Siostra Słońca

Tekst
Z serii: Siedem sióstr #6
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Siostra Słońca
Siostra Słońca
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 82,90  66,32 
Siostra Słońca
Siostra Słońca
Audiobook
Czyta Anna Kutkowska, Anna Rusiecka, Małgorzata Lewińska
42,90  30,46 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

11

Anglia

Luty 1939

Kiedy parowiec zbliżał się do portu w Southampton, Cecily patrzyła z rozczarowaniem na spowity szarą mgłą ląd, równie ponury jak Manhattan, który zostawiła za sobą. Włożyła nowy kapelusz i otuliła szczelniej ramiona futrzaną narzutką. Steward przyszedł po jej bagaże.

– Czy ktoś na panienkę będzie czekał?

– Tak. – Cecily sięgnęła do torebki i wyciągnęła kartkę z wydrukowanym nazwiskiem szofera, który – jak miała nadzieję – został wysłany po nią z Woodhead Hall.

– Dziękuję, panienko. Proszę zostać w kabinie, straszny dziś ziąb. Przyjdę po panienkę, kiedy podjedzie samochód.

– Dziękuję uprzejmie za pomoc, panie Jones. – Podała mu sowity napiwek w postaci pięciu dolarów, a młody człowiek zaczerwienił się i skłonił z szacunkiem.

– Cała przyjemność po mojej stronie, naprawdę. Może spotkamy się znowu, gdy będzie panienka w drodze powrotnej?

– Mam taką nadzieję.

Steward zamknął za sobą drzwi kajuty, a Cecily poszła usiąść na krześle przy bulaju. Wiedziała, że kiedy tylko dotrze do Woodhead Hall, musi zatelefonować do rodziców, by dać im znać, że wszystko w porządku. Ostatnie dwadzieścia cztery godziny przed wyjazdem z Nowego Jorku tydzień temu minęły w gorączce przygotowań. Rano, kiedy miały wyruszać, zadzwoniła służąca Kiki i powiedziała, że jej pani zachorowała, ma bronchit. Lekarz ostrzegał, że może się to przerodzić w zapalenie płuc, jeśli kilka dni nie poleży w łóżku. Cecily z przyjemnością odwlekłaby wyjazd i poczekała, aż Kiki wyzdrowieje, ale Dorothea, która umówiła się z przyjaciółką, że córka zatrzyma się u niej w Woodhead Hall, nie wyraziła na to zgody.

– Lekarz twierdzi, że za tydzień Kiki będzie już w stanie podróżować, czyli dotrze do ciebie do Anglii na czas, żebyście razem poleciały do Kenii. A ty, Cecily, nie powinnaś rezygnować z wizyty u Audrey i jej rodziny. Audrey ma już różne plany w związku z twoim przyjazdem.

Cecily ruszyła więc w podróż z Nowego Jorku sama i choć miała obawy, tych kilka dni na pokładzie statku okazało się bardzo przyjemnych. Przede wszystkim nabrała pewności siebie. Musiała prowadzić rozmowy przy stole z całkowicie obcymi ludźmi i przyjmować zaproszenia na grę w karty – w czym była dość dobra – po kolacji. Co najmniej trzech młodych ludzi zabiegało o jej względy. To było trochę tak, jakby z dala od Manhattanu, tu, gdzie nikt jej nie znał, nareszcie mogła być sobą.

Rozległo się pukanie do drzwi i wyjrzał zza nich pan Jones.

– Panienki dokumenty zostały sprawdzone i podjechał samochód – powiedział, oddając jej paszport. – Kufer już załadowany. Jest panienka gotowa iść?

– Tak, dziękuję.

Kiedy schodziła po trapie, uderzył w nią przenikliwie zimny wiatr; wokół kłębiła się mgła. Szofer pomógł jej zająć miejsce w czekającym bentleyu.

– Wygodnie panience? – spytał, gdy uruchomił silnik, a ona mościła się na miękkiej skórzanej kanapie z tyłu. – Są tu koce, gdyby było panience zimno.

– Dziękuję, nie trzeba. Jak długo będziemy jechać?

– To zależy od mgły, ale sądzę, że dotrzemy do Woodhead Hall za dwie, trzy godziny. Jest tam termos z gorącą herbatą, gdyby panienkę suszyło.

– Dziękuję – powtórzyła, zastanawiając się, co, na Boga, znaczy to „suszyło”.

Tak naprawdę jazda trwała dobrze ponad trzy godziny. Cecily raz po raz przysypiała. Przez mgłę nic nie było widać. Kiedy poprzednim razem była w Anglii, Audrey podjęła ją i jej rodziców w swoim wielkim londyńskim domu na Eaton Square, a potem pojechali do Paryża. Miała tylko nadzieję, że pogoda nieco się poprawi i uda się jej zobaczyć trochę wiejskich krajobrazów, z których słynie Anglia. Dorothea odwiedziła już kiedyś przyjaciółkę w jej ogromnej wiejskiej posiadłości w rejonie zwanym zachodnim Sussex i twierdziła, że jest tam pięknie. Jednak kiedy szofer przejechał przez wielką bramę i oznajmił, że są na miejscu, było już niemal ciemno i Cecily dostrzegła jedynie tajemnicze zarysy ogromnej gotyckiej budowli na tle gasnącego nieba. Zbliżając się do portyku przy wejściu, westchnęła z rozczarowaniem na widok surowej cegły na fasadzie. Nie przypominało to domów, o których czytała w powieściach Jane Austen. Tamte były wykładane gładzonym kamieniem, ten pasowałby bardziej do ponurych nowel Edgara Allana Poe.

Drzwi otworzył dostojny mężczyzna. O mało nie wzięła go za męża Audrey, lorda Woodheada, ale przedstawił się jako lokaj. Cecily weszła do ogromnego holu; na wprost wznosiły się mahoniowe schody imponujących rozmiarów, choć dość paskudne.

– Cecily, kochanie!

Audrey – równie ładna i energiczna, jak zapamiętała Cecily – przyszła ją powitać i ucałowała w oba policzki.

– Jak podróż? Nie znoszę rejsów po oceanie, a ty? Te wielkie fale… żołądek tego nie znosi. Chodź, pokażę ci, gdzie jest twój pokój, na pewno jesteś zmęczona. Kazałam służącej napalić w kominku. Drogi Edgar strasznie skąpi na ogrzewaniu.

Kiedy Cecily rozłożyła jako tako rzeczy, usiadła przy kominku, by rozgrzać ręce, i spojrzała na łoże z baldachimem. W pokoju było lodowato. Cieszyła się, że matka ostrzegła ją, jak zimno bywa w angielskich posiadłościach na wsi, i dopilnowała, żeby zabrała w bagażu ciepłe długie majtki i podkoszulki.

Choć Audrey twierdziła, że Cecily musi być zmęczona po podróży, ona czuła się ożywiona i wcale nie chciało się jej spać. Kiedy służąca rozpakowała jej „angielskie” stroje i wzięła suknię do wyprasowania przed kolacją, dziewczyna narzuciła na siebie wełniany blezer, otworzyła drzwi i rozejrzała się po korytarzu. Poszła w lewo i nim dotarła do końca, naliczyła dwanaścioro drzwi. Wróciła i sprawdziła prawą stronę korytarza.

– Dwadzieścia cztery. – Westchnęła, zastanawiając się, jak służba może spamiętać, kto zajmuje który pokój, bo na zewnątrz nie było numerów, jak to jest w hotelach.

Weszła do swojej sypialni i zastała pokojówkę, która dokładała do ognia.

– Powiesiłam panienki suknię w garderobie. Jest gotowa na wieczór.

– W garderobie?

– Tak, tam. – Pokojówka wskazała na szafę. – Przygotowałam też panience kąpiel, tu obok, ale jest tam trochę chłodnawo, więc radziłabym skorzystać z wanny, póki woda nie ostygnie, a potem szybko wracać tutaj i zagrzać się przy kominku.

– Dobrze, dziękuję.

– Będzie panienka potrzebować pomocy przy układaniu włosów? Co wieczór pomagam lady. Mam do tego smykałkę.

– Dziękuję, to bardzo miło z twojej strony, ale na pewno dam sobie radę. Masz na imię…?

– Doris, panienko. Migiem wrócę, kiedy tylko panienka się wykąpie.

Cecily rozebrała się, narzuciła szlafrok i przeszła do łazienki. Była skonsternowana. Przez akcent i dobór niektórych słów miała wrażenie, że Doris mówi w obcym języku. Jednak pokojówka na pewno nie myliła się co do temperatury w łazience czy wody. Cecily wskoczyła do niej, po czym wyskoczyła z powrotem najszybciej, jak to było możliwe, i już zmierzała do swojego pokoju, gdy zobaczyła młodego mężczyznę, mniej więcej w jej wieku, który szedł korytarzem.

Historia z Jackiem sprawiła, że Cecily nie była w nastroju do romansowania, ale kiedy nieznajomy uniósł wzrok i uśmiechnął się do niej, serce zabiło jej mocniej. Spod kosmyków czarnych błyszczących włosów – zdecydowanie zbyt długich jak na dżentelmena – popatrzyły na nią uważnie wielkie brązowe oczy w oprawie gęstych, dziewczęcych niemal rzęs.

– Witaj – powiedział, kiedy znalazł się tuż przy niej. – Mogę spytać, z kim mam przyjemność?

– Cecily Huntley-Morgan.

– Ach, tak? I co ty tu robisz?

– Moja matka i lady Woodhead przyjaźnią się od dawna. Zatrzymałam się tu na kilka dni w drodze do Kenii. – Uniosła dłoń do dekoltu. Czuła się roznegliżowana w cienkim szlafroku, który narzuciła na siebie po kąpieli.

– Do Afryki, coś takiego! – powiedział z uśmiechem. – No, no. Bardzo mi miło. Jestem Julius Woodhead. – Podał jej rękę.

– Mnie również. – Cecily ujęła wyciągniętą do niej dłoń i poczuła, jak od dotyku palców mężczyzny przebiega ją dziwny dreszcz.

– Do zobaczenia na kolacji! – zawołał, ruszając dalej. – Pewnie znów będzie bażant. Uważaj na śrut.

– No… dobrze, będę – rzuciła, nie mając pojęcia, o co mu chodzi.

Julius znikł w pokoju po drugiej stronie korytarza. Ręka jej drżała, kiedy otwierała drzwi swojej sypialni. Zamknęła je za sobą i usiadła przy kominku.

– Julius Woodhead… – szepnęła. – To przecież nie może być syn Audrey?

Po pierwsze, nie słyszała, by Audrey miała jakieś dzieci. Po drugie, był w starym wełnianym swetrze z dziurami wielkości sygnetu jej ojca.

– O rety! – wysapała, wachlując się, bo nagle poczuła, jak palą ją policzki. Wstała, by ruszyć do bieliźniarki, i zadecydowała, że jednak poprosi Doris o ułożenie włosów do kolacji.

*

– Witaj, moja droga – powiedziała Audrey, kiedy Cecily weszła do ogromnego salonu, przy którym ten w ich nowojorskim domu wydawał się jak z domku dla lalek. – Chodź bliżej kominka.

Audrey wzięła kieliszek z koktajlem z tacy trzymanej przez jednego ze służących, podała Cecily i poprowadziła ją.

– Cieszę się, że masz na sobie sukienkę z aksamitu. Jest o wiele cieplejszy niż satyna czy jedwab. W przyszłym miesiącu będziemy mieli wreszcie centralne ogrzewanie. Zapowiedziałam Edgarowi, że jeśli nie każe go zamontować, nie ma mowy, żebym została tu na kolejną zimę.

– Ależ jest wspaniale, Audrey. Bardzo miło z twojej strony, że zechciałaś mnie przyjąć.

– No, wiesz… – Audrey machnęła ręką w kierunku znajdujących się w pokoju gości. – Niestety, początek lutego to nie szczyt sezonu towarzyskiego. Większość wyjeżdża dokądś, gdzie jest cieplej albo na narty do Sankt Moritz. A drogi Edgar jest w Londynie przez cały ten tydzień, więc go nie spotkasz. Zrobiłam jednak co w mojej mocy. A teraz pozwól, że przedstawię ci moich przyjaciół i sąsiadów.

Cecily obeszła salon z Audrey, skłaniając się i uśmiechając do zebranych. Niestety, jedynie syn wikarego – Tristan Jakiśtam – był w podobnym wieku jak Cecily. Powiedział, że właśnie przyjechał z krótką wizytą do rodziców w miasteczku, bo jest na szkoleniu oficerskim w miejscu o nazwie Sandhurst.

 

– Sądzisz, że będzie wojna? – spytała.

– Mam nadzieję. Bez sensu byłoby szkolić się do czegoś, co nigdy nie nastąpi.

– Naprawdę chciałbyś, żeby wybuchła wojna?

– Wątpię, by w Anglii był ktoś, kto nie uważa, że temu Herr Hitlerowi należałoby dobrze dokopać. A ja bardzo chętnie wziąłbym w czymś takim udział.

Czując lekkie zawroty głowy – może z powodu wypicia dwóch koktajli, a może po długim dniu w podróży – Cecily zdołała wreszcie uwolnić się od Tristana i podeszła do kominka.

– Dobry wieczór, panno Huntley-Morgan. Miło widzieć, że ubrałaś się do kolacji.

Obróciła się i zobaczyła Juliusa. Wyglądał bosko w smokingu i uśmiechał się do niej, nie kryjąc rozbawienia.

– Wychodziłam wtedy z łazienki!

– Naprawdę? A już myślałem, że wykradałaś się z pokoju kochanka.

– Chyba… – Cecily czuła, jak od szyi na twarz wędruje jej rumieniec.

– Tylko żartowałem. – Julius uśmiechnął się. – Przyznam, że w tej sukni wyglądasz pięknie. Pasuje ci do oczu.

– Przecież jest fioletowa!

– Ach, prawda… – Julius wzruszył ramionami. – Ale czy nie to zawsze mówią dżentelmeni damom jako komplement?

– Jeśli to trafna uwaga.

– No i masz… cały ja. Zawsze coś palnę nie tak. Wybacz. Słyszałem, że poczciwa ciocia Audrey wydaje to małe przyjęcie na twoją cześć. Najwyraźniej jesteś jej gościem honorowym.

– To bardzo miło z jej strony. Nie powinna robić sobie kłopotu.

– Jesteś Amerykanką, przypuszczam więc, że będziesz strzelała oczami i szukała tu dla siebie odpowiednich kawalerów z arystokracji. Oczywiście jest tu kilku, ale wszyscy po pięćdziesiątce. Poza mną, oczywiście – dodał z uśmiechem.

– Mówisz, że Audrey to twoja ciotka?

– Tak, choć nie łączą nas więzy krwi. Mój świętej pamięci ojciec był młodszym bratem stryja Edgara.

– Och, przykro mi, moje kondolencje.

– Dziękuję, ale ojciec zginął ponad dwadzieścia lat temu na wojnie. Miałem wtedy półtora roku.

– Rozumiem. Ale twoja matka żyje?

– Owszem. Na szczęście dzisiaj wieczorem jej tu nie ma… – Julius nachylił się do Cecily. – Stryj i ciotka jej nie znoszą.

– Dlaczego?

– Bo zamiast obnosić się z wdowieństwem, gdy ojca dopadł okrutny los we Flandrii, znalazła sobie o wiele bogatszego adoratora niż kochany stary papcio i pół roku później wyszła za mąż. Mieszka teraz we Włoszech.

– Uwielbiam Włochy! Miałeś szczęście, że tam dorastałeś.

– Nie, nie, panno Huntley-Morgan – zaprzeczył Julius, zapalając papierosa. – Mama nie zabrała mnie ze sobą, kiedy dała drapaka w cieplejsze strony. Porzuciła mnie na progu tego mauzoleum. Wychowywała mnie stara niania stryja Edgara. Panna Naylor. Niezła z niej była wiedźma.

– Mieszkasz więc w Woodhead Hall?

– Tak. Robię wszystko, żeby się stąd wyrwać, ale stale, jak odbita piłeczka, wracam.

– Czym się zajmujesz? To znaczy… czym zarabiasz na życie?

– No, „zarabiam” to duże słowo. Bo mam z tego więcej zmartwień niż pieniędzy. Ale tak naprawdę jestem poetą.

– Ojej! Powinnam o tobie słyszeć?

– Jeszcze nie, panno Huntley-Morgan, chyba że jesteś wierną czytelniczką „Woodhead Village Gazette”, miejscowej gazety, która z dobroci serca publikuje moje wypociny.

Rozległo się głośne odbijające się echem pobrzękiwanie, dochodzące skądś spoza salonu.

– Gong na kolację, panno Huntley-Morgan.

– Proszę, mów do mnie Cecily – szepnęła, kiedy szli przez wietrzny hol z resztą gości, aż do równie przestronnej jak salon lodowatej jadalni.

– Zobaczmy, gdzie też ciotka cię usadziła – powiedział Julius, obchodząc stół i sprawdzając pięknie wykaligrafowane karteczki ustawione przy każdym nakryciu. – Wiedziałem! – Uśmiechnął się. – Tutaj, tuż przy kominku. Podczas gdy ja zostałem zesłany na Syberię po drugiej stronie. Pamiętaj o śrucie – rzucił na odchodne.

Cecily usiadła, zdecydowanie rozczarowana, że wyznaczono jej miejsce obok Tristana, a nie Juliusa. Przez całą kolację, choć starała się uprzejmie rozmawiać zarówno z Tristanem, jak i ze starszym majorem siedzącym po prawej, jej myśli i oczy raz po raz wędrowały w kierunku Juliusa. Wyjmując z ust ołowianą kulkę podczas jedzenia bażanta, spojrzała na niego.

– Ostrzegałem – powiedział bezgłośnie i uśmiechnął się, po czym wrócił do rozmowy z biuściastą matroną, która najwyraźniej była żoną majora.

– Więc wybierasz się do Afryki? A konkretnie? – grzmiał major. – Byłem tam kilka lat temu. Mój młodszy brat kupił farmę w Kenii, hoduje bydło, gdzieś na zachód od gór Aberdare.

– O, to właśnie tam jadę. To znaczy do Kenii. Zatrzymam się w domu na brzegu jeziora Naivasha. Słyszał pan o nim?

– Czy słyszałem?! Oczywiście, moja droga. Dołączasz więc do towarzystwa z Wesołej Doliny, co?

– Obawiam się, że o tym nie mam pojęcia. Moja matka chrzestna zaprosiła mnie na jakiś czas do siebie.

– A kimże jest ta matka chrzestna, jeśli mogę ośmielić się pytać?

– To lady Kiki Preston. Jest Amerykanką. Jak ja.

– O dobry Boże!

Cecily widziała, że rumiane policzki majora robią się jeszcze bardziej czerwone, gdy na nią patrzył.

– No, no, kto by pomyślał, taka urocza panienka jak ty…

– Zna pan ją?

– Skłamałbym, twierdząc, że tak, bo nigdy osobiście się z nią nie zetknąłem. Ale na pewno sporo o niej wiem. Wszyscy w Kenii wiedzą.

– Jest tam sławna?

– O tak. Zarówno ona… jak i jej przyjaciółka, Alice de Trafford… są słynne, ale nie w najlepszym znaczeniu tego słowa. W klubie Muthaiga w Nairobi zawsze wiele się mówiło o ich wyczynach i oczywiście o tej prześlicznej Idinie Sackville. Gdybym miał dwadzieścia lat mniej i nie był żonaty, na pewno uległbym jej wdziękom i dał się sprowadzić na złą drogę jak wielu innych, których zauroczyła. Na temat wydawanych przez nią i Jossa Errolla przyjęć krążyły legendy. I… z tego co wiem, najpewniej to twoja matka chrzestna, Kiki, była znana jako Dziewczyna ze Srebrną Igłą.

– Coś szyła? – Cecily naprawdę kręciło się w głowie.

– O, do tego to ona miała mnóstwo Murzynek, ale… – Major popatrzył na nią i dostrzegł jej zaniepokojoną minę. – Moja droga, wiesz, na pewno mnóstwo z tego to zwykłe plotki, a poza tym byłem tam niemal dwadzieścia lat temu. Jestem przekonany, że tamto towarzystwo wyrosło już z młodzieńczych szaleństw.

– Wygląda na to, że nieźle się tam bawili.

– Powiedziałbym, że nawet bardzo dobrze. – Major otarł usta serwetką. – Niestety, mój brat nie należał do tego grona. Bardziej interesował się swoim bydłem niż balowaniem w klubie Muthaiga. Spędziliśmy tam jednak kilka świetnych wieczorów. Ale, ale… Musisz odwiedzić mojego brata, jak tam będziesz. Zostawię ci jego nazwisko i adres u Audrey. Zresztą nietrudno go znaleźć. Wystarczy, że spytasz o Billa, i każdy cię skieruje, dokąd trzeba.

– Hoduje bydło?

– Tak. Osobliwy człowiek – ciągnął major. – Nigdy się nie ożenił. Najwyraźniej spędza mnóstwo czasu na równinach z Masajami. Zawsze był trochę odludkiem, nawet jako dziecko. A teraz, panno Huntley-Morgan, proszę mi opowiedzieć coś o sobie.

*

Cecily padała ze zmęczenia, idąc ciężko na górę niekończącymi się schodami po tym, jak ostatni gość wreszcie wyszedł i mogła się pożegnać. Już miała otworzyć drzwi swojego pokoju, gdy poczuła na ramieniu czyjąś dłoń. Pisnęła i obejrzała się gwałtownie. Zobaczyła za sobą uśmiechniętego Juliusa.

– Przyszedłem sprawdzić, czy masz wszystkie zęby na miejscu po tym upiornym bażancie.

– O rany! Śmiertelnie mnie przeraziłeś, podkradając się jak duch!

– Wybacz, Cecily, ale nim się oddalisz, chciałem spytać, czy przypadkiem jeździsz konno?

– No pewnie. Mamy konie w posiadłości w Hamptons. Uwielbiam to, choć może nie jeżdżę w najbardziej eleganckim stylu.

– Nie bardzo wiem, co może być „eleganckiego” w jeździe konnej, ale nieważne. Zwykle wcześnie rano robię sobie przejażdżkę przez Downs. Żeby się obudzić, nim siądę do pracy. Jeśli miałabyś ochotę do mnie dołączyć, jestem w stajni przed siódmą. Oczywiście pod warunkiem, że nie będzie zbyt wielkiej mgły.

– Z wielką przyjemnością, Julius, ale nie mam odpowiednich ubrań.

– Poproszę Doris, żeby przygotowała ci bryczesy i buty. Przez lata uzbierała się nam cała szafa tego, co pozapominali u nas goście. Na pewno znajdzie się coś, co będzie pasowało na ciebie. No to do jutra. – Uśmiechnął się.

– Dobranoc, Julius.

Dziesięć minut później, choć z ulgą znalazła się w pozycji horyzontalnej (mimo że materac najwyraźniej wypychano tak mocno włosiem, że zrobił się sztywny jak drewno), nie mogła zasnąć. A jej przeklęte serce waliło jak szalone, kiedy tylko pomyślała o Juliusie.

Nie rozumiała, co się z nią dzieje. Była pewna, że całe życie kochała Jacka, ale nigdy, przenigdy jej umysł i ciało nie reagowały na żadnego mężczyznę tak jak na tego nowo poznanego Woodheada. A nawet nie był w jej typie. Zawsze podobali się jej blondyni, a on był ciemny, prawie śródziemnomorskiej urody. I te jego swobodne maniery… Zdecydowanie nie pochwalała takich poufałości, zwłaszcza że poznali się dopiero tego wieczoru. Zachowywał się tak, jakby kompletnie nie obchodziło go, co kto o nim pomyśli…

Z drugiej strony, czemu miałby się tym przejmować? A przede wszystkim, co mnie to obchodzi?

Wreszcie przysnęła niespokojnie i śniła o kobietach z wielkimi srebrnymi igłami na tle uzbrojonych w dzidy tubylców… I o Juliusie rozszarpywanym przez lwa…

Nagle się obudziła i usiadła na łóżku. Wstała i pobiegła odsunąć zasłony, by zobaczyć, czy jest mgła. Aż ścisnęło ją w dołku na widok jasnego, rześkiego poranka. Ogromny park ciągnący się po horyzont był jeszcze pokryty cieniutką białą warstwą szronu, który na pewno stopi się szybko w różowawych promieniach słońca przeświecających zza kasztanowców otaczających teren.

– Ktoś powinien napisać operę o tym widoku – szepnęła, kiedy rozległo się pukanie do drzwi.

Pojawiła się Doris z tacą, na której stały dzbanuszek z herbatą i filiżanka.

– Dobrze panienka spała?

– Och, doskonale, dziękuję, Doris.

– Mogę nalać panience herbaty?

– Nie, dziękuję, poradzę sobie sama.

– Proszę. Planuje panienka przejażdżkę? Wybrałam strój i buty, które powinny pasować. Ma panienka śliczną drobną figurę.

– Dziękuję. No… tak, myślę, że się skuszę.

– Czemu nie? Poranek taki piękny. – Doris uśmiechnęła się do niej. – Migiem wracam z panienki strojem.

Cecily popijała herbatę, która była o wiele bardziej lurowata od tej, do której przywykła, i nagle dotarło do niej, że jeszcze nie skontaktowała się z rodzicami, by dać im znać, że bezpiecznie dotarła do Anglii. Pomyślała, co też powiedziałaby jej matka na wieść, że jej córka wybiera się na przejażdżkę konną z bratankiem męża Audrey…

– Pewnie jeszcze przed moim powrotem zaczęłaby przygotowania do przyjęcia zaręczynowego. – Cecily zachichotała cicho.

– O co chodzi, panienko? – spytała Doris.

– Przypomniało mi się, że powinnam zadzwonić do rodziców, by dać im znać, że wszystko w porządku i już tu jestem.

– Proszę się nie martwić, panienko. Lokaj zatelefonował do nich wieczorem. A teraz pomogę panience nałożyć strój do konnej jazdy, dobrze?

*

Julius już dosiadał pięknego czarnego ogiera, gdy Cecily dotarła do stajni.

– O, witaj, zastanawiałem się, czy przyjdziesz – powiedział, spoglądając na nią z wysokości. – Szybko, wskakuj na siodło.

Wskazał na piękną kasztankę, którą podprowadzał jeden ze stajennych.

Cecily pozwoliła mu, by pomógł jej wspiąć się na klacz, która zarżała i odrzuciła głowę do tyłu, o mało nie zwalając jej na ziemię.

– Bonnie jest trochę płochliwa. Myślisz, że dasz sobie radę? – Julius nie tyle pytał, ile rzucał jej wyzwanie.

– Postaram się – powiedziała i przejęła cugle od stajennego, uspokajając zwierzę.

– No to ruszajmy.

Ze stukotem kopyt opuścili podwórze. Cecily podążała za Juliusem wąską ścieżką, która prowadziła między drzewami na otwartą przestrzeń. Zaczekał na nią chwilę.

– W porządku? – rzucił.

– Chyba tak, ale wolałabym przez jakiś czas jechać wolniejszym tempem, jeśli pozwolisz?

– Oczywiście. Pokłusujemy sobie trochę przez park, by sprawdzić, czy jesteś gotowa na doliny Downs. – Wskazał gdzieś za horyzont. – Widoki są tam po prostu niesamowite.

Ruszyli stępa, co pozwoliło Cecily zająć właściwą pozycję w siodle i odzyskać pewność siebie. Potem Julius przeszedł w kłus, a ona zrobiła to samo. Kopyta Bonnie wydobywały intensywny zapach ziemi. Cecily widziała, jak szron skrzy się i topnieje, a z długich traw pod kasztanowcami skapują tu i ówdzie krople niczym zapowiedź wiosny. Pomimo zimna słychać było głosy nawołujących się ptaków. Cecily nareszcie poczuła się jak w powieści Jane Austen, tak jak to sobie wyobrażała.

 

– Daj mi znak, gdybyś chciała zwolnić! – zawołał Julius, gdy ogon jego ogiera śmigał przed nią z boku na bok. – Nie mogę pozwolić, żeby gość honorowy ciotki Audrey skręcił sobie pod moją opieką kark!

Ostry wiatr wiał jej w twarz. Oczy zaczęły łzawić, z nosa ciekło, ale dzielnie nadążała za Juliusem. Kiedy już miała ściągnąć cugle, by przyhamować Bonnie, bo wszystko zamazywało się przed jej oczami, Julius zwolnił i obrócił się w siodle.

– Byczo?

– Nie mam pojęcia, co masz na myśli przez to „byczo”, ale na pewno przydałaby mi się chustka do nosa – wysapała.

– Oczywiście.

Zawrócił konia i podjechał tak, że znaleźli się naprzeciw siebie. Wyciągnął z górnej kieszonki tweedowego żakietu czystą białą lnianą chustkę, nachylił się i zaczął wycierać jej oczy.

– Oj, sama to zrobię – zaprotestowała, próbując wyrwać mu chustkę.

– Żaden kłopot, choć nie będę proponował, że wytrę ci też nos – zażartował, podając jej chustkę, a ona dmuchnęła w nią najdelikatniej, jak mogła. – Masz takie ładne oczy.

– Dziękuję za komplement, ale teraz na pewno nie wyglądają zbyt dobrze. Łzawią okropnie.

– Może do Downs wybierzemy się jutro rano. Choć o tej porze roku często strasznie tam wieje. Pewnie w Ameryce przywykłaś do łagodniejszego klimatu.

– Nie. W Nowym Jorku jest o wiele zimniej niż tutaj. Tylko że… chyba trochę się zaziębiłam.

– Nic dziwnego. Drogi stryj Edgar lubi liczyć każdego pensa, a pewnie sobie wyobrażasz, że ogrzanie takiego domu jak Woodhead Hall pochłania krocie. To wydaje się idiotyczne, jak pomyśleć, że można mieszkać w chatce w tropikach i wiele tam człowiekowi nie trzeba. Ale teraz chyba czas wracać, żeby Doris posadziła cię przy kominku i podała ci gorącą herbatę.

– Jeśli masz ochotę przejechać się po Downs, bez trudu trafię sama z powrotem.

– Nie ma mowy. Mogę oglądać Downs każdego dnia w tygodniu – powiedział i uśmiechnął się. – A ty jesteś tu na tak krótko, wolę więc patrzeć na ciebie.

Cecily odwróciła głowę, żeby nie zobaczył, jak się rumieni. Ściągnęła mocno cugle i ruszyli kłusem obok siebie.

– To – odchrząknęła – jak spędzasz tu czas? Pewnie na pisaniu wierszy?

– Gdyby to była prawda… – Julius westchnął. – Może pewnego dnia ucieknę do Paryża i zamieszkam na jakiejś mansardzie na Montmartrze. Niestety, tu przede wszystkim pomagam stryjowi w prowadzeniu gospodarstwa. Stara się przyszykować mnie do przejęcia go w przyszłości, ale ja, jak narowisty koń, nie potrafię ustać w miejscu. Moją zmorą są księgi rachunkowe. O dobry Boże! Wiesz, o czym mówię, co?

– Tak. Mój ojciec też spędza nad nimi sporo czasu.

– Życie bez nich jest wzniosłe i piękne! Gdybym tylko mógł kiedyś się od nich wyzwolić… – Roześmiał się. – Myślę, że drogi stryj Edgar zdaje sobie sprawę, że nie mam smykałki do matematyki i interesów, ale ponieważ jestem jedynym kimś w rodzaju potomka, nie ma wyboru i wierzy, że pewnego dnia nauczę się dodawania i mnożenia. Problem w tym, że mnie to wcale nie interesuje.

– O, a ja raczej lubię rachunki. – Cecily uśmiechnęła się.

– Niesamowite! Boże, panno Huntley-Morgan, z każdym słowem, które pada z twoich pięknych ust, okazujesz się bardziej idealna, niż się zdawało. Jeszcze nigdy nie spotkałem kobiety, która przyznałaby się do tego, że lubi matematykę.

– Nawet jeśli brzmi to głupio, naprawdę ją lubię.

– Nie mówiłem tego, żeby cię krytykować. Raczej chciałbym znaleźć sobie na żonę taką kobietę jak ty. I zamiast ślubować jej wierność, cokolwiek to znaczy, oddałbym w jej ręce całą tę rachunkowość. Patrz – wskazał budynki przed nimi – jesteśmy na miejscu. Sugerowałbym, żebyś od razu poszła do domu i nie jechała już ze mną do stajni.

Cecily chciała zaprotestować, bo każda chwila spędzona z tym nowym kompanem była dla niej niczym bezcenny skarb, ale Julius zeskoczył już z konia i patrzył wyczekująco, aż ona zsiądzie. Przytrzymał ją pewnymi dłońmi w pasie, kiedy stawała na ziemi.

– Jakaś ty drobniutka i szczupła. Nie wyczułem odrobiny tłuszczyku na twoich biodrach. Teraz leć do domu, a ja niedługo przyjdę sprawdzić, jak się czujesz.

– Och, naprawdę nic mi nie jest…

Ale Julius już dosiadał konia, chwytając cugle jej klaczy. Zasalutował leciutko Cecily i pokłusował w kierunku stajni.

*

Cecily była rozczarowana, że nie pojawił się na lunchu. Siedziała przy stole sama z Audrey. Gdy ta wypytywała ją o matkę, siostry, przyjaciół i znajomych z kręgów matki, których Cecily ledwie kojarzyła, starała się wmusić w siebie nieco zupy, która podobno była jarzynowa, ale smakowała jak podgrzane pomyje.

– Moja droga, ledwie tknęłaś jagnięcinę – zauważyła Audrey, gdy służąca zbierała talerze po głównym daniu. – Możliwe, że naprawdę bierze cię przeziębienie.

– Niewykluczone – zgodziła się Cecily, trzymając nadal kawałek niejadalnego tłustego mięsa schowany w policzku. – Pójdę na górę i położę się na chwilę. Nie rozumiem, czemu mnie to wzięło. Na Manhattanie jest o wiele chłodniej.

– Możliwe, ale to pewnie przez tę przenikliwą wilgoć – odparła Audrey ze swoim dziwnym, ni to amerykańskim, ni to angielskim, akcentem. – Julius twierdzi, że może przyjechałaś już chora. Przyślę do ciebie Doris z termoforem i aspiryną, a jeśli wolałabyś nie wstawać do kolacji, nie ma problemu, dostaniesz wszystko na tacy do pokoju. Ja, niestety, o szóstej mam spotkanie. Jestem w lokalnej radzie parafialnej i takie zebrania zawsze się przeciągają. Jak ci mówiłam, Edgar przebywa w Londynie, a nie mam pojęcia, jakie plany na wieczór ma Julius… – Audrey przewróciła oczami. – Zresztą jak zwykle. W każdym razie na niedzielę musisz być zdrowa jak ryba. Wydaję małe przyjęcie z okazji twojego ostatniego dnia u nas. A teraz idź, połóż się.

Na górze, opatulona ciepło na łóżku, Cecily zapatrzyła się w taniec płomieni w kominku. Na pewno nie była chora, co najwyżej odrobinę zaziębiona, ale i coś jeszcze odebrało jej apetyt. Zamknęła powieki, rozpaczliwie próbując zasnąć, lecz stale miała przed oczami obraz twarzy Juliusa, kiedy tak troskliwie ocierał rano jej łzy…

Otworzyła dłoń i wtuliła nos w chusteczkę, którą w niej zaciskała. Był na niej jego zapach.

Cecily, nie bądź śmieszna! Nic o nim nie wiesz, a poza tym leczysz złamane serce, a za pięć dni wyjeżdżasz do Afryki i nie zobaczysz go nigdy więcej, powiedziała sobie zdecydowanie, chowając chustkę do szuflady przy łóżku. Wieczorem poprosisz o tacę do pokoju i nie będziesz już o nim myśleć…

Wreszcie zdrzemnęła się. Kiedy się obudziła, zapadał zmierzch. Coraz ciemniejsze niebo zapowiadało noc. Pojawiła się Doris z herbatą.

– Jeśli panienka nie czuje się całkiem dobrze, niech mi będzie wolno zasugerować odpuszczenie sobie wieczornej kąpieli – powiedziała. – Tam jest lodowato. O której przynieść kolację? Może o siódmej? To dałoby czas, by jedzenie zdążyło się ułożyć przed nocą – zagadywała, dokładając do ognia.

– Na pewno tak byłoby idealnie, dziękuję.

– Dziś mam wolny wieczór, więc później do panienki usług będzie Ellen, pokojówka. Proszę dzwonić, gdyby panienka jej potrzebowała.

– Dobrze. Więc dziś poza mną nikogo nie będzie na kolacji? – zaryzykowała pytanie Cecily.

– Z tego, co wiem, nie. Pan Julius chodzi swoimi drogami, więc co do niego nie mam pewności.

Słowa Doris potwierdziły to, co sugerowała wcześniej Audrey.

– Są tu jakieś rozrywki? To znaczy… czy niedaleko jest jakieś miasto?

– Tak, choć nie wiem, czy można to nazwać miastem. W Haslemere mamy sklepy i kino, do którego wybieramy się wieczorem z Betty. Na Przygody Robin Hooda z Errolem Flynnem. Jeśli na razie nic nie jest panience już potrzebne, powiem Ellen, by przyniosła kolację o siódmej.

– Miłego wieczoru, Doris. Bawcie się dobrze.

– O, na pewno, a ja życzę panience szybkiego powrotu do zdrowia.

Kiedy Doris wyszła, Cecily wzięła Wielkiego Gatsby’ego, którego w gorączce przygotowań do wyjazdu nie zdołała skończyć. Usiadła przy kominku, by poczytać. Nie będzie myśleć o Juliusie, kryjącym się gdzieś niedaleko w tym domu, nie będzie…

Punktualnie o siódmej rozległo się pukanie do drzwi i pojawiła się Ellen z obiecaną tacą. Przyniosła zupę, gotowane jajko i cienkie kromki posmarowanego masłem chleba. Nawet gdyby Cecily miała apetyt, nie wyglądało to zachęcająco. Postukała nieufnie łyżeczką w jajko. Wydawało się twarde jak kamień. Już brała do ust łyżkę letniej zupy, gdy znów zapukano do drzwi. Zanim zdołała powiedzieć „proszę”, otworzyły się.