem, że to będzie dobry rok, jeśli tylko na to pozwolisz – powiedziała matka.

Dziewczyna nie protestowała, kiedy przytuliła ją do piersi. Po zapachu oddechu mamy poznała, że to nie był jej pierwszy drink tego popołudnia. I to wszystko przez nią – dwa dni przed Wigilią Jack Hamblin zerwał ich krótkie narzeczeństwo. Jej rodzina przyjechała właśnie na święta do swojego domu w Hamptons. Cecily znała się od dziecka z Jackiem, którego rodzice mieli posiadłość w pobliskim Westhampton. Spotykali się zawsze latem na wakacjach i nie pamiętała czasów, kiedy nie była w nim zakochana. Nie zniechęcił jej nawet tamten jego żart, kiedy miała sześć lat, a on powiedział, że ma dla niej prezent, i podał jej kraba. Ten od razu ugryzł ją w palec, pociekła krew i pobrudziła kostium kąpielowy Cecily. Nie dopuściła jednak do tego, by Jack zobaczył, jak płacze, i teraz, niemal siedemnaście lat później, też się nie rozpłakała, kiedy oznajmił, że nie może się z nią ożenić, bo kocha inną.

Obiło się jej o uszy to i owo o tej Patricii Ogden-Forbes – kto w nowojorskim światku by o niej nie słyszał? Chicagowska dziedziczka wielkiej fortuny, jedynaczka. Odkąd pojawiła się na Manhattanie przed świętami, o jej urodzie krążyły legendy. Jack – o którego powinowactwie z Vanderbiltami Dorothea uporczywie przypominała córce i każdemu, kto chciał słuchać – najwyraźniej z miejsca stracił głowę dla panny Ogden-Forbes. I wszystko inne przestało się liczyć. Włącznie z planowanym ślubem z Cecily.

– Kochanie, ta Patricia nie ma żadnej ogłady – szepnęła jej do ucha matka. – W końcu ojciec tej dziewczyny to nuworysz. Dorobił się na zakładach mięsnych.

A ty jesteś córką producenta pasty do zębów, pomyślała Cecily, ale nie powiedziała tego na głos.

Często się zastanawiała nad tym, że tak zwana śmietanka towarzyska Ameryki powstała z handlarzy i bankierów. Nobilitowano tu rodziny najbogatszych, a nie tych o najbardziej błękitnej krwi. Oczywiście nic w tym złego, ale w odróżnieniu od Europy w tym kraju wolności nie było lordów czy książąt.

– Nie pójdziesz na przyjęcie, Cecily? Spróbuj, choć na godzinkę, dwie, jeśli nie dasz rady wytrzymać dłużej… – prosiła córkę Dorothea.

– Może. Ale ona tam będzie, mamo, z nim.

– Wiem, kochanie, jednak ty jesteś z Morganów, a Morganowie są dzielni i silni i stawiają czoło wrogom! – Dorothea uniosła brodę córki, by ta spojrzała jej w oczy. – Poradzisz sobie, wiem, że ci się uda. Kazałam Evelyn wyprasować twoją zieloną satynową suknię. Pożyczę ci naszyjnik od Cartiera, ten od mojej mamy. Będziesz sensacją wieczoru… Nie wiadomo, kto może się pojawić w tej sali balowej i czekać właśnie na ciebie.

Cecily zdawała sobie dobrze sprawę, że jedyne, co ją czeka, to upokorzenie, gdy były narzeczony będzie paradował z tą swoją bogatą pięknością z Chicago po sali balowej hotelu Waldorf-Astoria przed najprzedniejszym towarzystwem Nowego Jorku. Matka miała jednak rację. Cecily można było wiele zarzucić, ale na pewno nie tchórzostwo.

– No dobrze, mamo. – Westchnęła. – Zwyciężyłaś.

– Brawo, córeczko! Każę Evelyn, żeby przyniosła suknię, ułożyła ci włosy i przygotowała kąpiel. Nie pachniesz jak fiołki, kochanie.

– Ooo, dzięki, mamo. – Cecily wzruszyła ramionami. – Chyba przyda mi się jeszcze trochę szampana! – zawołała, gdy Dorothea już wyszła. – Najlepiej kilka wiader!

Potem skrzywiła się, wkładając zakładkę między kartki Wielkiego Gatsby’ego. Pokręciła głową z niesmakiem na pomysł, że niby miłość – plus wielki dom – mogą pokonać wszelkie przeciwności losu.

Miała i jedno, i drugie. I wiedziała, że to na nic.

*

Na szczęście sala balowa w Waldorf-Astorii była tak wielka, że przejście na drugą stronę przypominało żmudne pokonywanie szlaku pierwszych amerykańskich osadników. Pod sklepieniem wisiał oszałamiająco piękny żyrandol, na balkonach otaczających salę skrzyły się światła. Szmer rozmów i śmiechy ginęły stłumione miękką czerwoną wykładziną, podczas gdy orkiestra stroiła instrumenty na zbudowanej z boku scenie. Przed nią lśnił parkiet taneczny. Najbliższe stoliki były nakryte idealnie białymi obrusami, porcelaną, błyszczącymi kryształami i pięknie udekorowane kwiatami. Pojawił się kelner z kieliszkami szampana na tacy. Cecily chwyciła jeden spoconą dłonią.

Oczywiście byli tu wszyscy, którzy liczyli się w Nowym Jorku. Za samą biżuterię obecnych na sali pań można by kupić dość ziemi dla setek tysięcy ubogich w tym wielkim kraju, pomyślała Cecily, znajdując na jednym ze stolików karteczkę ze swoim imieniem i nazwiskiem. Usiadła. Cieszyła się, że jest twarzą do ściany i nie musi patrzeć w otchłań przepychu i swojej nieuniknionej hańby. I że nie będzie się rozglądać, choć przecież nie powinna, czy nie migną jej gdzieś Jack i Patricia…

– Patrzcie! Kogo ja widzę! Kochanie!

Uniosła wzrok i trafiła na wpatrzone w nią jasne oczy jednej z najsłynniejszych piękności nowojorskiej socjety – Kiki Preston, swojej matki chrzestnej. Kiedy ta ją obejmowała, Cecily zauważyła, że jej źrenice wydają się nienaturalnie powiększone, przypominają czarne groszki otoczone wąskimi obwódkami tęczówek.

– Moja słodka! Twoja mama opowiadała mi o twoich travails… Ale co tam… Takich jak on jest na pęczki. – Kiki mrugnęła do Cecily. A potem zachwiała się lekko i przytrzymała oparcia jej krzesła, nim opadła na sąsiednie. Wyciągnęła cygarniczkę z kości słoniowej i zapaliła papierosa.

Cecily nie widziała matki chrzestnej od dawna – pewnie odkąd miała dwanaście, może trzynaście lat. Teraz patrzyła z podziwem na kobietę, która, jak powiedziała jej w tajemnicy matka, miała romans z księciem należącym do angielskiej rodziny królewskiej. Wiedziała, że Kiki od dłuższego czasu mieszka w Afryce, a jednak jej skóra była nadal tak blada i świetlista jak perły z naszyjnika zdobiącego jej smukłą szyję ponad zwiewną suknią od Chanel odsłaniającą plecy. Ciemne włosy miała sczesane do tyłu, co eksponowało pięknie zarysowane kości policzkowe, wysokie czoło i te jej fascynujące zielone oczy.

– Czy to nie cudowne zobaczyć po tylu latach swoją matkę chrzestną? – wtrąciła z zachwytem Dorothea. – Kiki, powinnaś była uprzedzić, że przyjeżdżasz. Urządziłabym na twoją cześć przyjęcie.

– Już prędzej stypę… – mruknęła Kiki, wydmuchując cienki obłoczek dymu. – Tyle śmierci… Byłam tu na spotkaniach z prawnikami…

– Wiem, kochanie. – Dorothea usiadła po drugiej stronie przyjaciółki i wzięła ją za rękę. – Ostatnie lata musiały być dla ciebie potwornie ciężkie.

Cecily obserwowała, jak matka pociesza egzotyczną istotę siedzącą obok, i o ironio, po raz pierwszy od wielu dni poczuła nadzieję. Wiedziała, że Kiki, na skutek tragicznego splotu okoliczności, straciła kilka bliskich osób, w tym męża, Jerome’a. Dla Cecily była – choć musiała mieć koło czterdziestki – najpiękniejszą kobietą, jaką w życiu widziała. Najlepszy dowód na to, że uroda nie zawsze przynosi szczęście.

– Z kim siedzisz przy kolacji? – usłyszała, jak mama pyta przyjaciółkę.

– Nie mam pojęcia. Na pewno z jakimiś nudziarzami, może więc zostanę tu z wami.

– Byłoby nam bardzo miło, kochanie. Zaraz, tylko poproszę o dodatkowe nakrycie.

Kiedy matka poszła szukać kelnera, Kiki popatrzyła na Cecily i wyciągnęła do niej rękę. Dziewczyna ujęła ją i poczuła, że szczupłe, delikatne palce zaciskające się na jej dłoni są lodowate, choć w sali było gorąco.

– Dobrze zrobiłaś, że zdobyłaś się na odwagę, by przyjść tu dziś wieczorem – powiedziała Kiki, gasząc papierosa w popielniczce. – Mnie nie obchodzą ci wszyscy ludzie. Nic nie jest tu prawdziwe, wiesz. – Westchnęła, sięgając po kieliszek szampana zostawiony przez Dorotheę, i wypiła do dna. – Jak mówi moja przyjaciółka Alice, pewnego dnia wszyscy obrócimy się w proch, bez względu na to, ile cholernych brylantów posiadamy.

Kiki zapatrzyła się w przestrzeń, jakby chciała przeniknąć wzrokiem otaczające ich mury.

– Jaka jest Afryka? – spytała wreszcie Cecily, czując się w obowiązku podtrzymać jakoś konwersację, kiedy jej matka chrzestna zdawała się bujać myślami gdzieś daleko.

 

– Majestatyczna, przerażająca, tajemnicza i… wymykająca się wszelkim opisom. Mam dom na brzegu jeziora Naivasha w Kenii. Kiedy budzę się rano, mogę zobaczyć pływające hipopotamy, żyrafy zanurzające głowy w korony drzew, jakby chciały udawać gałęzie… – Kiki zaśmiała się niskim gardłowym głosem. – Powinnaś przyjechać mnie odwiedzić, wydostać się z tego klaustrofobicznego getta miasta i zobaczyć, jak naprawdę wygląda świat.

– Kiedyś z przyjemnością przyjadę – zapewniła Cecily.

– Kochanie, „kiedyś” nie istnieje. Jedyny czas, jaki mamy, to teraz, w tej minucie, a może ułamku sekundy… – Głos Kiki lekko się załamał. Sięgnęła po wieczorową torebkę z naszywanymi koralikami, które skrzyły się niczym setki malutkich brylancików. – Wybacz, muszę pójść do toalety, ale zaraz wracam.

Skinęła elegancką głową, wstała i ruszyła między stolikami. Przypominała Cecily kobietę, którą tak wielbił powieściowy Jay Gatsby – Daisy Buchanan, uosobienie urody z szalonych lat dwudziestych. Jednak to już były inne czasy, nawet jeśli matka Cecily i jej przyjaciele nadal żyli tak, jakby trwała tamta euforia, która wybuchła po zakończeniu wojny. Na zewnątrz pysznych murów sali balowej Ameryka wciąż borykała się ze skutkami wielkiego kryzysu. Cecily osobiście zetknęła się z nimi tylko raz, kiedy jako trzynastolatka zobaczyła ojca płaczącego w ramionach matki. Opowiadał jej o swoim przyjacielu, który wyskoczył z okna po krachu na giełdzie. Cecily wyrwała potem gazetę ojca z rąk ich gosposi Mary, która chciała ją wyrzucić. Starała się wyczytać z niej, co się dzieje. O dziwo, ten temat nie został nigdy poruszony w Spence – prywatnej szkole dla dziewcząt, do której uczęszczała – choć wiele razy próbowała pytać o to nauczycielki. Po ukończeniu liceum błagała swojego ojca, Waltera, by pozwolił jej studiować ekonomię w Vassar. Argumentowała, że dwie jej przyjaciółki z postępowych domów poszły na Uniwersytet Browna. Ku jej zaskoczeniu ojciec zgodził się na kontynuowanie nauki, ale nie podobał mu się wybrany przez nią kierunek.

– Ekonomia? – Zmarszczył brwi, nim łyknął swojego ulubionego bourbona. – Cecily, kochanie, to droga zawodowa zarezerwowana wyłącznie dla mężczyzn. Czemu nie pójdziesz na historię? Będzie ci łatwiej. Takie studia przygotowałyby cię przynajmniej do prowadzenia ciekawych konwersacji, kiedy będziesz bawić przyjaciół i znajomych przyszłego męża.

Zrobiła, jak kazał, zdając sobie sprawę, że idzie na kompromis. Ekonomię wybrała jako dodatkowy przedmiot. Uwielbiała algebrę, statystykę i osławioną ekonomię panny Newcomer. Siedząc w wyłożonych drewnianymi panelami salach wykładowych w otoczeniu inteligentnych kobiet, czuła się uskrzydlona, szczęśliwa jak nigdy.

Jak to się stało, że znalazła się znów w swoim dziecinnym pokoju w domu przy Piątej Alei bez nadziei na przyszłość? Siedząc samotnie przy stole, rozejrzała się po sali i łyknęła szampana, by odegnać dręczące ją myśli.

W lecie wyjechała z Vassar i dołączyła do reszty rodziny w Hamptons. Musiała się szczypać, że to nie sen, kiedy Jack zaczął się do niej zalecać. Wyróżniał ją podczas spotkań towarzyskich, zapraszał na tenisa, obsypywał komplementami i prezentami, co ją peszyło i cieszyło zarazem. Rodzice Cecily kibicowali tym konkurom. Niewątpliwie byli zachwyceni i szeptali za ich plecami o prawdopodobnych zaręczynach. Wreszcie, we wrześniu, Jack się oświadczył. O ironio, zrobił to podczas strasznego huraganu, który uderzył w Long Island niemal bez ostrzeżenia. Cecily pamiętała to przerażające popołudnie, kiedy na progu domu Huntleyów-Morganów pojawiła się pobladła rodzina Jacka ze służbą. Szukali schronienia przed sztormem. Dom Hamblinów w Westhampton atakowały ogromne gniewne fale, groziło mu zatopienie. Rezydencja jej rodziców stała bardziej w głębi lądu i wyżej. W dodatku miała dużą piwnicę. Kiedy wszyscy ukryli się w niej, a wiatr szalał nad nimi, zrywając i krusząc dachówki, Jack odciągnął Cecily na bok i mocno przytulił.

– Kochana – szepnął, gdy drżała w jego ramionach – takie chwile przypominają nam, jak cholernie krótkie może być życie… Wyjdziesz za mnie?

Uniosła głowę i spojrzała na niego zdumiona.

– Chyba żartujesz, Jack!

– Zapewniam cię, że nie. Proszę, powiedz „tak”.

I oczywiście powiedziała. Powinna wyczuć, że to wszystko jest zbyt piękne, aby było prawdziwe, ale zaskoczenie, że wybrał właśnie ją, plus to, że zawsze tak bardzo go kochała, przyćmiły jej trzeźwość myślenia. Już trzy miesiące później zaręczyny zostały odwołane i oto teraz siedziała samotnie w sylwestrową noc, potwornie upokorzona.

– Cecily! A jednak jesteś! Myślałam, że na pewno nie przyjdziesz!

Zobaczyła nagle najmłodszą siostrę Priscillę stojącą przed nią w cudownej różowej jedwabnej sukni. Włosy blond miała idealnie ułożone w opadające do ramion fale. Przypominała Carole Lombard, swoją idolkę, i niewątpliwie naśladowała jej styl. Niestety, mąż Priscilli, Robert, nie był Clarkiem Gable’em. Na wysokich obcasach żona zdecydowanie górowała nad nim wzrostem. Wyciągnął swoje małe i dość spocone dłonie do Cecily.

– Droga szwagierko, tak mi przykro z powodu twojej straty. – Cecily musiała się powstrzymać, by nie przypomnieć mu, że przecież Jack jeszcze żyje. – Mimo wszystko, życzę ci szczęśliwego Nowego Roku.

Cecily pozwoliła się wziąć za ramiona i zniosła dzielnie mokre cmoknięcia w oba policzki. Za nic nie potrafiła zrozumieć, jak jej siostra jest w stanie kłaść się co noc do łóżka z tym obrzydliwym, chudym mężczyzną, którego ziemista cera przypominała jej stojącą od poprzedniego dnia owsiankę.

Może leży i skupia się na liczeniu jego dolarów w banku, pomyślała okrutnie.

Tuż za Priscillą nadciągnęła ich średnia siostra, Mamie. Miała dwadzieścia jeden lat i była zaledwie trzynaście miesięcy młodsza od Cecily. Zawsze była płaska w biuście i chłopięcej budowy, ale po siedmiu miesiącach ciąży wyglądała już inaczej. Niebieska satynowa suknia subtelnie podkreślała jej pełne teraz piersi i delikatnie wydęty brzuszek, w którym kryło się dziecko.

– Cześć, kochanie. – Mamie pocałowała ją w oba policzki. – Wyglądasz cudownie, zwłaszcza biorąc pod uwagę okoliczności.

Cecily nie była pewna, czy to komplement, czy przytyk.

– Prawda, Hunter? – Mamie obejrzała się na męża, który w przeciwieństwie do Roberta górował wzrostem nad nimi wszystkimi.

– Wygląda fantastycznie – zgodził się Hunter, rzucając się uściskać Cecily niczym kumpla na boisku po strzeleniu gola.

Cecily bardzo go lubiła. Tak naprawdę, kiedy Mamie w zeszłym roku przyprowadziła go pierwszy raz do domu, trochę się w nim zadurzyła. Jasnowłosy, o orzechowych oczach, pięknych równych zębach chłopak skończył z wyróżnieniem Yale i właśnie zaczął pracować z ojcem w jego banku. Hunter był bystry, uroczy i przynajmniej zarabiał na życie, choć Mamie mówiła, że spędza mnóstwo czasu na lunchach w Union Club z klientami. Cecily miała nadzieję, że to obok niego będzie dziś siedzieć na kolacji. Mogłaby wypytać go, jak na ekonomię Stanów wpłynęła aneksja Sudetów przez Hitlera.

– Panie, panowie, prosimy uprzejmie o zajęcie miejsc do kolacji – odezwał się tubalny głos gdzieś z początku sali.

– W samą porę, tato – powiedziała Cecily, widząc zmierzającego szybko do ich stolika Waltera Huntleya-Morgana II.

– W lobby zatrzymał mnie Jeremiah Swift, chyba najnudniejszy człowiek na Manhattanie. – Ojciec uśmiechnął się do niej serdecznie. – A gdzie ja siedzę? – rzucił pytanie, nie kierując go do nikogo w szczególności.

– Po drugiej stronie stołu, obok Edith Wilberforce – odparła Cecily.

– Która jest pewnie najnudniejszą kobietą na Manhattanie. No cóż, przynajmniej twoja matka twierdzi, że ją lubi. A tak przy okazji, wyglądasz przepięknie – dodał, popatrując czule na najstarszą córkę. – Jesteś dzielna, że przyszłaś, a ja cenię odwagę.

Uśmiechnęła się do niego blado, kiedy odchodził, by zająć wyznaczone mu miejsce. Jak na mężczyznę w swoim wieku, był nadal bardzo atrakcyjny. Jedynie odrobina siwizny w jasnych włosach i leciuteńki zarys brzuszka zdradzały upływ czasu. Huntleyowie-Morganowie byli uważani za urodziwą rodzinę, choć Cecily miała wrażenie, że ona nieco zaniża poziom. Przy jasnowłosej, niebieskookiej Priscilli podobnej do ojca i Mamie przypominającej matkę czasem czuła się jak podrzutek z tą niesforną kędzierzawą ciemną czupryną, oczami, które w pogodny dzień były bladoniebieskie, a szare w pochmurny, i piegami na nosie, które namnażały się w słońcu. Mając niespełna metr pięćdziesiąt pięć wzrostu, szczuplutka, uważała się za niewyrośniętą mizerotę przy swoich eleganckich posągowych siostrach.

– Gdzie jest Kiki, Cecily? – spytała Dorothea, siadając trzy krzesła dalej od córki.

– Poszła do toalety, mamo, i nie wróciła – odparła Cecily.

Przyniesiono przystawkę z krewetkami, a krzesło przy nakryciu przygotowanym specjalnie dla Kiki nadal pozostawało puste.

Tylko tego jeszcze mi było trzeba, pustego miejsca obok…

Hunter nachylił się do niej.

– Jak przez następnych dziesięć minut się nie pojawi, przysunę się do ciebie.

– Dziękuję. – Cecily upiła łyk wina, które właśnie nalał jeden z kelnerów.

Wiedziała, że zapowiada się długi przykry wieczór.

Kiedy minęła godzina, a Kiki nie przyszła, usunięto jej nakrycie i Hunter przysunął się z krzesłem. Długo rozmawiali o sytuacji w Europie. Nie wierzył, że wybuchnie wojna. W końcu w tym roku brytyjski premier zawarł porozumienie z Hitlerem.

– No, ale z drugiej strony ten pan Hitler jest nieprzewidywalny, przez co rynki znów zrobiły się niestabilne, a już zdawało się, że sytuacja się normalizuje. Oczywiście – Hunter nachylił się do Cecily – znam sporo takich, co tylko zacierają ręce z radości na myśl o wojnie w Europie.

– Poważnie? – Uniosła brwi. – Dlaczego?

– Na wojnie potrzeba broni i amunicji, a Ameryka jest zdecydowanie dobra w ich produkowaniu. Zwłaszcza jako kraj niezaangażowany bezpośrednio w konfrontację militarną.

– Jesteś pewien, że Ameryka nie byłaby zaangażowana?

– Raczej tak. Nawet pan Hitler nie ośmieliłby się pomyśleć o aneksji Stanów Zjednoczonych.

– Nie do wiary, że są osoby, które naprawdę chcą wojny.

– Na wojnach ludzie, a tym samym kraje, się bogacą, Cecily. Spójrz na Amerykę po Wielkiej Wojnie. Pojawiło się tu sporo nowych miliarderów. To prawidłowość. W uproszczeniu mówiąc, co idzie w górę, musi pójść w dół, i odwrotnie.

– Czy to nie smutne?

– Pewnie, choć mam nadzieję, że ludzie potrafią uczyć się na błędach i możliwy jest postęp. A jednak doszliśmy do punktu, w którym Europie grozi wojna. – Hunter westchnął. – Mimo wszystko nie wolno tracić wiary w ludzi i może – dodał, gdy orkiestra zaczęła grać i goście ruszyli na parkiet – sylwester to noc, kiedy powinno się zapomnieć o zmartwieniach i świętować. Zatańczysz ze mną?

Wstał i podał jej dłoń.

– Z przyjemnością.

Uśmiechnęła się.

Dziesięć minut później wróciła na miejsce przy opustoszałym stole. Wszyscy inni tańczyli ze swoimi partnerami, a co gorsza, Cecily dostrzegła mieniącą się srebrną kreację i długie, zgrabne nogi, kiedy ich właścicielka przechodziła obok wsparta na ramieniu byłego narzeczonego Cecily.

Ta, choć nie paliła, wzięła paczkę papierosów, którą ktoś zostawił na stole, i zapaliła jednego, żeby się czymś zająć. Myślała o tym, jak bardzo samotnym można się czuć w sali pełnej setek ludzi, i zastanawiała się już nad zawołaniem taksówki i powrotem do domu, kiedy pojawiła się przed nią Kiki, ciągnąc za sobą jakiegoś atrakcyjnego mężczyznę.

– Och, Cecily! Nie możesz tu tak siedzieć sama. Mogę przedstawić ci kapitana Tarquina Price’a? To mój wspaniały przyjaciel z Kenii.

– Bardzo miło mi panią poznać – powiedział mężczyzna i skłonił się szarmancko.

– No to zostawię was, młodych, żebyście sobie porozmawiali, bo muszę skoczyć do toalety.

Gdy Tarquin usiadł obok Cecily i zaproponował jej kolejnego papierosa, odmówiła i pomyślała, że matka chrzestna ma chyba jakieś kłopoty z pęcherzem.

– Słyszałem, że jesteś córką chrzestną Kiki?

– Tak. A ty jej przyjacielem?

– Och, nie przesadzajmy, spotkaliśmy się kilka razy w klubie Muthaiga w Nairobi. Miałem urlop i Kiki zaprosiła mnie na święta do siebie na Manhattan. Twoja matka chrzestna to typ kobiety, która łatwo nawiązuje przyjaźnie. Niezwykła osoba, prawda?

– Na pewno. – Cecily marzyła, żeby móc zamknąć oczy i całą noc słuchać tej jego nieco ostrej wymowy charakterystycznej dla wyższych sfer. – Więc mieszkasz w Kenii?

– Na razie tak. Jestem kapitanem w brytyjskim wojsku i kilka miesięcy temu zostałem tam wysłany, kiedy wynikła ta cała sprawa z Hitlerem.

– Podoba ci się tam?

 

– Niewątpliwie to jeden z najpiękniejszych krajów, jakie w życiu widziałem. Bardzo się różni od mojej ojczyzny.

Jego przystojna twarz o opalonej skórze, pasującej do piwnych oczu i gęstych ciemnych włosów, zmarszczyła się w uśmiechu.

– Widziałeś już lwy i tygrysy?

– Ooo, przykro mi wyprowadzać cię z błędu, panno…?

– Mów do mnie po prostu Cecily, proszę.

– Cecily, panuje powszechne przekonanie, że w Afryce są tygrysy. A jednak ich tam nie ma. Ale widziałem lwy. Kilka tygodni temu zastrzeliłem jednego w buszu.

– Naprawdę?

– Tak. – Skinął głową. – Nicpoń węszył wokół naszego obozu, a ci przeklęci czarni posnęli. Kompletnie nas zaskoczył. Na szczęście usłyszałem ruch, złapałem strzelbę i zabiłem go, zanim zjadł nas wszystkich na kolację. Towarzyszyły nam panie.

– W obozowisku były z wami kobiety?

– Tak, niektóre nawet strzelały o wiele lepiej od mężczyzn. Jak się mieszka w Afryce, lepiej umieć obchodzić się z bronią, bez względu na to, jakiej jest się płci.

– Ja nigdy nie miałam broni w ręku, a co dopiero mówić o strzelaniu.

– Jestem pewien, że szybko byś się nauczyła, jak większość ludzi. A czym zajmujesz się w Nowym Jorku?

– Głównie pomagam matce w jej działalności charytatywnej. Jestem w kilku komitetach…

Głos odmówił jej posłuszeństwa. To zabrzmiało tak blado. Jak można opowiadać o lunchach dobroczynnych wojskowemu, który niedawno zabił lwa?

– Wiesz, chciałabym robić o wiele więcej, ale…

No dawaj, Cecily, przynajmniej postaraj się nie robić wrażenia smutnej panienki, która podpiera ściany na balu…

– W gruncie rzeczy najbardziej interesuje mnie ekonomia.

– Naprawdę? To może chodźmy na parkiet i opowiesz mi, jak i w co zainwestować swoje liche wojskowe zarobki?

– Czemu nie – zgodziła się, myśląc, że tańce mogą pójść jej lepiej niż prowadzenie uprzejmej lekkiej rozmowy. Przy muzyce Benny’ego Goodmana i jego zespołu, nawet jeśli Cecily przyszłoby do głowy coś mądrego czy zabawnego, Tarquin i tak by tego nie usłyszał. Z przyjemnością stwierdziła, że jest o wiele lepszym tancerzem niż Jack, i bardzo ją podbudowało, kiedy omal nie zderzyli się z jej byłym narzeczonym i jego mieniącą się srebrno boską partnerką. Wybiła północ i nad gośćmi pofrunęły uwolnione z sieci balony.

– Szczęśliwego Nowego Roku, Cecily. – Tarquin nachylił się, by pocałować ją w policzek. – Za starych i nowych przyjaciół.

Po tradycyjnym Auld Lang Syne orkiestra grała dalej, a Tarquin jakoś nie przejawiał ochoty, by zostawić Cecily, póki nie pojawiła się piękna Kiki i nie pociągnęła go za rękę.

– Byłbyś tak dobry i odprowadził mnie do mojego apartamentu? Przetańczyłam całą noc i moje biedne stopy bolą mnie niemiłosiernie. Muszę zrzucić te buty. Zaprosiłam kilka osób, więc możemy kontynuować zabawę na górze. Oczywiście ty też musisz pójść z nami, Cecily, kochanie.

– Dziękuję, Kiki, ale szofer na pewno już na nas czeka.

– To powiedz mu, żeby poczekał jeszcze trochę. – Kiki się zaśmiała.

– Niestety, czas wracać do domu. – Po kilku bezsennych nocach Cecily miała wrażenie, że mogłaby teraz naprawdę usnąć na stojąco w ramionach Tarquina.

– No, skoro musisz, ale zobaczymy się jeszcze przed moim wyjazdem do Kenii. Mówiłam Cecily, że powinna mnie tam odwiedzić.

– Koniecznie. – Tarquin spojrzał na Cecily. – Cieszę się ogromnie, że mogliśmy się poznać. – Sięgnął do jej dłoni i uniósł ją do ust. – Z wielką przyjemnością pokażę ci Kenię, jeśli się tam wybierzesz. Mam nadzieję, że niedługo znów się spotkamy. Dobranoc.

Cecily patrzyła, jak wyprowadza z sali Kiki, po czym rozejrzała się za matką i ojcem. Pomyślała, że nawet gdyby miała już nigdy więcej nie zobaczyć kapitana Tarquina Price’a, to tego wieczoru naprawdę był dla niej księciem, który w samą porę przybył na ratunek.