Drzewo Anioła

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Drzewo Anioła
Drzewo Anioła
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,90  57,52 
Drzewo Anioła
Drzewo Anioła
Audiobook
Czyta Katarzyna Traczyńska
38,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5

Obudziła się nazajutrz rano, słysząc gruchanie dwóch gołębi za oknem. Zdezorientowana, sięgnęła po zegarek i zobaczyła, że jest już po dziesiątej. Wstała z łóżka, odsunęła zasłony i wyjrzała przez okno.

Niebo było bladoniebieskie, nocny szron już stopniał w promieniach słabego zimowego słońca, pozostawiając po sobie gęstą rosę. Poniżej rozciągała się łagodnie nachylona dolina, której zbocza porastał gęsty las – ogromne drzewa były teraz ogołocone z liści. Odgłos szemrzącej wody wskazywał, że gdzieś w pobliżu przepływa strumień. Na drugim brzegu rzeki, która przecinała dno doliny, Greta widziała pofałdowane wznoszące się pola, upstrzone małymi białymi plamkami – to musiały być owce. Po lewej stronie, górując nad doliną, stał przysadzisty dom z czerwonej cegły, otoczony przez rozległe trawniki i kamienne tarasy. Jego liczne szprosowe okna połyskiwały w blasku słońca, a z czterech majestatycznych kominów wydobywał się dym. Greta domyśliła się, że to Marchmont Hall. Na prawo od domu dostrzegła stodoły i inne zabudowania gospodarcze.

Widok tego spokojnego, wręcz sielankowego krajobrazu napełnił ją niespodziewaną radością. Ubrała się szybko, by wyjść na zewnątrz i obejrzeć wszystko z bliska. Idąc na dół wąskimi schodkami, usłyszała pukanie do drzwi wejściowych, więc przyspieszyła, żeby otworzyć.

– Dzień dobry. Chciałam sprawdzić, czy zdążyłaś się rozgościć.

– Dzień dobry, LJ – odrzekła niepewnie Greta. – Wszystko w porządku, dziękuję. Dopiero co wstałam.

– Wielkie nieba! Ja jestem na nogach już od piątej, zajmując się tą nieszczęsną owcą. Rzeczywiście spadła do parowu i mężczyźni potrzebowali kilku godzin, żeby ją wyciągnąć. Ale wygląda na to, że przeżyje. Musimy omówić, co i jak, jeśli chodzi o twój pobyt, więc może przyjdziesz do mnie wieczorem na kolację? – zaproponowała LJ.

– Z wielką chęcią, ale nie chciałabym sprawiać ci kłopotu.

– Żaden kłopot. Szczerze mówiąc, przyda mi się odrobina kobiecego towarzystwa.

– Mieszkasz w tym dużym domu? – spytała Greta.

– Mieszkałam kiedyś, moja droga. Ale teraz mieszkam w domku stróża przy głównej bramie. Całkowicie mi wystarcza. Jak wyjdziesz za drzwi, skręć w prawo i idź dalej ścieżką. To pięć minut szybkiego spaceru. Tu w spiżarni znajdziesz lampę sztormową. Przyda ci się. Wieczorem jest tu ciemno choć oko wykol, jak sama się wczoraj przekonałaś. No, muszę teraz lecieć. Do zobaczenia o siódmej.

– Nie mogę się doczekać. Dziękuję.

LJ uśmiechnęła się do Grety, potem odwróciła się i pomachała do niej, ruszając żwawym krokiem przed siebie.

*

Greta zainstalowała się w swoim nowym domu. Kiedy rozpakowała walizki, poszła na spacer, podążając za szumem wody. Wkrótce znalazła strumień i uklękła, żeby się napić czystej, roziskrzonej wody. Powietrze było orzeźwiające i przenikliwie zimne, ale świeciło słońce, a niezliczone liście, które spadły z drzew, tworzyły pod jej stopami naturalny kobierzec. Wróciła do domu zmęczona, ale z rumieńcami na bladych zwykle policzkach. Włożyła swoją najlepszą spódnicę i żakiet, oczekując z niecierpliwością kolacji z LJ.

*

Za pięć siódma zapukała do drzwi domku stróża, Gate Lodge. W przyćmionym blasku księżyca mogła dostrzec, że jest to skromny, ale ładny budynek z czerwonej cegły, a jego spadzisty dach odzwierciedla architekturę samego Marchmont Hall. Niewielki frontowy ogródek wydawał się idealnie zadbany.

Po kilku sekundach otworzyła jej LJ.

– Jesteś punktualnie, jak widzę. To mi się podoba. Uwielbiam punktualność. Wejdź, moja droga. – Wzięła z rąk Grety lampę sztormową i zgasiła ją, a następnie pomogła Grecie zdjąć płaszcz.

Greta podążyła za LJ przez hol do eleganckiego, choć zarazem swojsko zagraconego salonu.

– Usiądź, moja droga. Drinka?

– Tak, proszę. Coś bez alkoholu.

– Przygotuję ci mały gin. Nie zaszkodzi ani tobie, ani dziecku. Sama nie wylewałam za kołnierz, kiedy nosiłam w łonie Davida, i popatrz tylko, jak wyrósł! Wracam za minutkę.

LJ wyszła z pokoju, a Greta usiadła na krześle przy kominku. Rozejrzała się po pokoju, zwracając uwagę na mahoniową komodę z najwyraźniej drogą porcelaną i oprawionymi w ramki zdjęciami dość drastycznych scen myśliwskich. Nie ulegało wątpliwości, że meble w tym pomieszczeniu są cenne, ale czas ich świetności już przeminął.

– Proszę. – LJ podała Grecie dużą szklankę i usiadła naprzeciwko w fotelu. – Witamy w Marchmont, moja droga. Mam nadzieję, że cały ten czas, który z nami spędzisz, będzie dla ciebie bardzo przyjemny.

LJ pociągnęła spory łyk ginu, podczas gdy Greta ostrożnie upiła tylko odrobinę.

– Dziękuję, LJ. To bardzo miło z twojej strony, że mnie tu przyjęłaś. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby nie twój syn – wyznała nieśmiało.

– Zawsze miał słabość do dam w potrzebie.

– Taffy świetnie sobie radzi w Windmill – dodała Greta. – Pan Van Damm zagwarantował mu właśnie stałe wieczorne występy. Jego numery są bardzo zabawne. My, dziewczyny, umieramy ze śmiechu.

– Tak, rozumiem, ale czy mogę cię o coś prosić? Bądź tak dobra i w trakcie swojego pobytu tutaj nazywaj mojego syna imieniem, które nadano mu na chrzcie. Przykro mi, ale to jego niewyszukane przezwisko obraża moje uczucia. Zwłaszcza że on jest tylko w połowie Walijczykiem.

– Oczywiście, przepraszam, LJ. Domyślam się, że to jego ojciec był Walijczykiem?

– Owszem, a ja jestem Angielką, tak jak ty. Co za szkoda, że David ledwie znał swojego ojca. Robin, mój mąż, zginął, spadając z konia, kiedy David miał dwanaście lat.

– Och, tak mi przykro – wymamrotała Greta.

– Mnie też było przykro, moja droga, ale musisz wiedzieć, że jak mieszka się w takim wiejskim majątku jak ten, to śmierć jest nieodłączną częścią życia.

Greta znów upiła trochę ginu.

– Powiedziałaś dziś rano, że mieszkałaś kiedyś w tym dużym domu.

– Mieszkaliśmy. David się tam urodził. Kiedy w czasie wojny dom przejęto i urządzono w nim szpital, przeniosłam się do domku stróża. Uznałam, że bardziej mi odpowiada, i nigdy nie przeprowadziłam się z powrotem, tym bardziej że… – Urwała nagle. – Mieszka tam teraz starszy brat mojego męża.

– Rozumiem. To naprawdę piękne miejsce – wtrąciła szybko Greta, wyczuwając napięcie w głosie LJ.

– Owszem, ale rozległe. Koszty utrzymania to prawdziwy koszmar. Założenie elektryczności wymagało fortuny. Przy dziesięciu sypialniach można było urządzić tam szpital. W pewnym momencie zatrudniano dwudziestu oficerów i osiem pielęgniarek. To miejsce zaczęło żyć własnym życiem.

– A teraz pomagasz w prowadzeniu majątku? – spytała Greta.

– Już nie. Robiłam to po śmierci męża, owszem, a to robota przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, możesz mi wierzyć. Owen, brat Robina, był w Kenii, ale wrócił do domu, kiedy wybuchła wojna, i oczywiście zajął się wszystkim. Farma dostarczała mleko i mięso dla Ministerstwa Rolnictwa, co oznaczało, że byliśmy samowystarczalni. Racjonowanie żywności praktycznie nas nie dotknęło. Ale wszyscy wtedy harowali, słowo daję. Pracowałam na gospodarstwie od świtu do nocy. Potem, kiedy dom zarekwirowano na szpital, pomagałam personelowi medycznemu. Wiem, powinnam się cieszyć, że wojna się skończyła, ale lubiłam tę pracę. Czuję się trochę tak, jakbym została odstawiona na boczny tor – dodała z westchnieniem.

– Ale wciąż pomagasz na farmie?

– Tak. Nie wszyscy młodzi mężczyźni jeszcze wrócili, więc zarządcy zawsze brakuje rąk do pracy. Muszę doić krowy albo szukać zagubionej owcy, kiedy trzeba. To poważna rzecz. W dzisiejszych czasach ziemia powinna na siebie zarabiać. Mleko i mięso, które produkujemy, przynoszą wystarczający dochód, by ten majątek mógł przetrwać. No, ale dość o mnie. Opowiedz mi o sobie.

– Nie ma właściwie o czym mówić. Pracowałam z Taff… z Davidem w teatrze i zostaliśmy przyjaciółmi.

– Byłaś jedną z dziewcząt w Windmill?

Greta zaczerwieniła się i skinęła głową.

– Tak, ale tylko przez kilka miesięcy.

– Nie ma się czego wstydzić, moja droga. Kobiety muszą się jakoś utrzymywać i dopóki świat się nie ocknie i nie dostrzeże, jakie jesteśmy silne, powinniśmy robić, co tylko możemy. Weź na przykład mnie. Wzorcowa Angielka z wyższej sfery. Utytułowana nawet. Jako dziewczyna musiałam zostać w domu i uczyć się szydełkowania, podczas gdy moi bracia, według mnie wcale nie najmądrzejsi, uczyli się w Eton i w Oksfordzie. Jeden jest pijakiem, który w kilka lat przepuścił rodzinny majątek, a drugi dał się zastrzelić na polowaniu w Afryce.

– O Boże, tak ci współczuję.

– Niepotrzebnie. Zasłużył na swój los – odparła szorstko LJ. – Przez ostatnie trzydzieści lat pracowałam w Marchmont, w takim czy innym charakterze, i był to najszczęśliwszy okres w moim życiu. No i znowu skupiamy się na mnie. Moja wina. Cały czas odbiegam od tematu. To chyba, niestety, jeden z moich złych nawyków. Rozmawiałyśmy o tobie. Nie chcę wydać się niegrzeczna, ale co właściwie łączy cię z Davidem? – W głosie LJ wyczuwało się ciekawość.

– Jesteśmy dobrymi przyjaciółmi, to wszystko.

– Czy nie będzie to zbyt impertynenckie, jeśli powiem, że według mnie David jest tobą zainteresowany? W końcu nie oferuje tej swojej chaty każdej dziewczynie, która zbłądziła.

– Tak jak mówiłam, łączy nas tylko przyjaźń. – Greta poczuła, że się rumieni. – David mi pomógł, bo nie miałam nikogo innego.

– A twoja rodzina?

– Ja… zginęła w nalocie. – Było to kłamstwo, ale LJ nie mogła tego sprawdzić.

– Rozumiem. Biedactwo. A dziecko?

– Ojcem jest amerykański oficer. Myślałam, że mnie kocha, i…

LJ skinęła głową.

– Historia stara jak świat i wciąż aktualna. Nie wszystkim dziewczynom sprzyja szczęście tak jak tobie, moja droga. Masz przynajmniej dach nad głową. Dzięki mojemu synowi.

 

– I zawsze będę mu za to wdzięczna – powiedziała Greta z nagłym wzruszeniem.

– No dobrze, nie pogniewasz się, jeśli zjemy tutaj? – spytała LJ, zmieniając temat. – Jadalnia jest taka ciemna i zimna. Moim zdaniem nadaje się co najwyżej na stypy.

– Oczywiście, że nie.

– Dobrze. Wobec tego przyniosę kolację.

LJ wróciła niebawem, niosąc dwa talerze z potrawką wołową i ziemniaczanym purée.

– Przepyszne – stwierdziła Greta, zajadając z apetytem. – To, co jedliśmy w domu podczas wojny, było okropne.

– Słyszałam, że jaja w proszku były prawdziwym przysmakiem. – LJ uniosła brwi. – No cóż, tutaj nie zabraknie ci świeżych produktów. Mamy w bród owiec, tak jak drobiu, ptactwa łownego i warzyw. No i nabiału, oczywiście.

– Boże! Ale byłam głodna – oznajmiła Greta kilka minut później, odkładając widelec i nóż na pusty talerz.

– Skutek świeżego powietrza i ciąży. Chodź, pomożesz mi zmywać. Nie znoszę zostawiać brudnych naczyń do rana.

Greta wzięła swoją tacę i ruszyła za LJ do kuchni.

– Skoro mowa o jedzeniu, raz na tydzień będę dostarczać ci jajka, mleko, warzywa i mięso. Jeśli będziesz potrzebowała czegoś jeszcze, możesz pojechać autobusem do najbliższej wioski, Crickhowell. Nie ma tam luksusowych towarów, ale jest porządny sklep z wełną. Może uda ci się zrobić na drutach coś dla dziecka albo dla siebie. Przyda ci się ciepłe ubranie. Zimy bywają tu mroźne. – LJ zerknęła na cienką kurtkę i spódnicę Grety.

– Nie umiem robić na drutach – wyznała Greta.

– No to musimy cię nauczyć, prawda? Podczas wojny zrobiłam ze sto swetrów dla naszych chłopców. To zdumiewające, do czego człowiek jest zdolny w obliczu konieczności. Poza tym David ma mnóstwo książek, tak że nie powinnaś się nudzić. Właśnie skończyłam Folwark zwierzęcy George’a Orwella. Wspaniała rzecz. Pożyczę ci, jeśli chcesz.

Greta skwapliwie skinęła głową. Zawsze lubiła czytać.

Wróciły do salonu, wypiły kakao i wysłuchały w radiu wiadomości o dwudziestej pierwszej.

– To dla nas tutaj łączność ze światem, to koszmarne pudełko z plątaniną przewodów – wyjaśniła LJ. – Uzależniłam się od Tommy’ego Handleya z audycji ITMA, a David wprost go wielbi.

– Możesz mi powiedzieć, dlaczego opuścił Marchmont i zaczął pracować w Londynie? – spytała Greta. – Gdybym się tu urodziła, z pewnością nie chciałabym stąd wyjeżdżać.

LJ westchnęła.

– No cóż, trzeba zacząć od tego, że David opuścił Marchmont już dawno temu. Najpierw mieszkał w internacie w Winchester, a kiedy był na ostatnim roku Oksfordu, wybuchła wojna. Choć nie musiał tego robić, od razu się zaciągnął i kilka miesięcy później został ranny pod Dunkierką. Kiedy doszedł do siebie, wysłano go do Bletchley Park, wiesz, siedziby kryptologów, gdzie zajmował się jakimiś ściśle tajnymi sprawami. Bystry chłopak z niego. Osiągał doskonałe wyniki na studiach. Taka szkoda, że nie miał szans zrobić dyplomu czy że nie zdecydował się na jakąś karierę odpowiednią do jego inteligencji.

– Widziałam jego występy. Jest wspaniały. Dobry komik musi być inteligentny – zauważyła Greta ostrożnie.

– Na pewno nie jest to coś, co matka wybrałaby dla swego jedynaka, ale od najmłodszych lat marzył o wielkomiejskim życiu. Bóg jeden wie, skąd mu się to wzięło. W rodzinie jego ojca czy mojej nie było wielu artystów – dodała z uśmiechem LJ. – Myślałam, że może ten pobyt w armii sprawi, że zmieni zdanie, ale nie. Zwolnili go osiem miesięcy temu. Przyjechał do domu i oznajmił, że wybiera się do Londynu spróbować szczęścia na scenie.

– Jeśli może cię to pocieszyć, powiem, że świetnie mu idzie. Wszyscy w teatrze uważają, że daleko zajdzie.

– To rzeczywiście pociecha. Już za parę miesięcy będziesz miała swoje maleństwo i wtedy zrozumiesz, co znaczy być matką. Nawet jeśli inaczej widziałam jego przyszłość, kiedy był młodszy, cieszę się, że przeżył wojnę i że może spełniać swoje marzenia. Teraz najbardziej zależy mi na tym, żeby był szczęśliwy. – LJ ziewnęła nagle. – Przepraszam. Po tej historii z owcą zeszłej nocy jestem wykończona. Nie gniewaj się, że tak cię wypraszam, ale muszę wstać o świcie i wydoić krowy. Dasz radę wrócić sama?

– Jak najbardziej – zapewniła Greta.

– To dobrze. Będę do ciebie zaglądać. A jakbyś czegoś potrzebowała, zawsze gdzieś tutaj mnie znajdziesz. – LJ poszła do holu i zdjęła z poręczy schodów płaszcz Grety, po czym się nachyliła i podniosła stojącą obok na podłodze parę gumowców. – Weź je. Są na ciebie pewnie za duże, ale te twoje miejskie pantofle nie przetrwają tu dłużej niż kilka dni.

Greta włożyła płaszcz i wzięła gumowce.

– Bardzo dziękuję za kolację. To wspaniałe, że tak się mną zajęłaś.

– Zrobiłabym wszystko dla mojego ukochanego Davida. – LJ zapaliła lampę sztormową i podała ją Grecie. Jej twarz się rozjaśniła. – Już niedługo zrozumiesz, co mam na myśli. – Wskazała brzuch Grety. – Dobranoc, moja droga.

– Dobranoc.

*

LJ stała w drzwiach i patrzyła, jak dziewczyna ostrożnie idzie ścieżką. Zamknęła drzwi, pogrążona w myślach, po czym usiadła w swoim ulubionym fotelu obok kominka, starając się zrozumieć, dlaczego odczuwa niepokój.

Kiedy David zadzwonił do niej i powiedział, że chce, by Greta przyjechała tutaj i zamieszkała w jego chacie, LJ dosłyszała w głosie syna ciepłą nutę. Może liczył na to, że wdzięczność Grety przerodzi się w coś więcej, że pewnego dnia dziewczyna odwzajemni jego uczucia. Wydawała się miła, ale LJ widziała, że nie jest zakochana w Davidzie.

Idąc na górę do sypialni, modliła się, by jej najdroższy syn nie żałował swej decyzji podjętej z dobroci serca.

Miała nieodparte przeczucie, że przybycie Grety do Marchmont zaważy na losach Davida. I z jakiegoś powodu, którego nie potrafiła jeszcze określić, także na jej własnym losie.

6

Po tygodniu spędzonym w Marchmont, kiedy Boże Narodzenie zbliżało się wielkimi krokami, Greta zrozumiała, że przez najbliższe miesiące jej najgorszym wrogiem stanie się nuda. Introspekcja nigdy jej nie pociągała, wręcz przeciwnie, budziła w niej lęk. Nie bawiła jej myśl, że będzie godzinami rozważać swoje życie i klęskę, jaką poniosła. Teraz jednak, gdy nie miała do roboty nic prócz czytania książek – między innymi Karola Dickensa i Thomasa Hardy’ego, których tragiczne opowieści odzwierciedlały tylko jej własne nieszczęście – bezustannie śledziła zegar, pragnąc, by czas szybciej upływał.

Godzinami rozmyślała o Maxie – gdzie jest, co robi. Zastanawiała się nawet, czy nie nawiązać jakiegoś kontaktu z Ministerstwem Obrony, by spróbować go odnaleźć, ale nie widziała w tym wielkiego sensu. I tak by jej nie zechciał.

Tęskniła za nim. Nie za prezentami ani życiem, jakie mógł jej zapewnić, ale za nim samym. Za jego przeciągłym amerykańskim akcentem, za jego śmiechem, delikatnym dotykiem, kiedy się z nią kochał…

Popołudniami chodziła na długie spacery, byle nie siedzieć w chacie. Mijała po drodze domek stróża, modląc się, by jego mieszkanka dostrzegła ją z okna i wyszła na pogawędkę. LJ zajrzała do niej kilka dni wcześniej, przynosząc zapasy jedzenia, druty do robótek i wełnianą włóczkę. Przez godzinę siedziała cierpliwie z Gretą, ucząc ją podstaw dziergania, ale potem Greta jej długo nie widziała, więc samotnie włóczyła się po lasach.

Poprzedniego dnia LJ zjawiła się z koszykiem pełnym świątecznych smakołyków.

– Wyjeżdżam za jakąś godzinę, chcę odwiedzić siostrę w Gloucestershire. Wrócę z samego rana w drugi dzień świąt – oznajmiła w typowy dla siebie szorstki sposób. – Przyniosłam ci co nieco, powinno starczyć, prosiłam też Mervyna, pomocnika na farmie, żeby podrzucał ci świeży chleb i mleko, kiedy mnie nie będzie. Wesołych świąt, moja droga. Na jutro zapowiadają śnieg, więc pamiętaj, żeby porządnie palić w kominku.

Kiedy Greta patrzyła za odchodzącą LJ, jej poczucie osamotnienia jeszcze się pogłębiło. A gdy rzeczywiście zaczął padać śnieg, nawet domowe ciasto z bakaliami i szklaneczka sherry nie poprawiły jej nastroju.

– Jesteśmy zupełnie sami, moje maleństwo – wyszeptała do swojego brzucha, kiedy dzwony z pobliskiej kaplicy wybiły północ. – Wesołych świąt.

W dzień Bożego Narodzenia Greta odsunęła zasłony i ujrzała bajkowy widok.

Śnieg, który padał całą noc, całkowicie odmienił krajobraz. Gałęzie drzew były pokryte dziewiczo białym puchem, jakby ktoś obsypał je pudrem. Poszycie lasów i zarośli, gdzie przez idealnie równą śnieżną warstwę tylko z rzadka przebijała się jakaś ciemna gałązka, przypominało gronostajowy kobierzec. Gruby szron roziskrzył tę idylliczną scenerię, kiedy poranne słońce wzniosło się nad zamarzniętą doliną.

Idąc na dół, Greta rozmyślała o tym, że w każdy inny dzień Bożego Narodzenia byłaby zachwycona, że spadł śnieg, lecz gdy rozpalała ogień i stawiała czajnik na piecyku, stwierdziła, że jeszcze nigdy nie czuła się taka nieszczęśliwa.

Potem, kiedy ugotowała i zjadła kurczaka, którego zostawiła jej LJ, i pochłonęła resztę ciasta z bakaliami – wydawało się, że jej apetyt jest nienasycony – zaczęła myśleć o dawnych świętach i o tym, jak bardzo były inne.

Nie chcąc wracać do przeszłości, ale też nie mogąc się skupić na niczym, co powstrzymałoby strumień wspomnień, włożyła płaszcz, czapkę i gumowce i wyruszyła na popołudniowy spacer.

Otworzyła tylne drzwi chaty i wyszła na dwór. Pod jej stopami chrzęścił śnieg, oddech zamieniał się w mroźnym powietrzu w białe smużki. Kiedy brnęła przez zarośla, chłonąc wzrokiem ten magiczny pejzaż, nastrój szybko jej się poprawił. Przystawała chwilami, by podziwiać migotliwe wzory szronu na pniach drzew i spadłych gałęziach. Niebawem jednak jej myśli znów zaczęły błądzić.

Przyszło jej do głowy, że być może zna powód swego przygnębienia – dokładnie rok temu po raz pierwszy pojawił się problem, który był przyczyną jej pospiesznego wyjazdu do Londynu.

Cieszyła się szczęśliwym dzieciństwem, mieszkając na szacownych przedmieściach Manchesteru, jedyne dziecko kochających rodziców. Potem, pewnej koszmarnej nocy, kiedy miała trzynaście lat i niemieckie naloty zaczęły się na dobre, jej ojciec wyjechał swoim czarnym fordem i nigdy już nie wrócił. Histerycznie szlochając, matka powiedziała jej nazajutrz, że zginął podczas bombardowania teatru Royal Exchange. Tydzień później Greta patrzyła, jak to, co pozostało z jej ojca, zostaje złożone do ziemi.

Przez następne dwa lata, w atmosferze napięcia z powodu szalejącej wojny, matka Grety pogrążała się w głębokiej depresji – czasem tygodniami nie wstawała z łóżka – a ona posępnie skupiała się na nauce szkolnej i tkwiła z nosem w książkach. Jedyną pociechę czerpała z kina, do którego matka zabierała ją regularnie. Fantastyczny świat, w którym wszyscy byli piękni, a niemal każda historia kończyła się happy endem, dawał błogosławioną ucieczkę od rzeczywistości. Wtedy też Greta postanowiła, że kiedy dorośnie, zostanie aktorką.

Gdy miała piętnaście lat, wszystko się zmieniło. Pewnego wieczoru matka przyjechała do domu dużym samochodem, w towarzystwie otyłego siwowłosego mężczyzny, i oznajmiła Grecie, że to jest jej nowy ojciec. Po trzech miesiącach wprowadziły się do wielkiego domu w Altrincham, jednym z najlepszych miast hrabstwa Cheshire. Matka, kiedy znalazła mężczyznę, który mógł się nią zająć, znów stała się sobą, a ich dom ponownie wypełnił się gośćmi i śmiechem. Przez jakiś czas Greta była szczęśliwa.

Jej ojczym, szorstki, ale zamożny przemysłowiec manchesterski, był dla niej odległą, obcą postacią i z początku rzadko go widywała. Kiedy jednak zaczęła dojrzewać i stawać się młodą kobietą, on, zamiast na swojej żonie, skupił uwagę na jej ładniejszej córce. Gdy tylko zostawali w domu sami, od razu jej szukał. Sytuacja osiągnęła punkt krytyczny w dniu Bożego Narodzenia, podczas przyjęcia, kiedy matka zabawiała na dole gości, a on poszedł za Gretą na górę…

Zadrżała na wspomnienie jego cuchnącego oddechu, jego cielska przyciskającego ją do ściany, rąk ugniatających jej piersi, mokrych ust szukających jej warg.

Na szczęście powstrzymał go odgłos kroków na schodach, a Greta uciekła do swojego pokoju, zszokowana i przerażona, modląc się, by ten incydent był jedynie pijackim wybrykiem.

Niestety, okazało się, że jest inaczej, i przez kilka następnych miesięcy starała się za wszelką cenę unikać ojczyma. Pewnej czerwcowej nocy wtargnął do jej sypialni, kiedy szykując się do snu, zdejmowała pończochy. Chwycił ją od tyłu i rzucił na materac, przyciskając dłoń do jej ust, żeby nie krzyczała. Jakimś cudem zdołała unieść kolano i gdy podniósł się, by rozpiąć spodnie, walnęła go w krocze.

 

Z okrzykiem bólu stoczył się z łóżka i pokuśtykał do drzwi, obrzucając ją wyzwiskami.

Greta, wiedząc, że nie ma innego wyjścia, spakowała walizkę, a po północy, kiedy w domu zapanowała cisza, przekradła się na dół. Przypomniała sobie, że kiedyś ojczym zaprosił ją do swojego gabinetu i nalegał, by usiadła mu na kolanach. Pełna obrzydzenia, ale nie chcąc wzbudzać jego gniewu, posłuchała. Wysunął wtedy szufladę, wyjął klucz, otworzył sejf i pokazał jej diamentowy naszyjnik, obiecując, że go dostanie, jeśli okaże się grzeczną dziewczynką. Zauważyła przy okazji, że w środku jest pełno gotówki. A więc tamtej pamiętnej nocy podeszła szybko do szuflady, wyjęła klucz, otworzyła sejf i wzięła spory zwitek pieniędzy.

Potem opuściła dom, udała się na stację w Altrincham i zaczekała na peronie, by o piątej wsiąść do pierwszego porannego pociągu do Manchesteru. Stamtąd pojechała do Londynu, gdzie poszła prosto do teatru Windmill i spytała o pracę.

*

Popatrzyła na szybko ciemniejące niebo, zastanawiając się, czy matka próbowała ją kiedykolwiek odszukać. Myślała czasem o tym, żeby do niej napisać, ale jak miałaby wyjaśnić swoje niespodziewane odejście? Nawet gdyby matka jej uwierzyła, co było wątpliwe, Greta wiedziała, że prawda złamałaby jej serce.

Poczuła głęboki smutek, zatrzymując się na jakiejś polanie i uświadamiając sobie nagle, że w tym całym zamyśleniu nie zwróciła uwagi, dokąd idzie. Stała pośród wysokich drzew, które połyskiwały w zamierającym świetle, i szukała jakiegoś punktu odniesienia, czegoś, co wskazałoby jej drogę powrotną. Wszystko jednak kryło się pod białą pokrywą śniegu.

– O Boże – szepnęła, bezradnie obracając się w miejscu i próbując się zorientować, gdzie właściwie jest.

Podniosła kołnierz, by ochronić się przed zimnem, i zaczęła się desperacko zastanawiać, w którą stronę powinna iść, gdy nagle usłyszała w pobliżu szczekanie psa. Znieruchomiała, odwróciła się i zobaczyła wielkiego czarnego psa myśliwskiego, który pędził wprost na nią. Zmartwiała ze strachu, patrzyła, jak pies, nie zwalniając, zbliża się coraz bardziej. W końcu, z ogromnym trudem, zmusiła swoje ciało do ruchu i pobiegła przed siebie ile sił w nogach.

– O Boże! O Boże! – krzyczała, słysząc ziajanie psa zaledwie kilka kroków za sobą.

Światło dnia już prawie zgasło, więc nie widziała, dokąd biegnie. Zbyt duże gumowce nie pozwalały jej utrzymać się pewnie na oblodzonym śniegu – potknęła się i upadła, uderzając głową o pień drzewa. Wszystko ogarnęła ciemność.

*

Ocknęła się, czując na twarzy gorący oddech i dotyk szorstkiego jęzora na policzku. Otworzyła oczy, spojrzała w wielkie czerwone ślepia psa i krzyknęła przeraźliwie.

– Morgan! Morgan! Do nogi!

Pies natychmiast odstąpił od Grety i podbiegł posłusznie do jakiejś wysokiej postaci, która zmierzała szybkim krokiem w jej stronę. Greta próbowała usiąść, ale zakręciło jej się w głowie. Zamknęła oczy i z jękiem osunęła się na ziemię.

– Wszystko w porządku?

Głos był męski, głęboki.

– Ja… – Greta znów otworzyła oczy i zobaczyła stojącego nad nią mężczyznę. – Nie wiem – wyszeptała, drżąc na całym ciele.

Pochylił się ku niej.

– Upadła pani? Paskudnie rozbiła sobie pani czoło. – Odsunął jej włosy, potem przyjrzał się ranie i wyjął chusteczkę, żeby otrzeć krew.

– Tak. Pies mnie ścigał. Myślałam, że chce mnie zabić!

– Morgan? Zabić panią? Bardzo wątpię. Chciał się raczej przywitać na swój hałaśliwy sposób – odparł szorstko mężczyzna. – Da pani radę iść? Trzeba jak najszybciej dotrzeć do domu. Musi się pani osuszyć, no i należy obejrzeć ranę. Jest zbyt ciemno, żeby tutaj można było ocenić sytuację.

Greta mężnie spróbowała się podnieść, ale gdy oparła się na prawej kostce, krzyknęła z bólu. Znowu opadła na ziemię, kręcąc żałośnie głową.

– No tak. Pozostaje tylko jedno. Będę musiał panią zanieść. Proszę mnie objąć za szyję. – Mężczyzna ukląkł przy niej, a ona posłusznie wykonała jego polecenie. Podniósł ją bez większego wysiłku. – Niech się pani mocno trzyma. Niedługo znajdziemy się pod dachem.

Greta przywarła twarzą do impregnowanej kurtki swego wybawcy. Tak bardzo kręciło jej się w głowie, że z trudem zachowywała przytomność. Dziesięć minut później podniosła wzrok i zobaczyła, że wyszli już z lasu i kierują się w stronę świateł dużego domu. Dotarli do wejścia z portykiem i mężczyzna pchnął barkiem wielkie dębowe drzwi.

– Mary! Mary! Gdzie jesteś, kobieto?! – zawołał, idąc przez olbrzymi hol.

Greta dostrzegła wielką choinkę przy szerokich schodach w stylu elżbietańskim. Blask świec, odbijający się w delikatnych bombkach, tańczył hipnotycznie przed jej oczami, a w powietrzu unosiła się wspaniała woń jodły. Mężczyzna zaniósł Gretę do przestronnego salonu, gdzie w ogromnym kominku płonął ogień, i ostrożnie położył ją na jednej z dwóch wielkich pluszowych kanap.

– Przepraszam, panie Owenie, wołał mnie pan? – W drzwiach ukazała się pulchna młoda kobieta w fartuchu.

– Tak! Przynieś trochę ciepłej wody, ręcznik, koc i duży kieliszek brandy.

– Oczywiście, proszę pana – powiedziała Mary i wyszła z pokoju.

Mężczyzna zdjął płaszcz i rzucił go na krzesło, po czym zaczął dokładać do ognia. Niebawem Greta poczuła, jak ogarnia ją ciepło. Obserwowała gospodarza w milczeniu, starając się zapanować nad drżeniem ciała. Nie był taki wysoki, jak się jej wydawało, gdy patrzyła na niego, leżąc tam w lesie. Jego pomarszczona, lecz przystojna, mocno ogorzała twarz była okolona gęstymi siwymi kręconymi włosami. Miał na sobie turystyczne ubranie: spodnie z moleskinu i tweedową kurtkę, pod spodem wełniany sweter. Greta oceniała, że jest po pięćdziesiątce.

– Proszę. – Służąca Mary weszła pospiesznie do pokoju z rzeczami, które kazał jej przynieść, i umieściła je na podłodze obok sofy. – Zaraz przyniosę z biblioteki brandy.

– Dziękuję, Mary. – Ukląkł przy Grecie i zanurzył róg ręcznika w wodzie. – Najpierw oczyścimy ranę, a potem Mary znajdzie dla pani coś suchego. – Dotknął ostrożnie rany na czole Grety, która się skrzywiła. – Nie jest pani kłusownikiem? Nie wygląda pani na kogoś takiego, ale w dzisiejszych czasach nigdy nie wiadomo.

– Nie.

– No cóż, może to prawda, ale i tak wtargnęła pani na teren prywatny. – Wypłukał w wodzie ubrudzony krwią ręcznik i znów przytknął go do rany.

– Nie wtargnęłam – zdołała wymamrotać. – Mieszkam na terenie tej posiadłości.

Uniósł swoje gęste kasztanowe brwi.

– Tak?

– Owszem, w Lark Cottage, chacie Davida Marchmonta. Użycza mi jej chwilowo.

Zmarszczył czoło.

– Rozumiem. Jest pani jego dziewczyną.

– Nie, nie, nic w tym rodzaju – zaprzeczyła pospiesznie.

– Tak czy owak, Laura-Jane powinna była mnie uprzedzić, że jej syn zaoferował zagubionej młodej damie schronienie w Marchmont. Jestem Owen Marchmont, stryj Davida, tak przy okazji. I właściciel tego majątku.

– Bardzo mi przykro, że o niczym pan nie wiedział.

– Nie pani wina, ale jakże to typowe – mruknął Owen. – O, jest brandy. Dziękuję, Mary. Znajdź coś suchego dla tej młodej pani i pomóż jej się przebrać. Zaraz wrócę i obejrzę jej kostkę. – Skinął Grecie głową i wyszedł z pokoju, a Mary tuż za nim.

Greta wsparła się na podłokietniku sofy. Wciąż pulsowało jej w głowie, ale nie miała już wrażenia, że lada chwila zemdleje. Rozejrzała się po tym dużym, ładnym pokoju, dostrzegając, że jego wyposażenie stanowi eklektyczny zbiór gustownych antycznych mebli. Chłód prastarej kamiennej podłogi rozpraszało kilka spłowiałych oryginalnych dywaników z francuskiego Aubusson, w dużych oknach wisiały jedwabne zasłony w śliwkowym kolorze. Sufit wspierał się na jednej potężnej belce, a dębową boazerię na ścianach gęsto pokrywały obrazy olejne.

Mary wróciła niebawem. Pomogła Grecie zdjąć przemoczone ubranie i otuliła ją grubym wełnianym szlafrokiem.