Pokój motyli

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– To jak los na loterii, Posy – powiedziała ze swoim miękkim akcentem z Suffolk. – Niektórzy mają szczęście, inni nie.

Daisy bardzo lubiła rzucać takim powiedzonkami. Sensu połowy z nich nie rozumiałam, ale cieszyłam się, że los mi sprzyja, i postanowiłam, że teraz będę mocniej modlić się za tych, którym się nie powiodło.

Wydawało mi się, że moja nauczycielka, panna Dansart, niezbyt mnie lubi. Choć zachęcała nas wszystkie, żebyśmy się zgłaszały, jeśli znamy odpowiedź na jakieś pytanie, to zwykle ja pierwsza podnosiłam rękę. Przewracała oczami i dziwnie wydymała usta, cedząc znużonym tonem: „Tak, Posy?”. Raz na boisku, kręcąc skakanką, przez którą przeskakiwały koleżanki, usłyszałam, jak mówi do innej nauczycielki:

– Jedynaczka… wychowywana wśród samych dorosłych… przemądrzała…

Po powrocie do domu zajrzałam do słownika. Od tamtej pory przestałam podnosić rękę, choćby nie wiem jak cisnęła mi się na usta odpowiedź.

*

O szóstej wszyscy się ocknęli i poszli się przebrać do kolacji. Zajrzałam do kuchni, gdzie Daisy wskazała mi mój posiłek.

– Dzisiaj dla ciebie chleb z dżemem, panno Posy. Pan Ralph przyniósł mi do sprawienia dwa łososie, a ja jestem już tak skołowana, że nie wiem, gdzie mają głowę, a gdzie ogon.

Zaśmiała się ze swojego dowcipu. Nagle zrobiło mi się jej żal. Musiała tak ciężko pracować.

– Mogłabym ci w czymś pomóc?

– Dwójka dzieci Marjory przyjdzie wieczorem ze wsi, by nakryć do stołu i podawać, więc sobie poradzę. Ale dziękuję, że pytasz. – Uśmiechnęła się do mnie. – Dobra z ciebie dziewczynka.

Kiedy dopiłam herbatę, wymknęłam się z kuchni, nim Daisy zdążyła powiedzieć, że mam iść na górę i szykować się do spania. Wieczór był piękny i chciałam się nim jeszcze trochę nacieszyć. Gdy wyszłam na taras, zobaczyłam, że słońce jest tuż nad koronami dębów, a jego promienie rzucają złotawe refleksy na trawę. Ptaki śpiewały, jakby to było dopiero południe, i nadal było tak ciepło, że nie potrzebowałam swetra. Przysiadłam na stopniach, naciągając bawełnianą sukienkę na kolana, i zaczęłam obserwować rusałkę admirała, która przycupnęła na jednym z kwiatów klombu opadającego w kierunku ogrodu. Zawsze myślałam, że nasz dom wziął nazwę od motyli, które tak ślicznie fruwały wśród zieleni. Bardzo się zmartwiłam, kiedy Maman powiedziała mi, że nazwano go tak przez wzgląd na mojego praprapra… (chyba trzy razy „pra”, ale może i cztery) …dziadka, który był admirałem marynarki, a to wydało mi się już dużo mniej romantyczne.

Choć tata mówił, że admirały są tu gatunkiem „pospolitym” (Maman podobnie wyrażała się o niektórych dzieciach z mojej klasy), to ja uważałam, że to najpiękniejsze motyle na świecie, z tymi jaskrawoczerwonymi paskami na czarnych skrzydełkach. Ten wzór skojarzył mi się ze spitfire’ami, którymi tata latał na wojnie. Zrobiło mi się smutno, bo przypomniałam sobie, że jutro znów wyjeżdża, by nimi latać.

– Cześć, córeczko, co ty tu robisz sama?

Na te jego słowa aż podskoczyłam, bo przecież właśnie o nim myślałam. Podniosłam wzrok i zobaczyłam, jak idzie do mnie przez taras. Palił papierosa, ale zaraz rzucił go na ziemię, przydeptał butem i zgasił. Wiedział, że nie znoszę zapachu dymu.

– Tato, nie mów Daisy, że mnie tu widziałeś, dobrze? Bo ona zaraz odeśle mnie do łóżka – powiedziałam szybko, gdy siadał obok mnie na stopniu.

– Nie powiem, słowo. Poza tym, kto by szedł spać w tak piękny wieczór? Moim zdaniem najładniejszy miesiąc w Anglii to czerwiec. Cała natura wraca w pełni do życia po długim zimowym śnie. Przeciągnęła się, ziewnęła i rozwinęła swoje liście i kwiaty, żebyśmy my, ludzie, mogli się nimi cieszyć. W sierpniu ta energia jest już przepalona słońcem i szykuje się do kolejnego snu.

– Tak jak my, tato – zauważyłam. – W zimie lubię spać.

– No właśnie, kochanie. Nigdy nie zapominaj, że jesteśmy nieodłączną cząstką przyrody.

– Biblia mówi, że Bóg stworzył wszystko na ziemi – oznajmiłam z powagą, bo uczyłam się o tym na lekcjach religii.

– No tak, choć trudno mi uwierzyć, że zdołał tego dokonać zaledwie w siedem dni – odparł ze śmiechem tata.

– Na tym polega cud, prawda? To tak jak ze Świętym Mikołajem, który potrafi w jedną noc obdarować wszystkie dzieci na świecie.

– Masz rację, Posy, oczywiście. Świat to magiczne miejsce i musimy doceniać swoje szczęście, że jest nam dane tu żyć. Pamiętaj o tym zawsze, dobrze?

– Dobrze, tato. Tato?

– Tak, Posy?

– O której jutro wyjeżdżasz?

– Muszę zdążyć na pociąg po lunchu.

Wbiłam wzrok w swoje czarne lakierki.

– Martwię się, że znów możesz zostać ranny.

– Bez obaw. Jak mówi twoja mama, jestem niezniszczalny. – Uśmiechnął się.

– Kiedy wrócisz?

– Jak tylko dostanę urlop, a to powinno być już niedługo. Opiekuj się mamą pod moją nieobecność, dobrze? Wiem, że ciężko jej tu samej.

– Zawsze staram się jej pomóc, tato. Ona martwi się tylko dlatego, że za tobą tęskni i cię kocha, prawda?

– Tak, Posy, i ja też ogromnie ją kocham. Jedynie myśl o niej… i o tobie… pomogła mi przetrwać wszystkie te loty. Wiesz, byliśmy dość krótko po ślubie, kiedy zaczęła się ta przeklęta wojna.

– Usłyszałeś ją, jak śpiewa w paryskim klubie, i od razu się w niej zakochałeś. A potem porwałeś ją do Anglii, żeby została twoją żoną, zanim zdążyłaby się rozmyślić – powiedziałam rozmarzona.

Historia miłości moich rodziców była dużo lepsza od wielu bajek, które czytałam.

– Tak, Posy. Miłość działa w życiu cuda. Nawet w najbardziej ponury dzień w środku zimy może tak rozświetlić świat, że wszystko wyda się równie piękne jak teraz. – Tata westchnął głęboko, a potem wziął moją rękę w swoją dużą dłoń. – Obiecaj, że jeśli znajdziesz miłość, będziesz ją pielęgnować i nie pozwolisz jej odejść.

– Obiecuję, tato – zapewniłam i popatrzyłam mu w oczy.

– Grzeczna dziewczynka. A teraz muszę iść przebrać się do kolacji.

Cmoknął mnie w czubek mojej kędzierzawej głowy, wstał i poszedł do domu.

Oczywiście wtedy tego nie wiedziałam, ale to była moja ostatnia poważna rozmowa z ojcem.

*

Tata wyjechał następnego dnia po południu, tak jak i wszyscy goście. Tego wieczoru było bardzo gorąco. Trudno było oddychać. Powietrze wydawało się lepkie i ciężkie, jakby ktoś wypompował z niego cały tlen. W domu zapanowała cisza – Daisy wybrała się, jak co tydzień, na herbatę ze swoją przyjaciółką Edith, więc nie było nawet słychać, jak zmywając, gdera czy coś sobie nuci (z dwojga złego wolałam już to gderanie). A brudnych naczyń nagromadziło się mnóstwo. Całe ich tace czekały obok zlewu na swoją kolej. Zaproponowałam, że pomogę przy kieliszkach, ale Daisy stwierdziła, że byłoby z tego więcej kłopotu niż pożytku, co wydało mi się bardzo niesprawiedliwe.

Maman położyła się do łóżka natychmiast, kiedy tylko ostatni samochód znikł za kasztanami. Najwyraźniej znów dopadła ją ta jej migrena, choć Daisy powiedziała, że to tylko modna nazwa kaca, cokolwiek oznaczało to słowo. Poszłam do swojego pokoju i zwinęłam się w kłębek na parapecie okna. Znajdowało się ono nad frontowym wejściem do domu. W ten sposób, gdyby ktoś się do nas wybierał, byłabym pierwszą osobą, która to zobaczy. Tata nazywał mnie swoim „małym wartownikiem”. Rzeczywiście, odkąd Frederick, nasz kamerdyner, poszedł na wojnę, to zwykle ja otwierałam drzwi.

Z tego miejsca miałam idealny widok na drogę dojazdową wiodącą między szeregiem bardzo starych kasztanów i dębów. Tata mówił mi, że niektóre zostały posadzone prawie trzysta lat temu, kiedy pierwszy admirał budował ten dom. (Uznałam to za fascynujące, bo oznaczało, że te drzewa żyją prawie pięć razy dłużej od ludzi, jeśli tylko wielka encyklopedia się nie myli i przeciętny wiek życia mężczyzny to sześćdziesiąt jeden lat, a kobiety – sześćdziesiąt siedem). Kiedy mrużyłam oczy i wpatrywałam się uważnie, w pogodny dzień mogłam też dostrzec cienką szarobłękitną linię między koronami drzew a niebem. To było Morze Północne, zaczynające się ledwie siedem kilometrów od Domu Admirała. Przerażająca była myśl, że któregoś dnia, niedługo, może nad nim lecieć małym samolotem mój tata.

– Wróć do domu bezpiecznie, wróć jak najszybciej – szepnęłam do ciemnoszarych chmur, które opadały na zachodzące słońce i zdawało się, że zaraz wycisną je jak soczystą pomarańczę (dawno już zapomniałam jej smak).

Powietrze stało nieruchome i przez otwarte okno nie wpadał nawet najlżejszy powiew. Usłyszałam w oddali grzmot. Bardzo chciałam wierzyć, że Daisy nie ma racji i że Bóg nie gniewa się na nas. Nigdy nie potrafiłam dociec, który jest prawdziwy – ten karzący surowo Bóg Daisy czy ten łagodny i dobry wikarego. Ale może jak mama lub tata – mógł być na przemian raz taki, raz taki.

Kiedy spadły pierwsze krople deszczu i wkrótce zmieniły się w ulewę, a niebo rozdarły wściekłe błyskawice, miałam tylko nadzieję, że tata dotarł już bezpiecznie do bazy, bo inaczej strasznie by przemókł, a co gorsza, mógł go trafić piorun. Zamknęłam okno, ponieważ parapet zrobił się mokry, i nagle zdałam sobie sprawę, że burczy mi w brzuchu niemal tak głośno, jakby grzmiało. Poszłam więc na dół wziąć sobie chleb z dżemem.

Idąc w ponurym półmroku po szerokich dębowych schodach, pomyślałam, jak tu cicho w porównaniu z wczorajszym dniem. Tak jakby nawiedził nas bzyczący, gwarny rój pszczół, który potem nagle się ulotnił. Kolejny grzmot rozległ się nad domem, gwałtownie przełamując ciszę. Co za szczęście, pomyślałam, że nie boję się ciemności ani burzy, ani być sama.

– Jejku, Posy, ale tu strasznie – powiedziała Mabel, kiedy zaprosiłam ją raz na podwieczorek. – Popatrz na te portrety ludzi w dawnych strojach! Sami nieboszczycy. – Wskazała na portrety moich przodków, wiszące przy schodach. – Aż mnie ciarki przechodzą. Bałabym się iść w nocy do łazienki, żeby nie spotkać duchów.

– To moi krewni. Na pewno byliby mili, gdyby wpadli z wizytą – odparłam.

 

Przykro mi było, że nie spodobał jej się mój ukochany dom.

Teraz, kiedy przez hol i dudniący echem korytarz zmierzałam do kuchni, wcale się nie bałam, choć było już bardzo ciemno, a Maman, która pewnie nadal spała w swoim pokoju na górze, z pewnością nie usłyszałaby moich krzyków.

Wiedziałam, że tu jestem bezpieczna, że w obrębie tych grubych murów nie może stać się nic złego.

Sięgnęłam do kontaktu, by włączyć światło w kuchni, ale najwyraźniej nie było prądu, więc zapaliłam jedną ze świec, które stały na półce. Robiłam to całkiem sprawnie, bo w Domu Admirała nie mogliśmy za bardzo polegać na elektryczności, szczególnie odkąd trwała wojna. Uwielbiałam łagodne migotliwe światło świec, rzucające ciepły blask, w którym nawet najbrzydsi wyglądali ładnie. Wzięłam chleb, który pokroiła mi wcześniej Daisy – mogłam zapalać świece, ale zabraniano mi dotykać ostrych noży – i posmarowałam go grubo masłem i dżemem. Ugryzłam kawałek, zabrałam talerz i świecę i poszłam z powrotem do swojego pokoju obserwować burzę.

Usiadłam na parapecie i jedząc kanapki, myślałam o tym, jak Daisy martwi się o mnie, kiedy ma wolne i gdzieś się wybiera. Zwłaszcza pod nieobecność taty.

– Taka mała dziewczynka nie powinna zostawać w domu sama – mruknęła kiedyś.

Wyjaśniłam jej, że przecież nie zostaję sama, bo jest tu Maman, a poza tym nie jestem „mała”, bo mam już siedem lat, a to całkiem sporo.

– Też coś! – prychnęła, zdejmując fartuch i wieszając go na kołku z tyłu kuchennych drzwi. – Nie przejmuj się tym, co ona powie, tylko w razie potrzeby idź i zbudź ją.

– Dobrze – obiecałam potulnie.

Oczywiście nigdy czegoś takiego nie zrobiłam, nawet jak kiedyś zwymiotowałam na podłogę i strasznie bolał mnie brzuch. Wiedziałam, że Maman będzie się gniewać, jeśli ją obudzę, bo musi się wyspać. W każdym razie nie przeszkadzało mi, że jestem sama, bo odkąd tata pojechał na wojnę, przywykłam do tego. Poza tym w bibliotece miałam całą wielką encyklopedię do czytania. Skończyłam dwa pierwsze tomy, ale zostały mi jeszcze dwadzieścia dwa. Obliczyłam, że starczy mi tego do czasu, aż dorosnę.

Tego wieczoru, bez elektryczności, było za ciemno na czytanie, a świeczka się kończyła, więc patrzyłam w niebo, starając się nie myśleć o tym, że tata wyjechał, bo gdybym tylko zaczęła, łzy polałyby mi się tak szybko jak krople deszczu bębniące w okno.

Nagle coś czerwonego mignęło mi w rogu okiennej ramy.

– O, motyl! Rusałka admirał!

Stanęłam na parapecie i zobaczyłam, że biedak rozpaczliwie próbuje się schronić przed nawałnicą. Musiałam go ratować, więc bardzo ostrożnie otworzyłam zatrzask górnej szyby i wysunęłam dłoń na zewnątrz. Choć motyl się nie ruszał, dopiero po chwili udało mi się go chwycić palcami, bo starałam się to zrobić bardzo delikatnie, żeby nie uszkodzić jego kruchych skrzydełek, które teraz były złożone, mokre i śliskie.

– Mam cię. – Powoli cofnęłam ociekającą wodą dłoń do środka i zamknęłam okno suchą ręką. – I co teraz, malutki? – szepnęłam, patrząc na motyla. – Jak ja osuszę ci twoje skrzydełka?

Zastanawiałam się, jak to jest w naturze, bo przecież motyle często muszą moknąć.

– Ciepły wiaterek – powiedziałam i zaczęłam na niego chuchać.

Z początku się nie ruszał, ale wreszcie, kiedy już robiło mi się słabo od tego chuchania, skrzydełka mu zadrgały i się otworzyły. Nigdy nie trzymałam na dłoni motyla, który siedziałby tak spokojnie, więc nachyliłam się, podziwiając ich cudowną barwę i misterny wzór.

– Prawdziwa piękność z ciebie – szepnęłam. – Ale dziś nie powinieneś wracać na zewnątrz, bo mógłbyś utonąć. Zostawię cię na parapecie, żebyś widział swoich przyjaciół za szybą, a jutro rano cię wypuszczę, dobrze?

Bardzo leciutko ujęłam go czubkami palców i umieściłam na parapecie. Obserwowałam go przez chwilę, zastanawiając się, czy motyle śpią ze skrzydełkami otwartymi, czy złożonymi. Ale oczy już mi się kleiły, więc zaciągnęłam zasłony, żeby to malutkie stworzenie nie skusiło się, by polatać po pokoju i przysiąść gdzieś na suficie. Nie zdołałabym go stamtąd zdjąć i mogłoby umrzeć z głodu albo ze strachu.

Wzięłam świecę, przeszłam przez pokój i położyłam się do łóżka, szczęśliwa, że udało mi się uratować jakieś życie. Pomyślałam, że może to dobry znak i tym razem tata nie zostanie ranny.

– Dobranoc, motylku. Śpij dobrze do rana – powiedziałam cichutko, zdmuchując świeczkę, i zasnęłam.

*

Kiedy się obudziłam, zobaczyłam na suficie smużki światła przedzierającego się między zasłonami. Były złotawe, co oznaczało, że świeci już słońce. Przypomniałam sobie o motylu. Wygramoliłam się z łóżka i ostrożnie rozchyliłam zasłony.

– Ojej!

Wstrzymałam oddech na widok mojego motyla. Ze złożonymi skrzydełkami leżał na boku, a jego malutkie nóżki sterczały w powietrzu. Skrzydła od spodu były brunatne. Wyglądał jak wielka, całkiem martwa ćma. Łzy napłynęły mi do oczu, kiedy dotknęłam go, by jeszcze na wszelki wypadek sprawdzić, ale się nie poruszył. Zrozumiałam, że jego dusza uleciała do nieba. Może to ja go zabiłam, bo nie wypuściłam go wczoraj. Tata zawsze mówił, że trzeba uwalniać je jak najprędzej, a ten, choć nie w szklanym słoju, to jednak był zamknięty. A może umarł na zapalenie płuc lub bronchit, dlatego że tak strasznie przemókł?

Stałam, patrząc na niego, i wiedziałam już, że to bardzo zły znak.

Jesień 1944 roku

Lubię czas, kiedy lato mija i wszystko zaczyna zapowiadać długi zimowy sen. Te mgły wiszące przy szczytach drzew, niczym ogromne pajęcze sieci. Powietrze pachnące wilgotnym drewnem i fermentacją (to słowo poznałam niedawno, kiedy byłam na szkolnej wycieczce w browarze i zobaczyłam, jak z chmielu warzy się piwo). Maman mówiła, że ją ta angielska pogoda wprawia w ponury nastrój i że chciałaby mieszkać gdzieś, gdzie przez cały rok świeci słońce i jest cieplej. Ja uważałam, że to byłoby strasznie nudne. Obserwowanie cyklów przyrody, tego, jak niewidzialne magiczne dłonie przemieniają szmaragdowy kolor liści buczyny w połyskujący brąz, wydawało mi się ekscytujące. Może dlatego, że moje życie było bardzo monotonne.

Odkąd wyjechał tata, nic się nie działo. Skończyły się przyjęcia, nie było gości – z wyjątkiem wujka Ralpha, który pojawiał się dość często z kwiatami i francuskimi papierosami dla Maman, a od czasu do czasu miał też czekoladę dla mnie. Ta monotonia w końcu została przerwana wyjazdem do Kornwalii, do babci, którą zawsze odwiedzaliśmy w sierpniu. Zwykle jechałyśmy tam z Maman, a tata dołączał na kilka dni, jeśli mógł dostać urlop, ale w tym roku Maman oznajmiła, że jestem już dość duża, by jechać sama.

– To ciebie babcia chce zobaczyć, Posy, nie mnie. Mnie nie znosi, zawsze tak było.

Byłam pewna, że to nieprawda, bo kto mógłby nie znosić Maman, takiej ślicznej, z tym jej cudownym śpiewnym głosem. Jednak musiałam zaakceptować jej decyzję. W długiej drodze tam i z powrotem miała towarzyszyć mi naburmuszona Daisy.

Babcia mieszkała tuż przy wiosce o nazwie Blisland, leżącej po zachodniej stronie wrzosowiska Bodmin Moor. Dom był dość duży, elegancki, ale jego szare mury i ciężkie ciemne meble zawsze sprawiały na mnie przygnębiające wrażenie po pełnych światła wnętrzach Domu Admirała. Za to okolica była fantastyczna. Kiedy przyjeżdżał tata, chodziliśmy na długie spacery, by zbierać próbki wrzosów i piękne polne kwiaty, które rosły między janowcami.

Niestety, tym razem taty nie było, a w dodatku codziennie padał deszcz, co wykluczało wycieczki. Podczas długich mokrych popołudni babcia uczyła mnie stawiać pasjansa i jadłyśmy mnóstwo ciasta, ale cieszyłam się, kiedy nadszedł czas powrotu. Przed Domem Admirała ja i Daisy wysiadłyśmy z zaprzężonego w konika wozu, którym Benson (miał pewnie ze sto lat i pełnił częściowo funkcję naszego ogrodnika) jeździł czasami po kogoś na stację. Zostawiłam tamtych dwoje, zajętych przenoszeniem bagaży, i wbiegłam do domu, by poszukać Maman. Usłyszałam dobiegające z gramofonu dźwięki Blue Moon. W salonie zastałam Maman tańczącą z wujkiem Ralphem.

– Posy! – zawołała, odsuwając się od wujka, i podeszła, by mnie uściskać. – Nie słyszeliśmy, kiedy podjechaliście.

– Pewnie to przez muzykę – powiedziałam, myśląc, jak pięknie wygląda, taka szczęśliwa, zarumieniona, z tymi swoimi długimi ślicznymi włosami, które musiały wymknąć się z zapinki i opadały na plecy niczym złocista rzeka.

– Świętowaliśmy, Posy – odezwał się wujek Ralph. – Są nowe dobre wiadomości z Francji. Wygląda na to, że Szwaby wkrótce się poddadzą i wojna wreszcie się skończy.

– Och, to dobrze – odrzekłam. – To znaczy, że tata niedługo wróci.

– Tak.

Na chwilę zapanowało milczenie, po czym Maman kazała mi biec do mojego pokoju, żebym się umyła i przebrała po długiej podróży. Ruszyłam na górę z nadzieją, że wujek Ralph ma rację i tata naprawdę szybko się tu pojawi. Kiedy w wiadomościach radiowych zaczęto opowiadać o sukcesach po lądowaniu w Normandii, liczyłam, że lada dzień go zobaczę. Ale minęły trzy miesiące, a tata nadal nie wracał. Maman pojechała go odwiedzić, kiedy miał krótki urlop, bo tak było łatwiej. Pytałam, dlaczego jeszcze nie ma go w domu, skoro wojna już prawie wygrana, ale Maman tylko wzruszała ramionami.

– Jest bardzo zajęty, Posy, będzie tu, kiedy będzie.

– A skąd wiesz, że nic mu się nie stało? Pisał do ciebie?

– Oui, chérie, pisał. Cierpliwości. Wojny nie kończą się ot tak, w jednej chwili.

*

Coraz bardziej brakowało jedzenia. Zostały nam tylko dwie kury, którym nikt nie ukręcił głowy, bo były najlepszymi nioskami. Ale nawet one zdawały się przygnębione, chociaż codziennie chodziłam porozmawiać z nimi, skoro Benson twierdził, że szczęśliwe kury znoszą więcej jajek. Moja paplanina jednak jakoś nie działała – od pięciu dni żadna z nich, ani Ethel, ani Ruby, nie zniosła ani jednego jajka.

– Gdzie jesteś, tatusiu? – pytałam niebo, myśląc, jak by to było cudownie zobaczyć nagle wyłaniającego się spomiędzy chmur spitfire’a, w którym byłby tata i zniżał go do lądowania na rozległym trawniku.

Nadszedł listopad, a ja każdego popołudnia po szkole wędrowałam wśród podmokłych, przemarzniętych zarośli, by nazbierać coś na rozpałkę do kominka w pokoju dziennym, gdzie siedziałyśmy z Maman wieczorami, bo był mniejszy i łatwiej go było ogrzać niż ogromny salon.

– Wiesz, Posy, myślałam o Bożym Narodzeniu – powiedziała Maman pewnego dnia.

– Może wtedy wróci już tata i spędzimy je razem.

– Nie, nie będzie go jeszcze w domu, a moi przyjaciele zaprosili mnie na święta do Londynu. Oczywiście ty byś się tam strasznie nudziła, bo będą sami dorośli. Napisałam więc do twojej babci i ona chętnie przyjmie cię na święta.

– Ale ja…

– Posy, zrozum, proszę, nie możemy tu zostać. W domu jest lodowato, nie mamy węgla na opał…

– Ale jest drewno i…

– Nie ma co jeść, Posy! Babcia ostatnio straciła gosposię i zanim znajdzie sobie tam na miejscu kogoś innego, chce, żeby przyjechała do niej Daisy.

Przygryzłam wargę, bliska łez.

– A co, jeśli wróci tata i zobaczy, że nas nie ma?

– Napiszę do niego i go zawiadomię.

– Może nie dostać listu, a poza tym wolę zostać tutaj i głodować, niż spędzać święta u babci! Kocham ją, ale jest stara i jej dom to nie mój dom, i…

– Dosyć! Już postanowiłam. Pamiętaj, Posy, wszyscy musimy robić, co się da, by przetrwać jakoś ostatnie miesiące tej okrutnej wojny. Przynajmniej będzie ci ciepło, będziesz pod dobrą opieką i najedzona. To sporo, kiedy na świecie tylu głoduje, a nawet umiera.

Nigdy nie widziałam, by Maman aż tak się zezłościła, więc choć strasznie chciało mi się płakać, przełknęłam łzy i skinęłam głową.

– Tak, Maman.

Potem zdawało się, że przynajmniej mama poweselała, bo ja i Daisy snułyśmy się po domu niczym blade widma skazane na wieczne potępienie.

– Gdybym miała jakikolwiek wybór, tobym nie pojechała – zrzędziła Daisy, pomagając mi pakować walizkę. – Ale pani mówi, że nie ma pieniędzy, żeby mi płacić, to co mam robić? Za guziki się nie wyżyje, prawda?

– Na pewno będzie lepiej, jak skończy się wojna i wróci tata – pocieszyłam ją i przy okazji siebie.

– No, gorzej już chyba być nie może. Wszystko tu się posypało – mruknęła ponuro. – Coś mi się zdaje, że ona pozbywa się nas obu, bo jej tu zawadzamy, a chce sobie…

– Co? – spytałam.

– Nic, nic, młoda damo, ale im szybciej przyjedzie twój tata, tym lepiej.

*

Dom miał być zamknięty przez następny miesiąc, więc Daisy wzięła się do gruntownego sprzątania.

– Po co tak się męczysz, skoro nikogo tu nie będzie? – spytałam.

– Dość tych pytań, panno Posy. Lepiej mi pomóż – powiedziała, biorąc stertę białych prześcieradeł i strzepując jedno po drugim, aż otwierały się niczym żagle.

Razem przykryłyśmy nimi łóżka i meble w dwudziestu sześciu pokojach. Wreszcie wyglądało tu tak, jakby do domu wprowadziła się wielka rodzina duchów.

 

Od kiedy zaczęły się ferie, brałam kredki i blok i rysowałam, co tylko udało mi się znaleźć w ogrodzie. Nie było to łatwe, bo wszystko wymarło. Pewnego zimnego grudniowego dnia zabrałam do ogrodu szkło powiększające. Śnieg jeszcze nie padał, ale na ostrokrzewach osiadł szron. Zdjęłam rękawiczki, by dobrze przytrzymać szkło i obejrzeć przez nie łodygi. Tata nauczył mnie, gdzie szukać maciupeńkich jajeczek modraszków.

Nagle zobaczyłam, jak otwierają się drzwi rotundy i wyłania się stamtąd zaróżowiona zdyszana Daisy. Niosła całe naręcze swojego ekwipunku do sprzątania.

– Panno Posy, co ty tu robisz bez rękawiczek? – skarciła mnie. – Włóż je natychmiast, bo jeszcze dostaniesz odmrożeń i palce ci odpadną.

Ruszyła do domu, a ja spojrzałam na drzwi rotundy, które pozostały niedomknięte. Bez namysłu wślizgnęłam się do środka. Drzwi się zatrzasnęły.

Było bardzo ciemno, ale oczy szybko przywykły mi do mroku i mogłam dostrzec zarysy młotków do krykieta i bramek, które składował tu tata, a także zamkniętą szafkę ze strzelbami, której nie pozwalał mi nigdy otwierać. Spojrzałam na schody prowadzące do pokoju taty i zaczęłam bić się z myślami. Skoro Daisy zostawiła otwarte drzwi na dole, to może również te na górze. Korciło mnie strasznie, żeby zobaczyć, co tam jest…

W końcu ciekawość zwyciężyła i ruszyłam szybko po krętych schodach, żeby zdążyć, zanim wróci Daisy. Kiedy dotarłam na górę, złapałam za gałkę wielkich dębowych drzwi i ją przekręciłam. Najwyraźniej Daisy ich nie zamknęła, bo od razu ustąpiły. Jeden krok i znalazłam się w tajnym gabinecie taty.

Pachniał pastą do podłogi. Okrągłe ściany zalewało światło wpadające przez okna, które właśnie umyła Daisy. Na ścianie przed sobą zobaczyłam wielką rodzinę admirałów. Motyle były ułożone w rzędach po cztery, za szkłem w złoconej ramie.

Gdy się zbliżyłam, zdumiało mnie, jak motyle mogą pozostawać w tak absolutnym bezruchu, i zastanawiałam się, co mogą znaleźć do jedzenia w swoim szklanym więzieniu.

A potem dostrzegłam główki szpilek, którymi je przypięto. Rozejrzałam się po innych ścianach. Na nich też było pełno motyli, które schwytaliśmy przez te lata.

Jęknęłam z przerażenia, obróciłam się na pięcie, zbiegłam ze schodów i wyskoczyłam do ogrodu. Widząc, że od strony domu idzie tu Daisy, skręciłam i rzuciłam się w zarośla za rotundą. Kiedy byłam już dość daleko, padłam na ziemię przy korzeniach wielkiego dębu, żeby złapać oddech.

– One nie żyją! Są martwe! Martwe! Jak mógł mnie tak okłamywać?! – krzyknęłam, szlochając.

Długo nie wychodziłam z lasu, aż wreszcie usłyszałam, że Daisy mnie woła. Chciałam spytać tatę, dlaczego zabił te piękne istoty i porozwieszał je sobie jak trofea, dlaczego chciał je oglądać martwe na ścianie.

Ale oczywiście nie mogłam o to spytać, bo go tu nie było. Musiałam wierzyć, że był jakiś naprawdę ważny powód tych mordów w naszym motylim królestwie.

Wstałam i ruszyłam wolno do domu, wciąż nie znajdując żadnego wytłumaczenia. Wiedziałam tylko, że nigdy więcej nie chcę już zaglądać do pokoju na szczycie wieży.