Dziewczyna na klifie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5

– A gdzież to się dzi­siaj wy­bie­rasz? – Ka­th­le­en zmie­rzy­ła Gra­nię kry­tycz­nym wzro­kiem, kie­dy ta za­pi­na­ła płaszcz. – Umy­łaś wło­sy i uma­lo­wa­łaś się.

– Od­po­wiem ci tyle, że idę do Au­ro­ry. Czy w tych stro­nach to coś nie­zwy­kłe­go, gdy ko­bie­ta umy­je wło­sy i uma­lu­je rzę­sy? – bo­jo­wo od­par­ła Gra­nia.

– Czy­li idziesz do dwo­ru Dun­wor­ley?

– Tak.

Ka­th­le­en za­ła­ma­ła ręce.

– Ostrze­ga­łam cię, Gra­niu, nie ma co wplą­ty­wać się w ich spra­wy.

– Mamo, po­ma­gam tyl­ko sa­mot­nej dziew­czyn­ce zna­leźć tro­chę ra­do­ści. Prze­cież się do nich nie prze­pro­wa­dzam. Co w tym złe­go?

– Już ci mó­wi­łam i po­wiem jesz­cze raz. Ich ro­dzi­na bar­dzo na­szej za­szko­dzi­ła. Mnie się zda­je, że masz dość wła­snych kło­po­tów i nie ma co do­da­wać so­bie utra­pień tych Li­sle’ów.

– Li­to­ści, mamo! Au­ro­ra to dziec­ko, któ­re nie ma mat­ki. Do­pie­ro się tu prze­pro­wa­dzi­ła i ni­ko­go nie zna. Jest sa­mot­na! – z roz­draż­nie­niem od­po­wie­dzia­ła Gra­nia. – Do zo­ba­cze­nia.

Kie­dy za­trza­snę­ły się za nią drzwi, Ka­th­le­en wes­tchnę­ła.

– Tak – szep­nę­ła do sie­bie – a ty je­steś mat­ką, któ­ra nie ma dziec­ka.

Z cięż­kim ser­cem krzą­ta­ła się przy swo­ich po­ran­nych za­ję­ciach. Za­sta­na­wia­ła się, czy po­roz­ma­wiać z Joh­nem o cór­ce i jej od­wie­dzi­nach w dwo­rze Dun­wor­ley. Przez ostat­ni ty­dzień Gra­nia cho­dzi­ła tam co­dzien­nie, a wczo­raj wró­ci­ła do­pie­ro po zmierz­chu. Mat­ka od razu zo­ba­czy­ła w jej oczach, że coś ją tam cią­gnie, po­dob­nie jak w prze­szło­ści by­wa­ło z in­ny­mi…

– Ech, có­recz­ko – po­wie­dzia­ła Ka­th­le­en do sie­bie, ście­ląc łóż­ko Sha­ne’a – im szyb­ciej wró­cisz do No­we­go Jor­ku i swo­je­go chło­pa, tym le­piej. Dla nas wszyst­kich.

• • •

Gra­nia już wie­dzia­ła, że gdzieś na dro­dze mię­dzy kli­fem a dwo­rem po­ja­wi się Au­ro­ra i zbie­gnie ze zbo­cza, żeby za­pro­wa­dzić ją do bra­my. Gra­nia uwiel­bia­ła przy­glą­dać się, jak mała cho­dzi – nig­dy wcze­śniej nie spo­tka­ła dziec­ka, któ­re mia­ło­by w so­bie tyle wdzię­ku. Kie­dy Au­ro­ra szła, uno­si­ła się nad zie­mią, kie­dy bie­gła – tań­czy­ła. I oto te­raz krą­ży­ła wo­kół niej jak błęd­ny ognik, ete­rycz­na isto­ta pro­sto z ksią­żek ze sta­ry­mi ir­landz­ki­mi le­gen­da­mi, któ­re kie­dyś czy­ta­ła jej mat­ka.

– Cześć, Gra­niu. – Dziew­czyn­ka uści­snę­ła ją, a po­tem wzię­ła za rękę i po­pro­wa­dzi­ła na wzgó­rze. – Zo­ba­czy­łam, że idziesz, z okna mo­jej sy­pial­ni. Ta­tuś chce cię chy­ba o coś po­pro­sić.

– Na­praw­dę? – Gra­nia cały ty­dzień ani razu nie na­tknę­ła się na Ale­xan­dra. Au­ro­ra po­wie­dzia­ła, że mę­czy go strasz­na mi­gre­na i leży w swo­im po­ko­ju. Kie­dy Gra­nia zmar­twi­ła się jego zdro­wiem, mała non­sza­lanc­ko wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Je­śli tyl­ko zo­sta­wi się go w spo­ko­ju, szyb­ko zdro­wie­je.

Cho­ciaż Gra­nia była na sie­bie o to zła, przed za­śnię­ciem gło­wę mia­ła peł­ną my­śli o ojcu Au­ro­ry. A fakt, że Ale­xan­der jest gdzieś na gó­rze i w każ­dej chwi­li może się po­ja­wić, da­wał jej uczu­cie peł­nej winy przy­jem­no­ści. Nie ro­zu­mia­ła, dla­cze­go Ale­xan­der tak na nią wpły­wa – wie­dzia­ła tyl­ko, że mniej niż przed­tem my­śli o Mat­cie. A to mu­sia­ło być do­bre.

– Po co chce się ze mną wi­dzieć? – Nie mo­gła po­wstrzy­mać się od za­py­ta­nia.

Au­ro­ra roz­chi­cho­ta­ła się.

– To se­kret.

W pi­ru­etach do­tar­ła do bra­my, któ­rą zdą­ży­ła otwo­rzyć, nim po­de­szła Gra­nia.

– Czy w Lon­dy­nie mia­łaś lek­cje tań­ca, Au­ro­ro? My­ślę, że by­ła­byś w tym do­bra.

– Nie. Mama mi nie po­zwo­li­ła. Nie­na­wi­dzi­ła ba­le­tu. – Au­ro­ra po­tar­ła no­sek i za­mknę­ła za nimi bra­mę. – Ale chcia­ła­bym się uczyć. Na stry­chu zna­la­złam sta­re książ­ki, gdzie jest peł­no ob­raz­ków z pięk­ny­mi pa­nia­mi, któ­re sto­ją na czub­kach pal­ców. Gdy­by mama tak tego nie nie­na­wi­dzi­ła, chcia­ła­bym być tan­cer­ką.

Gra­nia przy­glą­da­ła się, jak dziew­czyn­ka pod­ska­ku­je przed nią na ścież­ce, i chcia­ła jej po­wie­dzieć, że Lily nie żyje i na pew­no nie mia­ła­by nic prze­ciw­ko temu, żeby Au­ro­ra uczy­ła się tań­czyć, ale stwier­dzi­ła, że to nie jej spra­wa. W mil­cze­niu we­szła za nią do kuch­ni.

– To co bę­dzie­my dzi­siaj ro­bić? – Au­ro­ra uśmiech­nę­ła się do niej, za­dzie­ra­jąc do góry gło­wę, i po­ło­ży­ła ręce na bio­drach. – Co scho­wa­łaś w tor­bie?

Gra­nia po­słusz­nie wy­ję­ła pusz­kę z far­ba­mi wod­ny­mi i ka­wa­łek płót­na.

– Po­my­śla­łam, że jest ład­na po­go­da, więc może wyj­dzie­my na dwór i na­ma­lu­je­my wi­dok z ta­ra­su. Co ty na to?

Mała ski­nę­ła gło­wą.

– A nie bę­dzie nam po­trzeb­na szta­lu­ga?

– Ja­koś się bez niej obej­dzie­my, ale je­śli ci się to spodo­ba, może za­bio­rę cię do mia­sta, do Cor­ku, i ku­pi­my ją w skle­pie dla ar­ty­stów.

Twarz Au­ro­ry aż się roz­świe­tli­ła.

– Po­je­cha­ły­by­śmy au­to­bu­sem? – za­py­ta­ła. – Za­wsze chcia­łam je­chać au­to­bu­sem.

Gra­nia zdzi­wi­ła się.

– Jesz­cze nig­dy nie je­cha­łaś au­to­bu­sem?

– Nie. Tu­taj jest ich mało, a w Lon­dy­nie wszę­dzie wo­ził nas szo­fer taty. Za­py­tasz tatę, czy mo­gła­bym po­je­chać, gdy się z nim zo­ba­czysz?

Kiw­nę­ła gło­wą na zgo­dę. Kie­dy szły do sa­lo­nu, żeby wyjść na ta­ras, spo­tka­ły pa­nią My­ther, któ­ra zno­si­ła ze scho­dów kosz z pra­niem. Gra­nia spo­tka­ła ją już kil­ka razy i od­nio­sła miłe wra­że­nie.

– Mo­że­my chwi­lę po­roz­ma­wiać? – za­py­ta­ła pani My­ther. – Na osob­no­ści – szep­nę­ła.

– Au­ro­ro, idź na dwór i po­szu­kaj naj­lep­sze­go miej­sca do ma­lo­wa­nia wi­do­ku. Przyj­dę za parę se­kund.

Dziew­czyn­ka ski­nę­ła gło­wą i otwo­rzy­ła drzwi bal­ko­no­we, żeby wyjść na ta­ras.

– Pan De­von­shi­re pro­sił, żeby za­py­tać, czy ze­chce pani dziś lub ju­tro zjeść z nim ko­la­cję. Chciał­by po­roz­ma­wiać o Au­ro­rze.

– Ro­zu­miem.

Gra­nia pew­nie wy­glą­da­ła na zmar­twio­ną, bo pani My­ther po­kle­pa­ła ją po ra­mie­niu i po­wie­dzia­ła:

– Nie ma czym się tra­pić. Pan De­von­shi­re, a i ja zresz­tą też, je­ste­śmy bar­dzo wdzięcz­ni, że zaj­mu­je się pani Au­ro­rą. Mam mu po­wie­dzieć, że woli pani przyjść dzi­siaj czy ju­tro? Cóż, naj­wy­raź­niej nie chce, żeby była przy tym Au­ro­ra.

– Może być dzi­siaj.

– Po­wie­dzieć mu, że bę­dzie pani w oko­li­cach ósmej?

– Tak.

– Do­brze. Je­śli wol­no mi się wtrą­cić, moim zda­niem jest pani do­kład­nie tym, cze­go to dziec­ko po­trze­bu­je – do­da­ła pani My­ther. – Od­ży­ła, od kie­dy się po­zna­ły­ście.

Gra­nia prze­szła przez sa­lon i wy­szła na ta­ras do Au­ro­ry. Z ca­łej siły sta­ra­ła się nie zga­dy­wać, o czym Ale­xan­der mógł­by chcieć z nią roz­ma­wiać. Ra­zem z Au­ro­rą przy­jem­nie spę­dzi­ły po­ra­nek, roz­ko­szu­jąc się de­li­kat­ny­mi pro­mie­nia­mi słoń­ca. Gra­nia uczy­ła dziew­czyn­kę pod­staw per­spek­ty­wy. Kie­dy zro­bi­ło się chłod­no, wró­ci­ły do kuch­ni, aby po­ma­lo­wać szkic. Au­ro­ra wdra­pa­ła się Gra­ni na ko­la­na, a ta uczy­ła ją, jak zmie­szać odro­bi­nę czer­wie­ni z nie­bie­skim, by uzy­skać de­li­kat­nie li­lio­wy ko­lor da­le­kie­go kli­fu po dru­giej stro­nie za­to­ki. Gdy skoń­czy­ły i po­dzi­wia­ły swo­je dzie­ło, Au­ro­ra ob­ję­ła Gra­nię za szy­ję i moc­no ją uści­snę­ła.

– Dzię­ku­ję ci, Gra­niu. Jest pięk­ny i gdzie­kol­wiek będę miesz­ka­ła, za­wsze bę­dzie wi­siał w mo­jej sy­pial­ni, żeby przy­po­mi­nać mi dom.

W kuch­ni po­ja­wi­ła się pani My­ther i za­czę­ła mie­szać zupę na pły­cie. Jej przy­by­cie Gra­nia ode­bra­ła jako sy­gnał, że czas, aby zbie­ra­ła się do wyj­ścia. Wsta­ła.

– A co bę­dzie­my ro­bi­ły ju­tro? – z za­pa­łem spy­ta­ła Au­ro­ra. – Za­py­tasz wie­czo­rem tatę, czy mogę je­chać au­to­bu­sem do Cor­ku?

Gra­nia ze zdzi­wie­niem spoj­rza­ła na Au­ro­rę.

– Skąd wiesz, że dziś przy­cho­dzę?

– Po pro­stu. – Au­ro­ra wska­za­ła swój no­sek. – Za­py­tasz, do­brze?

– Obie­cu­ję. – Gra­nia ski­nę­ła gło­wą.

• • •

Po­wie­dzia­ła mat­ce, że nie bę­dzie jej wie­czo­rem na ko­la­cji. Wy­wo­ła­ło to zdzi­wio­ne unie­sie­nie brwi, ale bez ko­men­ta­rza.

– Wy­cho­dzę – oznaj­mi­ła Gra­nia, kie­dy ze­szła na dół po scho­dach. – Do zo­ba­cze­nia.

Ka­th­le­en zmie­rzy­ła ją wzro­kiem.

– Wy­glą­dasz, jak­byś wy­stro­iła się dla dżen­tel­me­na. Czy tak jest, Gra­niu?

– Och, mamo. Po pro­stu oj­ciec Au­ro­ry chce ze mną o niej po­roz­ma­wiać. Wi­dzia­łam się z nim tyl­ko raz. To nie żad­na rand­ka ani nic w tym sty­lu. – Gra­nia jak naj­szyb­ciej ru­szy­ła w stro­nę ko­ry­ta­rza i wzię­ła z pół­ki la­tar­kę.

– A jak za­dzwo­ni twój chło­pak, to co mam mu po­wie­dzieć? Że gdzie po­szła jego ko­bie­ta?

Gra­nia nie ra­czy­ła na to od­po­wie­dzieć, tyl­ko za­trza­snę­ła za sobą drzwi i po­ma­sze­ro­wa­ła w stro­nę dwo­ru. Nie mia­ła ab­so­lut­nie żad­ne­go po­wo­du, żeby czuć się win­na, a mat­ka nie mia­ła po­wo­du, żeby ją wy­py­ty­wać. Matt nie miał już pra­wa mó­wić jej, z kim może, a z kim nie może się spo­ty­kać. To on znisz­czył ich zwią­zek. Nic nie po­ra­dzi na to, że mat­ka za­wsze mia­ła sła­bość do Mat­ta. Po pra­wie trzech ty­go­dniach sie­dze­nia co wie­czór w domu nie za­szko­dzi, je­śli na tro­chę wyj­dzie.

Uzbro­jo­na w bun­tow­ni­cze my­śli włą­czy­ła la­tar­kę i po­ma­sze­ro­wa­ła wzdłuż ścież­ki.

Kie­dy do­tar­ła do tyl­nych drzwi dwo­ru Dun­wor­ley, za­pu­ka­ła, ale nikt się nie ode­zwał. Nie wie­dzia­ła, co ro­bić, więc otwo­rzy­ła drzwi i we­szła do środ­ka. Nie­pew­nie sta­nę­ła w pu­stej kuch­ni. W koń­cu z wa­ha­niem otwo­rzy­ła drzwi ku­chen­ne i zna­la­zła się w holu.

 

– Halo?! – za­wo­ła­ła, ale nikt nie od­po­wie­dział. – Halo? – Prze­szła przez hol i za­pu­ka­ła do drzwi sa­lo­nu. Pchnę­ła je i zo­ba­czy­ła Ale­xan­dra, któ­ry sie­dział na krze­śle przy ko­min­ku i czy­tał ja­kiś do­ku­ment. Spło­szył się, zo­ba­czyw­szy Gra­nię, i wstał za­wsty­dzo­ny.

– Prze­pra­szam, nie sły­sza­łem, kie­dy przy­szłaś.

– Nic się nie sta­ło – po­wie­dzia­ła skrę­po­wa­na. Zno­wu mia­ła trud­ność, by wy­krztu­sić z sie­bie sło­wo w jego obec­no­ści.

– Pro­szę. We­zmę twój płaszcz, usiądź przy ko­min­ku. W tym domu jest mi za­wsze zim­no – sko­men­to­wał, po­ma­ga­jąc jej zdjąć płaszcz. – Czy mogę ci przy­nieść kie­li­szek wina? A może gin z to­ni­kiem?

– Z chę­cią na­pi­ję się wina.

– Pro­szę, roz­gość się, a ja za chwi­lę wró­cę.

Gra­nia nie sko­rzy­sta­ła z dru­gie­go krze­sła przy ko­min­ku – w po­ko­ju było strasz­li­wie go­rą­co. Wy­bra­ła ele­ganc­ką, choć nie­wy­god­ną, po­kry­tą ada­masz­kiem sofę. Po­my­śla­ła, że wie­czo­rem sa­lon jest bar­dzo przy­tul­ny.

Ale­xan­der wró­cił z bu­tel­ką wina i dwo­ma kie­lisz­ka­mi.

– Dzię­ku­ję, że przy­szłaś, Gra­niu – po­wie­dział i po­dał jej wino, a po­tem wró­cił na swo­je krze­sło przy ko­min­ku. – Mię­dzy in­ny­mi chcia­łem mieć oka­zję po­dzię­ko­wać ci za za­ję­cie się Au­ro­rą w ubie­głym ty­go­dniu.

– To na­praw­dę była dla mnie przy­jem­ność. Ba­wi­łam się rów­nie do­brze jak ona.

– W każ­dym ra­zie było to z two­jej stro­ny bar­dzo miłe. Au­ro­ra mówi, że je­steś rzeź­biar­ką. Czy to twój za­wód?

– Tak. Mam pra­cow­nię w No­wym Jor­ku.

– To cu­dow­nie ko­rzy­stać ze swe­go ta­len­tu i jed­no­cze­śnie za­ra­biać na utrzy­ma­nie – rzekł Ale­xan­der i wes­tchnął.

– Też tak my­ślę – od­wa­ży­ła się wy­krztu­sić. – Z dru­giej stro­ny… nig­dy nie umia­łam ro­bić nic in­ne­go.

– No cóż, le­piej jest być wy­bit­nym w jed­nej rze­czy niż prze­cięt­nym w wie­lu. Co do­kład­nie opi­su­je mnie – oznaj­mił.

– Je­śli wol­no za­py­tać, co ta­kie­go ro­bisz?

– Ob­ra­cam pie­niędz­mi na ca­łym świe­cie. Zna­czy pie­niędz­mi, któ­re na­le­żą do in­nych lu­dzi. A po­nie­waż oni się bo­ga­cą, bo­ga­cę się i ja. Moż­na po­wie­dzieć, że je­stem sę­pem. Co nie spra­wia mi naj­mniej­szej przy­jem­no­ści. I po­zba­wio­ne jest głęb­sze­go zna­cze­nia – po­nu­ro stwier­dził Ale­xan­der.

– My­ślę, że je­steś dla sie­bie zbyt su­ro­wy – sko­men­to­wa­ła Gra­nia. – W koń­cu to trud­na umie­jęt­ność. Ja nie wie­dzia­ła­bym, od cze­go za­cząć.

– Dzię­ku­ję za uprzej­mość, ale ja nic nie two­rzę, a ty two­rzysz coś ma­te­rial­ne­go, co spra­wia oglą­da­ją­cym przy­jem­ność. – Ale­xan­der łyk­nął wina. – Za­wsze po­dzi­wia­łem lu­dzi, któ­rzy ob­da­rze­ni są ta­len­tem ar­ty­stycz­nym, zwłasz­cza że sam je­stem go cał­kiem po­zba­wio­ny. Bar­dzo chciał­bym zo­ba­czyć two­je pra­ce. Or­ga­ni­zu­jesz wy­sta­wy?

– Tak, cza­sa­mi, cho­ciaż ostat­nio głów­nie rzeź­bię na pry­wat­ne za­mó­wie­nia.

Spoj­rzał na nią.

– Mógł­bym coś u cie­bie za­mó­wić?

– Tak. – Gra­nia wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Pew­nie tak.

– To może tak zro­bię. – Uśmiech­nął się sztyw­no. – Je­steś go­to­wa na ko­la­cję?

– Tak, kie­dy tyl­ko bę­dziesz chciał – bąk­nę­ła nie­śmia­ło.

Ale­xan­der wstał.

– Pój­dę i po­wiem pani My­ther, że może po­da­wać.

• • •

Gra­nia przy­glą­da­ła się, jak Ale­xan­der wy­cho­dzi z sa­lo­nu. Dzi­wi­ło ją, że męż­czy­zna jego po­kro­ju może być tak nie­śmia­ły. Z jej do­świad­cze­nia wy­ni­ka­ło, że bo­ga­ci męż­czyź­ni, od­no­szą­cy suk­ce­sy i ob­da­rze­ni wy­glą­dem po­dob­nym do Ale­xan­dra, na­bie­ra­ją aro­gan­cji i na­tu­ral­nej pew­no­ści sie­bie, któ­ra bie­rze się z by­cia po­wszech­nie po­dzi­wia­nym.

– Wszyst­ko go­to­we – po­wie­dział Ale­xan­der, wty­ka­jąc gło­wę przez drzwi. – Zje­my w ja­dal­ni. Jest znacz­nie cie­plej­sza niż kuch­nia.

Gra­nia po­szła za Ale­xan­drem do po­ko­ju po dru­giej stro­nie holu. Stał tam wy­po­le­ro­wa­ny na błysk, dłu­gi ma­ho­nio­wy stół, a na jed­nym jego koń­cu na­kry­to dla dwóch osób. W ko­min­ku i tu bu­zo­wał wiel­ki ogień, więc Gra­nia wy­bra­ła krze­sło, któ­re było od nie­go bar­dziej od­da­lo­ne.

Ale­xan­der usiadł koło niej u szczy­tu sto­łu. We­szła pani My­ther i po­sta­wi­ła przed nimi dwa ta­le­rze.

– Dzię­ku­ję. – Gra­nia ski­nę­ła gło­wą wy­cho­dzą­cej go­spo­dy­ni.

Ale­xan­der spoj­rzał na nią i kwa­śno się uśmiech­nął.

– Prze­pra­szam, że to ta­kie pro­ste da­nie, ale wy­twor­ne go­to­wa­nie nie na­le­ży do moc­nych stron pani My­ther.

– Szcze­rze mó­wiąc, col­can­non z so­sem1 to jed­na z mo­ich ulu­bio­nych po­traw – za­pew­ni­ła go Gra­nia.

– No cóż, kie­dy wej­dziesz mię­dzy wro­ny… tę po­tra­wę pani My­ther umie przy­najm­niej do­brze zro­bić. Pro­szę – wska­zał ta­le­rze – za­czy­naj.

Chwi­lę je­dli w ci­szy, a Gra­nia ukrad­kiem zer­ka­ła na swo­je­go to­wa­rzy­sza. W koń­cu prze­rwa­ła mil­cze­nie.

– Więc o czym chcia­łeś ze mną po­roz­ma­wiać?

– Chcia­łem spy­tać o two­je pla­ny na na­stęp­ny mie­siąc – wy­ja­śnił Ale­xan­der. – Za­pew­ne przy­je­cha­łaś tyl­ko od­wie­dzić ro­dzi­nę i bę­dziesz wra­ca­ła do No­we­go Jor­ku?

Gra­nia zło­ży­ła ra­zem nóż i wi­de­lec.

– Szcze­rze mó­wiąc, nie po­sta­no­wi­łam jesz­cze, co zro­bię.

– Czy mam ro­zu­mieć, że od cze­goś ucie­kasz?

Bar­dzo wni­kli­wa uwa­ga jak na ko­goś, kogo do­pie­ro po­zna­ła.

– My­ślę, że moż­na to i tak ująć – przy­tak­nę­ła po­wo­li.

– Skąd wie­dzia­łeś?

– Cóż… – Ale­xan­der skoń­czył jeść ko­la­cję i wy­tarł usta w ser­wet­kę. – Po pierw­sze, masz w so­bie ele­gan­cję, któ­ra ra­czej nie mo­gła się wy­kształ­cić w wio­sce Dun­wor­ley. Po dru­gie, wi­dzia­łem cię, pew­nie jesz­cze przed Au­ro­rą, jak spa­ce­ro­wa­łaś wzdłuż kli­fu. Wi­dać było, że je­steś za­to­pio­na w roz­my­śla­niach. Wy­wnio­sko­wa­łem z tego, że zma­gasz się z ja­ki­miś trud­no­ścia­mi. A na ko­niec, mało praw­do­po­dob­ne, żeby taka ko­bie­ta jak ty nor­mal­nie mia­ła czas i ocho­tę co­dzien­nie prze­by­wać w to­wa­rzy­stwie ośmio­let­nie­go dziec­ka.

Gra­nia po­czu­ła, że się ru­mie­ni.

– To chy­ba dość do­kład­ny opis mo­jej obec­nej sy­tu­acji. Tak.

– Moja cór­ka ogrom­nie cię lubi, a ty ją chy­ba też. Przy­najm­niej na to wy­glą­da.

– Uwa­żam, że jest uro­czą dziew­czyn­ką, i spę­dzi­ły­śmy ze sobą miłe chwi­le – wtrą­ci­ła. – Ale jest sa­mot­na.

– Tak, to praw­da – z wes­tchnie­niem przy­znał Ale­xan­der.

– Nie my­śla­łeś o tym, żeby po­słać ją do szko­ły? Tyl­ko pół­to­ra ki­lo­me­tra stąd jest do­bra pod­sta­wów­ka. Dzię­ki temu może za­przy­jaź­ni­ła­by się z dzieć­mi w swo­im wie­ku.

– Nie mia­ło­by to sen­su. – Po­krę­cił gło­wą. – Nie mam po­ję­cia, jak dłu­go tu bę­dzie­my, a na­wią­zy­wa­nie przy­jaź­ni, któ­re za chwi­lę trze­ba bę­dzie ze­rwać, jest ostat­nią rze­czą, ja­kiej Au­ro­ra po­trze­bu­je.

– A szko­ła z in­ter­na­tem? Nie­za­leż­nie od wa­sze­go miej­sca za­miesz­ka­nia mia­ła­by przy­najm­niej po­czu­cie cze­goś sta­bil­ne­go – za­pro­po­no­wa­ła Gra­nia.

– Oczy­wi­ście, że o tym my­śla­łem – po­wie­dział Ale­xan­der. – Kło­pot w tym, że po śmier­ci mat­ki Au­ro­ra mia­ła za­bu­rze­nia… emo­cjo­nal­ne za­bu­rze­nia, któ­re na to nie po­zwa­la­ją. Więc choć to da­le­kie od ide­ału, trze­ba kształ­cić ją w domu. Co jest po­wo­dem, dla któ­re­go cię dziś tu­taj za­pro­si­łem.

– To zna­czy?

– Pani My­ther pra­co­wa­ła w na­szym domu w Lon­dy­nie i była tak uprzej­ma, że zgo­dzi­ła się przy­je­chać tu z nami, kie­dy stam­tąd wy­je­cha­li­śmy, ale tyl­ko na kil­ka ty­go­dni. Ma ro­dzi­nę w Lon­dy­nie i oczy­wi­ście chce do niej jak naj­szyb­ciej wró­cić. Je­stem w kon­tak­cie z kil­ko­ma agen­cja­mi, aby zna­leźć nia­nię dla Au­ro­ry i go­spo­dy­nię do Dun­wor­ley, jed­nak jak na ra­zie nie mia­łem szczę­ścia. A za kil­ka dni mu­szę wy­je­chać. Chcę cię za­py­tać, Gra­niu, czy ze­chcia­ła­byś za­miesz­kać tu z Au­ro­rą i za­opie­ko­wać się nią do cza­su, kie­dy znaj­dę od­po­wied­nie oso­by, by cię za­stą­pi­ły?

Była to ostat­nia rzecz, jaką Gra­nia spo­dzie­wa­ła się usły­szeć.

– Ja…

Ale­xan­der prze­rwał jej unie­sie­niem dło­ni.

– Wiem, że nie je­steś nia­nią, i tak bym cię nie po­strze­gał. Ale tym ra­zem Au­ro­ra nie może ze mną je­chać i mu­szę zna­leźć ko­goś, komu mogę za­ufać, z kim ona do­brze się czu­je i kto bę­dzie mógł się nią za­jąć. Mam na­dzie­ję, że nie je­steś ura­żo­na, że o to pro­szę.

– Skąd – od­po­wie­dzia­ła. – Je­stem za­szczy­co­na, że chcesz mi za­ufać, bio­rąc pod uwa­gę, że pra­wie mnie nie znasz.

– Ależ znam cię, Gra­niu. – Uśmiech­nął się. – Au­ro­ra o ni­czym in­nym nie mówi. Nig­dy nie wi­dzia­łem, żeby od śmier­ci mat­ki tak się do ko­go­kol­wiek przy­wią­za­ła. Więc wy­bacz, że o to pro­szę. Ro­zu­miem, że mo­żesz mieć inne pla­ny. Obie­cu­ję, że to nie po­trwa dłu­żej niż mie­siąc, co da mi czas, aby… – głos mu się za­ła­mał – zna­leźć ko­goś na dłu­żej.

– Mie­siąc… Ale­xan­drze. – Gra­nia przy­gry­zła war­gę. – Na­praw­dę nie wiem.

– Jest czas, że­byś się mo­gła za­sta­no­wić. Pro­szę, nie po­dej­muj de­cy­zji te­raz. Chcia­łem jesz­cze za­py­tać, czy je­śli tu bę­dziesz, mógł­bym cię pro­sić o wy­rzeź­bie­nie Au­ro­ry? Co ozna­cza­ło­by, że jed­no­cze­śnie byś pra­co­wa­ła. Za­pła­cił­bym ci za opie­kę nad moją cór­ką i za rzeź­bę. Do­dam, że so­wi­cie.

Gra­nia po­czu­ła, że to­nie w błę­kit­nej głę­bi jego oczu, i otrzą­snę­ła się.

– Mu­szę wró­cić do domu i to prze­my­śleć, bo w tej chwi­li nie je­stem pew­na, co ro­bię.

– Oczy­wi­ście. – Ale­xan­der ski­nął gło­wą. – Mo­żesz dać mi znać jak naj­szyb­ciej? Wy­jeż­dżam w nie­dzie­lę.

Do nie­dzie­li zo­sta­ły czte­ry dni.

– Co zro­bisz, je­że­li od­mó­wię? – za­py­ta­ła.

– Nie mam naj­mniej­sze­go po­ję­cia. – Ale­xan­der wzru­szył ra­mio­na­mi. – Może na­mó­wię pa­nią My­ther, żeby zo­sta­ła, i po­dwo­ję jej pen­sję. Tak czy in­a­czej, to nie twój pro­blem i prze­pra­szam, je­śli uwa­żasz, że po­sta­wi­łem cię w trud­nej sy­tu­acji. Mu­sisz zro­bić to, co jest naj­lep­sze dla cie­bie. Wy­bacz, że cię o to pro­szę, ale Au­ro­ra mnie bła­ga­ła.

– Mogę dać od­po­wiedź ju­tro?

– Tak. A te­raz bar­dzo cię prze­pra­szam, ale mam nie­ste­ty okrop­ną mi­gre­nę.

– Oczy­wi­ście. Co mogę zro­bić, żeby ci po­móc?

Ale­xan­der spoj­rzał na nią z głę­bo­kim smut­kiem w oczach.

– Nic, choć chciał­bym, żeby było to moż­li­we. – Wy­cią­gnął rękę i po­ło­żył dłoń na jej dło­ni. – Dzię­ku­ję, że za­py­ta­łaś.

• • •

Gra­nia szła do domu wzdłuż kli­fu, oświe­tla­jąc so­bie dro­gę la­tar­ką, i wsty­dzi­ła się, że do­tknię­cie dło­ni Ale­xan­dra uczy­ni­ło ją cał­kiem ule­głą. W tam­tej chwi­li zro­bi­ła­by wszyst­ko, żeby mu po­móc. Kim i czym jest, po pro­stu nie wie­dzia­ła. Ale ból, jaki zo­ba­czy­ła w jego oczach, na do­bre wrył jej się w pa­mięć. Ci­cho, na pal­cach we­szła do domu, wdra­pa­ła się na górę po scho­dach i z ja­kie­goś po­wo­du wy­czer­pa­na pa­dła na łóż­ko i owi­nę­ła się koł­drą.

Cóż za ab­sur­dal­ny po­mysł… jest od­no­szą­cą suk­ce­sy rzeź­biar­ką w No­wym Jor­ku, ma swo­je ży­cie… dla­cze­go mia­ła­by choć­by roz­wa­żać wpro­wa­dze­nie się do ja­kie­goś opusz­czo­ne­go dwo­ru na kli­fie, aby opie­ko­wać się dziew­czyn­ką, któ­rej jesz­cze ty­dzień temu nie zna­ła? Na do­kład­kę hi­sto­ria ro­dzi­ny Li­sle’ów i nie­daw­ne za­in­te­re­so­wa­nie nimi Gra­ni z nie­wia­do­mych po­wo­dów naj­wy­raź­niej przy­spa­rza­ły mat­ce cier­pie­nia.

A jed­nak… jed­nak…

Ty­ka­nie ze­ga­ra od­mie­rza­ło mi­ja­nie noc­nych go­dzin, a Gra­nia co­raz bar­dziej czu­ła, że wy­pły­wa na nie­bez­piecz­ne wody. Na­gle z całą mocą po­czu­ła, że tę­sk­ni za sta­bil­no­ścią, bez­pie­czeń­stwem i nor­mal­nym ży­ciem, któ­re pro­wa­dzi­ła przez ostat­nie osiem lat.

Czy jej zwią­zek z Mat­tem na pew­no jest skoń­czo­ny?

Ucie­ka­ła tak szyb­ko, tak głę­bo­ko zo­sta­ła zra­nio­na… za­cho­wa­ła się jak prze­ra­żo­ne zwie­rząt­ko.

I nig­dy nie dała mu szan­sy na wy­ja­śnie­nia. A je­śli się po­my­li­ła? Je­śli był to tyl­ko sze­reg nie­for­tun­nych zda­rzeń, któ­re po­łą­czy­ła ze sobą i uło­ży­ła sce­na­riusz, któ­ry moż­na ła­two wy­ja­śnić, a Matt oka­że się nie­win­ny? W koń­cu wła­śnie stra­ci­ła dziec­ko… wy­cze­ki­wa­ne dziec­ko. Czy w tym sta­nie emo­cji po­tra­fi szu­kać dwu­znacz­no­ści? A może z po­wo­du szo­ku i hor­mo­nów bu­zu­ją­cych w jej cie­le za­re­ago­wa­ła zbyt dra­stycz­nie? Gra­nia wes­tchnę­ła i znów prze­krę­ci­ła się na dru­gi bok w wą­skim łóż­ku. Tę­sk­ni­ła za ogrom­nym, sze­ro­kim łóż­kiem, któ­re dzie­li­ła z Mat­tem. I za tym, co w tym łóż­ku ich łą­czy­ło. Tę­sk­ni­ła za tam­tym ży­ciem i… za nim.

 

Pod­ję­ła de­cy­zję. Może czas się od­na­leźć, dać Mat­to­wi szan­sę opo­wie­dzieć, jak wy­glą­da jego wer­sja wy­da­rzeń.

Po­pa­trzy­ła na ze­gar i stwier­dzi­ła, że jest już trze­cia rano, czy­li w No­wym Jor­ku jest te­raz dzie­wią­ta wie­czo­rem. W naj­gor­szym wy­pad­ku Matt bę­dzie miał wy­łą­czo­ną ko­mór­kę, na­to­miast włą­czo­na bę­dzie au­to­ma­tycz­na se­kre­tar­ka w lof­cie. W naj­lep­szym – któ­ryś z te­le­fo­nów od­bie­rze.

Usia­dła, włą­czy­ła świa­tło i się­gnę­ła po ko­mór­kę. Już bez za­sta­no­wie­nia na­ci­snę­ła imię Mat­ta i cze­ka­ła na po­łą­cze­nie. Na­tych­miast włą­czy­ła się pocz­ta gło­so­wa, więc roz­łą­czy­ła się. Wy­krę­ci­ła nu­mer lo­ftu i po dru­gim dzwon­ku ode­zwał się głos.

– Halo?

Był to głos ko­bie­cy i Gra­nia wie­dzia­ła, do kogo na­le­ży. Bez sło­wa spoj­rza­ła w prze­strzeń, a głos po­wtó­rzył:

– Halo?

O Boże, Boże, Boże… – my­śla­ła.

– Kto mówi?

Gra­nia kciu­kiem na­ci­snę­ła kla­wisz, by roz­łą­czyć roz­mo­wę.