Siostra Słońca

Tekst
Z serii: Siedem sióstr #6
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Siostra Słońca
Siostra Słońca
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 82,90  66,32 
Siostra Słońca
Siostra Słońca
Audiobook
Czyta Anna Kutkowska, Anna Rusiecka, Małgorzata Lewińska
42,90  30,46 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6

Czy mogę pani coś zaproponować, panno D’Aplièse? – spytał steward.

– Tak. Poproszę szklankę toniku z lodem.

– Życzy pani sobie do tego cytrynę?

– Nie, dziękuję.

– A może coś do jedzenia?

Rozejrzałam się za kartą dań przy moim fotelu.

– Proszę się nie kłopotać. Mam jedną tutaj. – Podał mi menu.

W głowie tak mi się kręciło, że trudno mi było skupić wzrok.

– Poproszę smażony makaron z sałatą.

– Świetnie. Jakieś wino do tego?

– Nie, tylko tonik.

Steward skinął głową i ulotnił się z kabiny pierwszej klasy. Otworzyłam schowek, w którym leżały zakupy ze sklepu w strefie bezcłowej i moja torebka. Upewniłam się, czy nikt nie patrzy, odkręciłam korek butelki Grey Goose i pociągnęłam łyk. Odchyliłam się w fotelu, zamknęłam oczy, ale miałam wrażenie, że pod powiekami strzelają mi jakieś dziwne czerwone światełka. Wiedziałam, że zeszłego wieczoru przesadziłam trochę z koką. Ecstasy też nie zrobiło mi dobrze. Dopiero koło siódmej rano trochę to wywietrzało, ale byłam już po paru tabletkach nasennych. Pamiętałam tylko, jak później usłyszałam, że ktoś mnie woła. Kiedy zmusiłam się, by otworzyć oczy, zobaczyłam nad sobą Mariam. Gapiła się na mnie i mówiła, że czas jechać na lotnisko Kennedy’ego.

– Cześć.

O wilku mowa, pomyślałam, gdy pojawiła się przy mnie moja asystentka, która miała miejsce w klasie biznes.

– Cześć. – Podniosłam na nią wzrok.

– Jak się czujesz? – spytała.

– Dobrze, dzięki. Wczoraj trochę zarwałam noc, i tyle.

– Lot do São Paulo potrwa dziesięć godzin, może uda ci się trochę to odespać przed przesiadką do prywatnego odrzutowca do Rio. Jutro przez cały dzień masz zdjęcia.

– Wiem. Dam sobie radę, nie ma problemu – zapewniłam ją.

– A przy okazji, dałaś znać siostrze, że przylatujesz?

– Nie, jeszcze nie.

– Na pewno mogłabyś spotkać się z nią jutro wieczorem albo w czwartek przed wieczornym odlotem do domu.

– Dobra. Skontaktuję się z nią, jak wylądujemy.

– Świetnie. Gdybyś czegokolwiek potrzebowała, przyślij po mnie stewarda.

Mariam uśmiechnęła się.

– Jasne. – Skinęłam głową.

Steward przyniósł mi właśnie tonik i orzeszki.

– Dziękuję – rzuciłam.

Kiedy tylko oboje odeszli, wypiłam pół toniku i dolałam sobie do reszty wódki, jak planowałam.

Ostatnie dwa tygodnie były dla mnie najgorsze w życiu, dosłownie najgorsze, myślałam, biorąc dwa duże łyki swojego drinka. Gdziekolwiek się obróciłam, wszędzie było pełno zdjęć Mitcha z jego Skromniutką Narzeczoną. Na pierwszych stronach gazet i magazynów zdjęcia, w telewizji stale powtarzana migawka z chwili, kiedy ze sceny w Madison Square Garden ogłaszał, że się żeni. Na sesjach też wszyscy o tym gadali, ściszając głosy na mój widok. Niczym wiadomości CNN cały ten koszmarny cyrk tłukł mi się po głowie na okrągło. I oczywiście nie mogłam dać po sobie poznać, że to mnie cokolwiek obchodzi.

Wystarczyłaby najdrobniejsza wzmianka o tym, że była dziewczyna Mitcha cierpi, i media rzuciłyby się na wymarzony temat. Więc balowałam. Co wieczór widziano mnie albo na premierze jakiegoś filmu, albo w nocnym klubie, albo na jakimś szpanerskim wernisażu. Za każdym razem zapraszałam sobie do towarzystwa jakiegoś znanego faceta, który akurat był dostępny. Zed bardzo mi się przydał. W prasie ukazało się sporo zdjęć i dywagacji, czy jesteśmy oficjalnie parą. Robiłam to wszystko, bo nie miałam zamiaru pozwolić, by ktoś zobaczył, jak płaczę.

– Nikt się tego nie dowie – zamruczałam pod nosem, dopijając „tonik”.

– Pani makaron i sałata, proszę – powiedział mi wprost do ucha steward, pojawiając się znienacka.

Rozłożył mi stolik, a jego kolega nakrył go serwetką i położył sztućce, zanim tamten postawił przede mną talerze.

– Życzy sobie pani czegoś jeszcze?

– Może kieliszek szampana? – Uśmiechnęłam się do niego.

– Oczywiście.

Sięgnął po moją niemal pustą szklankę, by ją zabrać.

– Prosiłabym też o dolanie toniku, jeśli można.

– Ależ oczywiście, panno D’Aplièse.

Chryste, pomyślałam, mam już dość bycia „mną”. Nawet dziesięć tysięcy metrów nad ziemią udaję kogoś, kim nie jestem. Osobę wolną od używek, trzeźwą i opanowaną.

Po makaronie zaaplikowałam sobie kolejną wódkę z tonikiem, a potem przerzuciłam wybór filmów. W połowie najnowszego Harry’ego Pottera (komedie romantyczne najwyraźniej nie były tu w modzie) zasnęłam i zbudziłam się, kiedy wszyscy mieli pogaszone światła nad sobą. Leżeli owinięci kocami, na wierzchu widać było pozapinane pasy. Wstałam i poszłam do toalety. Wracając, popatrzyłam na surrealistyczną scenerię kabiny, która w niebieskawym świetle wydała mi się jakimś kosmicznym laboratorium. Śpiący ludzie są tacy bezbronni, pomyślałam, sadowiąc się na miejscu, które pod moją nieobecność w sposób cudowny przekształciło się w łóżko. A jedynym, czego ja nigdy nie mogłam okazać, była właśnie bezbronność. Gdybym tylko zdradziła, że cierpię, media roztrąbiłyby żenujące szczegóły po całym świecie. Wszyscy, od Tallahassee po Tokio, kiwaliby głowami, mówiąc z satysfakcją, że można się było tego spodziewać, bo taka jest cena sukcesu.

Możliwe, ale kiedy patrzyłam przez okno na światełka w dole, które musiały być Ameryką Południową, myślałam sobie, że przecież ja się o to nie prosiłam. Mnóstwo celebrytów, których poznałam, mówiło mi, że od dziecka marzyli o bogactwie i sławie. Ja marzyłam tylko o świecie, w którym nie czułabym się obca, gdzie byłabym u siebie. Tylko tego zawsze chciałam.

*

– Jezu, ale upał! Możemy zrobić przerwę? – spytałam reżysera.

Była trzecia po południu. Słaniałam się już na nogach.

– Jeszcze jedno ujęcie, Elektro, i pewnie będziemy mogli uznać, że na dziś koniec. Świetnie ci idzie, skarbie.

Zaciskając zęby – bo nigdy nie złamałam swojej złotej zasady, że na planie mogę najwyżej trochę ponarzekać – ruszyłam po miękkim piasku plaży Ipanema i znów stanęłam w wyznaczonym miejscu. Makijażystka już na mnie czekała. Przypudrowała mnie mocniej, żeby zamaskować krople potu.

– Gotowa! – oznajmiła, przekrzykując silny palący wiatr.

– Dobra, Elektro! – ryknął reżyser przez megafon. – Trzy kroki naprzód, a potem masz unosić ręce, aż powiem „Cięcie”.

Podniosłam kciuki na znak, że w porządku.

– I… akcja!

No i ruszyłam może z dwudziesty raz, modląc się w duchu, żeby to był już ostatni. Nareszcie mogłabym zdjąć z siebie tę białą szyfonową suknię z ogromnym kapturem, który powiewał mi za głową niczym spadochron, i lepiącą się do ciała halkę. Marzyłam, by rzucić się w fale morza kłębiącego się za mną.

– Dobra, cięcie!

Zatrzymałam się, czekając, aż sprawdzi, jak wyszło.

– Słuchajcie, na dziś to koniec!

Zdzierając z siebie powłóczysty strój, na chwiejnych nogach brnęłam do namiotu służącego za garderobę.

– Ktoś ma ochotę na kąpiel? – spytałam, kiedy reżyser i Mariam zaglądnęli do mnie.

– Nie jestem pewien, czy twoje ubezpieczenie obejmuje pływanie w morzu podczas sztormu – ostrzegł reżyser.

– O, daj spokój, Ken. Widzę, że tam dalej nawet małe dzieci wchodzą do wody.

– Może lepiej jutro po południu, jak skończymy? Potem z przyjemnością pozwolę ci się utopić – zażartował. – Właśnie przyjechał Joaquim, więc wszystko wygląda dobrze.

– No dobra. Wracam do hotelu i tam wskoczę do basenu. A teraz wybacz, chciałabym się przebrać.

– Jasne, skarbie.

Ken wyszedł, a Mariam została. Podała mi butelkę wody.

– Dobra robota – powiedziała z uśmiechem. – Widziałam, wyszło wspaniale.

– Fajnie, zbierajmy się stąd – mruknęłam pod nosem. Obejrzałam się na swoją garderobianą i uśmiechnęłam się pięknie. – Dziękuję za dzisiejszą pomoc.

– Cała przyjemność po mojej stronie. Do zobaczenia jutro rano o siódmej – powiedziała kobieta po angielsku z tym swoim dziwnym akcentem.

Kiedy wróciłam do Copacabana Palace, przy wejściu stał tłum łowców autografów. Krzyczeli do mnie, gdy wysiadałam z limuzyny. Uśmiechałam się do obiektywów, podpisywałam zdjęcia i podsuwane mi albumy.

W środku rzuciłam się niemal biegiem do windy. Chciałam jak najszybciej znaleźć się w apartamencie.

– Może pojechać z tobą? – zaproponowała Mariam.

– Nie. Wezmę zimny prysznic i trochę odpocznę. To był ciężki dzień.

– A co z pływaniem? – spytała, kiedy otwierały się drzwi windy.

– Może później – rzuciłam, wsiadając, i nacisnęłam górny guzik. – Zadzwonię do ciebie – dodałam, kiedy drzwi się zasuwały.

W pokoju natychmiast sięgnęłam do torby i nalałam sobie wódki. Ręce wyraźnie mi się trzęsły, gdy podnosiłam szklankę do ust. Lecąc rejsowym samolotem, nie odważyłam się zabrać ze sobą żadnych dragów. Liczyłam na to, że ktoś znajomy z planu podzieli się ze mną swoimi zapasami. Ten zespół był jednak czysty – w każdym razie z tego, co wiedziałam. Nikogo z nich nie znałam zresztą na tyle, żeby mu zaufać. Ale w końcu byłam w Ameryce Południowej, gdzie handel narkotykami przynosi chyba większe zyski niż jakikolwiek inny biznes. W najgorszym wypadku zagadnę w recepcji, pomyślałam. Przecież to Brazylia. Na pewno ktoś mi pomoże.

Kiedy już miałam wejść pod prysznic, w pokoju zadzwonił telefon. Nie odebrałam, przekonana, że nie ma takiej osoby na ziemi, z którą miałabym ochotę teraz gadać.

Stojąc pod prysznicem, klęłam na czym świat stoi. Mama, która uczyła nas, że nie wolno używać brzydkich wyrazów, byłaby wstrząśnięta. A jednak Mitch zasłużył sobie na wszystkie te wyzwiska. Złapałam ręcznik i poszłam do salonu. Zobaczyłam, że na telefonie miga czerwona lampka. Podeszłam, podniosłam słuchawkę i nacisnęłam guzik, żeby odsłuchać wiadomość. Spodziewałam się, że dzwonili z recepcji, bo chcieli spytać, o której mają mi przygotować łóżko na noc.

Jednak usłyszałam kojący głos mojej siostry Mai.

 

„Cześć, Elektro, przykro mi, że cię nie zastałam. Floriano zobaczył w dzisiejszej gazecie wiadomość, że jesteś w Copacabana Palace. Nie wiem, na jak długo przyjechałaś, ale bardzo chciałabym cię zobaczyć. Mieszkam bardzo blisko hotelu, za rogiem, mój numer…”

Złapałam długopis leżący przy telefonie i zapisałam numer w notesie przygotowanym dla gości. Potem zastanowiłam się nad tym, co czeka mnie wieczorem. Planowano kolację dla całego zespołu w jakiejś supermodnej restauracji. Obiecałam, że będę, ale mogłam się wymówić zmęczeniem. Maja mieszkała niedaleko, więc może daruję sobie tę kolację, zadzwonię do siostry i pójdę poznać jej nową rodzinę.

Rzecz w tym, że nie miałam ochoty ani na jedno, ani na drugie. Tak naprawdę marzyło mi się tylko, by zniknąć i zapomnieć nawet, że oddycham.

– Chryste, nie dam rady bez koki! – krzyknęłam i pomyślałam, że jedyną wadą mojej nowej asystentki jest jej nieskazitelna wstrzemięźliwość, jeśli chodzi o używki. Amy przynajmniej umiała mi coś zorganizować, sama czasem brała. Mariam padłaby trupem, gdybym kazała jej zamówić zwykłą wódkę z tonikiem.

Rozległ się dzwonek przy drzwiach, ale zignorowałam to. Trzydzieści sekund później zadźwięczał znowu.

– Kto tam?! – krzyknęłam.

– To ja, Joaquim – usłyszałam głęboki aksamitny głos zza drzwi.

– Joaquim?

Czy ja znam jakiegoś Joaquima?

I nagle chwyciłam, jak by powiedział Pa Salt. Przecież to nowy model, który miał wystąpić ze mną w reklamie. Reżyser wspominał, że dziś przyjechał i jest gotów do jutrzejszych zdjęć.

– Chwileczkę, już, już!

Złapałam szlafrok, narzuciłam na siebie i poszłam otworzyć.

– Olá, Elektro.

Uśmiechnął się do mnie leniwie. Gęste czarne włosy wiły się wokół twarzy niemal tak znanej z urody jak moja. Zmierzyłam wzrokiem resztę i uśmiechnęłam się.

– O, cześć.

– To zaszczyt nareszcie cię poznać. Przeszkadzam?

– Nie. Wejdź. – Otworzyłam szerzej drzwi.

– Tak sobie pomyślałem, że skoro mamy się jutro całować na planie, powinienem ci się najpierw przedstawić.

– Jasne. – Wskazałam na kanapę. – Chodź, siadaj.

Obserwowałam go, kiedy szedł przez pokój, i musiałam przyznać, że jest seksowny.

– Drinka?

– A co masz?

– Wszystko, co w minibarku albo co można zamówić do pokoju. – Wzruszyłam ramionami.

– To może napijemy się szampana, sim?

– Jasne, jeśli masz ochotę.

Zadzwoniłam na room service i zamówiłam butelkę Taittingera w lodzie.

– Wiesz, to szaleństwo! – Uśmiechnął się do mnie, odsłaniając białe, równiusieńkie zęby.

– Niby czemu?

– Bo jeszcze rok temu mieszkałem niedaleko stąd. Grabiłem piasek po drugiej stronie ulicy. – Wskazał przez okno na plażę, która tworzyła idealne białe pasmo w oddali. – I nagle podeszła do mnie jakaś Amerykanka i mówi, że zrobi ze mnie gwiazdę. A teraz jestem tu i siedzę w najlepszym apartamencie Copacabana Palace z jedną z najsłynniejszych kobiet na świecie.

– Tak. Coś podobnego zdarzyło się i mnie. Dziwaczna metamorfoza, co?

– Sim, prawda. A jutro staniemy na tej plaży, którą grabiłem, i za pocałowanie ciebie zapłacą mi więcej, niż kiedyś zarobiłbym w pięć lat!

Kiedy przyjrzałam się mu dokładniej, zdałam sobie sprawę, że pewnie ma nie więcej niż dziewiętnaście, góra dwadzieścia lat. To jeszcze chłopiec. Poczułam się przy nim jak babcia.

– Elektro, mogę ci coś powiedzieć?

– Jasne, co tylko chcesz.

– Nadal mam twoje fotosy w pokoju, w którym mieszkałem z młodszymi braćmi. Jesteś moją… jak to się mówi? Pin-up girl!

– To miło, dzięki – powiedziałam.

Zadzwonił dzwonek. Przywieźli szampana.

– No to… – Uniosłam kieliszek, kiedy obsługa się wycofała. – Za twoje sukcesy. Widziałam zdjęcia twojej twarzy na billboardach w całym Nowym Jorku. Jesteś sławny.

– Ale nie tak sławny jak ty. Jeszcze nie. – Uśmiechnął się do mnie jak speszony chłopiec i upił mały łyk szampana.

– W tej pracy jest trochę jak na kolejce górskiej. Gdybyś kiedyś potrzebował rady, z przyjemnością ci pomogę. Ja już znam to wszystko od podszewki – powiedziałam z przekonaniem.

– I dalej jesteś na topie! Mój agent stale powtarza: „Uważaj, żebyś nie okazał się gwiazdą, która wypali się równie szybko, jak zabłysła”. Zrobię więc co w mojej mocy, żeby nie stracić tego, co mam. Za nic nie chciałbym znaleźć się tam z powrotem. – Znów wskazał na plażę. – Muszę się pilnować i zachowywać jak trzeba.

– Tak. Pewnie już przekonałeś się, jak to jest ze sławą.

– Wiem, bywa ciężko. Jak tylko ludzie mnie wypatrzą na ulicy czy w barze, muszę się z nimi fotografować, dawać autografy. A zajęć tyle, że można dostać kręćka! – Przeczesał palcami włosy. – Wyliczyłem, że w zeszłym miesiącu byłem na trzech kontynentach. Budzę się i nie wiem już, gdzie jestem. Ale nie będę narzekał. Wiem, że miałem wielkie szczęście.

– Tak trzymaj, brawo – wymamrotałam, dopijając szampana. Dolałam sobie i jemu.

– Tylko trochę przesadzam z tym. – Wsunął dłoń do kieszeni dżinsów i wyciągnął malutką torebeczkę białego proszku. – Nie masz nic przeciwko temu, żebym…? – Pokazał torebkę.

Nagle wróciła mi wiara w Boga, Świętego Mikołaja i zajączka wielkanocnego.

– A gdybym powiedziała, że mam? – odezwałam się z uśmiechem, kiedy wysypywał odrobinę na stolik.

Zrobił przerażoną minę.

– To oczywiście wstrzymam się, ale ludzie z branży mówili mi, że… tobie to nie przeszkadza.

Teraz to ja się przeraziłam dla odmiany, choć próbowałam nie dać tego po sobie poznać.

– No tak, staram się jednak, żeby nie weszło mi to za bardzo w krew.

– Ale w końcu jesteśmy w Copacabana Palace, pierwszy raz cię widzę. Chcesz się poczęstować?

Czy chciałam?! Próbowałam zachować spokój.

– Czemu nie?

– Masz, weź pierwsza. Bardzo dobry towar. Od mojego kumpla z Rio.

Kiedy upragnione odczucie zaczęło ogarniać moje zmysły, zaśmiałam się głośno.

– Dobre. Może dałbyś mi numer telefonu swojego przyjaciela, na wypadek gdybym potrzebowała tego trochę więcej.

– Nie martw się, Elektro. Mam dość dla nas obojga.

Joaquim znalazł sprzęt stereo i włączył muzykę, a potem wyszliśmy posiedzieć na tarasie z widokiem na plażę. Nagle życie było piękne, a mój nowy przyjaciel z każdą chwilą stawał się bardziej pociągający.

– Idziesz dziś na tę kolację? – zapytał.

– Miałam się wybrać, ale nie za bardzo mi się chce.

– Mnie też nie. Jestem w swoim rodzinnym mieście i wolałbym zabalować. Mogę zabrać cię w kilka miejsc, o których wiedzą tylko tutejsi.

– Z przyjemnością, fajnie. Rzadko mam okazję zobaczyć cokolwiek w miastach, w których jestem.

Wstałam, zamierzając zadzwonić do Mariam, ale on stanął za mną i chwycił mnie w pasie.

– Albo możemy zabalować tutaj, sami.

Jego prężne biodra kołysały się za mną w rytm muzyki. Obrócił mnie twarzą do siebie i nie tracąc czasu, zaczął całować.

Czterdzieści pięć minut później zadźwięczał dzwonek do drzwi. Nie zwracałam na to uwagi, ale odezwała się moja komórka.

– Zaczekaj – powiedziałam, całując Joaquima, nim wyślizgnęłam się z łóżka i poszłam do salonu, żeby odebrać telefon.

– Elektro, tu Mariam. Jestem pod drzwiami.

– O Jezu! – mruknęłam i poszłam otworzyć.

Pod drzwiami na podłodze leżała jakaś wsunięta pod nie koperta. Podniosłam ją.

– Cześć – powitałam Mariam, starając się robić wrażenie zaspanej, choć byłam żwawa jak skowronek.

– Jeszcze się nie ubrałaś, a za piętnaście minut powinnyśmy jechać na kolację.

– Przepraszam, ale nie czuję się najlepiej. Mogłabyś mnie usprawiedliwić? Powiedz, że musiałam się wcześniej położyć spać.

– Dobrze…

Czułam, jak świdruje mnie wzrokiem. Podałam jej kopertę.

– Zajmij się tym, cokolwiek to jest, dobrze? Zobaczymy się jutro. Będę jak nowa.

– W porządku, ale nie zapomnij nastawić budzika na szóstą trzydzieści.

– Nie zapomnę.

– Mam nadzieję, że poczujesz się lepiej – rzuciła.

– Dzięki. Dobranoc.

Zamknęłam drzwi, a potem założyłam jeszcze łańcuch zabezpieczający. Powędrowałam do stolika, wciągnęłam kolejną kreskę i wróciłam do sypialni w ramiona czekającego na mnie Joaquima.

7

Może dlatego, że tak dobrze poznaliśmy się tej nocy, zdjęcia szły fantastycznie i o czwartej byliśmy już wolni.

– Pamiętasz, mówiłam ci, że ten list wsunięty pod drzwi jest od twojej siostry Mai? – spytała Mariam, kiedy przebierałam się w namiocie.

– Pewnie, jeszcze nie mam w głowie waty zamiast mózgu – odparłam, zapinając szorty.

– Zadzwonisz do niej po powrocie do hotelu? Pisała, że dziś wieczorem ma czas, a my jedziemy na lotnisko dopiero o dziesiątej.

– Jasne, zadzwonię – rzuciłam wkurzona.

Miałam wrażenie, że Mariam zaczyna się zachowywać jak zaborcza, apodyktyczna mamuśka. Mimo wszystko, kiedy tylko znalazłam się w hotelowym apartamencie, wybrałam numer zapisany poprzedniego dnia.

– Oi! – od razu usłyszałam miły głos Mai.

– Hej, to ja, Elektra.

– Elektro! Aż trudno mi uwierzyć, że jesteś w Rio. Jak długo zostaniesz?

– Lecę z powrotem dzisiaj o północy.

– Więc masz czas, żeby wpaść na parę godzin i poznać Floriana i Valentinę?

– Chyba nie – skłamałam, myśląc o tym, że za dwadzieścia minut jestem umówiona z Joaquimem. – Ale mogłabym spotkać się z tobą na szybkiego drinka. W hotelu, koło ósmej, zanim pojadę na lotnisko.

– No dobrze. Przyjdę.

– Powiedz w recepcji, żeby przysłali cię do mnie na górę, uprzedzę, że się pojawisz.

– Dobrze. Już nie mogę się doczekać, żeby cię zobaczyć, Elektro.

– To na razie, pa.

Odłożyłam telefon. Zrobiłam kreskę z zapasu, który wczoraj zostawił mi Joaquim, i poszłam wziąć prysznic. Potem zadzwoniłam i zamówiłam do pokoju butelkę wódki i kolejnego szampana w lodzie. Dziesięć minut później Joaquim był już w moim apartamencie i po chwili w łóżku.

– Jesteś cudowna – zamruczał mi do ucha. – Chciałbym się z tobą kochać bez końca.

Zasnęliśmy, a po przebudzeniu znów wzięliśmy po parę kresek i uprawialiśmy seks. Kiedy poskarżyłam się, że stale chce mi się spać, wyjął z portfela parę tabletek.

– Spróbuj tego. Postawi cię na nogi jak nic, co dotąd brałaś.

Połknęłam jedną tabletkę, popijając ją szampanem, a on zrobił to samo. Minęło dziesięć minut i kochaliśmy się raz jeszcze, a potem wzięliśmy prysznic i śmialiśmy się jak szaleni, kiedy próbował nauczyć mnie – nagą, na tarasie – tańczyć sambę.

– Jeszcze ktoś nas zobaczy – szepnęłam, gdy dostrzegłam w dole basen.

– To byłoby piękne zdjęcie. – Uśmiechnął się i pocałował mnie.

– O nie!

Nawet w tym alkoholowo-narkotykowym zamroczeniu wiedziałam, że to, co robimy, jest ryzykowne, więc wciągnęłam go z powrotem do pokoju.

I zastałam tam Mariam stojącą obok mojej siostry Mai.

– Ups! – wybąkałam, starając się zakryć co trzeba dłońmi.

Joaquim złapał poduszkę, by przesłonić nagość. Wybuchnęłam histerycznym śmiechem na widok min mojej asystentki i siostry.

– Przepraszam was, trzeba było pukać.

– Próbowałyśmy. I dzwoniłyśmy. Zaczęłyśmy się martwić, więc kierownik nas wpuścił – powiedziała Mariam, a ja w tym momencie miałam ochotę trzepnąć ją w tę jej niepokalaną, niealkoholową gębę. – Zaraz podam ci szlafrok.

– To ja was lepiej zostawię – wtrącił Joaquim, znikając za Mariam w sypialni.

– Siadaj, proszę – zwróciłam się do siostry, gdy Mariam wróciła z moim szlafrokiem.

– Za czterdzieści minut musimy jechać na lotnisko. Pójdę cię spakować – poinformowała mnie cicho asystentka.

– Dzięki.

Joaquim pojawił się już w pełni ubrany. Uściskałam go.

– Zobaczymy się na lotnisku? – spytałam.

– Nie, zostaję trochę dłużej, a potem lecę do Meksyku, na sesję dla „GQ”.

– Jasne. – Skinęłam głową. – Odzywaj się, dobrze?

– Zadzwonię, jak wrócę do Nowego Jorku – zapewnił. – Tchau, Elektro. – Spojrzał na moją siostrę. – Adeus, senhora – rzucił i wyszedł.

– Napijesz się szampana? – zapytałam Mai, biorąc ze stolika butelkę. – Oj, chyba nic nie zostało. Zaraz zamówię więcej.

– Nie, dziękuję, Elektro.

– To może coś innego? – zaproponowałam, nalewając sobie porządną porcję wódki.

– Nie trzeba. Co u ciebie?

– Och, wspaniale. I po prostu oszalałam na punkcie Rio! Co za miasto!

Maja w milczeniu patrzyła, jak piję wódkę. Odstawiłam szklankę i przyjrzałam się siostrze.

– Wiesz co, jesteś z nas najpiękniejsza. To ty powinnaś być modelką, nie ja.

– Dziękuję za komplement.

– Poważnie – zapewniłam, zachwycona jej pięknymi błyszczącymi ciemnymi włosami, zdumiewająco gładką skórą i wielkimi ciemnymi oczami, przypominającymi te Joaquima. – Jesteś naprawdę piękna. Chyba nawet ładniejsza niż wtedy, kiedy cię widziałam ostatnio. – Pokiwałam z przekonaniem głową.

 

– No… – odezwała się tym swoim łagodnym, niespiesznym tonem – może to dlatego, że jestem szczęśliwa. A ty, Elektro?

– Och – rzuciłam, otwierając szeroko ramiona. – Jestem w euforii! Czy ten Joaquim nie jest cudowny? Wiesz, urodził się w Brazylii. Czy wszyscy Brazylijczycy są tacy ładni jak wy? Jeśli tak, to chyba się tu przeprowadzę!

Wróciła Mariam.

– Czas szykować się do wyjazdu na lotnisko – powiedziała. – Położyłam ci na łóżku to, w co się zwykle ubierasz na podróż.

– Dzięki. – Kołysząc się lekko, sięgnęłam po szklankę z wódką. – Nie zapomniałaś o bieliźnie? – Zachichotałam. – Zaraz wrócę. – Pomachałam siostrze i poszłam do sypialni.

Ubierając się, słyszałam, jak Maja i moja asystentka rozmawiają ściszonymi głosami.

– Hej, Mariam! Jestem strasznie głodna, może poproś, żeby zapakowali mi kanapkę klubową na drogę?! – zawołałam.

– Oczywiście.

Usiadłam na łóżku i próbowałam zawiązać sznurowadła sportowych butów, zanim zorientowałam się, że przez pomyłkę nałożyłam lewy but na prawą stopę. Znowu dostałam ataku śmiechu. Pomyślałam, że Mariam i Maja są do siebie tak podobne. Opanowane, nigdy nie można po nich poznać, co myślą, i…

– Wiecie co?! Właśnie wpadłam na to, że Maja mogłoby być zdrobnieniem od Mariam – oznajmiłam, wchodząc do salonu. Padłam ciężko na kanapę. – Fajne, co?

Obie uśmiechnęły się dziwnie, a potem w drzwiach pojawił się człowiek w hotelowym uniformie.

– Pan po mnie? – spytałam i znów zaczęłam chichotać.

Mariam podeszła do niego i coś mu powiedziała. Natychmiast się ulotnił.

– Tylko żartowałam! Powinien zabrać moje bagaże.

– Elektro, rozmawiałyśmy z Mariam i zastanawiamy się, że może zostałabyś parę dni u mnie w Rio? – powiedziała Maja. – Zwłaszcza że, jak mówisz, bardzo ci się tu podoba.

– No tak, ale to dlatego, że wspaniale bawiłam się z Joaquimem. Świetnie się dogadujemy.

– Widziałam. – Maja nie protestowała. – Wyglądało na to, że naprawdę się zaprzyjaźniliście.

– Racja.

– No to jak? Co ty na to, żeby zostać w Rio jeszcze tę noc i trochę odespać? A potem zdecydujemy, czy zostaniesz dłużej?

– Nie masz nic w kalendarzu do końca tygodnia i na weekend – wtrąciła Mariam.

– No… nie wiem… – Wzruszyłam ramionami, a potem potężnie ziewnęłam.

Perspektywa, żeby paść na wielkie wygodne łóżko w pokoju obok, zamiast tłuc się na lotnisko i wsiadać do odrzutowca, byle tylko jak najszybciej znaleźć się – no właśnie… gdzie…? w moim pustym mieszkaniu? – wydawała się kusząca.

– Joaquim jutro będzie w Rio – przypomniałam sobie nagle i uśmiechnęłam się szeroko. – Tak mówił.

– Rzeczywiście – potwierdziła Maja.

– To jak? – Mariam stanęła przede mną. – Zostajemy? Zrobisz sobie małe wakacje?

Skinęłam głową.

– Dobrze – rzuciłam.

– W takim razie idę na dół, żeby załatwić przedłużenie rezerwacji, i zmienię lot, tak?

– W porządku.

Kiedy wyszła, Maja usiadła obok mnie i wzięła mnie za ręce.

– Mariam jest przeurocza, prawda?

– Tak. Anioł nie kobieta – przyznałam. – Co bywa wkurzające – dodałam, unosząc brew.

Widziałam, że siostra wpatruje się we mnie.

– Co jest? – spytałam.

– Pomyślałam o tym, jak bardzo cię kocham, moja młodsza siostrzyczko.

– Ja ciebie też, starsza siostrzyczko.

Spojrzałam na nią i dostrzegłam łzy w jej oczach.

– Hej, czemu płaczesz? Nie cieszysz się, że mnie widzisz?

– Cieszę się bardzo, Elektro, wierz mi. – Zobaczyła, że ziewnęłam, i zaproponowała: – Może chodźmy do sypialni. Utulę cię jak wtedy, kiedy byłaś malutka, i opowiem ci bajkę.

Przypomniało mi się, jak Maja, może trzynastoletnia, siedziała na moim łóżku i czytała mi książeczki. Powiedziała mi kiedyś, że jej imię to po grecku „matka”, a ja pomyślałam, że jeśli miałabym kiedyś mamę, to byłaby taka jak ona.

– Pewnie – zgodziłam się, wstałam i, nadal na lekko chwiejnych nogach, poszłam z Mają do sypialni. – Hej! – Wgramoliłam się na łóżko i poklepałam prześcieradła zmięte po popołudniowych szaleństwach z Joaquimem. – Jest dość miejsca, żebyś zmieściła się tu ze mną.

Maja wygładziła pościel od swojej strony i położyła się. Wyciągnęła do mnie dłoń, a ja złapałam się jej mocno, czując zbliżający się dół, bo ecstasy i koka przestawały działać.

– Wiesz? Zawsze byłaś moją ulubioną siostrą – powiedziałam, obracając się do niej.

– Naprawdę? Miło, że tak mówisz. A ja mogę ci powiedzieć, że byłaś najbardziej uroczym bobasem na świecie. Nawet jeśli wrzeszczałaś.

– Wiem, jak mnie przezywałyście z Ally.

– Tak?

Dostrzegłam rumieniec wędrujący powoli po jej łabędziej szyi na policzki.

– Tak. Nazywałyście mnie Tryka. Rozumiem, byłam rogata jak baran, ale skąd wam to przyszło do głowy?

– Bo jesteś Elektra, więc elektryka, „tryka”, rozumiesz? Przepraszam, kochanie, to były tylko żarty.

– Wtedy było mi przykro, ale może miałyście rację. I nie sądzę, żebym się bardzo zmieniła.

Do oczu zaczynały mi już podchodzić łzy.

– No, może zdarzały ci się napady złości, ale jednocześnie byłaś jak iskierka, najbystrzejsza z moich młodszych sióstr. Kiedy bawiłyśmy się w zgadywanki matematyczne z Pa Saltem, latem na jego łodzi, zawsze wygrywałaś.

– Tak? To jak to się stało, że wyrosłam na takiego głąba? Wiesz, jak zawalałam wszystkie egzaminy w szkole.

– Sądzę, że nic cię nie obchodziły, więc w ogóle nie przykładałaś się do nauki.

– Racja – przyznałam. – Maju? Mogłabym dostać kawę, jak myślisz? Jestem trochę nieprzytomna.

– Oczywiście. Z kofeiną czy bez?

– Zdecydowanie z kofeiną – odparłam, gdy sięgała po telefon. – Te wszystkie głupoty, że trzeba prowadzić zdrowy tryb życia, o których gadałam, kiedy się ostatnio widziałyśmy, były tylko dla Mitcha. Jego ciało miało być jak świątynia.

– Naprawdę? – zdziwiła się Maja, czekając, aż będzie mogła złożyć zamówienie. – Widziałam ostatnio jego zdjęcie w jakimś magazynie. Wygląda jak wrak człowieka.

Gdy poprosiła, żeby przynieśli kawę, zachichotałam, ale po chwili śmiech przeszedł w jęk, a w końcu w szloch.

– Hej – odezwała się łagodnie. – O co chodzi?

– O, tylko… o wszystko. – Wzruszyłam ramionami, łzy spływały mi po policzkach. – Chyba głównie o Mitcha. To nie najlepszy czas dla mnie.

– Rozumiem, kochanie. I przypuszczam, że nie możesz dać nic po sobie poznać?

– Właśnie. Media miałyby używanie, a ja nie chcę, żeby się nade mną użalano.

– Ale ja nie jestem kimś z prasy, tylko twoją siostrą, która cię kocha. Chodź tutaj.

Przytuliła mnie, a ja wdychałam cudowny naturalny zapach jej ciała.

– Czuję się jak w domu. – Uśmiechnęłam się.

– Miło, że tak mówisz.

– Wiesz, pojechałam kilka tygodni temu do Atlantis i nie czułam się jak w domu. – Gwałtownie pokręciłam głową. – Wcale nie było jak w domu.

– Wiem, Elektro. To dlatego, że odszedł Pa Salt.

– Nie tylko on, wy wszystkie też. Trochę smutno tam tylko z mamą i Claudią.

– Ally mówiła mi, że i z nią się widziałaś i poznałaś Beara.

– Tak, jest uroczy. Ally to szczęściara, ma kogoś, kogo kocha i kto ją kocha. Ja… nie mam. Nie mam nikogo. – Rozpłakałam się na dobre, wylewałam łzy na jej białą bluzkę, która pachniała czystością i spokojem, tak jak ona. – Przepraszam, że tak się rozklejam, to przez to… co wzięłam.

Zdałam sobie sprawę, że po raz pierwszy wypowiedziałam coś takiego na głos przy kimkolwiek.

– Wiem.

– Poza tym – dodałam, wycierając cieknący nos – chcę cię przeprosić za to, że byłam dla ciebie niemiła, kiedy przyjechałyśmy do domu po śmierci Pa Salta.

– Byłaś niemiła? Nie pamiętam.

– Tak. Powiedziałam, że nie ma znaczenia, jak wyglądasz, bo i tak nigdy nie spotykasz się z nikim dłużej jak miesiąc. Nie mówiłam tego poważnie, Maju, naprawdę. Jesteś taka słodka, dobra, idealna. Masz w sobie to wszystko, czego mnie brakuje.

Zadźwięczał dzwonek do drzwi, Maja poszła odebrać kawę od kelnera.

– Proszę – powiedziała, podając mi filiżankę.

Kiedy usiadłam, poczułam, że zaraz pęknie mi głowa; zrobiło mi się niedobrze, więc położyłam się znowu.

– Może za chwilę.

– Dobrze. Elektro… kochanie?

– Tak?

– Nie sądzisz, że dobrze byłoby zrobić sobie małą przerwę, pojechać gdzieś i poszukać pomocy?

– Pomocy to ja mam już dość. – Westchnęłam. – W ostatnich miesiącach rzuciłam pięć terapeutek.

– To marnie, ale ja miałam na myśli… bardziej fachową pomoc.

– Na przykład jaką?

– Jest takie dobre miejsce w Arizonie. Był tam przyjaciel Floriana. Wrócił jak nowy człowiek. Ja…

Pomimo bólu głowy usiadłam i spiorunowałam ją wzrokiem.

– Sugerujesz, że powinnam iść na odwyk?

– No, tak. Mariam mówiła, że ostatnio… – Maja westchnęła, starając się dobrać odpowiednie słowa – nie czułaś się najlepiej.

– No jasne, że nie! Facet, który był miłością mojego życia, oznajmił, że żeni się z kimś innym, i trąbiły o tym wszystkie media! Więc co? Miałam skakać z radości?