Dziewczyna na klifie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2

Kie­dy obu­dzi­ła się na­stęp­ne­go ran­ka, po wie­czor­nym sztor­mie i sza­rych chmu­rach zo­sta­ło tyl­ko wspo­mnie­nie. Na nie­bie po­ka­za­ło się rzad­ko w zi­mie spo­ty­ka­ne słoń­ce. Oświe­tli­ło pa­gór­ko­wa­ty kra­jo­braz za oknem, uwy­dat­nia­jąc bez­kre­sną zie­leń pól wo­kół far­my, któ­rą od cza­su do cza­su uroz­ma­ica­ły bia­łe weł­ni­ste kłęb­ki pa­są­cych się na nich owiec.

Gra­nia z do­świad­cze­nia wie­dzia­ła, że taki stan rze­czy nie po­trwa dłu­go. Słoń­ce w za­chod­nim Cor­ku przy­po­mi­na­ło ka­pry­śną diwę, któ­ra ła­ska­wie po­ja­wia się na sce­nie jak dama ka­me­lio­wa, by ską­pać wszyst­kich w bla­sku swo­jej chwa­ły, a po­tem znik­nąć rów­nie szyb­ko, jak się po­ja­wi­ła.

Przez ostat­nie dzie­sięć dni bez prze­rwy pa­da­ło i Gra­nia nie mo­gła zgod­nie ze swo­im zwy­cza­jem rano po­bie­gać. Dla­te­go te­raz wy­sko­czy­ła z łóż­ka i za­czę­ła bu­szo­wać w nadal nie­roz­pa­ko­wa­nej wa­liz­ce, żeby zna­leźć blu­zę z kap­tu­rem, leg­gin­sy i spor­to­we buty.

– Ojej, ale wcze­śnie się dzi­siaj ze­rwa­łaś – sko­men­to­wa­ła mat­ka, kie­dy Gra­nia po­ja­wi­ła się na dole w kuch­ni. – Zjesz owsian­ki?

– Tro­szecz­kę, kie­dy wró­cę. Idę po­bie­gać.

– Ale się za­nad­to nie męcz. Moim zda­niem nie wy­glą­dasz zdro­wo. Bla­da je­steś, nie masz śla­du ru­mień­ców.

– Wła­śnie chcę ich na­brać, mamo. – Gra­nia stłu­mi­ła uśmiech. – Na ra­zie.

– Tyl­ko się nie prze­zięb, do­brze?! – za­wo­ła­ła Ka­th­le­en w stro­nę zni­ka­ją­cych ple­ców cór­ki. Wy­glą­da­ła przez ku­chen­ne okno, żeby po­pa­trzeć, jak Gra­nia bie­gnie wą­ską alej­ką przez pola koło sta­re­go muru, uło­żo­ne­go z ka­mie­ni bez za­pra­wy, któ­ry pro­wa­dził do dro­gi, a po­tem do ścież­ki nad kli­fem.

Kie­dy Gra­nia przy­je­cha­ła do domu, Ka­th­le­en na jej wi­dok do­zna­ła szo­ku. Jej pięk­na, do­rod­na cór­ka, któ­ra przy­pra­wia­ła męż­czyzn o za­wrót gło­wy, ob­da­rzo­na po­licz­ka­mi jak brzo­skwi­nie, kre­mo­wą cerą, krę­co­ny­mi blond wło­sa­mi i peł­ny­mi bla­sku tur­ku­so­wy­mi ocza­mi, wy­glą­da­ła, jak­by ktoś uszczk­nął jej ży­cia. Do męża Joh­na po­wie­dzia­ła, że Gra­nia jest jak ja­skra­wo­ró­żo­wa spód­ni­ca, któ­rą ktoś przez po­mył­kę wło­żył do pra­nia z ciem­ny­mi rze­cza­mi. I wy­cią­gnął po­sza­rza­łą szmat­kę bez ko­lo­ru.

Ka­th­le­en wie­dzia­ła, dla­cze­go tak się sta­ło. Gra­nia po­wie­dzia­ła jej, kie­dy za­dzwo­ni­ła z No­we­go Jor­ku, żeby spy­tać, czy może na tro­chę przy­je­chać do domu. Oczy­wi­ście Ka­th­le­en zgo­dzi­ła się, za­chwy­co­na nie­spo­dzie­wa­ną oka­zją by­cia z cór­ką. Ale nie po­tra­fi­ła zro­zu­mieć, dla­cze­go Gra­nia po­stą­pi­ła w ten spo­sób. Prze­cież był to czas, gdy ona i jej męż­czy­zna na­wza­jem się po­trze­bo­wa­li i po­win­ni wspie­rać się w ża­ło­bie, a nie od­da­lać na tak dużą od­le­głość.

Jej ulu­bie­niec, Matt, dzwo­nił co wie­czór, żeby roz­ma­wiać z Gra­nią, ale ona upar­cie od­ma­wia­ła po­dej­ścia do te­le­fo­nu. Ka­th­le­en za­wsze mia­ła do Mat­ta sła­bość. Był taki schlud­ny, przy­stoj­ny, miał mięk­ki ak­cent z Con­nec­ti­cut i nie­na­gan­ne ma­nie­ry. Przy­po­mi­nał Ka­th­le­en gwiaz­do­rów fil­mo­wych, któ­ry­mi za­chwy­ca­ła się jako mło­da dziew­czy­na. Mło­dy Ro­bert Red­ford – tak we­dług niej wy­glą­dał Matt. Nie ro­zu­mia­ła, dla­cze­go Gra­nia nie wy­szła za nie­go już parę lat temu. A te­raz cór­ka, jak za­wsze upar­ta, kie­dy się na ko­goś za­weź­mie, na do­bre go stra­ci.

Ka­th­le­en nie­wie­le wie­dzia­ła o zwy­cza­jach pa­nu­ją­cych w wiel­kim świe­cie, ale ro­zu­mia­ła męż­czyzn i ich ego. Nie byli stwo­rze­ni jak ko­bie­ty – bra­ko­wa­ło im od­por­no­ści na od­rzu­ce­nie – więc jed­ne­go była ab­so­lut­nie pew­na: wkrót­ce Matt prze­sta­nie co wie­czór dzwo­nić i się pod­da.

Chy­ba że jest coś, o czym Ka­th­le­en nie wie…

Wes­tchnę­ła, sprząt­nę­ła na­czy­nia po śnia­da­niu i wło­ży­ła je do zle­wu. Gra­nia była jej zło­tą dziew­czy­ną – je­dy­ną z kla­nu Ry­anów, któ­ra opu­ści­ła gniaz­do i zro­bi­ła wszyst­ko, by ro­dzi­na, a zwłasz­cza mat­ka, mo­gła być z niej dum­na. Była dziec­kiem, o któ­re py­ta­li krew­ni. Z za­chwy­tem oglą­da­li wy­cin­ki z naj­róż­niej­szych ga­zet przed­sta­wia­ją­ce szcze­gó­ły jej ostat­niej wy­sta­wy w No­wym Jor­ku. Fa­scy­no­wa­li ich bo­ga­ci klien­ci, któ­rzy za­ma­wia­li u Gra­ni rzeź­by, aby uwiecz­nić w brą­zie twa­rze swo­ich dzie­ci lub zwie­rzę­ta.

Suk­ces w Ame­ry­ce nadal był dla Ir­land­czy­ków szczy­tem ma­rzeń. Ka­th­le­en wy­tar­ła mi­secz­ki i sztuć­ce, a po­tem wsta­wi­ła je do ku­chen­ne­go kre­den­su. Oczy­wi­ście ni­czy­je ży­cie nie jest ide­al­ne, Ka­th­le­en o tym wie­dzia­ła. Za­wsze wy­da­wa­ło jej się, że tu­pot ma­łych nó­żek nie jest czymś, za czym Gra­nia spe­cjal­nie tę­sk­ni. Za­ak­cep­to­wa­ła to. Prze­cież ma jesz­cze wspa­nia­łe­go, sil­ne­go syna, któ­ry kie­dyś da jej wnu­ki. A jed­nak chy­ba się my­li­ła. Cho­ciaż Gra­nia pro­wa­dzi­ła ele­ganc­kie ży­cie i miesz­ka­ła w No­wym Jor­ku, któ­ry dla Ka­th­le­en był pęp­kiem świa­ta, bra­ko­wa­ło jej dzie­ci. I do­pó­ki cór­ka nie bę­dzie ich mia­ła, nie za­zna szczę­ścia.

Ka­th­le­en nie mo­gła po­zbyć się my­śli, że Gra­nia sama na­py­ta­ła so­bie bie­dy. Mimo wszyst­kich no­wo­mod­nych le­ków na to, aby wes­przeć lub roz­bu­dzić cud na­tu­ry, nic nie za­stą­pi mło­do­ści. Ona mia­ła za­le­d­wie dzie­więt­na­ście lat, kie­dy uro­dzi­ła Gra­nię.

I tak bu­zo­wa­ła ener­gią, że za dwa lata zna­la­zła siłę na dru­gie dziec­ko. Gra­nia ma lat trzy­dzie­ści je­den. Wbrew temu, co są­dzą współ­cze­sne pra­cu­ją­ce ko­bie­ty – wszyst­kie­go mieć się nie da.

Więc choć współ­czu­ła cór­ce z po­wo­du jej stra­ty, umia­ła go­dzić się na to, co ma, i nie roz­pa­czać nad tym wszyst­kim, cze­go mieć nie może. Z taką my­ślą we­szła na górę, żeby po­ście­lić łóż­ka.

• • •

Gra­nia opa­dła na wil­got­ną, omsza­łą ska­łę, by ode­tchnąć. Za­sa­pa­ła się jak sta­rusz­ka. Po­ro­nie­nie i brak ru­chu naj­wy­raź­niej da­wa­ły znać o so­bie. Wło­ży­ła gło­wę mię­dzy nogi i z ca­łej siły za­czę­ła ko­pać moc­ne kępy ostrej tra­wy pod bu­ta­mi. Z upo­rem trzy­ma­ły się ko­rze­ni, któ­ry­mi za­ko­twi­czy­ły się pod zie­mią. Nie da­wa­ły się wy­rwać. Gdy­by tyl­ko ma­leń­stwo, któ­re w niej było, rów­nie moc­no trzy­ma­ło się ży­cia…

Mi­nę­ły czte­ry mie­sią­ce… obo­je z Mat­tem w koń­cu uzna­li, że cią­ża jest nie­za­gro­żo­na – wszy­scy mó­wią, że po tym okre­sie zwy­kle jest bez­piecz­nie. Gra­nia, któ­ra do tego cza­su umie­ra­ła ze stra­chu, po­wo­li się uspo­ka­ja­ła i za­czę­ła się od­da­wać ma­rze­niom o tak bar­dzo wy­tę­sk­nio­nym, bli­skim ma­cie­rzyń­stwie. Ra­zem z Mat­tem prze­ka­za­li wia­do­mość obu pa­rom dziad­ków. Ro­dzi­ce Mat­ta, Ela­ine i Bob, za­bra­li ich do L’Esca­le, w po­bli­żu ich ogrom­ne­go domu na ogro­dzo­nym osie­dlu Bel­le Ha­ven w Gre­en­wich. Bob pro­sto z mo­stu spy­tał, kie­dy we­zmą dłu­go wy­cze­ki­wa­ny ślub, sko­ro Gra­nia spo­dzie­wa się dziec­ka. W koń­cu to ich pierw­sze wnu­czę i Bob nie krył, że dziec­ko musi otrzy­mać ro­do­we na­zwi­sko. Gra­nia po­szła w za­par­te – nie zno­si­ła, gdy ktoś, a zwłasz­cza oj­ciec Mat­ta, przy­pie­rał ją do ścia­ny, i od­par­ła, że mu­szą to jesz­cze z Mat­tem prze­dys­ku­to­wać.

Ty­dzień póź­niej, kie­dy byli u sie­bie w Tri­Be­Ca, przez do­mo­fon oznaj­mio­no, że przy­je­chał sa­mo­chód do­staw­czy z Blo­oming­da­le’s i przy­wiózł peł­ne wy­po­sa­że­nie po­ko­ju dla dziec­ka. Gra­nia była zbyt za­bo­bon­na, aby umie­ścić rze­czy w lof­cie, więc ka­za­ła za­nieść je do piw­ni­cy, gdzie mia­ły cze­kać, aż zbli­ży się roz­wią­za­nie. Przy­glą­da­jąc się usta­wia­nym w ką­cie pacz­kom i pa­czusz­kom, wie­dzia­ła, że Ela­ine po­my­śla­ła o wszyst­kim.

– Już po na­szych pla­nach wy­ciecz­ki do Blo­oming­da­le’s, żeby wy­brać łó­żecz­ko albo za­sta­no­wić się, ja­kie mi od­po­wia­da­ją pie­lusz­ki – nie­wdzięcz­nie bur­cza­ła wie­czo­rem do ucha Mat­to­wi.

– Mama chce nam tyl­ko po­móc, Gra­niu – bro­nił mat­ki Matt. – Wie, że mało za­ra­biam, a two­je za­rob­ki są co praw­da do­bre, ale spo­ra­dycz­ne. Może jed­nak po­wi­nie­nem za­cząć pra­co­wać u ojca, sko­ro w dro­dze jest ma­leń­stwo? – Matt wska­zał nie­du­żą, ale już wi­docz­ną wy­pu­kłość brzu­cha Gra­ni.

– Nie, Matt – za­pro­te­sto­wa­ła. – Usta­li­li­śmy, że tego nie zro­bisz. Nie miał­byś wła­sne­go ży­cia i ani tro­chę wol­no­ści, gdy­byś pra­co­wał u ojca. Wiesz, jaki bywa apo­dyk­tycz­ny.

Gra­nia zre­zy­gno­wa­ła z ode­rwa­nia tra­wy od ko­rze­ni i za­pa­trzy­ła się w mo­rze. Uśmiech­nę­ła się na myśl o tym, jak de­li­kat­nie opi­sa­ła Mat­to­wi ojca. Bob miał ma­nię kon­tro­lo­wa­nia swe­go syna. Ro­zu­mia­ła, jak bar­dzo roz­cza­ro­wa­ło go to, że Matt nie chce prze­jąć fir­my in­we­sty­cyj­nej ojca, nie po­tra­fi­ła jed­nak zro­zu­mieć bra­ku za­in­te­re­so­wa­nia i dumy z za­wo­du, któ­ry wy­brał. Mat­to­wi szło wspa­nia­le i zy­ski­wał na­zwi­sko i re­no­mę jako au­to­ry­tet w dzie­dzi­nie psy­cho­lo­gii dzie­cię­cej. Był wy­kła­dow­cą na Uni­wer­sy­te­cie Co­lum­bia i bar­dzo czę­sto za­pra­sza­no go z wy­kła­da­mi na uni­wer­sy­te­ty w ca­łych Sta­nach. Co wię­cej, Bob cały czas trak­to­wał Gra­nię pro­tek­cjo­nal­nie i rzu­cał drob­ne, ale uszczy­pli­we uwa­gi na te­mat jej wy­cho­wa­nia i wy­kształ­ce­nia.

Wspo­mi­na­jąc prze­szłość, Gra­nia z ulgą my­śla­ła o tym, że zre­zy­gno­wa­li z przy­ję­cia po­mo­cy fi­nan­so­wej ze stro­ny ro­dzi­ców Mat­ta. Na­wet na po­cząt­ku ich związ­ku, kie­dy do­pie­ro wy­ra­bia­ła so­bie na­zwi­sko jako rzeź­biar­ka, a Matt koń­czył dok­to­rat i z tru­dem opła­ca­li czynsz za dwu­po­ko­jo­we miesz­kan­ko, z ca­łej siły wal­czy­ła o nie­za­leż­ność. Mia­ła po temu po­wo­dy, po­my­śla­ła te­raz. Bły­sko­tli­we, nie­na­gan­nie ubra­ne dziew­czę­ta z Con­nec­ti­cut, któ­re po­zna­ła przez Mat­ta i jego ro­dzi­nę, dia­me­tral­nie róż­ni­ły się od pro­stej, wy­cho­wa­nej w klasz­tor­nej szko­le dziew­czy­ny z za­pa­dłej pro­win­cji w Ir­lan­dii. Roz­pad związ­ku był im chy­ba pi­sa­ny…

 

– Dzień do­bry…

Gra­nia pod­sko­czy­ła, sły­sząc głos. Ro­zej­rza­ła się do­oko­ła, ale ni­ko­go nie zo­ba­czy­ła.

– Po­wie­dzia­łam: dzień do­bry.

Głos do­cho­dził zza jej ple­ców. Od­wró­ci­ła się, aby zo­ba­czyć, kto do niej mówi.

I oto za jej ple­ca­mi sta­ła Au­ro­ra. Na szczę­ście dzi­siaj ubra­na była w dżin­sy, na szczu­płym cie­le mia­ła luź­ną kurt­kę, a na gło­wie weł­nia­ną czap­kę, któ­ra przy­kry­ła jej wspa­nia­łe rude wło­sy, uka­zu­jąc tyl­ko parę ko­smy­ków. Mia­ła drob­ną twarz w ślicz­nym, re­gu­lar­nym kształ­cie ser­ca, a ogrom­ne oczy i peł­ne usta nie trzy­ma­ły pro­por­cji w sto­sun­ku do resz­ty buzi.

– Dzień do­bry, Au­ro­ro.

Po­wi­ta­nie Gra­ni wy­wo­ła­ło zdzi­wie­nie w oczach dziew­czyn­ki.

– Skąd pani wie, jak się na­zy­wam?

– Wczo­raj cię wi­dzia­łam.

– Na­praw­dę? Gdzie?

– Tu­taj. Na kli­fie.

– Na­praw­dę? – Au­ro­ra za­chmu­rzy­ła się. – Nie pa­mię­tam, że­bym wczo­raj tu była. I na pew­no z pa­nią nie roz­ma­wia­łam.

– Nie roz­ma­wia­łaś, Au­ro­ro. Po pro­stu cię wi­dzia­łam. To wszyst­ko – wy­ja­śni­ła Gra­nia.

– Więc skąd pani wie, jak się na­zy­wam? – mó­wi­ła z ary­sto­kra­tycz­nym an­giel­skim ak­cen­tem.

– Za­py­ta­łam mamę, kim może być dziew­czyn­ka o pięk­nych ru­dych wło­sach. I mi po­wie­dzia­ła.

– A skąd ona może wie­dzieć? – spy­ta­ła wład­czym to­nem.

– Całe ży­cie miesz­ka w tej wio­sce. Po­wie­dzia­ła, że kil­ka lat temu wy­je­cha­li­ście.

– Tak, to praw­da. Ale wró­ci­li­śmy. – Au­ro­ra po­pa­trzy­ła na mo­rze i roz­po­star­ła ra­mio­na, jak­by je chcia­ła ob­jąć. – Uwiel­biam to miej­sce. A pani?

Gra­nia od­nio­sła wra­że­nie, że py­ta­nie dziew­czyn­ki jest wła­ści­wie stwier­dze­niem, z któ­rym nie wol­no się nie zgo­dzić.

– Oczy­wi­ście. Tu­taj się uro­dzi­łam i tu do­ra­sta­łam.

– Więc… – Au­ro­ra z gra­cją usia­dła na tra­wie obok Gra­ni, a jej błę­kit­ne oczy prze­szy­ły ją na wy­lot. – Jak pani się na­zy­wa?

– Gra­nia. Gra­nia Ryan.

– Nie mogę po­wie­dzieć, że­bym kie­dyś o pani sły­sza­ła.

Gra­nia stłu­mi­ła uśmiech, bo Au­ro­ra wy­ra­ża­ła się jak oso­ba do­ro­sła.

– Pew­nie nie ma po­wo­du, dla któ­re­go mia­ła­byś o mnie sły­szeć. Pra­wie dzie­sięć lat tu nie miesz­ka­łam.

Twarz Au­ro­ry roz­świe­tli­ła się z ra­do­ści i dziew­czyn­ka aż kla­snę­ła w małe dło­nie.

– A więc obie w tym sa­mym cza­sie przy­je­cha­ły­śmy w na­sze uko­cha­ne miej­sce.

– Chy­ba masz ra­cję.

– Więc mamy to­wa­rzy­stwo! Może pani być moją nową przy­ja­ciół­ką.

– Bę­dzie mi bar­dzo miło, Au­ro­ro.

– Pew­nie jest pani sa­mot­na.

– Może i masz ra­cję… – Gra­nia uśmiech­nę­ła się. – A ty? Też je­steś tu sa­mot­na?

– Tak. Cza­sa­mi. – Au­ro­ra wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Tata za­wsze ma dużo pra­cy i czę­sto wy­jeż­dża, więc zo­sta­je mi to­wa­rzy­stwo go­spo­dy­ni. A ona nie umie się do­brze ze mną ba­wić. – Dziew­czyn­ka z nie­sma­kiem zmarsz­czy­ła zgrab­ny, za­dar­ty i lek­ko pie­go­wa­ty no­sek.

– Ojej – po­wie­dzia­ła Gra­nia z bra­ku lep­szych po­my­słów na ko­men­tarz. Nie­zwy­kłe za­cho­wa­nie dziec­ka jed­no­cze­śnie roz­bro­iło ją i wpra­wi­ło w za­kło­po­ta­nie. – Masz chy­ba ko­le­żan­ki w szko­le?

– Nie cho­dzę do szko­ły. Oj­ciec chce, że­bym była z nim w domu. Mam gu­wer­nant­kę.

– Więc gdzie się dziś po­dzia­ła?

– Stwier­dzi­li­śmy z tatą, że jej nie lu­bi­my, i zo­sta­wi­li­śmy ją w Lon­dy­nie. – Na­gle się roz­chi­cho­ta­ła. – Spa­ko­wa­li­śmy rze­czy i po pro­stu wy­je­cha­li­śmy.

– Ro­zu­miem – po­wie­dzia­ła Gra­nia, choć ab­so­lut­nie nic nie ro­zu­mia­ła.

– Pra­cu­je pani? – za­py­ta­ła Au­ro­ra.

– Tak, je­stem rzeź­biar­ką.

– To ktoś, kto robi po­mni­ki z gli­ny?

– Coś w tym sty­lu – od­po­wie­dzia­ła Gra­nia.

– A wie pani, co to jest pa­pier ma­che? – Twarz Au­ro­ry cała się roz­świe­tli­ła. – Uwiel­biam pa­pier ma­che. Kie­dyś mia­łam nia­nię, któ­ra na­uczy­ła mnie ro­bić mi­secz­ki, a po­tem ma­lo­wa­ły­śmy je i da­wa­łam je ta­tu­sio­wi w pre­zen­cie. Mo­gła­by pani przyjść i zro­bić ze mną coś z pa­pier ma­che? Pro­szę.

Gra­nię ocza­ro­wał szcze­ry en­tu­zjazm ma­łej.

– Do­brze. – Ze zdzi­wie­niem stwier­dzi­ła, że kiwa gło­wą. – Cze­mu nie?

– Może pani przyjść te­raz? – Au­ro­ra chwy­ci­ła ją za rękę. – Chodź­my na górę, do domu, i zrób­my coś dla taty, za­nim wy­je­dzie. – Wy­cią­gnę­ła rącz­kę i po­cią­gnę­ła Gra­nię za kap­tur. – Pro­szę, niech pani po­wie, że tak.

– Nie, Au­ro­ro, te­raz nie mogę. Mu­szę pójść po rze­czy, któ­re będą nam po­trzeb­ne. A poza tym mama po­my­śla­ła­by, że gdzieś zgi­nę­łam – do­da­ła Gra­nia.

Zo­ba­czy­ła, jak na twa­rzy Au­ro­ry po­ja­wia się smu­tek, z oczu zni­ka­ją iskier­ki, a cia­ło tra­ci ener­gię.

– Ja nie mam mamy. Kie­dyś mia­łam, ale umar­ła.

– Tak mi przy­kro, Au­ro­ro. – Gra­nia in­stynk­tow­nie wy­cią­gnę­ła dłoń i po­kle­pa­ła małą po ra­mie­niu. – Na pew­no bar­dzo do niej tę­sk­nisz.

– Tak. Była naj­pięk­niej­szą, naj­cu­dow­niej­szą oso­bą na świe­cie. Tata za­wsze mówi, że była anio­łem i dla­te­go inne anio­ły po nią przy­szły, żeby mo­gła le­cieć do nie­ba, gdzie jest jej dom.

Gra­nia za­drża­ła na myśl o smut­ku, jaki wy­czu­ła u dziew­czyn­ki.

– Je­stem pew­na, że tata ma ra­cję – zgo­dzi­ła się. – Ale masz cho­ciaż jego.

– Tak – po­twier­dzi­ła Au­ro­ra. – Jest naj­lep­szym tatą na świe­cie, do tego naj­przy­stoj­niej­szym. Wiem, że gdy­by go pani zo­ba­czy­ła, od razu by się za­ko­cha­ła. Wszyst­kie pa­nie tak ro­bią.

– Więc mu­szę go po­znać, praw­da? – Gra­nia uśmiech­nę­ła się.

– Tak. – Au­ro­ra na­gle z pod­sko­kiem ze­rwa­ła się z tra­wy. – Bę­dzie pani tu­taj ju­tro o tej sa­mej po­rze.

Nie była to proś­ba, tyl­ko roz­kaz.

– Ja…

– Do­brze. – Au­ro­ra spon­ta­nicz­nie rzu­ci­ła się Gra­ni w ra­mio­na i uści­ska­ła ją. – Pro­szę przy­nieść rze­czy na pa­pier ma­che i pój­dzie­my do mnie, żeby ro­bić mi­secz­ki dla taty. Cześć, Gra­niu, do ju­tra.

– Do wi­dze­nia. – Gra­nia po­ma­cha­ła jej i przy­glą­da­ła się, jak Au­ro­ra ska­cze i plą­sa wzdłuż kli­fu niby mło­da ga­ze­la. Na­wet w kurt­ce i te­ni­sów­kach po­ru­sza­ła się z gra­cją.

Kie­dy znik­nę­ła z pola wi­dze­nia, Gra­nia głę­bo­ko ode­tchnę­ła.

Czu­ła się pra­wie tak, jak­by ktoś rzu­cił na nią czar. Drob­na ete­rycz­na isto­ta nie­mal ją znie­wo­li­ła. Wsta­ła, dla roz­ja­śnie­nia my­śli po­trzą­snę­ła gło­wą i za­czę­ła się za­sta­na­wiać, co po­wie mat­ka, gdy jej oznaj­mi, że na­stęp­ne­go dnia rano idzie do dwo­ru Dun­wor­ley ba­wić się z Au­ro­rą Li­sle.

3

Wie­czo­rem, kie­dy oj­ciec i brat ode­szli od sto­łu, zo­sta­wia­jąc mat­ce ta­le­rze i sztuć­ce do sprząt­nię­cia, Gra­nia po­sta­no­wi­ła po­móc w zmy­wa­niu.

– Dzi­siaj zno­wu spo­tka­łam Au­ro­rę Li­sle – rzu­ci­ła od nie­chce­nia przy wy­cie­ra­niu ta­le­rzy.

Ka­th­le­en ze zdzi­wie­nia unio­sła brwi.

– Czy i tym ra­zem była w ko­szu­li noc­nej, prze­bra­na za du­cha?

– Nie, była po­rząd­nie ubra­na. Dziw­na z niej dziew­czyn­ka, praw­da?

– Aja skąd mia­ła­bym to wie­dzieć? – Ka­th­le­en tak moc­no za­ci­snę­ła usta, że uło­ży­ły się w pro­stą, wą­ską kre­skę.

– Po­wie­dzia­łam, że mogę do niej przyjść i zro­bić z nią coś z pa­pier ma­che. Chy­ba jest sa­mot­na – cią­gnę­ła Gra­nia.

Na­stą­pi­ła chwi­la mil­cze­nia, po czym Ka­th­le­en po­wie­dzia­ła:

– Mó­wi­łam ci, Gra­niu, ostrze­ga­łam, że­byś się z ich­nią ro­dzi­ną nie za­da­wa­ła. Ale je­steś już do­ro­sła i nie mogę ci nic ka­zać.

– Ależ, mamo, to tyl­ko sa­mot­na, miła dziew­czyn­ka. Spra­wia wra­że­nie za­gu­bio­nej… nie ma mat­ki. Prze­cież ni­ko­mu nie za­szko­dzi, je­śli spę­dzę z nią kil­ka go­dzin?

– Nie będę już z tobą o tym ga­dać, Gra­niu. Usły­sza­łaś, co o tym my­ślę, i sama mu­sisz pod­jąć de­cy­zję. Na tym ko­niec. Ci­szę, któ­ra po tym na­stą­pi­ła, prze­rwał dzwo­nek te­le­fo­nu.

Gra­nia na­wet nie drgnę­ła, żeby pod­nieść słu­chaw­kę. Mat­ka też nie. Przy siód­mym dzwon­ku Ka­th­le­en po­ło­ży­ła dło­nie na bio­drach.

– Pew­nie, że wiesz, kto dzwo­ni.

– Nie – bez po­lo­tu od­po­wie­dzia­ła Gra­nia. – Skąd mam wie­dzieć, mamo? To może być kto­kol­wiek.

– Obie wie­my, kto dzwo­ni o tej po­rze wie­czo­rem, a ja już wsty­dzę się z nim ga­dać.

Te­le­fon da­lej dzwo­nił, w jego dźwię­ku dało się wy­czuć na­glą­cą po­trze­bę, coś cał­kiem od­mien­ne­go od bez­ru­chu mat­ki i cór­ki. Na­resz­cie za­milkł, a ko­bie­ty po­pa­trzy­ły na sie­bie nie­wi­dzą­cym wzro­kiem.

– Nie zga­dzam się na taki brak kul­tu­ry pod moim da­chem, Gra­niu. Za­bra­kło mi te­ma­tów, na któ­re mo­gła­bym z nim ga­dać. Co ci ten bie­da­czy­na zro­bił, żeby za­słu­żyć na ta­kie po­mia­ta­nie? Prze­ży­łaś strasz­ną stra­tę, ale to nie jego wina.

– Przy­kro mi, mamo. – Gra­nia po­krę­ci­ła gło­wą. – Ale nic nie ro­zu­miesz.

– Po raz pierw­szy po­wie­dzia­łaś coś, z czym się zga­dzam. Więc może mi wy­ja­śnisz, o co cho­dzi?

– Mamo! Pro­szę cię! Nie je­stem w sta­nie. – Gra­nia z roz­pa­czy za­ła­ma­ła ręce. – Po pro­stu nie mogę o tym mó­wić.

– Mnie się zda­je, że ta­kie tłu­ma­cze­nie nie wy­star­czy. Two­je prze­ży­cia mają wpływ na nas wszyst­kich i mu­si­my wie­dzieć, o co ci cho­dzi. Ja…

– Dzwo­ni Matt, ko­cha­nie – po­wie­dział oj­ciec, któ­ry wszedł do kuch­ni ze słu­chaw­ką w dło­ni. – Po­ga­da­li­śmy so­bie, ale on chce roz­ma­wiać z tobą. – John uśmiech­nął się prze­pra­sza­ją­co i po­dał cór­ce te­le­fon.

Zgro­mi­ła ojca wzro­kiem i wy­rwa­ła mu słu­chaw­kę. Wy­szła z kuch­ni i po­szła na górę do swo­je­go po­ko­ju.

– Gra­niu? Czy to ty? – Mięk­ki, zna­jo­my ton gło­su Mat­ta na­tych­miast spo­wo­do­wał, że po­czu­ła gulę w gar­dle. Za­mknę­ła za sobą drzwi i przy­cup­nę­ła na łóż­ku.

– Matt, pro­si­łam cię, że­byś do mnie nie dzwo­nił.

– Wiem, ko­cha­nie, ale… Jezu! Nie wiem, o co cho­dzi. Co ta­kie­go zro­bi­łem? Dla­cze­go ode mnie ode­szłaś?

Wol­ną ręką ści­snę­ła udo, żeby się uspo­ko­ić.

– Gra­niu? Je­steś tam jesz­cze, słon­ko? Pro­szę, wy­tłu­macz mi, co ta­kie­go zro­bi­łem. Może po­tra­fię się obro­nić.

Nadal mil­cza­ła.

– Gra­niu, pro­szę cię, po­roz­ma­wiaj ze mną. To Matt, fa­cet, któ­ry cię ko­cha. Z któ­rym spę­dzi­łaś osiem lat. Od­cho­dzę od zmy­słów, bo nie wiem, dla­cze­go wy­je­cha­łaś.

Zro­bi­ła głę­bo­ki wdech.

– Pro­szę, nie dzwoń do mnie. Nie chcę z tobą roz­ma­wiać. A ro­dzi­ce się de­ner­wu­ją, bo co wie­czór za­kłó­casz im spo­kój.

– Gra­niu, pro­szę cię. Ro­zu­miem, jaka cięż­ka była dla cie­bie utra­ta dziec­ka, ale mo­że­my prze­cież jesz­cze raz spró­bo­wać, praw­da? Ko­cham cię, słon­ko, i zro­bię wszyst­ko, żeby po­sta­rać się…

– Do wi­dze­nia, Matt. – Gra­nia na­ci­snę­ła gu­zik wy­łą­cza­ją­cy roz­mo­wę. Nie była w sta­nie da­lej tego słu­chać. Sie­dzia­ła nie­ru­cho­mo i ga­pi­ła się na wy­bla­kłe kwia­ty na ta­pe­cie w swo­im dzie­cię­cym po­ko­ju. Kie­dyś noc w noc pa­trzy­ła na ten wzo­rek i snu­ła dziew­czę­ce ma­rze­nia o przy­szło­ści, w któ­rych wy­stę­po­wał jej wła­sny ksią­żę z baj­ki i po­ry­wał ją w kra­inę ide­al­nej mi­ło­ści. Matt był dla niej księ­ciem… I nie tyl­ko. Uwiel­bia­ła go od pierw­sze­go wej­rze­nia. Lecz to wszyst­ko oka­za­ło się ułu­dą.

Po­ło­ży­ła się na łóż­ku i wtu­li­ła w po­dusz­kę. Te­raz na do­bre roz­wia­ło się jej prze­ko­na­nie, że mi­łość za­wsze zwy­cię­ża, po­ko­nu­je wszel­kie ba­rie­ry i ży­cio­we pro­ble­my, a na koń­cu od­no­si triumf.

• • •

Matt Con­nel­ly cięż­ko opadł na sofę. W dło­ni nadal trzy­mał te­le­fon ko­mór­ko­wy.

Przez dwa ty­go­dnie, od kie­dy Gra­nia tak na­gle wy­je­cha­ła, cały czas sta­rał się zna­leźć po­wód jej wy­jaz­du. Nic nie przy­cho­dzi­ło mu do gło­wy. Jak roz­wią­zać tę za­gad­kę? Gra­nia do­sta­tecz­nie ja­sno po­wie­dzia­ła mu, że nie chce z nim mieć nic wspól­ne­go… czyż­by ich zwią­zek na­praw­dę się za­koń­czył?

 

– Do dia­bła! – Ci­snął te­le­fon na dru­gą stro­nę po­ko­ju i przy­glą­dał się, jak wy­pa­da z nie­go ba­te­ria. Tak, ro­zu­miał, jak bar­dzo wstrzą­snę­ło nią po­ro­nie­nie, ale czy był to po­wód, dla któ­re­go i on miał­by znik­nąć z jej ży­cia? Może po­wi­nien wsiąść do sa­mo­lo­tu i po­le­cieć do niej, do Ir­lan­dii? A je­śli nie bę­dzie chcia­ła się z nim wi­dzieć? Lub jesz­cze bar­dziej się po­grą­ży w jej oczach?

Wstał i pod­jął szyb­ką de­cy­zję. Już w dro­dze do lap­to­pa wie­dział, że wszyst­ko jest lep­sze niż nie­pew­ność, któ­ra te­raz go drę­czy. Na­wet je­śli Gra­nia wy­raź­nie mu po­wie, że mię­dzy nimi ko­niec, woli to, niż to­nąć w do­my­słach.

Za­lo­go­wał się i za­czął się przy­glą­dać roz­kła­dom lo­tów mię­dzy No­wym Jor­kiem a Du­bli­nem. Tym­cza­sem za­dzwo­nił do­mo­fon. Zi­gno­ro­wał go. Ni­ko­go się nie spo­dzie­wał, zresz­tą nie miał naj­mniej­szej ocho­ty na go­ści. Do­mo­fon nadal upo­rczy­wie dzwo­nił, aż Matt tak się zi­ry­to­wał, że prze­szedł przez sa­lon i na­ci­snął przy­cisk słu­chaw­ki.

– Kto to?

– Cześć, słon­ko, wła­śnie by­łam w po­bli­żu, więc po­my­śla­łam, że spraw­dzę, jak się mie­wasz.

Matt na­tych­miast przy­ci­snął gu­zik wej­ścio­wy.

– Prze­pra­szam cię, Char­ley, wchodź.

Otwo­rzył drzwi na oścież i wró­cił do szu­ka­nia lotu. Char­ley była jed­ną z kil­ku osób, z któ­ry­mi był w sta­nie się spo­tkać. Znał ją od dzie­ciń­stwa, ale po­dob­nie jak wie­lu in­nych zna­jo­mych, znik­nę­ła z jego ży­cia, kie­dy zwią­zał się z Gra­nią. Gra­nia czu­ła się nie­swo­jo wśród jego sta­rej pacz­ki z Con­nec­ti­cut, więc uni­kał ich ze wzglę­du na nią. Kil­ka dni temu Char­ley za­dzwo­ni­ła do nie­go ni z grusz­ki, ni z pie­trusz­ki i oznaj­mi­ła, że sły­sza­ła od ro­dzi­ców, że Gra­nia wró­ci­ła do Ir­lan­dii. Prze­je­cha­ła przez całe mia­sto, żeby go za­brać na piz­zę. Faj­nie było znów się z nią spo­tkać.

Kil­ka mi­nut póź­niej oplo­tły go dłu­gie ra­mio­na i Char­ley zło­ży­ła mu na po­licz­ku mięk­ki po­ca­łu­nek. Na biur­ku obok lap­to­pa po­ja­wi­ła się bu­tel­ka czer­wo­ne­go wina.

– Po­my­śla­łam, że może ci się przy­dać. Przy­nieść kie­lisz­ki?

– Su­per. Dzię­ku­ję, Char­ley. – Matt nie prze­ry­wał po­rów­ny­wa­nia cza­su od­lo­tów i cen, a Char­ley od­kor­ko­wa­ła wino i na­la­ła je do dwóch kie­lisz­ków.

– Co prze­glą­dasz? – za­py­ta­ła, zrzu­ca­jąc bot­ki. Dłu­gie nogi pod­kur­czy­ła pod sie­bie i usia­dła na so­fie.

– Loty do Ir­lan­dii. Je­śli Gra­nia nie chce przy­le­cieć tu­taj, ja mu­szę le­cieć do niej.

Char­ley ze zdzi­wie­nia unio­sła ide­al­nie wy­re­gu­lo­wa­ne brwi.

– My­ślisz, że to ma sens?

– Więc co mam, do dia­bła, ro­bić? Cze­kać tu­taj bez­czyn­nie i od­cho­dzić od zmy­słów, za­sta­na­wiać się, jak roz­wią­zać pro­blem, ale wciąż lą­do­wać z ni­czym?

Char­ley od­rzu­ci­ła do tyłu grzy­wę po­ły­skli­wych czar­nych wło­sów i łyk­nę­ła wina.

– A je­śli ona po pro­stu po­trze­bu­je tro­chę prze­strze­ni? Żeby ochło­nąć… no wiesz, po czym. Mo­żesz wszyst­ko jesz­cze po­gor­szyć, Mat­ty. Czy Gra­nia po­wie­dzia­ła, że chce się z tobą zo­ba­czyć?

– Nie, do dia­bła! Przed chwi­lą do niej dzwo­ni­łem i po­wie­dzia­ła, że mam prze­stać się z nią kon­tak­to­wać. – Matt wstał od lap­to­pa, wziął duży łyk wina i usiadł koło Char­ley na so­fie. – Może masz ra­cję. – Wes­tchnął. – Może po­wi­nie­nem dać jej jesz­cze czas i w koń­cu doj­dzie do sie­bie. Utra­ta dziec­ka była dla niej strasz­nym cio­sem. Wiesz, jak bar­dzo mama i tata za­pa­li­li się do przy­wi­ta­nia no­we­go po­ko­le­nia. Tata nie­zbyt sta­rał się ukryć za­wód, kie­dy od­wie­dził ją w szpi­ta­lu po po­ro­nie­niu.

– Wy­obra­żam so­bie. – Char­ley prze­wró­ci­ła ocza­mi. – Sub­tel­ność nig­dy nie le­ża­ła w cha­rak­te­rze twe­go ojca, praw­da? Mnie nig­dy nie ob­ra­ził, ale by­li­śmy za­wsze jak ro­dzi­na, więc się do nie­go przy­zwy­cza­iłam. Ale ko­muś z ze­wnątrz, jak Gra­nia, może być z nim trud­no.

– Tak. – Matt oparł łok­cie na ko­la­nach i po­ło­żył gło­wę na dło­niach. – Może za sła­bo ją chro­ni­łem. Wiem, że źle się czu­ła z po­wo­du tego, że po­cho­dzi­my z in­nych śro­do­wisk.

– Mat­ty, słon­ko, na­praw­dę nic wię­cej nie mo­głeś zro­bić. Na­wet ja po­szłam w od­staw­kę, kie­dy po­ja­wi­ła się Gra­nia.

Spoj­rzał na nią i na­chmu­rzył się.

– No wiesz… Nie mó­wisz chy­ba po­waż­nie? Na­sze rand­ki nie pro­wa­dzi­ły prze­cież do ni­cze­go trwa­łe­go? Co do tego by­li­śmy zgod­ni, pa­mię­tasz?

– Ja­sne, Mat­ty. – Char­ley uśmiech­nę­ła się do nie­go ła­god­nie. – Ale prze­cież i wasz zwią­zek kie­dyś mu­siał się roz­paść, praw­da?

– Pew­nie tak. – Matt po­czuł się spo­koj­niej­szy, bo sło­wa Char­ley od­zwier­cie­dla­ły jego wła­sne my­śli.

– Wiesz co, kie­dy przy­glą­dam się ko­le­żan­kom, któ­re prze­cho­dzą ta­kie trau­my w związ­kach, jak ty te­raz, dzię­ku­ję nie­bio­som, że je­stem sin­giel­ką. Pra­wie nikt ze zna­jo­mych nie jest w do­brych re­la­cjach z part­ne­rem. Cho­ciaż my­śla­łam, że to­bie i Gra­ni się uda­ło.

– Też tak my­śle­li­śmy – od­po­wie­dział ze smut­kiem. – Ale chy­ba nie chcesz na po­waż­nie zo­stać do koń­ca ży­cia sta­rą pan­ną? Spo­śród na­szej pacz­ki w Gre­en­wich ty naj­mniej się na to za­po­wia­da­łaś. Kró­lo­wa dziew­czę­ce­go klu­bu, piąt­ko­wa uczen­ni­ca, naj­ład­niej­sza dziew­czy­na w kla­sie. A te­raz świet­na re­dak­tor­ka cza­so­pi­sma… do dia­bła, Char­ley, prze­cież wiesz, że mo­żesz mieć, kogo ze­chcesz.

– Tak. I może wła­śnie w tym leży pro­blem. – Char­ley wes­tchnę­ła. – Może je­stem zbyt wy­bred­na i nikt nie jest dla mnie dość do­bry. Ale to nie czas, żeby roz­ma­wiać o mnie. To ty je­steś w ta­ra­pa­tach. Jak mogę ci po­móc?

– Okay… czy two­im zda­niem po­wi­nie­nem le­cieć ju­tro do Du­bli­na i spró­bo­wać ura­to­wać swój zwią­zek? – spy­tał.

– Mat­ty, sam naj­le­piej wiesz, co ro­bić – Char­ley zmarsz­czy­ła nos – ale je­śli mnie py­tasz o zda­nie, da­ła­bym Gra­ni tro­chę cza­su i prze­strze­ni. Naj­wy­raź­niej musi coś prze­tra­wić. Je­stem pew­na, że wró­ci do cie­bie, kie­dy bę­dzie go­to­wa. Po­pro­si­ła, że­byś zo­sta­wił ją w spo­ko­ju, praw­da? Więc zrób, o co pro­si, a za kil­ka ty­go­dni znów się za­sta­no­wisz, co da­lej. Poza tym wy­da­wa­ło mi się, że masz po uszy ro­bo­ty.

– To praw­da – przy­znał Matt. – Może i masz ra­cję. Mu­szę dać jej swo­bo­dę, o któ­rą mnie pro­si­ła. – Wy­cią­gnął rękę i po­kle­pał Char­ley po wy­cią­gnię­tej no­dze. – Dzię­ki, sio­strzycz­ko. Za­wsze je­steś, kie­dy cię po­trze­bu­ję, co?

– Tak, słon­ko. – Char­ley uśmiech­nę­ła się spod rzęs. – Za­wsze przy to­bie będę.

• • •

Kil­ka dni póź­niej znów za­dzwo­nił do­mo­fon.

– Cześć, ko­cha­nie, tu mama. Mogę wejść?

– Ja­sne. – Matt otwo­rzył jej drzwi, zdzi­wio­ny nie­za­po­wie­dzia­ną wi­zy­tą. Ro­dzi­ce rzad­ko za­szczy­ca­li swo­imi oso­ba­mi jego dziel­ni­cę, a już nig­dy bez za­po­wie­dzi.

– Jak się masz, ko­cha­ny? – Ela­ine po­ca­ło­wa­ła syna w oba po­licz­ki i we­szła za nim do środ­ka.

– Do­brze – od­po­wie­dział Matt, zbyt przy­bi­ty i zmę­czo­ny, by zdo­być się na więk­szy wy­si­łek. Przy­glą­dał się, jak mama zrzu­ca z sie­bie fu­tro, szyb­kim ru­chem gło­wy po­pra­wia upięk­szo­ne de­li­kat­ny­mi pa­sem­ka­mi blond wło­sy i z gra­cją sa­do­wi na so­fie swo­je ide­al­nie ukształ­to­wa­ne, fi­li­gra­no­we cia­ło (roz­miar trzy­dzie­ści sześć). Szyb­ko sprząt­nął spod jej drob­nych, obu­tych w szpil­ki stó­pek buty spor­to­we i kil­ka pu­szek piwa. – Co cię tu spro­wa­dza?

– By­łam w mie­ście na obie­dzie do­bro­czyn­nym i mia­łam do cie­bie po dro­dze. – Ela­ine uśmiech­nę­ła się. – Chcia­łam zo­ba­czyć, jak so­bie ra­dzi mój chło­piec.

– Do­brze – po­wtó­rzył. – Zro­bić ci coś do pi­cia, mamo?

– Chęt­nie wy­pi­ję szklan­kę wody.

– Ja­sna spra­wa.

Ela­ine przy­glą­da­ła się, jak pod­cho­dzi do lo­dów­ki i na­le­wa wodę. Był bla­dy i zmę­czo­ny, a w każ­dym jego ru­chu wi­dać było, że jest nie­szczę­śli­wy.