Dom orchidei

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

W niedzielę o dwunastej pięćdziesiąt osiem Alicia zgromadziła rodzinę w salonie.

– Lissy, kochanie, napij się trochę wina. – Max wetknął żonie w dłoń kieliszek i pocałował ją w policzek.

– Rose, możesz zostawić tego iPoda! – warknęła Alicia na swoją trzynastoletnią córkę, która, wyraźnie naburmuszona, rozsiadła się na sofie. – I proszę wszystkich, zachowujcie się, jak przystało. – Alicia oparła się o osłonę kominka i pociągnęła głęboki łyk wina.

Kate, śliczna jasnowłosa ośmiolatka, podbiegła do niej.

– Mamusiu, podoba ci się moje ubranie? – spytała.

Alicia dopiero teraz zauważyła jaskrawy różowy top, żółtą spódniczkę w kropki i niebieskie rajstopy. Kate wyglądała jak siedem nieszczęść, ale było już za późno, żeby ją przebrać, bo właśnie podjeżdżał pod dom samochód ojca.

– Dziadek przyjechał! – krzyknął sześcioletni James.

– Chodźmy do niego – pisnął czteroletni Fred, biegnąc do drzwi.

Alicia spojrzała na pozostałe dzieci, które natychmiast ruszyły jego śladem. Ich podniecenie sprawiło, że uśmiechnęła się pod nosem. Dzieciaki niczym rwąca rzeka wylały się przez drzwi i otoczyły samochód.

Chwilę później George Forrester został wciągnięty do salonu przez gromadę wnuków. W wieku sześćdziesięciu pięciu lat wciąż był przystojnym szczupłym mężczyzną z siwiejącą na skroniach czupryną gęstych włosów. Roztaczał wokół siebie aurę władzy i pewności siebie nabytą przez lata przemawiania do publiczności.

George był sławnym botanikiem – profesorem botaniki na Uniwersytecie Wschodniej Anglii – wykładającym często w Królewskim Stowarzyszeniu Ogrodniczym w Kew. Kiedy nie dzielił się swoją wiedzą, podróżował po świecie, poszukując nowych gatunków roślin. To właśnie wówczas – jak sam przyznawał – był najszczęśliwszy.

George często powtarzał córkom, że wszedł do szklarni Wharton Park z nadzieją, że urzecze go osławiona kolekcja orchidei, jednak zamiast tego zakochał się w młodej piękności – przyszłej żonie i matce dwóch jego córek – która opiekowała się kwiatami. Pobrali się zaledwie kilka miesięcy później.

George podszedł do Alicii.

– Witaj, skarbie. Wyglądasz pięknie jak zawsze. Jak się masz?

– W porządku. Wszystkiego najlepszego, tato – szepnęła, tuląc się do niego. – Napijesz się? W lodówce mamy szampana.

– Czemu nie. – Kiedy się uśmiechnął, wokół oczu pojawiła się siateczka drobnych zmarszczek. – Dziwne, że świętujemy fakt, iż jestem o krok bliższy grobu.

– Och, tato! – skarciła go Alicia. – Nie żartuj. Wszystkie moje koleżanki wciąż się w tobie kochają.

– Cóż, dobrze wiedzieć, choć to i tak niczego nie zmienia. Od dziś – zaczął, odwracając się do wnuków – wasz dziadek jest emerytem.

– Co to takiego emeryt? – spytał Fred.

James, dwa lata starszy i mądrzejszy, szturchnął brata w żebra.

– To ktoś stary, głupku.

– Przyniosę szampana – rzucił Max, mrugając porozumiewawczo do Alicii.

– A zatem – George usiadł obok kominka i wyciągnął przed siebie długie nogi – co słychać?

– Jesteśmy zabiegani jak zawsze – westchnęła Alicia. – A co u ciebie?

– To samo – przyznał George. – Choć jestem dość podekscytowany. W ubiegłym tygodniu zadzwonił do mnie kolega z Ameryki, który wykłada na Yale. W maju planuje wyprawę badawczą na Galapagos i chce, żebym wziął w niej udział. To jedyne miejsce, w którym nigdy nie byłem, a które zawsze chciałem zobaczyć. No wiesz, O powstawaniu gatunków Darwina i takie tam. Przy okazji poproszono mnie, żebym wygłosił w Stanach kilka wykładów, tak więc nie będzie mnie przez jakieś trzy miesiące.

– Widzę, że nawet jako emeryt nie zamierzasz zwolnić tempa – rzuciła z uśmiechem Alicia.

Fred usiadł George’owi na kolanie.

– Kupiliśmy ci naprawdę fajny prezent, dziadku. To…

– Zamknij się, Fred. To niespodzianka – warknęła pogardliwie Rose.

Chwilę później w pokoju pojawił się Max z odkorkowanym szampanem, którego rozlał do trzech kieliszków.

– W takim razie na zdrowie. – George podniósł do ust kieliszek szampana. – Za kolejne sześćdziesiąt pięć lat. Czy Julia przyjedzie? – spytał, upijając mały łyk.

– Obiecała, że wpadnie. Pewnie się trochę spóźni.

– Jak ona się czuje? – spytał George.

– Niezbyt dobrze. – Alicia pokręciła głową. – W ubiegły weekend zabrałam ją do Wharton Park, gdzie kupiłyśmy dla ciebie prezent urodzinowy. Obecny właściciel sprzedaje dom i zorganizował aukcję. Miałam wrażenie, że jest z nią… trochę lepiej, choć to i tak niewiele.

– To straszne – westchnął George. – Czuję się taki… bezradny.

– Jak my wszyscy, tato – rzuciła rozpaczliwie Alicia.

– Najpierw śmierć waszej mamy, kiedy Julia miała jedenaście lat, a teraz… – George bezsilnie wzruszył ramionami. – To takie niesprawiedliwe.

– To straszne – przyznała. – Ciężko cokolwiek zrobić czy powiedzieć. Wiesz, jak bardzo Julia przeżyła śmierć mamy. Zupełnie jakby straciła trzy osoby, które były dla niej całym światem.

– Mówiła coś o powrocie na południe Francji? – spytał George. – Myślę, że powinna wrócić do domu, zamiast całymi dniami siedzieć w tej przygnębiającej chacie.

– Nie. Może nie czuje się na siłach, żeby stawić czoło wspomnieniom. Sama bym oszalała, gdyby ten dom zrobił się nagle… – Alicia zagryzła wargi – pusty.

– Czy ty masz dziewczynę, dziadku? – Nastroje poprawiły się, gdy ośmioletnia Kate usiadła George’owi na kolanach.

– Nie, skarbie – zachichotał George. – Nie widziałem świata poza twoją babcią.

– Ja mogłabym być twoją dziewczyną, gdybyś tylko chciał – zaproponowała ochoczo. – Musisz się czuć samotny, zupełnie sam w tym wielkim domu w Norwich.

Alicia się skrzywiła. Kate miała w zwyczaju mówić to, o czym wszyscy inni tylko myśleli.

– Nie jestem samotny, kochanie. – George pieszczotliwie zmierzwił włosy dziewczynki. – Mam Seeda, mojego pieska, i wszystkie rośliny, które dotrzymują mi towarzystwa. – Mówiąc to, uściskał wnuczkę. – Ale obiecuję, że jeśli kiedykolwiek będę potrzebował dziewczyny, zadzwonię do ciebie.

Alicia zobaczyła zajeżdżający pod dom samochód Julii.

– Przyjechała, tato. Wyjdę do niej i zobaczę, jak się czuje.

– Dobrze, córeczko – zgodził się George, wyczuwając niepokój Alicii.

Alicia podeszła do drzwi i stanęła na progu. Czekając, aż Julia wysiądzie z samochodu, pomyślała, że choć od śmierci matki minęło ponad dwadzieścia lat, George nigdy nie zrobił tego, co większość mężczyzn, i nie szukał żadnego zastępstwa. Alicia pamiętała rozwódki, które – niczym sępy – krążyły wokół wciąż młodego i przystojnego George’a, jednak ojciec nigdy nie okazał żadnej z nich nawet odrobiny zainteresowania.

Niewykluczone, że od czasu do czasu w jego życiu pojawiała się jakaś kobieta. Jeśli tak było, Alicia nie miała wątpliwości, że chodziło wyłącznie o seks. Wątpiła, by od śmierci mamy ojciec zawracał sobie głowę sferą uczuciową. Najwyraźniej pogodził się z tym, że nikt nie jest w stanie zastąpić jego bratniej duszy, przyjaciółki i partnerki, z którą łączyło go zamiłowanie do roślin: jej matki Jasmine.

Być może ta pasja pozwalała mu zapełnić pustkę.

Jeśli rzeczywiście tak było, czy to samo nie powinno dotyczyć Julii?

Julia wysiadła z samochodu – miała na sobie o wiele za duży rozpinany sweter – i ruszyła ścieżką w stronę domu.

– Cześć, kochanie. Tata już jest.

– Wiem. Przepraszam za spóźnienie. Straciłam rachubę czasu – odparła przepraszająco.

– Już dobrze, wejdź. – Alicia spojrzała na prostokątną paczkę w ręku Julii. – Zdążyłaś oprawić obrazki?

– Tak.

– Julia! – zawołał ciepło Max i podszedł do niej. – Cudownie cię widzieć. – Uśmiechnął się i otoczył ramieniem przeraźliwie chude ramiona szwagierki. – Pozwól, że się tym zajmę – rzucił, wskazując prezent.

– Dzięki.

– Cześć, tato. Wszystkiego najlepszego. – Mówiąc to, pochyliła się, żeby go pocałować.

– Dziękuję, że przyszłaś, kochanie. – George uścisnął jej rękę.

– Skoro jesteśmy w komplecie, może otworzymy prezenty – zaproponowała Alicia.

– Mogę pomóc dziadkowi? – spytał dobiegający spod niskiego stolika piskliwy głosik.

– Myślę, że dziadek da sobie radę sam. – Max upomniał najmłodszego syna, podnosząc donicę i podając ją George’owi. – To od Howardów. Wygląda mi na ogromny kufel – zachichotał, wskazując na dwa wybrzuszenia, pod którymi znajdowały się uchwyty.

George zaczął zdejmować papier. Pomagała mu para małych rączek, które jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wyłoniły się spod stolika.

– To bardzo duża doniczka, dziadku – oznajmił Fred, kiedy ostatnie kawałki papieru opadły na podłogę. – Podoba ci się?

George się uśmiechnął.

– Jest piękna. Dziękuję tobie, Alicii i dzieciakom. – Chwilę później spojrzał na córkę. – Mówiłaś, że kupiłaś ją w Wharton Park?

– Tak. – Alicia zerknęła na Julię. – Zamierzasz dać tacie swój prezent?

– Oczywiście. – Julia wskazała paczuszkę, którą położyła na stoliku do kawy. – Nie otworzysz?

Wyczekująco patrzyła, jak George rozrywa papier. Ramiarz, do którego zaniosła obrazki, wykonał kawał dobrej roboty. Użył płowego passe-partout i doradził Julii, by wybrała proste drewniane czarne ramki.

– No, no, no… – rzucił w zamyśleniu, oglądając kolejne obrazki. – One też pochodzą z Wharton Park? – spytał w końcu.

– Tak.

Przez chwilę siedział w milczeniu, jak gdyby próbował rozgryźć coś, co nie dawało mu spokoju. Oczy wszystkich skierowane były na niego.

– Nie podobają ci się? – Alicia jako pierwsza postanowiła przerwać milczenie.

George podniósł wzrok, jednak nie spojrzał na nią, tylko na Julię.

– Julio, ja… Są piękne. Tym bardziej że… – Uśmiechnął się i ukradkiem otarł łzę. – Jestem pewien, że zostały namalowane przez waszą mamę.

*

Lunch upłynął na rozmowach o tym, w jaki sposób obrazki Jasmine znalazły się na wyprzedaży w Wharton Park.

 

– Jesteś pewien, że mama je namalowała? – spytała Alicia.

– Kochanie – rzucił George, wkładając do ust kawałek wyśmienitej pieczeni wołowej, którą przygotowała jego starsza córka – jestem o tym przekonany. Kiedy pierwszy raz ujrzałem waszą mamę, siedziała skulona w kącie szklarni ze szkicownikiem i akwarelami. Później, w trakcie naszych wspólnych podróży, kiedy natknęliśmy się na jakiś wyjątkowy okaz, ja robiłem notatki, a ona go malowała. Zawsze rozpoznam jej styl. Kiedy wrócę do domu, obejrzę je jeszcze raz i porównam z innymi obrazkami. Julio – spojrzał na córkę i uśmiechnął się – nie mogłaś mi sprawić piękniejszego prezentu.

*

Po kawie, którą wypili w salonie, Julia wstała od stołu.

– Muszę lecieć, tato.

George podniósł wzrok.

– Tak szybko?

– Niestety. – Pokiwała głową.

Ojciec ujął ją za rękę.

– Wpadnij do mnie. Chciałbym się z tobą spotkać i porozmawiać.

– Dobrze – rzuciła, ale oboje wiedzieli, że tego nie zrobi.

– Dziękuję za obrazki, skarbie. Nie wiesz nawet, jak wiele dla mnie znaczą – dodał.

– Myślę, że powinniśmy podziękować przypadkowi, bo nie miałam pojęcia, że to dzieło mamy – przyznała Julia. – Cześć, dzieciaki. Do zobaczenia – rzuciła, machając na pożegnanie.

– Cześć, ciociu Julio – odpowiedziała chórem cała czwórka.

Kiedy wychodziła, Alicia chwyciła ją za rękę.

– Kawa w przyszłym tygodniu? – zaproponowała.

– Zadzwonię do ciebie. I dziękuję za lunch. – Julia pocałowała siostrę w policzek. – Cześć.

Alicia zamknęła za nią drzwi i westchnęła. Nagle czyjeś silne ramiona oplotły ją w pasie, nie pozwalając się ruszyć.

– Wiem, Lissy. Wciąż jest w kiepskim stanie – szepnął Max.

– Tak – zgodziła się Alicia. – Ale nie pomaga sobie, siedząc całymi dniami w tym strasznym domu. Minęło już siedem miesięcy.

– Nie możesz jej do niczego zmusić – westchnął Max. – Przynajmniej dziś trochę się rozerwała. George zostaje na herbatce, a ja pozmywam naczynia. Idź i odpocznij, kochanie. Porozmawiaj z ojcem.

Alicia wróciła do salonu i z zadowoleniem patrzyła, jak jej ojciec i dwaj synowie próbują ułożyć puzzle. Rose wymknęła się na górę do swojego pokoju, a Kate pomagała Maxowi w kuchni. Spoglądając w ogień, pomyślała o Julii i obrazkach orchidei, które kupiła w Wharton Park.

Kiedy ich matka zmarła bardzo młodo z powodu raka jajników, Alicia – czternastolatka z zadatkami na opiekunkę i wychowawczynię – robiła, co mogła, by matkować młodszej siostrze. George często wyjeżdżał – prowadził serie wykładów lub jeździł po świecie w poszukiwaniu rzadkich okazów roślin – i zdaniem Alicii spędzał w domu tak mało czasu, jak było to możliwe. Rozumiała jednak, że w ten sposób radzi sobie po śmierci żony, dlatego nigdy nie narzekała na jego nieobecność.

Po odejściu Jasmine Julia zamknęła się w sobie. Alicia widziała ból po stracie matki wypisany na jej twarzy. Niezależnie od tego, jak bardzo starała się pomóc siostrze i pocieszyć ją, Julia miała jej za złe podyktowaną najlepszymi intencjami opiekuńczość. Jako nastolatka nie miała zamiaru opowiadać Alicii o szkole, przyjaciołach i chłopakach. Odgrodziła się od świata wysokim murem i poświęcała cały wolny czas na doskonalenie techniki gry na fortepianie.

Doszło do tego, że Alicia zaczęła widzieć w instrumencie rywala w walce o uczucia siostry. Poczucie odpowiedzialności i chęć zaopiekowania się Julią – była to ostatnia rzecz, o jaką poprosiła ją umierająca matka – zepchnęła na boczny tor jej własne potrzeby. W wieku osiemnastu lat Alicia zdała na wydział psychologii na Uniwersytecie Durham, ale Julia wciąż chodziła do szkoły. I choć zatrudniali gosposię, która zajmowała się domem i zostawała na noc, gdy George był w podróży, Alicia czuła, że nie może zostawić siostry samej. Zamiast na Durham poszła na Uniwersytet Norwich, a gdy Julia dostała się do Royal College of Music i wyjechała do Londynu, poznała Maxa.

Jej nienormalne, często samotne dzieciństwo sprawiło, że Alicia zaczęła marzyć o mężu, dużej rodzinie i wygodnym przytulnym domu. W przeciwieństwie do siostry, która odziedziczyła po ojcu zamiłowanie do podróży, Alicia pragnęła bezpieczeństwa i miłości. Wkrótce Max oświadczył się jej i pół roku później byli już małżeństwem. Niecały rok po ślubie zaszła w ciążę i od tej pory robiła, co mogła, by dać swoim dzieciom wszystko to, czego tak bardzo brakowało jej w okresie, gdy kształtowała się jej własna osobowość.

Jeśli przeszłość ograniczyła jej horyzonty, Alicia pogodziła się z tym. Znacznie trudniej było jej się pogodzić z niechęcią ze strony siostry. Kiedy kariera Julii zaczęła nabierać tempa i jej siostra stała się sławna w świecie muzyki klasycznej, ich kontakty ograniczyły się do minimum. Siedem miesięcy temu Julia znów potrzebowała jej pomocy i Alicia rzuciła wszystko, by sprowadzić ją z powrotem do Norfolku i próbować pocieszyć. Wciąż jednak wyczuwało się między nimi pewne napięcie i dystans.

Podobnie jak dwadzieścia lat temu Alicia nie miała pojęcia, w jaki sposób dotrzeć do siostry.

– Mamusiu, piekę baśniowe ciasteczka do herbaty. Gdzie jest blacha, na której mogę je położyć?

Alicia podniosła wzrok i zobaczyła Kate, która patrząc na nią wyczekująco, stała w drzwiach do salonu. Głos córki wyrwał ją z zamyślenia i kazał jej wstać.

– Już idę, kochanie. Już idę.

4

Kiedy Julia obudziła się następnego dnia rano, leżała w łóżku, czekając, aż mroczne myśli, jak co dzień, wypełnią jej umysł. Czekała na uczucie bezsilności, które podstępem pożre kilka pierwszych sekund poranka, gdy była jeszcze zbyt zaspana, by cokolwiek pamiętać.

Jednak nic takiego się nie stało.

Zamiast więc przewracać się na łóżku i zakrywać uszy dłońmi w nadziei, że przestanie słyszeć własne ponure myśli, postanowiła wstać.

Podeszła do okna sypialni i rozsunęła zasłony.

Wspaniały widok sprawił, że ten tradycyjny dom, z dwoma pokojami na dole i dwoma na górze, cieszył się niebywałą popularnością wśród turystów. Przycupnięty na wysokim, trawiastym pagórku, zaledwie kilka kroków od głównej ulicy Blakeney, stanowił część wioski, choć od miejscowego gwaru dzieliły go rozległe, otwarte przestrzenie.

Był rześki styczniowy poranek, a promienie słońca tańczyły na oszronionym wzgórzu. W dole widać było port Blakeney, za którym rozciągało się morze. Julia uchyliła okno i odetchnęła chłodnym, orzeźwiającym powietrzem. W taki dzień, pomyślała, można uwierzyć, że kiedyś jeszcze nadejdzie wiosna.

Zamknęła okno, zadrżała pod cienkim podkoszulkiem, zarzuciła na ramiona rozpinany sweter i zeszła na dół napić się herbaty.

W porze lunchu nie miała już wątpliwości, że coś się zmieniło.

Próbowała sobie przypomnieć, co robiła w tej chacie przez ostatnie kilka miesięcy, jednak w głowie miała pustkę, jak gdyby wszystkie wspomnienia nagle uleciały. Czas wlókł się niemiłosiernie; wkrótce poczuła się niespokojna, a nawet znudzona. Szukała w głowie ścieżki, która zaprowadziłaby ją z powrotem do pocieszającego odrętwienia, ale umysł uparcie odmawiał współpracy.

Mając uczucie klaustrofobii, Julia poczuła nagłą potrzebę wyjścia z domu. Włożyła więc kurtkę, szalik i kalosze, otworzyła drzwi i schodząc w dół trawiastego zbocza, ruszyła w stronę morza.

Port był wyludniony. Niewielkie łódki czekające przy brzegu na nadejście wiosny wydawały się niespokojne; ich takielunek pobrzękiwał leniwie, jakby chciał przypomnieć właścicielom, że najwyższy czas pojawić się na nabrzeżu. Julia minęła port i szła dalej wąskim długim cyplem do miejsca, gdzie foki wygrzewały się na słońcu ku uciesze turystów, którzy podpływali łódkami, żeby na nie popatrzeć.

Chłodny wiatr kąsał jej twarz, postawiła więc kołnierz, by ochronić się przed zimnem. Szła przed siebie, rozkoszując się tym, że jest zupełnie sama na zalanym z obu stron wodą wąskim pasie ziemi – jak gdyby znalazła drogę ucieczki od świata.

W końcu zatrzymała się, odwróciła i zeszła z cypla w kierunku wody, która falowała niespokojnie zaledwie kilka kroków od jej stóp. W tym miejscu była głęboka. Wystarczająco głęboka i zimna, by można się było w niej utopić; zwłaszcza że silne podwodne prądy z łatwością porwałyby ją z daleka od brzegu. Rozejrzała się na boki, jak gdyby chciała mieć pewność, że dookoła nie ma żywej duszy.

Gdyby rzuciła się do wody, nikt nie przyszedłby jej z pomocą…

…i w końcu przestałaby cierpieć.

W najgorszym wypadku zasnęłaby na wieki. W najlepszym – znowu byliby razem.

Julia niepewnie zamachała stopą nad krawędzią wody.

Mogła to zrobić teraz…

Teraz…

Co ją powstrzymywało?

Spojrzała w dół na szare wody, ponaglając i zachęcając się do skoku, ale…

Nie mogła tego zrobić.

Zerknęła bezsilnie na białe zimowe słońce, odrzuciła do tyłu głowę i wydała z siebie niemal zwierzęcy wrzask.

DLAAACZEEEGOOO!!!?

Osunęła się na kolana pośród topniejącego śniegu i wyjąc z rozpaczy, zaczęła okładać gołymi pięściami zmarzniętą ziemię.

– Dlaczego oni?! Dlaczego oni?! – powtarzała raz za razem, aż w końcu zmęczona, uspokoiła się i zaczęła szlochać.

Leżała na ziemi z rozrzuconymi rękami, a jej łzy mieszały się z wilgocią traw. Łzy, które powstrzymywała przez siedem długich miesięcy, wartkimi strumieniami toczyły się po jej policzkach.

W końcu nie miała już siły płakać i leżała na ziemi: nieruchoma, cicha i pusta. Chwilę później uklękła jak do modlitwy i przemówiła do nich.

– Muszę… żyć! Nie wiem jak, ale muszę żyć bez was… – zakwiliła. Rozłożyła ręce i wyciągnęła je do nieba. – Pomóżcie mi, proszę, pomóżcie mi… – Przygarbiła się, ukryła twarz w dłoniach i oparła je na kolanach.

Jedyne, co słyszała, to rytmiczny plusk otaczającej ją wody. Skupiła się na nim i odkryła, że uspokaja ją. Czuła na plecach wątłe ciepło zimowego słońca i powoli ogarniał ją wewnętrzny spokój.

Nie miała pojęcia, ile czasu minęło, zanim w końcu dźwignęła się z ziemi. Przemoczona, z nogami jak z waty i dłońmi skostniałymi z zimna powlokła się z powrotem do domu.

Dotarła do chaty, drżąc z wysiłku, wciąż zamroczona nagłym uwolnieniem emocji. Naciskała klamkę, by otworzyć drzwi, kiedy usłyszała, jak ktoś woła ją po imieniu.

– Julia!

Spojrzała w dół i zobaczyła Kita Crawforda, który wąską dróżką piął się w górę zbocza.

– Cześć – rzucił, stając obok niej. – Wpadłem się z tobą zobaczyć, ale nie było cię w domu. W skrzynce na listy zostawiłem wiadomość.

– Och! – rzuciła zdezorientowana i nieprzygotowana na rozmowę z żywym człowiekiem.

Kit popatrzył na nią uważnie.

– Jesteś przemoczona. Na Boga, coś ty robiła? – Spojrzał w niebo, jakby spodziewał się, że znajdzie tam odpowiedź. – Przecież nie padało, prawda?

– Nie. – Julia otworzyła drzwi, depcząc złożony starannie kawałek papieru, który Kit wrzucił przez otwór na listy. Natychmiast pochyliła się, by go podnieść.

– Zostawiłem swój numer telefonu. Ale skoro przyszłaś, może porozmawiamy?

Julia nie wydawała się zachwycona tym pomysłem. I nie starała się tego ukryć. Jakby tego było mało, zaczynała szczękać zębami.

– Chyba muszę wziąć kąpiel – odparła z nadzieją, że to wystarczy, by go zniechęcić.

Tymczasem Kit zdawał się nie rozumieć aluzji i wszedł za nią do domu.

– Tak, twoje cenne palce są dosłownie niebieskie. Nie możemy przecież pozwolić, by najwybitniejsza brytyjska pianistka młodego pokolenia nabawiła się odmrożeń. – Zamknął za sobą drzwi i zadygotał. – A niech mnie, ale tu zimno. Posłuchaj, idź na górę i weź ciepłą kąpiel, a ja napalę w kominku i zaparzę kawę.

Julia odwróciła się i spojrzała na niego.

– To może trochę potrwać. Muszę się dobrze wymoczyć.

– Nie spieszy mi się – odparł uprzejmie. – No idź już.

*

Julia leżała w kąpieli, próbując rozgrzać zarówno skostniałe stopy, jak i myśli, i zastanawiając się nad wizytą Kita. Nie była przyzwyczajona do tego, że niespodziewani goście tak po prostu pojawiali się na progu jej domu, i nie była pewna, czy jej się to podoba.

A jednak… rozmyślając nad brzegiem morza, zrozumiała, że nie może dłużej tkwić w tym samym miejscu i że musi postąpić tak, jak wszyscy jej radzili. Musi żyć dalej.

Nie potrafiła umrzeć.

Wybrała życie.

Włożyła dżinsy, stary wełniany sweter i zeszła na dół. Kit siedział na sofie; na jego kolanach leżała niewielka paczuszka. Płonący w kominku ogień trzaskał radośnie, przypominając jej, że bez względu na to, jak bardzo się starała, nie potrafiła tak rozpalić.

– Jak właściwie mnie znalazłeś? – spytała, stając przy kominku.

– Dzięki Belli, mojej siostrze – wyjaśnił Kit. – Ona zna wszystkich. To znaczy, stara się znać wszystkich w okolicy, a jeśli kogoś nie zna, to zna kogoś, kto na pewno go zna. W tym konkretnym przypadku tym kimś jest twoja siostra Alicia. Dzwoniłem do ciebie, ale chyba w ogóle nie włączasz komórki.

 

Julia pomyślała zawstydzona o siedmiu wiadomościach, których nie odsłuchała, kiedy ostatni raz ładowała komórkę.

– Mamy tu kiepski zasięg.

– Nie szkodzi. Po pierwsze, chciałem cię przeprosić za tamten dzień.

– To znaczy?

Kit spojrzał na swoje dłonie.

– Nie miałem o niczym pojęcia. Tak jak mówiłem, wiele lat spędziłem za granicą. Wróciłem do Anglii zaledwie kilka miesięcy temu.

– Kto ci powiedział?

– Bella, a któż by inny? Najwyraźniej pisano o tym we wszystkich lokalnych gazetach. To z nich się dowiedziała. Pewnie większość informacji wyssali z palca, jak to zwykle bywa w takich przypadkach.

– Ja… ja nie wiem. – Julia westchnęła. – Jak się domyślasz, nie czytałam gazet.

– To oczywiste. – Kit wydawał się skrępowany. – Przepraszam, Julio. To musiało być… to musi być straszne.

– Tak. – Szybko zmieniła temat. – W jakiej sprawie chciałeś się ze mną zobaczyć?

Twarz Kita pojaśniała.

– Znalazłem coś, co może zainteresować ciebie i twoją rodzinę.

– Naprawdę?

– Tak. Pamiętasz, jak mówiłem, że remontuję czworaki?

Julia pokiwała głową.

– Okazuje się, że mój nowy dom to stary dom twoich dziadków. Kiedy hydraulicy zrywali podłogi, znaleźli to. – Wskazał paczkę, która wciąż leżała na jego kolanach.

– Co to?

Julia patrzyła, jak Kit rozwija papier i ostrożnie wyjmuje oprawioną w skórę małą książkę.

– To pamiętnik – powiedział, machając znaleziskiem. – Zaczyna się w tysiąc dziewięćset czterdziestym pierwszym roku. Przejrzałem go pobieżnie. To wspomnienia jeńca wojennego z więzienia Changi.

Julia zmarszczyła brwi.

– To w Singapurze, prawda?

– Tak – odparł Kit. – Wielu angielskich żołnierzy, którzy walczyli wówczas na Malajach, trafiało do japońskich więzień. Czy twój dziadek był jeńcem wojennym?

– Dziadek Bill opowiadał często o Wschodzie, ale zwykle były to historie o rosnących tam pięknych kwiatach. – Julia się uśmiechnęła. – Nigdy nie wspominał o Changi.

– Nie sądzę, żeby chciał opowiadać o tym dzieciom, ale przypuszczam, że to jego pamiętnik – uznał Kit. – Poza tym mało prawdopodobne, żeby należał do kogoś innego, skoro twój dziadek całe życie mieszkał w tym domu.

– Mogę? – Julia wyciągnęła rękę i wzięła pamiętnik z dłoni Kita. Przewróciła pierwszą kartkę i zauważyła, że skórzana okładka skutecznie chroniła cienki papier. Pismo było staranne i czytelne. Czyjaś wprawna ręka napisała te słowa czarnym atramentem.

– To pismo twojego dziadka? – spytał Kit.

– Prawdę mówiąc, nie pamiętam, żebym kiedykolwiek widziała jego pismo. Zwykle moja mama zapisywała jego spostrzeżenia na temat orchidei, które hodował w szklarniach – odparła. – Może mój tata rozpozna jego pismo. Albo babcia. Ma ponad osiemdziesiąt lat, ale podobno wciąż jest w doskonałej formie. Zastanawia mnie tylko… jeśli to rzeczywiście jego pamiętnik – rozmyślała na głos – dlaczego go ukrył?

– Z tego, co czytałem o jeńcach wojennych, którzy trafili w ręce Japończyków, wiem, że przechodzili w obozach prawdziwe piekło. Może twój dziadek ukrył pamiętnik, żeby nie martwić babci. Chętnie bym go pożyczył, kiedy twoja rodzina go przeczyta. Relacje z pierwszej ręki są zawsze fascynujące.

– Tak, chyba tak – przyznała Julia. Miała wyrzuty sumienia, że tak niewiele wie o przeszłości dziadka Billa.

Kit wstał.

– Poza tym… chciałem prosić cię o przysługę. – Podszedł do stojącego przy kominku niskiego regału i wyciągnął książkę. – Myślę, że należy do mnie.

Trzymał w dłoni Dziecięcą księgę cudów, którą Julia kupiła za funta na wyprzedaży w Wharton Park.

– Nie może być twoja! Pochodzi z tysiąc dziewięćset dwudziestego szóstego roku.

– Zadziwiające, jak wiele mogą zdziałać operacje plastyczne – odparł z uśmiechem Kit. – Ale poważnie: należała do mojego dziadka. Myślę więc, że to uczciwa wymiana.

– Oczywiście.

– Dzięki. Posłuchaj, Julio. – Nagle wydał się jej zakłopotany. – Jestem głodny jak wilk i zastanawiałem się, czy nie moglibyśmy gdzieś wyskoczyć i… – W tej samej chwili odezwała się komórka. – Przepraszam, muszę odebrać. – Przyłożył telefon do ucha. – Halo? Cześć, Annie… – Słuchał przez chwilę, aż w końcu pokręcił głową. – Nie słyszę cię. Jest tu kiepski zasięg. Co? Niedobrze, nic nie słyszę. Rozłączę się i spotkamy się na miejscu. Dzięki, cześć.

– Przepraszam, Julio, muszę iść. – Wstał i ruszył w kierunku drzwi. Nagle zatrzymał się i spojrzał na nią. – Daj mi znać, co z pamiętnikiem, dobrze?

– Jasne i dziękuję, że specjalnie przyjechałeś, żeby go przywieźć.

– Żaden kłopot. A tak przy okazji, sprawdziłem szklarnie. Wciąż tam stoją, choć patrząc na ogród, Bóg jeden wie, w jakim są stanie. Zresztą sama zobacz. Wpadnij do Wharton Park, zanim majątek trafi w ręce nowego właściciela. Do widzenia, Julio. – Uśmiechnął się i zamknął drzwi.