Dziewczyna na klifie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Wydanie elektroniczne

LU­CIN­DA RI­LEY

Pi­sar­ka bry­tyj­ska. Uro­dzi­ła się w Ir­lan­dii; w dzie­ciń­stwie spo­ro po­dró­żo­wa­ła, głów­nie na Bli­ski Wschód. Po prze­pro­wa­dze­niu się do Lon­dy­nu zo­sta­ła ak­tor­ką, wy­stę­po­wa­ła w fil­mach, te­atrze i te­le­wi­zji. Pierw­szą po­wieść Lo­vers and Play­ers na­pi­sa­ła ma­jąc 24 lata; po­tem, jako Lu­cin­da Ed­monds, wy­da­ła jesz­cze sie­dem ksią­żek prze­ło­żo­nych na 14 ję­zy­ków. W 2011 uka­zał się Dom or­chi­dei. Po­wieść pod­bi­ła eu­ro­pej­skie li­sty be­st­sel­le­rów – w Niem­czech była trze­cim naj­le­piej sprze­da­ją­cym się ty­tu­łem 2011 roku, a łącz­nie sprze­da­no po­nad mi­lion eg­zem­pla­rzy. W la­tach 2012-13 uka­za­ły się Dziew­czy­na na kli­fie i The La­ven­der Gar­den; ko­lej­na po­wieść bę­dzie no­sić ty­tuł The Still of the Ni­ght.

www.lu­cin­da­ri­ley.co.uk

Tej au­tor­ki

DOM OR­CHI­DEI

DZIEW­CZY­NA NA KLI­FIE

LA­WEN­DO­WY OGRÓD

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

THE GIRL ON THE CLIFF

Co­py­ri­ght © Lu­cin­da Ri­ley 2011

Au­thor’s mo­ral ri­ght has been as­ser­ted

First pu­bli­shed in the En­glish lan­gu­age by Pen­gu­in Bo­oks Ltd.

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Ma­rzen­na Rącz­kow­ska 2013

Re­dak­cja: Be­ata Ko­ło­dziej­ska

Ilu­stra­cja na okład­ce: Lee Frost/Tre­vil­lion Ima­ges (scho­dy)

Pro­jekt gra­ficz­ny ilu­stra­cji okład­ko­wej: Fi­ne­Pic®, Mün­chen

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki pol­skiej: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-143-1

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści

  O autorze

  Tej autorki

  Dedykacja

  Motto

  Aurora

  1

  2

  3

  4

  5

  6

  7

  8

  Aurora

  9

  10

  11

  12

  13

  14

  15

  Aurora

  16

  17

  18

  19

  20

  21

  22

  Aurora

  23

  Aurora

  24

  25

  26

  27

  Aurora

  28

  29

  30

  31

  32

  33

  Aurora

  34

  35

  36

  Aurora

  37

  38

  39

  40

  41

  42

  43

  Aurora

  44

  Aurora

  Epilog

  Podziękowania

  Bibliografia

  Przypisy

Dla Ste­phe­na

Tak oto dą­ży­my na­przód, kie­ru­jąc ło­dzie pod prąd,

któ­ry nie­ustan­nie zno­si nas w prze­szłość.

Fran­cis Scott Fit­zge­rald, Wiel­ki Gats­by, przekł. Ariad­na Dem­kow­ska-Boh­dzie­wicz.


Aurora

Ja to ja.

 

A te­raz coś ci opo­wiem.

Dla każ­de­go pi­sa­rza te sło­wa są naj­trud­niej­sze. Tak mi przy­najm­niej mó­wio­no.

In­a­czej mó­wiąc – jak za­cząć. Po­peł­ni­łam pla­giat, gdyż ścią­gnę­łam po­mysł z pierw­szych ga­wę­dziar­skich prób mo­je­go młod­sze­go bra­ta. Urze­czo­na ich pro­sto­tą, na za­wsze za­pa­mię­ta­łam jego pierw­sze sło­wa.

Więc za­czę­łam.

Mu­szę cię ostrzec, że nie je­stem za­wo­do­wą pi­sar­ką. Tak na­praw­dę nie pa­mię­tam, kie­dy ostat­nio wzię­łam pió­ro do ręki. No bo wi­dzisz, za­wsze wy­ra­ża­łam swo­je uczu­cia cia­łem. Te­raz nie mogę już tego ro­bić, więc po­sta­no­wi­łam prze­lać my­śli na pa­pier.

Nie pi­szę z za­mia­rem pu­bli­ka­cji. Oba­wiam się, że cel mam bar­dziej sa­mo­lub­ny. Zna­la­złam się na eta­pie ży­cia, któ­re­go każ­dy się boi wy­peł­niam dni prze­szło­ścią, bo przy­szło­ści zo­sta­ło mi nie­wie­le.

Przy­najm­niej mam co ro­bić.

I uwa­żam, że ta hi­sto­riamoja i mo­jej ro­dzi­ny, któ­ra za­czę­ła się pra­wie sto lat przed moim na­ro­dze­niem – jest cie­ka­wa.

Wiem, że każ­dy tak samo my­śli o so­bie. I to praw­da. Ży­cie każ­de­go czło­wie­ka peł­ne jest fa­scy­nu­ją­cych wy­da­rzeń, a gra w nim wie­lu ak­to­rów: złych i do­brych.

I pra­wie za­wsze w któ­rymś mo­men­cie po­ja­wia się ma­gia.

Na­zwa­no mnie imie­niem słyn­nej księż­nicz­ki z po­pu­lar­nej baj­ki. Może dla­te­go za­wsze wie­rzy­łam w ma­gię. A w mia­rę do­ra­sta­nia zro­zu­mia­łam, że baj­ka to ale­go­ria wiel­kie­go tań­ca ży­cia, któ­ry po­dej­mu­je­my z chwi­lą na­ro­dzin.

I nie ma od nie­go uciecz­ki aż do śmier­ci.

Tak więc, Dro­gi Czy­tel­ni­kugdyż za­kła­dam, że mam od­bior­cę, sko­ro czy­tasz te sło­waopo­wiem ci moją hi­sto­rię.

Wie­le po­sta­ci, któ­re tu wy­stę­pu­ją, zmar­ło daw­no przed mo­imi na­ro­dzi­na­mi, więc po­sta­ram się po­słu­żyć wy­obraź­nią, aby ich na po­wrót oży­wić.

I kie­dy tak so­bie sie­dzę i roz­my­ślam nad dzie­ja­mi, któ­rych prze­kaz po­cho­dzi od dwóch po­ko­leń, od­naj­du­ję je­den głów­ny te­mat. To oczy­wi­ście mi­łość i wy­bo­ry, ja­kich do­ko­nu­je­my z jej po­wo­du.

Wie­le osób na­tych­miast po­my­śli, że cho­dzi mi o mi­łość mię­dzy ko­bie­tą i męż­czy­zną. Taktego jest tu mnó­stwo. Ale są też inne prze­ja­wy mi­ło­ści, o rów­nie wiel­kiej po­tę­dze. Na przy­kład mi­łość ro­dzi­ca do dziec­ka. Jest też ob­se­syj­na, nisz­czy­ciel­ska mi­łość, któ­ra pro­wa­dzi do spu­sto­szeń.

Inny wą­tek to za­pew­ne mo­rze wy­pi­ja­nej przez lu­dzi her­ba­tyale do­pusz­czam się dy­gre­sji. Wy­bacz mi tę przy­wa­rę sta­rusz­ków. Wra­cam do opo­wie­ści.

Kie­dy uznam, że trze­ba coś do­kład­niej wy­ja­śnić, prze­rwę wą­tek i po­słu­żę ci za prze­wod­ni­ka, bo hi­sto­ria jest skom­pli­ko­wa­na.

My­ślę, że dla jesz­cze więk­sze­go za­gma­twa­nia spraw za­cznę pod ko­niec, kie­dy by­łam ośmio­let­nim dziec­kiem bez mat­ki. Na urwi­stym brze­gu za­to­ki Dun­wor­ley, w moim ulu­bio­nym miej­scu na zie­mi.

Daw­no, daw­no temu…

1

Za­to­ka Dun­wor­ley, za­chod­nia część hrab­stwa Cork, Ir­lan­dia

Drob­na po­stać sta­ła nie­bez­piecz­nie bli­sko kra­wę­dzi kli­fu. Jej buj­ne, dłu­gie rude wło­sy po­wie­wa­ły za nią uno­szo­ne sil­ną bry­zą. Su­kien­ka z cien­kiej bia­łej ba­weł­ny się­ga­ła jej do ko­stek i od­kry­wa­ła małe bose sto­py. Ręce wy­cią­gnę­ła przed sie­bie, a dło­nie od­wró­ci­ła w stro­nę kłę­bią­cej się w dole, spie­nio­nej masy sza­re­go mo­rza. Bla­dą twarz skie­ro­wa­ła w górę, jak­by skła­da­ła z sie­bie ofia­rę na po­żar­cie ży­wio­łów.

Gra­nia Ryan sta­nę­ła i przy­glą­da­ła się jak za­hip­no­ty­zo­wa­na oso­bie, któ­ra wy­glą­da­ła ni­czym zja­wa. Nie była w sta­nie za­ufać swo­im sko­ła­ta­nym zmy­słom na tyle, by na pew­no stwier­dzić, czy to, co wi­dzi, dzie­je się na­praw­dę, czy jest wy­two­rem jej wy­obraź­ni. Na uła­mek se­kun­dy za­mknę­ła oczy, a kie­dy je otwo­rzy­ła, zo­ba­czy­ła, że po­stać jest tam nadal. Prze­ka­za­ła mó­zgo­wi od­po­wied­nie in­struk­cje i ostroż­nie zro­bi­ła parę kro­ków na­przód.

Kie­dy się zbli­ży­ła, zda­ła so­bie spra­wę, że po­stać jest za­le­d­wie dziec­kiem; ba­weł­nia­na suk­nia zaś ko­szu­lą noc­ną. Gra­nia zo­ba­czy­ła, że nad mo­rzem uno­szą się czar­ne bu­rzo­we chmu­ry, a na po­licz­kach po­czu­ła pie­cze­nie pierw­szych sło­nych kro­pe­lek wi­szą­ce­go w po­wie­trzu desz­czu. Bez­bron­ność ludz­kiej kru­szyn­ki na dzi­kim tle nad­mor­skie­go kli­fu spra­wi­ła, że przy­spie­szy­ła kro­ku.

Wiatr świ­stał jej koło uszu i po­wo­li co­raz bar­dziej wy­ra­żał swo­ją wście­kłość. Gra­nia za­trzy­ma­ła się nie­ca­łe dzie­sięć me­trów od dziew­czyn­ki, któ­ra nadal trwa­ła bez ru­chu. Zo­ba­czy­ła, jak małe sine pal­ce jej nóg wcze­pi­ły się w ska­łę, a wzma­ga­ją­cy się wiatr chłosz­cze chwiej­ne cia­ło, ko­ły­sząc nim jak mło­dą wierz­bą. Zbli­ży­ła się do dziew­czyn­ki i sta­nę­ła tuż za nią, nie­pew­na, co ro­bić. In­stynkt mó­wił Gra­ni, by pod­biec i ją chwy­cić, ale gdy­by dziew­czyn­ka spło­szy­ła się i od­wró­ci­ła, jed­no drob­ne po­tknię­cie mo­gło­by do­pro­wa­dzić do nie­wy­obra­żal­nej tra­ge­dii, gdyż dziec­ko spo­tka­ła­by nie­chyb­na śmierć na po­kry­tych mor­ską pia­ną ska­łach, któ­re szcze­rzy­ły zęby trzy­dzie­ści me­trów ni­żej.

Gra­nia za­trzy­ma­ła się ogar­nię­ta pa­ni­ką i de­spe­rac­ko szu­ka­ła w my­ślach spo­so­bu, by uchro­nić małą przed groź­bą upad­ku. Ale za­nim zdą­ży­ła coś po­sta­no­wić, dziew­czyn­ka od­wró­ci­ła się po­wo­li i po­pa­trzy­ła na nią nie­wi­dzą­cy­mi ocza­mi.

Gra­nia in­stynk­tow­nie wy­cią­gnę­ła do niej ręce.

– Nie skrzyw­dzę cię. Obie­cu­ję. Chodź do mnie. Bę­dziesz bez­piecz­na.

Ale dziew­czyn­ka bez ru­chu sta­ła na kra­wę­dzi kli­fu z wle­pio­nym w nią pu­stym wzro­kiem.

– Za­bio­rę cię do domu, je­śli mi po­wiesz, gdzie miesz­kasz. Tu­taj mo­żesz umrzeć. Pro­szę, po­zwól mi so­bie po­móc – bła­gal­nie na­ma­wia­ła ją Gra­nia.

Zro­bi­ła jesz­cze je­den krok w stro­nę dziec­ka, aż na­gle dziew­czyn­ka jak­by obu­dzi­ła się ze snu. Przez twarz prze­mknął jej cień stra­chu. W oka­mgnie­niu od­wró­ci­ła się w pra­wo i rzu­ci­ła do bie­gu wzdłuż brze­gu kli­fu, aby uciec Gra­ni. Wkrót­ce nie było jej wi­dać.

• • •

– Już mia­łam wy­sy­łać po cie­bie lu­dzi, żeby cię szu­ka­li. Prze­cie na do­bre roz­sza­la­ła się bu­rza.

– Ma­mu­siu, mam trzy­dzie­ści je­den lat, a z tego ostat­nie dzie­sięć spę­dzi­łam na Man­hat­ta­nie – su­cho od­par­ła Gra­nia. We­szła do kuch­ni i po­wie­si­ła kurt­kę nad go­rą­cą ku­chen­ką. – Nie mu­sisz mnie pil­no­wać. Je­stem już duża, wiesz? – Uśmiech­nę­ła się, po­de­szła do mat­ki, któ­ra na­kry­wa­ła do sto­łu przed ko­la­cją, i po­ca­ło­wa­ła ją w po­li­czek. – Na­praw­dę.

– Może i tak, ale zna­łam o wie­le sil­niej­szych męż­czyzn, co ich w taki sztorm wi­cher zmiótł z kli­fu.

Ka­th­le­en Ryan ge­stem wska­za­ła, jak dzi­ko wyje wiatr za ku­chen­nym oknem i jak szar­pie zmar­twia­łe, opa­dłe z kwia­tów ga­łąz­ki gli­cy­nii, tak że ude­rza­ją mo­no­ton­nie o szy­by.

– Za­pa­rzy­łam świe­żą her­ba­tę. – Ka­th­le­en wy­tar­ła ręce o far­tuch i po­de­szła do ku­chen­ki. – Na­lać ci do fi­li­żan­ki?

– Z chę­cią się na­pi­ję, mamo. Ale usiądź i daj no­gom parę mi­nut od­po­cząć, a ja na­le­ję nam obu. – Gra­nia pod­pro­wa­dzi­ła mat­kę do ku­chen­ne­go krze­sła, od­su­nę­ła je od sto­łu i de­li­kat­nie ją po­sa­dzi­ła.

– Tyl­ko na pięć mi­nut, bo o szó­stej chło­pa­ki wra­ca­ją na ko­la­cję.

Kie­dy Gra­nia na­le­wa­ła moc­ny płyn do dwóch fi­li­ża­nek, w mil­cze­niu po­dzi­wia­ła, jak mat­ka przy­kła­da się do prac do­mo­wych dla do­bra męża i syna. Nic nie zmie­ni­ło się od cza­su, gdy tu miesz­ka­ła: Ka­th­le­en za­wsze do­ga­dza­ła swo­im męż­czy­znom, a ich po­trze­by i za­chcian­ki przed­kła­da­ła nad wła­sne. Ale kon­trast mię­dzy ży­ciem mat­ki i jej świa­tem, w któ­rym eman­cy­pa­cja i rów­ność płci jest czymś nor­mal­nym, spra­wił, że Gra­nia po­czu­ła się nie­swo­jo.

No bo… mimo wol­no­ści od nie­mod­nej mę­skiej ty­ra­nii – tak to na­zy­wa­ło wie­le współ­cze­snych ko­biet – któ­ra z nich jest szczę­śliw­sza: mat­ka czy cór­ka?

– Pro­szę, mamo. Masz ocho­tę na ciast­ko? – Gra­nia po­sta­wi­ła przed Ka­th­le­en pusz­kę i otwo­rzy­ła ją. Jak zwy­kle była po brze­gi wy­peł­nio­na prze­kła­da­ny­mi kre­mem ozdob­ny­mi her­bat­ni­ka­mi cu­stard cre­ams, brą­zo­wy­mi bo­ur­bons z kre­mem cze­ko­la­do­wym i kru­chy­mi, okrą­gły­mi short­bre­ads. Na­stęp­na pa­miąt­ka z dzie­ciń­stwa, i to taka, na któ­rą wie­le jej dba­ją­cych o fi­gu­rę ko­le­ża­nek z No­we­go Jor­ku pa­trzy­ło­by z prze­ra­że­niem ni­czym na bom­bę ato­mo­wą.

Ka­th­le­en wzię­ła dwa i po­wie­dzia­ła:

– Weź choć jed­no dla to­wa­rzy­stwa. Jesz mniej niż jaka mysz­ka.

Gra­nia po­słusz­nie za­bra­ła się do sku­ba­nia ciast­ka. Po­my­śla­ła o tym, że od chwi­li przy­jaz­du dzie­sięć dni temu cały czas pęka z prze­je­dze­nia, ob­fi­cie kar­mio­na do­mo­wy­mi po­tra­wa­mi mat­ki. A są­dzi­ła, że może się po­chwa­lić naj­lep­szym ape­ty­tem wśród więk­szo­ści zna­jo­mych z No­we­go Jor­ku. Na do­kład­kę z pie­kar­ni­ka ko­rzy­sta­ła na­praw­dę zgod­nie z jego prze­zna­cze­niem, za­miast trzy­mać tam pod ręką ta­le­rze.

– Spa­cer tro­chę ci roz­ja­śnił w gło­wie? – za­ga­iła Ka­th­le­en, po­chła­nia­jąc trze­cie ciast­ko. – Kie­dy ja mam coś do prze­my­śle­nia, za­wsze idę na spa­cer i wiem, że jak wró­cę, będę wie­dzia­ła, co ro­bić.

– Szcze­rze mó­wiąc – Gra­nia łyk­nę­ła her­ba­ty – wi­dzia­łam nad mo­rzem coś dziw­ne­go, mamo. Małą dziew­czyn­kę, ośmio-, może dzie­wię­cio­let­nią. Sta­ła w noc­nej ko­szu­li na sa­mym brze­gu kli­fu. Mia­ła pięk­ne wło­sy, dłu­gie, krę­co­ne, rude… i jak­by lu­na­ty­ko­wa­ła. Od­wró­ci­ła się do mnie, kie­dy za­czę­łam iść w jej stro­nę, ale oczy mia­ła – Gra­nia szu­ka­ła od­po­wied­nie­go sło­wa – pu­ste. Jak­by mnie nie wi­dzia­ła. Po­tem chy­ba się ock­nę­ła i ucie­kła ścież­ką wzdłuż kli­fu jak spło­szo­ny kró­lik. Wiesz, kto to mógł być?

Gra­nia zo­ba­czy­ła, że Ka­th­le­en bled­nie.

– Nic ci nie jest, mamo?

Ka­the­en aż się wzdry­gnę­ła. Wle­pi­ła wzrok w cór­kę.

– Mó­wisz, że parę mi­nut temu wi­dzia­łaś ją na spa­ce­rze?

– Tak.

– Świę­ta Ma­rio, Mat­ko Bo­ska. – Ka­th­le­en prze­że­gna­ła się. – Wró­ci­li.

– Kto wró­cił, mamo? – za­py­ta­ła Gra­nia zmar­twio­na, że mat­ka jest aż tak wstrzą­śnię­ta.

– Po co mie­li­by wra­cać? – Ka­th­le­en nie­obec­nym wzro­kiem wpa­try­wa­ła się w noc za oknem. – W ja­kim celu? My­śla­łam, że to się na­resz­cie skoń­czy­ło… że wy­je­cha­li na do­bre. – Chwy­ci­ła Gra­nię za rękę. – Je­steś pew­na, że wi­dzia­łaś dziew­czyn­kę, a nie do­ro­słą ko­bie­tę?

– Jak naj­bar­dziej, mamo. Już mó­wi­łam, mia­ła osiem, dzie­więć lat. Mar­twi­łam się o nią, bo nic nie mia­ła na no­gach i wy­glą­da­ła na prze­mar­z­nię­tą. Szcze­rze mó­wiąc, za­sta­na­wia­łam się, czy nie jest du­chem.

– Bo i tro­chę tak było, Gra­niu. A jak­że – mruk­nę­ła Ka­th­le­en. – Pew­ni­kiem przy­je­cha­li w cią­gu paru ostat­nich dni. W ze­szły pią­tek by­łam za gór­ką i prze­cho­dzi­łam kole dwo­ru. Było tro­chę po dzie­sią­tej wie­czo­rem, ale w oknach się nie świe­ci­ło. Sta­ry dwór był za­mknię­ty na czte­ry spu­sty.

– Co to za miej­sce?

– Dwór Dun­wor­ley.

– Sta­ry, opusz­czo­ny pa­ła­cyk, któ­ry stoi za nami, nad kli­fem? – za­py­ta­ła Gra­nia. – Od lat stał nie­za­miesz­ka­ny.

– Kie­dy by­łaś dziec­kiem, nikt tam nie miesz­kał, ale – Ka­th­le­en wes­tchnę­ła – wró­ci­li po two­im wy­jeź­dzie do No­we­go Jor­ku. A po­tem, kie­dy… zda­rzył się ten wy­pa­dek, wy­je­cha­li. Wszy­scy my­śle­li, że ich w tej oko­li­cy nig­dy wię­cej nie zo­ba­czy­my. I lu­dzi­ska cie­szy­li się z tego – pod­kre­śli­ła.

 

– Mię­dzy nimi a nami są sta­re za­szło­ści. Ale co tam. – Ka­th­le­en ude­rzy­ła dło­nią w stół i szy­ko­wa­ła się, żeby wstać. – Co było, a nie jest… To­bie ra­dzę trzy­mać się od nich z da­le­ka. Na­sza ro­dzi­na tyl­ko się przez nich na­cier­pia­ła, ot co.

Gra­nia przy­glą­da­ła się, jak mat­ka pod­cho­dzi do ku­chen­ki. Kie­dy wyj­mo­wa­ła z pie­cy­ka gar­nek z wie­czor­nym po­sił­kiem, twarz mia­ła za­cię­tą.

– Je­śli dziec­ko, któ­re wi­dzia­łam, ma mat­kę, to na pew­no chcia­ła­by wie­dzieć, w ja­kim zna­la­zło się dziś nie­bez­pie­czeń­stwie, praw­da? – son­do­wa­ła Gra­nia.

– Nie ma mat­ki. – Drew­nia­na łyż­ka Ka­th­le­en ryt­micz­nie mie­sza­ła gu­lasz.

– Umar­ła?

– Tak.

– Ro­zu­miem… To kto opie­ku­je się dziec­kiem?

– Nie py­taj mnie o ich ro­dzin­ne ukła­dy. – Ka­th­le­en wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Nie ob­cho­dzi mnie to. Nie chcę wie­dzieć.

Gra­nia za­chmu­rzy­ła się. Re­ak­cja mat­ki była cał­kiem inna niż zwy­kle. Ka­th­le­en mia­ła wiel­kie ma­cie­rzyń­skie ser­ce, któ­re moc­no i gło­śno biło dla każ­de­go, kto zna­lazł się w opa­łach. Pierw­sza bie­gła do ko­goś z ro­dzi­ny lub przy­ja­ciół, kto po­trze­bo­wał po­mo­cy. Zwłasz­cza je­śli cho­dzi­ło o dzie­ci.

– Jak umar­ła jej mat­ka?

Drew­nia­na łyż­ka prze­sta­ła mie­szać w garn­ku i za­pa­dła ci­sza. W koń­cu Ka­th­le­en wes­tchnę­ła cięż­ko i od­wró­ci­ła się w stro­nę cór­ki.

– No cóż, je­śli ja ci nie po­wiem, za­raz zro­bi to ktoś inny. Tar­gnę­ła się na wła­sne ży­cie. No tak, wła­śnie.

– Czy­li po­peł­ni­ła sa­mo­bój­stwo?

– To jed­no i to samo, praw­da, Gra­niu?

– Kie­dy?

– Czte­ry lata temu rzu­ci­ła się z kli­fu. Cia­ło od­na­leź­li dwa dni póź­niej, wy­rzu­ci­ło je mo­rze na pla­ży w In­chy­do­ney.

Te­raz z ko­lei za­mil­kła Gra­nia. Po chwi­li od­wa­ży­ła się spy­tać:

– W któ­rym miej­scu sko­czy­ła?

– Wi­dzi mi się, że tam, gdzie dzi­siaj zo­ba­czy­łaś jej cór­kę… Moim zda­niem Au­ro­ra szu­ka­ła mat­ki.

– Wiesz, jak się na­zy­wa?

– Oczy­wi­ście. To żad­na ta­jem­ni­ca. Wszyst­ko w oko­li­cy na­le­ża­ło kie­dyś do ro­dzi­ny Li­sle’ów, łącz­nie z na­szym do­mem. Od za­mierz­chłych cza­sów byli pa­na­mi i lor­da­mi na tych wło­ściach. W la­tach sześć­dzie­sią­tych sprze­da­li zie­mię, ale dwór na kli­fie so­bie za­trzy­ma­li.

– Wi­dzia­łam gdzieś to na­zwi­sko. Li­sle…

– Cmen­tarz tu­taj pe­łen jest ich gro­bów. Ona też tam leży.

– Wi­dzia­łaś już kie­dyś tę dziew­czyn­kę, Au­ro­rę, na kli­fie?

– Wła­śnie dla­te­go tata ją stąd za­brał. Po śmier­ci mat­ki cho­dzi­ła po kli­fie i cią­gle ją wo­ła­ła. O mało nie osza­la­ła z roz­pa­czy. Moim zda­niem.

Gra­nia zo­ba­czy­ła, że twarz mat­ki nie­co zła­god­nia­ła.

– Bied­na mała – po­wie­dzia­ła i wes­tchnę­ła.

– Tak. Aż przy­kro było pa­trzeć, i nie za­słu­ży­ła na to, ale ich ro­dzi­na po­ku­tu­je za coś złe­go. Po­słu­chaj mnie, Gra­niu, i naj­le­piej się z nimi w ogó­le nie za­da­waj.

– Cie­ka­we, dla­cze­go wró­ci­li? – mruk­nę­ła Gra­nia nie­mal sama do sie­bie.

– Ci Li­sle’owie ro­bią, co chcą. Nie wiem co i wca­le mnie to nie in­te­re­su­je. Te­raz le­piej po­móż mi na­kryć do sto­łu.

• • •

Gra­nia po­szła na górę do sy­pial­ni tuż po dzie­sią­tej, jak co noc od cza­su po­wro­tu do domu. Na dole mat­ka krzą­ta­ła się w kuch­ni i przy­go­to­wy­wa­ła stół do śnia­da­nia. Oj­ciec drze­mał na fo­te­lu przed te­le­wi­zo­rem, a brat, Sha­ne, był w wiej­skim pu­bie. We dwój­kę męż­czyź­ni ob­ra­bia­li dwie­ście hek­ta­rów zie­mi na far­mie. Głów­nie pa­sły się tam mlecz­ne kro­wy i owce. „Chło­pak”, jak piesz­czo­tli­wie wo­ła­no na Sha­ne’a, nie zdra­dzał za­mia­ru wy­pro­wa­dze­nia się do wła­sne­go domu. Ko­bie­ty przy­cho­dzi­ły i od­cho­dzi­ły, ale rzad­ko któ­ra prze­kra­cza­ła próg cha­ty Ry­anów. Ka­th­le­en wzno­si­ła oczy do nie­ba na ka­wa­ler­ski stan syna, lecz Gra­nia wie­dzia­ła, że mat­ka by bez nie­go zgi­nę­ła.

• • •

Wtu­li­ła się w po­ściel i wsłu­cha­ła w dzwo­nią­cy o szy­by deszcz. Mia­ła na­dzie­ję, że bied­na Au­ro­ra Li­sle jest już w domu bez­piecz­na i ktoś cie­pło ją opa­tu­lił. Prze­wró­ci­ła kil­ka stron książ­ki, ale wzię­ło ją na zie­wa­nie i nie mo­gła się sku­pić. Może to przez tu­tej­sze świe­że po­wie­trze zro­bi­ła się taka śpią­ca? W No­wym Jor­ku rzad­ko kie­dy szła spać przed dwu­na­stą.

Ży­cie mat­ki wy­glą­da­ło cał­kiem in­a­czej. Gra­nia z tru­dem od­naj­dy­wa­ła w pa­mię­ci ja­kiś wie­czór, kie­dy Ka­th­le­en nie było w domu. A je­śli mat­ka mu­sia­ła iść gdzieś na noc, bo na przy­kład wzy­wa­no ją do opie­ki nad cho­rym krew­nym, przy­go­to­wa­nia do za­pew­nie­nia tego, żeby ro­dzi­na nie cho­dzi­ła głod­na i mia­ła po­pra­ne ubra­nia, przy­po­mi­na­ły ope­ra­cję woj­sko­wą. Co do ojca, Gra­nia bar­dzo wąt­pi­ła, żeby choć jed­ną noc z trzy­dzie­stu czte­rech lat mał­żeń­stwa spę­dził poza wła­snym łóż­kiem. Całe ży­cie wsta­wał o pią­tej trzy­dzie­ści i szedł do szo­py doić kro­wy; do domu wra­cał z far­my po za­pad­nię­ciu zmro­ku. Mąż i żona do­kład­nie wie­dzie­li, gdzie się któ­re w da­nej chwi­li znaj­du­je. Ich ży­cie sta­no­wi­ło jed­ność, byli nie­roz­łącz­ni.

A spo­iwem, któ­re trzy­ma­ło ich ra­zem, były dzie­ci.

Osiem lat temu, kie­dy za­miesz­ka­ła z Mat­tem, uzna­li za oczy­wi­ste, że któ­re­goś dnia przyj­dą dzie­ci. Jak ty­po­wa no­wo­cze­sna para do na­dej­ścia tej chwi­li bra­li się z ży­ciem za bary i ro­bi­li ka­rie­ry. Póki się da, żyli szyb­ko i in­ten­syw­nie.

Aż na­gle, pew­ne­go ran­ka, Gra­nia obu­dzi­ła się, jak co dzień wło­ży­ła dres i blu­zę z kap­tu­rem i po­bie­gła wzdłuż rze­ki Hud­son do par­ku Bat­te­ry. W Win­ter Gar­dens za­trzy­ma­ła się na kawę lat­te i baj­gla. Wła­śnie tam się to sta­ło. Są­czy­ła so­bie kawę, kie­dy jej wzrok padł na wó­zek, któ­ry stał przy sto­li­ku obok. W środ­ku było nie­mow­lę i moc­no spa­ło. Gra­nia na­gle po­czu­ła prze­moż­ną chęć, by wy­jąć dziec­ko z wóz­ka i dla ochro­ny przy­tu­lić do pier­si jego mięk­ką, pu­cha­tą głów­kę. Mat­ka ma­lu­cha uśmiech­nę­ła się do niej ner­wo­wo, po­tem wsta­ła i prze­su­nę­ła wó­zek poza za­sięg jej za­in­te­re­so­wa­nia, a Gra­nia po­bie­gła z po­wro­tem do domu. Emo­cje, któ­re w niej się obu­dzi­ły, spra­wi­ły, że bra­ko­wa­ło jej tchu.

My­śla­ła, że jej przej­dzie, więc cały dzień w sku­pie­niu wy­do­by­wa­ła kształt za­mó­wio­nej rzeź­by z mięk­kiej brą­zo­wej gli­ny, ale jej nie ulży­ło.

O szó­stej wy­szła z pra­cow­ni, wzię­ła prysz­nic i ubra­ła się na otwar­cie ga­le­rii sztu­ki, gdzie za­pro­szo­no ją na wie­czór. Na­la­ła so­bie kie­li­szek wina i po­de­szła do okna, z któ­re­go wi­dać było mru­ga­ją­ce świa­tła New Jer­sey i dru­gą stro­nę rze­ki Hud­son.

– Chcę mieć dziec­ko.

Wzię­ła po­tęż­ny łyk. I roz­chi­cho­ta­ła się z ab­sur­dal­no­ści słów, któ­re wła­śnie po­wie­dzia­ła. Po­wtó­rzy­ła je, żeby się upew­nić, że to non­sens.

Ale zda­nie wy­da­ło jej się w po­rząd­ku. I nie tyl­ko – spra­wia­ło wra­że­nie cze­goś cał­kiem na­tu­ral­ne­go, jak­by taka myśl i po­trze­ba tkwi­ły w niej całe ży­cie, a wszyst­kie po­wo­dy, dla któ­rych mia­ło­by tak nie być, po pro­stu wy­pa­ro­wa­ły i to one wy­da­ły jej się te­raz ab­sur­dal­ne.

Gra­nia po­szła na otwar­cie ga­le­rii, po­ga­da­ła o ni­czym z ludź­mi ze śro­do­wi­ska, któ­rzy zwy­kle przy­cho­dzi­li na ta­kie im­pre­zy, czy­li ar­ty­sta­mi, ko­lek­cjo­ne­ra­mi sztu­ki i in­ny­mi by­wal­ca­mi. Jed­nak w my­ślach roz­pa­try­wa­ła prak­tycz­ne aspek­ty pod­ję­tej wła­śnie ży­cio­wej de­cy­zji. Czy będą mu­sie­li się prze­pro­wa­dzić?

Nie, na ra­zie chy­ba nie – loft w dziel­ni­cy Tri­Be­Ca był prze­stron­ny, a ga­bi­net Mat­ta z ła­two­ścią moż­na za­mie­nić na po­kój dla dziec­ka. I tak rzad­ko go uży­wa, bo woli pra­co­wać na lap­to­pie w sa­lo­nie. Miesz­ka­ją na czwar­tym pię­trze, ale jest win­da to­wa­ro­wa, do któ­rej zmie­ści się wó­zek. Park Bat­te­ry ma do­brze wy­po­sa­żo­ny plac za­baw i świe­że po­wie­trze znad rze­ki. Moż­na tam cho­dzić na spa­ce­ry. Gra­nia pra­cu­je w do­mo­wej pra­cow­ni, więc na­wet je­śli będą mu­sie­li za­trud­nić nia­nię, bę­dzie za­le­d­wie kil­ka se­kund od dziec­ka i w ra­zie po­trze­by może wpa­dać.

W nocy po­ło­ży­ła się w du­żym, pu­stym łóż­ku i wes­tchnę­ła nie­cier­pli­wie na myśl, że jesz­cze ja­kiś czas swo­je pla­ny i emo­cje musi za­cho­wać dla sie­bie. Matt od ty­go­dnia był w po­dró­ży i miał wró­cić za kil­ka dni. Nie była to wia­do­mość, któ­rą moż­na po pro­stu za­ko­mu­ni­ko­wać przez te­le­fon. Za­snę­ła do­pie­ro nad ra­nem, w my­ślach wi­dząc dum­ną minę Mat­ta, kie­dy wrę­czy mu jego nowo na­ro­dzo­ne dziec­ko.

Po po­wro­cie do domu Matt prze­jął się po­my­słem tak samo jak ona. Na­tych­miast z przy­jem­no­ścią od­da­li się wpro­wa­dza­niu za­mia­ru w ży­cie. Obo­je bar­dzo się cie­szy­li, że łą­czy ich wspól­ny ta­jem­ny plan, któ­ry na do­bre sce­men­tu­je ich zwią­zek, po­dob­nie jak kie­dyś związ­ki ich ro­dzi­ców. Zna­leź­li bra­ku­ją­ce ogni­wo, któ­re raz na za­wsze po­łą­czy ich w jed­no­li­tą ko­mór­kę wspo­ma­ga­ją­cych się na­wza­jem lu­dzi. Krót­ko mó­wiąc – w ro­dzi­nę.

• • •

Te­raz Gra­nia le­ża­ła w wą­skim łóż­ku z dzie­ciń­stwa i słu­cha­ła, jak wście­kły wiatr obi­ja się o ka­mien­ne mury wiej­skiej cha­ty. Się­gnę­ła po chu­s­tecz­kę i wy­dmu­cha­ła nos.

To dzia­ło się rok temu. Strasz­li­wa praw­da zaś była taka, że ten „wspól­ny plan” nie po­łą­czył ich, ale znisz­czył.