Dziewczyna na klifie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Dzię­ki – po­wie­dzia­ła, kie­dy przy­niósł jej szklan­kę. – Czy Gra­nia się ode­zwa­ła?

– Dzwo­ni­łem do niej kil­ka dni temu i chwi­lę roz­ma­wia­li­śmy, ale ona nie chce ze mną ga­dać.

– Do­wie­dzia­łeś się, dla­cze­go ode­szła?

– Nie. – Matt wzru­szył ra­mio­na­mi. – Nie wiem, co ta­kie­go zro­bi­łem. Chry­ste, mamo, to dziec­ko było dla niej wszyst­kim.

– Była bar­dzo ci­chut­ka, kie­dy od­wie­dzi­li­śmy ją w szpi­ta­lu. Po wyj­ściu z ła­zien­ki wy­glą­da­ła na za­pła­ka­ną.

– Tak, a na­stęp­ne­go dnia po­je­cha­łem do niej po pra­cy w od­wie­dzi­ny i stwier­dzi­łem, że wy­pi­sa­ła się ze szpi­ta­la. Wró­ci­łem tu­taj i zna­la­złem kart­kę z in­for­ma­cją, że wy­pro­wa­dza się do ro­dzi­ców, do Ir­lan­dii. Od tam­tej pory ani razu się przede mną nie otwo­rzy­ła. Wiem, że cier­pi, ale nie po­tra­fię do niej do­trzeć.

– Ty też na pew­no cier­pisz, ko­cha­ny. To było tak samo two­je dziec­ko, jak i jej – za­uwa­ży­ła Ela­ine, któ­rej bar­dzo przy­kro było pa­trzeć, jak uko­cha­ny syn roz­pa­cza w sa­mot­no­ści.

– Tak. Nie jest mi do­brze. Mie­li­śmy być ro­dzi­ną. To było moje ma­rze­nie… cho­le­ra! Prze­pra­szam, mamo. – Matt z ca­łych sił sta­rał się po­wstrzy­mać łzy. – Tak ją ko­cham… i to ma­leń­stwo, któ­re­mu się nie uda­ło, któ­re było czę­ścią nas. No…

– Ko­cha­nie. – Ela­ine wsta­ła, by przy­tu­lić syna. – Tak mi przy­kro. Je­śli tyl­ko mogę ci w czymś po­móc…

Mat­to­wi było głu­pio, że mat­ka przy­ła­pa­ła go na chwi­li sła­bo­ści. Bar­dzo sta­rał się zna­leźć w so­bie siłę i ja­koś się po­zbie­rać.

– Je­stem już do­ro­sły, mamo. Bę­dzie do­brze. Na­praw­dę. Chciał­bym się tyl­ko do­wie­dzieć, dla­cze­go Gra­nia ucie­kła. Po pro­stu tego nie ro­zu­miem.

– A może tro­chę byś po­miesz­kał u nas? Przy­kro mi, że je­steś tu taki sa­mot­ny.

– Dzię­ku­ję, mamo, ale mam kupę ro­bo­ty. Mu­szę tyl­ko uwie­rzyć, że Gra­nia w swo­im cza­sie wró­ci. Kie­dy już wy­li­że rany. Za­wsze ro­bi­ła to, na co mia­ła ocho­tę. Pew­nie dla­te­go tak ją ko­cham.

– Jest z pew­no­ścią nie­zwy­kła – zgo­dzi­ła się Ela­ine. – Jak­by nie przej­mo­wa­ła się za­sa­da­mi, któ­rych więk­szość z nas prze­strze­ga.

– Może dla­te­go, że tak ją wy­cho­wa­no – od­pa­ro­wał Matt, któ­ry nie miał ocho­ty na uszczy­pli­we uwa­gi ro­dzi­ców w sty­lu „A nie mó­wi­łam” na te­mat wy­bo­ru uko­cha­nej.

– Ojej, Matt, źle mnie zro­zu­mia­łeś – po­śpiesz­nie za­re­ago­wa­ła Ela­ine. – Bar­dzo po­dzi­wiam Gra­nię i was obo­je, że po­tra­fi­li­ście wyjść z ram kon­we­nan­sów i być ze sobą zwy­czaj­nie dla­te­go, że się ko­cha­cie. Może wię­cej z nas po­win­no słu­chać ser­ca, za­miast prze­strze­gać za­sad, w któ­rych nas wy­cho­wa­no. – Ela­ine wes­tchnę­ła. – Mu­szę wra­cać. Oj­ciec za­pro­sił ko­le­gów od gol­fa na co­rocz­ny zi­mo­wy obiad.

Matt pod­niósł, a po­tem przy­trzy­mał mat­ce fu­tro, kie­dy je wkła­da­ła.

– Dzię­ku­ję, że przy­szłaś, mamo. Bar­dzo to do­ce­niam.

– Do­brze było się z tobą zo­ba­czyć. – Po­ca­ło­wa­ła go w po­li­czek. – Wiesz, że je­stem z cie­bie dum­na, praw­da? Za­wsze mo­żesz na mnie li­czyć. Na­praw­dę. Ro­zu­miem… jak się czu­jesz. – Przez oczy prze­mknął jej cień smut­ku. – Cześć, Mat­ty.

Za­mknął za nią drzwi, od­no­sząc wra­że­nie, że jesz­cze nig­dy nie wczuł się w sy­tu­ację mat­ki. I choć ko­chał ją za to, jaka była, po raz pierw­szy zro­zu­miał, że mało zna ko­bie­tę ukry­tą za błysz­czą­cą ma­ską ide­al­nej żony i mat­ki z Con­nec­ti­cut.

4

Na­stęp­ne­go ran­ka, kie­dy tyl­ko Ka­th­le­en wy­ru­szy­ła do Clo­na­kil­ty na co­ty­go­dnio­we za­ku­py, Gra­nia po­szła do szo­py, gdzie prze­cho­wy­wa­no sta­re ga­ze­ty, i wzię­ła całą ich ster­tę. Po­grze­ba­ła w za­ba­ła­ga­nio­nym warsz­ta­cie ojca i z trium­fem wy­nio­sła stam­tąd pacz­kę nad­ple­śnia­łe­go kle­ju do ta­pet. Wło­ży­ła wszyst­ko do siat­ki i ru­szy­ła ścież­ką w stro­nę kli­fu. Je­śli Au­ro­ra się nie po­ja­wi – bo wczo­raj nie usta­li­ły go­dzi­ny spo­tka­nia, więc bar­dzo mało praw­do­po­dob­ne, żeby przy­szła – po pro­stu wró­ci do domu.

W dro­dze my­śla­ła o tym, że w środ­ku jest jak odrę­twia­ła. Jak­by jej ży­cie do­ty­czy­ło ko­goś in­ne­go, jak­by brnę­ła przez gę­sty sy­rop i nie po­tra­fi­ła do­trzeć do wła­snych uczuć. Po pro­stu nie ma siły pła­kać ani skon­fron­to­wać się z Mat­tem, żeby do­wie­dzieć się, czy jej re­ak­cja była uza­sad­nio­na. Coś ta­kie­go ozna­cza­ło­by zmie­rze­nie się z bó­lem, więc naj­bez­piecz­niej­szym i naj­lep­szym roz­wią­za­niem jest się za­mknąć. Co było, mi­nę­ło. Ni­cze­go nie da się wy­ma­zać.

Na szczy­cie kli­fu usia­dła na ska­le, z któ­rej roz­cią­gał się wi­dok na mo­rze, i wes­tchnę­ła. Kie­dy we dwój­kę przy­glą­da­li się roz­pa­do­wi związ­ków zna­jo­mych, na­praw­dę wie­rzy­ła, że z nimi jest in­a­czej. Za­ru­mie­ni­ła się ze wsty­du na wspo­mnie­nie za­ro­zu­mia­łych uwag, któ­re mię­dzy sobą wy­mie­nia­li. Ko­men­ta­rze typu „Nam nig­dy by się to nie przy­tra­fi­ło” albo „My je­ste­śmy szczę­śli­wi, a oni tacy bied­ni” te­raz bo­la­ły ją do ży­we­go. Oni tak­że pa­dli ofia­rą skom­pli­ko­wa­nych, wciąż zmie­nia­ją­cych się ukła­dów mię­dzy­ludz­kich. Wpa­dli w wir na­pięć mię­dzy ko­bie­ta­mi i męż­czy­zna­mi, któ­rzy chcą żyć w har­mo­nii.

Gra­nia ga­pi­ła się na zim­ne, sza­re mo­rze i na­gle po­czu­ła wiel­ki sza­cu­nek dla swo­ich ro­dzi­ców. Ja­kimś spo­so­bem osią­gnę­li nie­moż­li­we – szli na kom­pro­mi­sy, ak­cep­to­wa­li się na­wza­jem, a co naj­waż­niej­sze, w szczę­ściu prze­ży­li trzy­dzie­ści czte­ry lata.

Może to po pro­stu dla­te­go, że w dzi­siej­szych cza­sach lu­dzie mają zbyt duże ocze­ki­wa­nia. Zmie­ni­ła się hie­rar­chia po­trzeb. Mał­żon­ko­wie nie mu­szą się już mar­twić, czy będą mie­li do­syć je­dze­nia dla dzie­ci albo skąd we­zmą na­stęp­ny grosz. A przede wszyst­kim, czy ma­lu­chy prze­trwa­ją nie­bez­piecz­ną cho­ro­bę dzie­cię­cą. Te­raz nie cho­dzi o to, żeby w zi­mie mieć czym cie­pło się opa­tu­lić, ale któ­re­go pro­jek­tan­ta ciu­chy naj­le­piej na­da­ją się do pra­cy. W dzi­siej­szych cza­sach ko­bie­ty za­chod­nie­go spo­łe­czeń­stwa nie ca­łu­ją mę­żów na po­że­gna­nie, nie wie­dząc, czy ich jesz­cze zo­ba­czą, bo ci nie wy­ru­sza­ją na woj­nę. Naj­waż­niej­sze ży­cio­we spra­wy znacz­nie wy­szły po­nad po­ziom zwy­kłe­go prze­trwa­nia.

– Te­raz żą­da­my szczę­ścia. I je­ste­śmy prze­ko­na­ni, że na nie za­słu­gu­je­my.

Te sło­wa po­wie­dzia­ła na głos. Bar­dziej za­zdro­ści­ła ro­dzi­com ich sto­ic­kie­go po­dej­ścia do ży­cia, niż ich ża­ło­wa­ła. Mają nie­wie­le dóbr ma­te­rial­nych i wą­skie ho­ry­zon­ty, my­śla­ła. Rze­czy nie­istot­ne wy­wo­łu­ją u nich uśmiech, ale tym uśmie­chem ze zro­zu­mie­niem da­rzą sie­bie na­wza­jem i swój los. Ich świat jest mały, lecz w swo­ich gra­ni­cach bez­piecz­ny i two­rzy mię­dzy nimi sil­ne wię­zi. Ona i Matt żyli w otwar­tej me­tro­po­lii, gdzie każ­de z nich mia­ło nie­ogra­ni­czo­ne per­spek­ty­wy i gdzie ist­nie­je nie­bez­piecz­nie mało ogra­ni­czeń.

– Cześć, Gra­niu.

Za ple­ca­mi usły­sza­ła głos Au­ro­ry. Od­wró­ci­ła się i zo­ba­czy­ła ją. Po­my­śla­ła, że dziew­czyn­ka jest jak du­szek, któ­ry bez­gło­śnie po­ja­wia się na swo­im te­ry­to­rium.

– Cześć, Au­ro­ro. Jak się masz?

– Bar­dzo do­brze, dzię­ku­ję. Idzie­my?

– Tak. Przy­nio­słam rze­czy, któ­re będą nam po­trzeb­ne.

– Wiem. Wi­dzia­łam two­ją siat­kę.

Gra­nia po­słusz­nie wsta­ła i we dwój­kę skie­ro­wa­ły się w stro­nę dwo­ru.

– Może po­znasz tatę. Jest w swo­im ga­bi­ne­cie. Ale może bo­leć go gło­wa. Czę­sto boli go gło­wa.

– Na­praw­dę?

– Tak. Wszyst­ko przez to, że nie nosi oku­la­rów i nad­we­rę­ża wzrok czy­ta­niem pa­pie­rów do pra­cy.

– To nie­mą­dre, praw­da?

– Tak, ale te­raz, kie­dy mama nie żyje, nie ma kto o nie­go za­dbać. Oprócz mnie.

– Je­stem prze­ko­na­na, że świet­nie się spi­su­jesz – Gra­nia za­pew­ni­ła Au­ro­rę, kie­dy szły w stro­nę bra­my pro­wa­dzą­cej do dwor­skie­go ogro­du.

– Ro­bię, co mogę – po­wie­dzia­ła i pchnę­ła bra­mę, by ją otwo­rzyć. – To mój dom, dwór Dun­wor­ley. Od dwóch wie­ków na­le­ży do ro­dzi­ny Li­sle’ów. By­łaś tu kie­dyś?

– Nie – od­rze­kła Gra­nia i we­szła za Au­ro­rą. Wiatr, któ­ry gwiz­dał im koło uszu, kie­dy wspi­na­ły się na klif, na­gle ucichł. Sta­ło się tak dzię­ki gę­stym za­ro­ślom je­żyn i dzi­kich fuk­sji, z któ­rych sły­nął za­chod­ni Cork. Ota­cza­ły dwór i, jak mo­gły, chro­ni­ły go wraz z jego miesz­kań­ca­mi.

Gra­nia ze zdu­mie­niem po­pa­trzy­ła na pięk­nie za­dba­ny ogród, któ­ry sta­no­wił ide­al­ne oto­cze­nie dla sto­ją­ce­go po­środ­ku su­ro­we­go sza­re­go bu­dyn­ku. Obie stro­ny pro­wa­dzą­cej do domu ścież­ki ob­sa­dzo­no ni­ski­mi ży­wo­pło­ta­mi z waw­rzy­nu. Idąc za Au­ro­rą w stro­nę dwo­ru, Gra­nia za­uwa­ży­ła grząd­ki róż. Te­raz były mar­twe i bez­barw­ne, ale w le­cie za­pew­ne da­wa­ły po­sęp­ne­mu oto­cze­niu tak po­trzeb­ny tu blask ko­lo­ru.

– Nig­dy nie ko­rzy­sta­my z fron­to­we­go wej­ścia – oznaj­mi­ła Au­ro­ra i skrę­ci­ła w pra­wo na ścież­kę wzdłuż przed­niej ścia­ny domu, a po­tem za róg, by przejść na tył bu­dyn­ku. – Tata mówi, że za­mknię­to je pod­czas za­mie­szek i ktoś zgu­bił klucz. Wcho­dzi­my tędy.

Gra­nia sta­ła na du­żym po­dwór­ku, na któ­re wjeż­dża­ło się od stro­ny szo­sy. Ktoś za­par­ko­wał tam no­we­go ran­ge­ro­ve­ra.

– Pro­szę, wejdź – po­wie­dzia­ła Au­ro­ra, otwie­ra­jąc drzwi.

Po­dą­ży­ła za dziew­czyn­ką. Przez hol prze­szły do du­żej kuch­ni.

Całą jed­ną ścia­nę zaj­mo­wał wiel­ki so­sno­wy kre­dens z Wa­lii. Aż trzesz­czał pod cię­ża­rem nie­bie­sko-bia­łych ta­le­rzy i naj­róż­niej­szych na­czyń. Przy dru­giej ścia­nie stał piec ku­chen­ny, a przy na­stęp­nej sta­ry zlew dla służ­by umiesz­czo­ny po­mię­dzy prze­zna­czo­ny­mi do ob­rób­ki żyw­no­ści dwo­ma sta­ry­mi sto­ła­mi z me­la­mi­ny. Na sa­mym środ­ku stał dłu­gi dę­bo­wy stół przy­kry­ty ster­ta­mi ga­zet.

 

Nie było to przy­tul­ne po­miesz­cze­nie, gdzie czło­wiek mógł­by po­czuć się bez­piecz­nie. Nie ta­kie, gdzie mat­ka stoi przy ku­chen­ce i go­tu­je coś pysz­ne­go na ko­la­cję, a do­ko­ła zbie­ra się ro­dzi­na. Było to miej­sce su­ro­we, funk­cjo­nal­ne i od­py­cha­ją­ce.

– Nie­po­trzeb­nie przy­nio­słam ga­ze­ty – za­uwa­ży­ła Gra­nia, wska­zu­jąc le­żą­ce na sto­le ster­ty.

– No tak, tata roz­pa­la nimi we wszyst­kich ko­min­kach. Strasz­nie mar­z­nie. Zro­bi­my na sto­le miej­sce, że­by­śmy mia­ły gdzie pra­co­wać?

– Ja­sne… a nie są­dzisz, że po­win­ny­śmy ko­muś po­wie­dzieć, że tu je­stem?

– O nie. – Au­ro­ra po­krę­ci­ła gło­wą. – Tata nie chce, żeby mu prze­szka­dzać, a pani My­ther już po­wie­dzia­łam, że przyj­dziesz. – Zrzu­ci­ła nie­co stert ze sto­łu na pod­ło­gę i po­ka­za­ła Gra­ni, że zro­bi­ła miej­sce. – Co jesz­cze jest nam po­trzeb­ne?

– Woda do wy­mie­sza­nia z kle­jem. – Gra­nia opróż­ni­ła za­war­tość siat­ki. Czu­ła się nie­swo­jo, że wtar­gnę­ła tu bez za­po­wie­dzi.

– Za­raz przy­nio­sę. – Au­ro­ra wzię­ła dzba­nek z jed­nej z upa­ko­wa­nych po brze­gi pół­ek kre­den­su i na­peł­ni­ła go.

– I duży po­jem­nik do wy­mie­sza­nia kle­ju.

Au­ro­ra i to zna­la­zła i po­sta­wi­ła na sto­le przed Gra­nią. Kie­dy mie­sza­ła klej, przy­glą­da­ła jej się z oży­wie­niem, a oczy dziew­czyn­ki pro­mie­nia­ły ra­do­ścią.

– Praw­da, że to faj­ne? Uwiel­biam ro­bić ta­kie rze­czy. Moja ostat­nia nia­nia na nic mi nie po­zwa­la­ła, bo mar­twi­ła się, że się ubru­dzę.

– Ja całe ży­cie się bru­dzę. – Gra­nia uśmiech­nę­ła się. – Z bar­dzo po­dob­nych ma­te­ria­łów ro­bię rzeź­by. A te­raz usiądź przy mnie, to po­ka­żę ci, jak się robi mi­secz­ki.

Au­ro­ra oka­za­ła się po­jęt­ną, za­pa­lo­ną uczen­ni­cą. Go­dzi­nę póź­niej dum­nie po­ło­ży­ły na pły­cie kuch­ni mo­krą mi­skę z ga­zet.

– Kie­dy bę­dzie su­cha, mo­że­my ją po­ma­lo­wać. Masz ja­kieś far­by? – za­py­ta­ła Gra­nia, my­jąc ręce w zle­wie.

– Nie. Mia­łam w Lon­dy­nie, ale je zo­sta­wi­łam.

– Może znaj­dę ja­kieś u sie­bie.

– Mogę przyjść zo­ba­czyć twój dom? Moim zda­niem su­per by­ło­by miesz­kać na far­mie.

– Nie miesz­kam tam cały czas, Au­ro­ro – wy­ja­śni­ła Gra­nia. – Miesz­kam w No­wym Jor­ku. Tyl­ko na ra­zie je­stem u ro­dzi­ców.

– Och! – Twarz Au­ro­ry po­smut­nia­ła. – To zna­czy, że nie­dłu­go wy­je­dziesz?

– Tak, ale szcze­rze mó­wiąc, nie wiem kie­dy.

Wy­cie­ra­jąc ręce w ście­recz­kę przy zle­wie, czu­ła, że Au­ro­ra wręcz wpi­ja się w nią ocza­mi.

– Dla­cze­go je­steś taka smut­na? – za­py­ta­ła dziew­czyn­ka.

– Nie je­stem smut­na, Au­ro­ro.

– Je­steś. Wi­dzę to po oczach. Ktoś cię zde­ner­wo­wał?

– Nie, Au­ro­ro. Nic mi nie jest. – Gra­nia po­czu­ła, jak ru­mie­ni się pod wpły­wem prze­dłu­ża­ją­ce­go się spoj­rze­nia dziec­ka.

– Wiem, że je­steś smut­na. – Au­ro­ra skrzy­żo­wa­ła małe ręce na pier­siach. – I wiem, ja­kie to uczu­cie. Kie­dy je­stem smut­na, od­fru­wam do swo­je­go ma­gicz­ne­go miej­sca.

– Gdzie to jest?

– Nie mogę po­wie­dzieć, bo prze­sta­ło­by być ma­gicz­ne. I moje. Też po­win­naś mieć ta­kie miej­sce.

– Moim zda­niem to zna­ko­mi­ty po­mysł. – Gra­nia spoj­rza­ła na ze­ga­rek. – Le­piej już pój­dę. Czas na lunch. Pew­nie je­steś głod­na. Czy ktoś przyj­dzie dać ci coś do je­dze­nia?

– O, pani My­ther na pew­no coś tam zo­sta­wi­ła. – Au­ro­ra od nie­chce­nia mach­nę­ła ręką w kie­run­ku spi­żar­ni. – Pew­nie zno­wu zupę. Czy przed wyj­ściem chcia­ła­byś obej­rzeć resz­tę domu?

– Au­ro­ro… Ja…

– Pro­szę! – Mała chwy­ci­ła Gra­nię za ra­mię i po­cią­gnę­ła ją w stro­nę drzwi. – Chcę, że­byś go zo­ba­czy­ła. Jest pięk­ny.

Wy­szły z kuch­ni do du­że­go holu, gdzie pod­ło­gę wy­ło­żo­no czar­no-bia­ły­mi ka­fel­ka­mi, w rogu zaś znaj­do­wa­ły się ele­ganc­kie dę­bo­we scho­dy, a na­stęp­nie do du­że­go sa­lo­nu z wy­cho­dzą­cy­mi na ogród wy­so­ki­mi okna­mi bal­ko­no­wy­mi. W sa­lo­nie było nie­zno­śnie go­rą­co, bo w ko­min­ku wiel­kim pło­mie­niem pa­li­ły się kło­dy drew­na i z jego ele­ganc­kiej mar­mu­ro­wej obu­do­wy bu­cha­ło cie­pło.

Gra­nia zer­k­nę­ła nad ko­mi­nek i jej oko rzeź­biar­ki przy­cią­gnę­ła twarz na ob­ra­zie. Na­le­ża­ła do mło­dej ko­bie­ty, mia­ła kształt ser­ca, a ota­cza­ły ją ty­cja­now­skie loki. De­li­kat­ne i, jak za­uwa­ży­ła Gra­nia, sy­me­trycz­ne rysy były ozna­ką praw­dzi­wej pięk­no­ści. Wy­ra­zi­ste, kon­tra­stu­ją­ce z bia­łą cerą błę­kit­ne oczy były nie­win­ne, ale mą­dre. Jako pro­fe­sjo­na­list­ka Gra­nia oce­ni­ła, że ob­raz na­ma­lo­wał praw­dzi­wy ar­ty­sta. Od­wró­ci­ła się, by spoj­rzeć na Au­ro­rę, i na­tych­miast za­uwa­ży­ła po­do­bień­stwo.

– To moja mama. Każ­dy mówi, że je­stem do­kład­nie taka jak ona.

– Tak – ci­cho od­rze­kła Gra­nia. – Jak się na­zy­wa­ła?

Au­ro­ra ode­tchnę­ła głę­bo­ko.

– Lily. Na­zy­wa­ła się Lily.

– Bar­dzo mi przy­kro, że umar­ła, Au­ro­ro – spo­koj­nie po­wie­dzia­ła Gra­nia.

Dziew­czyn­ka nie od­po­wie­dzia­ła, tyl­ko da­lej wpa­try­wa­ła się w mat­kę.

– Kto to taki, Au­ro­ro?

Mę­ski głos za jej ple­ca­mi spra­wił, że Gra­nia pod­sko­czy­ła.

Od­wró­ci­ła się, roz­my­śla­jąc, jak dużo in­truz usły­szał z ich roz­mo­wy, lecz na­gle za­par­ło jej dech w pier­siach.

Przy drzwiach stał – Gra­nia zbesz­ta­ła się za wpa­da­nie w ste­reo­ty­py, ale fakt po­zo­sta­wał fak­tem – naj­pięk­niej­szy męż­czy­zna, ja­kie­go kie­dy­kol­wiek wi­dzia­ła. Wy­so­ki – miał do­brze po­nad metr osiem­dzie­siąt wzro­stu – o gę­stych, he­ba­no­wych, gład­ko za­cze­sa­nych wło­sach, któ­re były ja­kiś cen­ty­metr za dłu­gie, więc ko­smy­ki za­wi­ja­ły mu się na kar­ku.

Miał peł­ne usta, ale nie tak pulch­ne, jak u ko­bie­ty, i głę­bo­kie gra­na­to­we oczy, ocie­nio­ne gę­sty­mi ciem­ny­mi rzę­sa­mi.

Gra­nia po­dzi­wia­ła jego ostre jak brzy­twa ko­ści po­licz­ko­we, sil­ną szczę­kę i ide­al­ny nos wy­traw­nym okiem pro­fe­sjo­na­list­ki. Tę twarz chcia­ła za­pa­mię­tać w każ­dym szcze­gó­le, żeby ją po­tem wy­rzeź­bić.

Wszyst­ko to było uko­ro­no­wa­niem szczu­płej, ide­al­nie pro­por­cjo­nal­nej syl­wet­ki. Oczy Gra­ni przy­cią­gnę­ły smu­kłe, wraż­li­we pal­ce, któ­re za­ci­skał, a po­tem roz­luź­niał, co wska­zy­wa­ło na we­wnętrz­ne na­pię­cie.

Ogól­nie ro­bił wra­że­nie oso­by nie­zwy­kle ele­ganc­kiej, choć tej ce­chy za­zwy­czaj nie łą­czy­ła z męż­czy­zna­mi. Gwa­ran­to­wa­ła ona jed­nak, że kie­dy ktoś taki wej­dzie do po­ko­ju, za­wró­ci w gło­wie każ­de­mu z obec­nych – męż­czy­znom i ko­bie­tom.

Gra­nia nie­chcą­cy wes­tchnę­ła, co wy­ra­ża­ło re­ak­cję pro­fe­sjo­na­list­ki na czło­wie­ka, któ­ry, jej zda­niem, zbli­żył się do ide­ału fi­zycz­ne­go pięk­na. Za­re­ago­wa­ła w ko­bie­cy spo­sób – na chwi­lę za­mil­kła.

– Kim pani jest?

– To moja przy­ja­ciół­ka Gra­nia, tato. – Gra­nia po­czu­ła ulgę, kie­dy Au­ro­ra prze­rwa­ła ci­szę. – Pa­mię­tasz, mó­wi­łam ci, że spo­tka­łam ją wczo­raj na kli­fie. Świet­nie ba­wi­ły­śmy się w kuch­ni. Zro­bi­ły­śmy mi­secz­kę z kle­ju i ga­zet. Kie­dy już zo­sta­nie po­ma­lo­wa­na, dam ci ją w pre­zen­cie. – Au­ro­ra po­de­szła do ojca i ob­ję­ła go ra­mio­na­mi.

– Cie­szę się, że się ba­wi­łaś, ko­cha­nie. – Czu­le po­gła­dził ją po wło­sach, a Gra­nię ob­da­rzył nie­co po­dejrz­li­wym pół­u­śmie­chem. – No więc, Gra­niu, je­steś go­ściem w Dun­wor­ley?

Zmie­rzył ją gra­na­to­wy­mi ocza­mi. Gra­nia sta­ra­ła się opa­no­wać, ale czu­ła su­chość w ustach. Mu­sia­ła prze­łknąć śli­nę, za­nim po­wie­dzia­ła:

– Po­cho­dzę z wio­ski, ale przez ostat­nie dzie­sięć lat miesz­ka­łam za gra­ni­cą. Przy­je­cha­łam do domu od­wie­dzić ro­dzi­nę.

– Ro­zu­miem. – Zwró­cił wzrok ku bal­ko­no­wym oknom na roz­cią­ga­ją­cy się za ogro­dem wspa­nia­ły wi­dok mo­rza. – To rzad­kie, ma­gicz­ne miej­sce. Uwiel­biasz je, praw­da, Au­ro­ro?

– Wiesz, że tak, tato. To nasz praw­dzi­wy dom.

– Tak. – Z po­wro­tem sku­pił uwa­gę na Gra­ni. – Pro­szę, wy­bacz mi. Nie przed­sta­wi­łem się. – Ra­zem z Au­ro­rą, któ­ra nie od­kle­ja­ła się od jego bio­der, pod­szedł do niej i wy­cią­gnął dłoń: – Ale­xan­der De­von­shi­re. – Dłu­gi­mi, smu­kły­mi pal­ca­mi ujął jej dłoń.

Gra­nia całą siłą zmu­si­ła się, żeby ochło­nąć z po­czu­cia, że zna­la­zła się w ja­kimś sur­re­ali­stycz­nym świe­cie.

– De­von­shi­re? My­śla­łam, że miesz­ka tu ro­dzi­na Li­sle’ów?

Ciem­ne brwi unio­sły się pra­wie nie­zau­wa­żal­nie.

– Masz ra­cję, w ta­kim sen­sie, że dwór na­le­ży do Li­sle’ów, ale­ja wsze­dłem do tej ro­dzi­ny po ślu­bie. Moja żona – Ale­xan­der ocza­mi wska­zał ob­raz – była dzie­dzicz­ką dwo­ru Dun­wor­ley, któ­ry kie­dyś bę­dzie na­le­żał do cór­ki.

– Prze­pra­szam… Nie zda­wa­łam so­bie spra­wy.

– Nie szko­dzi, Gra­niu. Je­stem przy­zwy­cza­jo­ny, że w tych oko­li­cach mó­wią na mnie „pan Li­sle”. – Ale­xan­der jesz­cze moc­niej przy­tu­lił do sie­bie cór­kę i za­to­pił się w my­ślach.

– Le­piej już wró­cę do domu. – Gra­nia po­czu­ła się skrę­po­wa­na.

– Ojej, tato, czy Gra­nia na­praw­dę musi już iść? A nie może zo­stać na lunch? – Au­ro­ra pod­nio­sła wzrok na ojca i bła­gal­nie na nie­go spoj­rza­ła.

– Dzię­ku­ję za za­pro­sze­nie, ale na­praw­dę mu­szę już iść.

– Oczy­wi­ście – po­wie­dział Ale­xan­der. – To bar­dzo miło, że po­by­łaś z moją cór­ką.

– Jest dużo faj­niej­sza niż moja sta­ra nia­nia, tato. Może bę­dzie się mną opie­ko­wać?

– Ko­cha­nie, je­stem pew­ny, że Gra­nia ma mnó­stwo in­nych obo­wiąz­ków. – Ale­xan­der uśmiech­nął się do niej prze­pra­sza­ją­co nad gło­wą Au­ro­ry. – I nie mo­że­my zaj­mo­wać jej wię­cej cza­su.

– Ale to na­praw­dę ża­den kło­pot. Było mi miło.

– Przyj­dziesz ju­tro z far­ba­mi, kie­dy wy­schnie mi­ska? – po­pro­si­ła dziew­czyn­ka.

Gra­nia spoj­rza­ła na Ale­xan­dra, szu­ka­jąc jego apro­ba­ty, i otrzy­ma­ła ją.

– Oczy­wi­ście. Zo­ba­czę, co mi się uda zna­leźć. – Zro­bi­ła krok w stro­nę drzwi, a Ale­xan­der od­su­nął się na bok i zno­wu wy­cią­gnął dłoń.

– Dzię­ku­ję, Gra­niu. Je­steś bar­dzo miła, że ze­chcia­łaś po­świę­cić swój czas na za­ba­wia­nie mo­jej cór­ki. Pro­szę, przy­chodź, kie­dy tyl­ko ze­chcesz. Je­śli mnie nie ma, Au­ro­ra miesz­ka z pa­nią My­ther, któ­ra się nią zaj­mu­je. – Od­pro­wa­dził Gra­nię przez sa­lon i hol do kuch­ni. Cór­ka cały czas trzy­ma­ła go za rękę. – Au­ro­ro, po­szu­kaj pani My­ther i po­wiedz jej, że obo­je je­ste­śmy go­to­wi na lunch.

– Tak, tato – po­słusz­nie od­par­ła dziew­czyn­ka. – Do wi­dze­nia, Gra­niu, do ju­tra. – Od­wró­ci­ła się i znik­nę­ła na scho­dach.

Ale­xan­der po­pro­wa­dził Gra­nię przez kuch­nię do tyl­nych drzwi. Kie­dy je otwie­rał, od­wró­cił się do niej.

– Au­ro­ra po­tra­fi być bar­dzo prze­ko­nu­ją­ca. Nie daj się na­mó­wić, żeby być z nią dłu­żej, niż masz ocho­tę.

– Jak mó­wi­łam, było mi z nią miło.

Ale­xan­der stał tuż obok, co przy­pra­wi­ło ją o za­wrót gło­wy.

– Pro­szę, uwa­żaj. Wiem, jaka jest moja cór­ka.

– Do­brze.

– Zna­ko­mi­cie. Je­stem pew­ny, że wkrót­ce znów się tu zo­ba­czy­my. Do wi­dze­nia, Gra­niu.

– Do wi­dze­nia.

• • •

W dro­dze przez po­dwó­rze, a po­tem wzdłuż ścież­ki pro­wa­dzą­cej do bra­my, z któ­rej wy­cho­dzi­ło się w stro­nę kli­fu, Gra­nia roz­pacz­li­wie chcia­ła obej­rzeć się za sie­bie, żeby zo­ba­czyć, czy Ale­xan­der jesz­cze stoi przy drzwiach. Za bra­mą szyb­kim kro­kiem ru­szy­ła wzdłuż kli­fu, aż do­tar­ła do swo­jej ulu­bio­nej ska­ły. Osu­nę­ła się na nią. Bra­ko­wa­ło jej tchu i czu­ła się zdez­o­rien­to­wa­na.

Opar­ła gło­wę na dło­niach, żeby od­zy­skać rów­no­wa­gę. W my­ślach zo­ba­czy­ła twarz Ale­xan­dra. Czu­ła się przy­tło­czo­na, pra­wie prze­ra­żo­na, że męż­czy­zna, któ­re­go wi­dzia­ła nie dłu­żej niż pięć mi­nut, może wy­wrzeć na niej ta­kie wra­że­nie.

Pod­nio­sła gło­wę i spoj­rza­ła na mo­rze. Było dziś spo­koj­ne, nie­zmą­co­ne – jak śpią­cy po­twór, któ­ry może po­wstać i w kil­ka mi­nut za­siać spu­sto­sze­nie.

 

Gra­nia wsta­ła i ru­szy­ła w stro­nę domu. W dro­dze za­sta­na­wia­ła się, czy po­dob­nie może być z męż­czy­zną, któ­re­go wła­śnie po­zna­ła.

• • •

– Cześć, to ja. Wpu­ścisz mnie?

– Ja­sne. – Matt na­ci­snął gu­zik wej­ścio­wy i nie­po­cie­szo­ny wró­cił do oglą­da­nia me­czu ba­se­bal­lu.

W drzwiach po­ja­wi­ła się Char­ley. Za­mknę­ła je za sobą.

– Przy­nio­słam dla nas da­nie od Chiń­czy­ków. Two­je ulu­bio­ne, kacz­ka na chru­pią­co – do­da­ła, kie­ru­jąc się w stro­nę kuch­ni. – Głod­ny je­steś?

– Nie – stwier­dził Matt, ale Char­ley wzię­ła z kuch­ni dwa ta­le­rze i otwo­rzy­ła bu­tel­kę wina, któ­rą ze sobą przy­nio­sła.

– Mu­sisz jeść, słon­ko, albo nam zmar­nie­jesz. – Przy­glą­da­ła mu się, roz­kła­da­jąc je­dze­nie na ta­ler­zach, któ­re roz­sta­wi­ła przed nimi na sto­li­ku do kawy.

– Pro­szę. – Za­wi­nę­ła ka­wał­ki kacz­ki i tro­chę sosu ho­isin w na­le­śnik i po­da­ła Mat­to­wi.

Matt na­chy­lił się z wes­tchnie­niem, ugryzł ka­wa­łek i bez za­pa­łu za­brał się do je­dze­nia.

Char­ley za­wi­nę­ła mu na­stęp­ne­go na­le­śni­ka i łyk­nę­ła wina.

– Chcesz o tym po­ga­dać?

– Co tu jest do ga­da­nia? – Wzru­szył ra­mio­na­mi. – Dziew­czy­na zo­sta­wi­ła mnie z po­wo­dów, któ­rych nie znam i któ­rych nie ro­zu­miem, i nie chce ze mną roz­ma­wiać, żeby mi je wy­ja­śnić. – Po­trzą­snął roz­pacz­li­wie gło­wą. – Gdy­bym przy­najm­niej wie­dział, co ta­kie­go niby zro­bi­łem, mógł­bym coś za­ra­dzić. – Wło­żył do ust na­stęp­ne­go na­le­śni­ka. – À pro­pos, two­ja tak­ty­ka mil­cze­nia nic nie dała. Gra­nia ani razu do mnie nie za­dzwo­ni­ła. No to chy­ba tyle, je­śli cho­dzi o wy­lu­zo­wa­nie, co?

– Przy­kro mi, Mat­ty. Na­praw­dę my­śla­łam, że je­śli dasz jej tro­chę cza­su i prze­strze­ni, może za­re­agu­je. Wy­da­wa­ło mi się, że cię ko­cha.

– Mnie też. – Matt skrzy­wił się gorz­ko. – Może się my­li­łem. Może, tyl­ko może, cho­dzi wła­śnie o to, co do mnie czu­je. Może – Matt z roz­tar­gnie­niem prze­cze­sał pal­ca­mi wło­sy – po pro­stu już mnie nie chce. Bo dłu­go nad tym my­śla­łem, ale nie przy­cho­dzi mi do gło­wy ani jed­na rzecz, któ­rą mógł­bym ją ura­zić.

Char­ley po­ło­ży­ła mu dłoń na ko­la­nie.

– Może to przez utra­tę dziec­ka. Może jej uczu­cia się zmie­ni­ły. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Prze­pra­szam. Plo­tę fra­ze­sy.

– Bo nie ma o czym mó­wić, praw­da? Wy­je­cha­ła i z każ­dym dniem co­raz bar­dziej tra­cę na­dzie­ję, że wró­ci. – Po­pa­trzył na Char­ley. – Czy two­im zda­niem po­wi­nie­nem zno­wu wcie­lić w ży­cie plan lotu do Ir­lan­dii?

– Nie wiem, Mat­ty. Nie chcę kra­kać, ale wy­da­je mi się, że ja­sno dała znać, że nie ma ocho­ty na kon­tak­ty z tobą.

– Tak, masz ra­cję. – Matt opróż­nił kie­li­szek i znów na­lał so­bie wina. – Tyl­ko się oszu­ku­ję, kie­dy sta­ram się uwie­rzyć, że mię­dzy nami się nie skoń­czy­ło, pod­czas gdy ona jest pew­na, że tak.

– Może daj jej czas do koń­ca ty­go­dnia i zo­bacz, czy za­dzwo­ni? A je­śli tak, za­pro­po­nuj, że do niej przy­le­cisz.

– Może. Ale mam już dość ob­wi­nia­nia się. Poza tym cze­ka mnie mnó­stwo ro­bo­ty, a przez na­stęp­ne dwa ty­go­dnie jeż­dżę z wy­kła­da­mi.

– Bied­ny Mat­ty – uża­la­ła się nad nim Char­ley – strasz­nie ci te­raz cięż­ko. Na pew­no po­tem, tak czy in­a­czej, bę­dzie le­piej. No wiesz, wszy­scy prze­cho­dzi­my zły czas. i wy­da­je nam się wte­dy, że nad­szedł ko­niec świa­ta.

– Tak, przy­zna­ję, zna­la­złem się na eta­pie do­ga­dza­nia so­bie – zgo­dził się Matt. – Prze­pra­szam, ale le­piej zo­staw mnie już sa­me­go. No wiesz, kiep­skie ze mnie to­wa­rzy­stwo.

– Wła­śnie po to ma się przy­ja­ciół, Mat­ty. Żeby przy nas byli, kie­dy są po­trzeb­ni. Ale zmień­my na se­kun­dę te­mat. Przy­je­cha­łam, żeby pro­sić cię o przy­słu­gę – po­wie­dzia­ła Char­ley.

– Co ta­kie­go? – za­to­pio­ny w cier­pie­niu Matt le­d­wie jej słu­chał.

– Za kil­ka dni za­czy­na się u mnie re­mont. Po­trwa mie­siąc albo coś koło tego i za­sta­na­wia­łam się, czy nie mo­gła­bym w tym cza­sie sko­rzy­stać z wol­ne­go po­ko­ju u cie­bie? Oczy­wi­ście za­pła­cę czynsz – do­da­ła. – No i wiesz, jaka je­stem. Wie­czo­ra­mi i w week­en­dy zwy­kle nie ma mnie w domu.

– Nie mu­sisz mi pła­cić. Jak po­wie­dzia­łem, mam kupę ro­bo­ty i wię­cej mnie nie bę­dzie w domu, niż będę, więc wpro­wa­dzaj się, kie­dy ze­chcesz. – Wstał, prze­szu­kał biur­ko, zna­lazł klucz i po­dał go Char­ley.

– Dzię­ki, słon­ko.

– Ża­den pro­blem. Szcze­rze mó­wiąc, mimo tego, co przed chwi­lą po­wie­dzia­łem, może przy­da mi się to­wa­rzy­stwo. Zro­bisz mi przy­słu­gę.

– Je­śli je­steś tego pew­ny, to fan­ta­stycz­nie. Bar­dzo ci dzię­ku­ję.

Matt klep­nął ją po no­dze.

– Aja dzię­ku­ję, że się mną opie­ku­jesz.

– Ża­den pro­blem, Mat­ty. – Char­ley uśmiech­nę­ła się do nie­go. – Na­praw­dę.