SiostraTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

10.

Teraz

Bolą mnie mięśnie. Leżę na brzegu materaca, kiwam się na krawędzi jak linoskoczek. Dan ciągle śpi – na plecach, z otwartymi ustami i czołem gładkim jak otoczak. Sen wygładza zmarszczki, które pojawiają się między jego brwiami, kiedy się budzi. Między nami zimna biała przestrzeń prześcieradła – przestwór, którego nadal nie potrafię pokonać bez względu na to, jak bardzo bym chciała. Już sama nie wiem, co Dan do mnie czuje. Przyglądam się, jak wraz z oddechem rytmicznie opada i podnosi się jego pierś. Chciałabym położyć na niej głowę. Poczuć na policzku łaskotanie ciemnych włosków, posłuchać bicia serca.

Żal przygniata, izoluje, osamotnia. Oboje straciliśmy Charlie, ale Dan nie wie, co naprawdę czuję, bo i skąd miałby wiedzieć? Wstrząs był tak silny, że z początku zaniemówiłam, nie byłam w stanie wykonywać nawet najprostszych czynności, posługiwać się urządzeniami, z których korzystałam tysiące razy. Przypalałam grzanki, nosiłam niewyprasowane ubrania. Straciłam zdolność komunikacji. Słowa grzęzły mi w ustach. Połykałam je, po czym ścierały się z masą kłębiących się we mnie emocji. Jak mogłam wytłumaczyć Danowi, jak się czuję, skoro nie potrafiłam tego określić? Dan zaczął zostawać w pracy coraz dłużej, nierzadko wracał do domu dopiero około północy. Schody trzeszczały pod jego ciężarem. Mrużyłam oczy i leżałam cicho i nieruchomo, kiedy siłował się z ubraniem. Potem opadał na łóżko obok mnie, tak intensywnie zionąc alkoholem, że miałam wrażenie, jakbym sama była pijana.

Ostatnio to się zmieniło. Częściej bywa w domu, ja zaś wróciłam do pracy. Spotykam się z ludźmi, tak jakbym była jedną z nich i jakby konstrukcja mojego świata się nie zmieniła.

Wiatr napiera na szyby, aż brzęczą. Furtka do ogrodu otwiera się z piskiem i zamyka z trzaskiem. Siadam na łóżku i sięgam po kapcie. Coś mi strzela w karku. Wsuwam stopy w sztuczne futerko, wkładam szlafrok, schodzę na dół i otwieram drzwi wejściowe. Jabłonka stoi pochylona jak staruszek, który idzie, opierając się wiatrowi. Ostrożnie stawiam stopy na oszronionej ścieżce, podchodzę do furtki i zamykam ją na zasuwkę, choć wiem, że to i tak na nic.

Idę do kuchni, włączam stary jak świat piecyk, który bulgocze, sapie i wreszcie ożywa, i wyjmuję boczek z lodówki. Kiedyś na zmianę robiliśmy sobie śniadania do łóżka w niedzielne poranki. Nie pamiętam już, kiedy przestaliśmy – przed śmiercią Charlie czy po niej. Kroję grube kromki białego chleba, obtaczam je w maśle i brązowym sosie. Boczek skwierczy, a Łapcia ociera się o moje nogi i mruczeniem daje znać, że też lubi mięsko. Okrajam plastry z tłuszczu: połowa dla niej, połowa dla ptaków.

– Dzień dobry. – Stawiam tacę w nogach łóżka.

Kubki obijają się o siebie i trochę herbaty wylewa się na talerze.

Dan siada, podkłada poduszkę pod plecy i strąca na podłogę gazety i opakowania po żelkach owocowych. Podaję mu śniadanie.

– Dzięki. Późno wczoraj wróciłaś. Jak poszło z Lexie?

Wgryza się w kanapkę. Tłuszcz płynie mu po brodzie. Wyciera się wierzchem dłoni.

– Wynajęła pokój Charlie. Pomogłam jej posprzątać i napiłyśmy się wina. Opowiedziała mi o Paulu.

– Paulu?

– Tacie Charlie.

– O kurwa! Nie sądziłem, że coś powie. Prawdę mówiąc, myślałem, że sama nie wie, kto zrobił Charlie. Wiesz, jaka z niej zdzira.

– Nie zawsze taka była. Paul był jej pierwszym, naprawdę go kochała.

– Zakochana Lexie. Kto by pomyślał? No i co się stało?

Przecieram oczy.

– Nie jestem pewna. Lexie mówiła, że on nie wiedział, że była w ciąży, ale potem zmieniła wersję i stwierdziła, że uciekł, kiedy mu powiedziała. Coś kręci. No, ale teraz przynajmniej możemy go odnaleźć, prawda?

– Czy na pewno tego chcesz?

– Tak. Nie wiemy, dokąd wyjechała Charlie, kiedy zniknęła. Jeśli spotkała się z nim, być może dowiemy się od niego, co takiego strasznego zrobiła.

– Wiesz, to loteria. Być może nigdy go nie odnajdziesz. Albo nie spodoba ci się to, co od niego usłyszysz. – Dan przeżuwa kanapkę.

– Nie przekonam się, jeśli nie spróbuję. Dan, proszę.

Odnajdę Paula Lawsona tak czy owak, ale z pomocą Dana będzie mi łatwiej.

– Grace, myślę, że miałaś ostatnio dość zmartwień. Nie chcę, żebyś zadręczała się kolejną rzeczą.

– Wobec tego mi pomóż. Chcę zrobić kolejny krok, naprawdę. Chcę, żeby było jak dawniej, o ile to możliwe. Chcę, żeby „ty i ja” znów oznaczało „my”.

Dan kończy jeść kanapkę i wyciera palce o kołdrę. Cząsteczki tłuszczu wnikają w białą bawełnę. Sięgam po kubek i biorę łyk herbaty, żeby nie stracić panowania nad sobą. Dan bierze mnie za rękę i splata swoje palce z moimi.

– Ja też. Okej, pomogę ci. Gdzie on mieszka?

Wzdycham. Naraz zadanie, które mnie czeka, wydaje mi się ponad siły.

– Nie wiem.

– No… to jak się z nim skontaktujemy?

– Nazywa się Paul Lawson i jest wokalistą folkowym. Pomyślałam, że mógłbyś spróbować namierzyć go w sieci.

– Bo jestem geniuszem?

– Bo szarpnęliśmy się na MacBooka, który tańczy i śpiewa i który, jak twierdziłeś, jest wart swojej skandalicznie wysokiej ceny, ponieważ potrafi wszystko.

– Wszystko za wyjątkiem cudów. Chodźmy na dół, spróbuję wygooglować tego Lawsona.

***

Laptop leży na kolanach Dana. Ten naciska przycisk i maszyna ożywa, a ekran się rozjaśnia. Pochyla się nad klawiaturą. Siedzę blisko niego, nasze uda się stykają. Od wielu miesięcy nie mieliśmy ze sobą tak bliskiego kontaktu fizycznego. Podaję mu zdjęcie, które wczoraj wieczorem zabrałam od Lexie. Mam nadzieję, że ta nie zauważy jego zniknięcia.

Dan przebiera palcami po klawiaturze.

– Paul Lawson, mówisz. Wokalista folkowy.

– Tak.

– Znajduje mi oddzielnie „Paula Lawsona” i „wokalistę folkowego”, ale nie ma wyników, w których byłyby oba te hasła.

– Przejrzyjmy je i tak.

Dan wybucha śmiechem.

– Chyba nie do końca rozumiesz, jak działa internet. Wyników jest czterdzieści milionów. Powodzenia, jeśli chcesz przeglądać wszystkie.

Biorę od niego laptop i oglądam każdą stronę po kolei. Coraz bardziej bolą mnie ramiona, aż w końcu muszę wstać, spleść dłonie na plecach i się przeciągnąć.

– Spróbujmy na stronach organizacji, które zajmują się poszukiwaniem zaginionych osób.

Popołudnie schodzi nam na lekturze kolejnych stron: Armii Zbawienia, Missing Persons; wygląda na to, że każdy kogoś szuka. Czytam opowieści o dzieciach, które uciekły z domu, o mężach, którzy wyszli do sklepu i nie wrócili, o matkach, które po prostu zniknęły.

Kanapka z boczkiem, która tak bardzo smakowała mi na śniadanie, teraz ciąży w żołądku. Jej tłuste macki penetrują całe moje ciało.

– Okej. – Dan drapie się po nosie. – Nikt nam nie pomoże znaleźć Paula, ponieważ nie jesteśmy z nim spokrewnieni. Mogliby jednak pomóc Lexie, gdyby znali okoliczności. Jeśli istnieje szansa, że…

– Nie.

– W takim razie zostają nam tylko media społecznościowe.

– Przecież już tam byliśmy.

– Tylko je przeszukaliśmy. Moglibyśmy zadać pytanie w jakiejś grupie. Tych związanych z muzyką jest całe mnóstwo. Ktoś musi go znać.

Powiew optymizmu. Kiwam głową.

– Skocz po chińskie menu, kobieto, a ja poczaruję. – Porusza palcami jak czarny charakter z kreskówki, który obmyśla nikczemny plan. Idę znaleźć ulotkę z chińskiej knajpy, żeby wybrać, co zjemy – choć i tak zawsze decydujemy się na chow mein szefa kuchni i smażony ryż z jajkiem.

***

Na ławie stoją resztki naszego chińskiego posiłku. Opakowania, które opróżniłam zaledwie w połowie, włożyłam do tych opróżnionych przez Dana w całości. Łapcia bawi się kluską zwisającą z talerza. Kluska dynda, więc Łapcia strzela oczami to w lewo, to w prawo, jak widz na meczu w Wimbledonie.

– Wrzucimy zdjęcie, które wzięłaś od Lexie. Jak chcesz je podpisać?

Chrupię chipsy krewetkowe.

– Może: „Nazywasz się Paul Lawson? Znasz Paula Lawsona? Jeśli tak, prosimy o kontakt w pilnej sprawie. Mamy ważne informacje”?

– No nie wiem. To brzmi, jakby dostał spadek. Nie chcemy, żeby zaczął się pod niego podszywać każdy świr.

– Dobrze. Więc może tak: „Szukamy Paula Lawsona w pilnej sprawie. Nie chodzi o pieniądze! Jeśli go znasz, skontaktuj się z nami”.

– A teraz to brzmi, jakby zrobił coś podejrzanego. Ja bym nie odpowiedział na takie ogłoszenie.

– Bo jesteś za bardzo podejrzliwy.

– Muszę być, skoro ty jesteś taka ufna.

– Spróbujmy: „Jestem starym znajomym Paula Lawsona z branży muzycznej i chętnie bym się dowiedział, czy nadal wyczynia cuda na gitarze. Znacie go?”.

– Lepiej. Przyjazne. Powinno wzbudzić zainteresowanie. Założę konto mailowe specjalnie pod to ogłoszenie, coś z muzyką w nazwie, ale bez imienia i nazwiska.

Opieram się o podłokietnik i patrzę, jak blask ekranu rozświetla twarz Dana. Jest całkowicie pochłonięty zadaniem, mój komputerowiec. Dawno nie czułam się tak zadowolona.

– Gotowe. – Dan pokazuje mi, co stworzył, po czym zamyka klapę laptopa i wsuwa go pod ławę.

Sięgam po kieliszek wina. Zmniejsza się dystans między nami. Ciekawe, czy Dan też to czuje. Biorę głęboki oddech i już mam zaproponować, żebyśmy dziś wcześniej się położyli, kiedy nagle wibruje jego telefon. Dan wyjmuje aparat z kieszeni, zerka na wyświetlacz i marszczy czoło.

– Że też robota nie może mnie zostawić w spokoju nawet w niedzielę.

– Wyłącz go.

– Nie mogę. Ekspertyza wykazała jakiś problem z domem przy Easton Road, który próbuję sprzedać. Kupujący chcą się wycofać. Muszę zadzwonić. Skoczę po wino i pogadam z nimi po drodze do sklepu.

 

– Mamy jeszcze jedną czwartą butelki. W końcu jutro trzeba do pracy…

Ale Dan już mnie nie słyszy. Wychodzi z telefonem przy uchu.

Bez niego w domu jest ciszej. I bardziej pusto. Po chwili podchodzę do okna i rozsuwam zasłony. Żadnych tajemniczych postaci ani aut. Mimo to mam nadzieję, że Dan zamknął drzwi na klucz. Idę sprawdzić. Wyciągam rękę do klamki i nagle słyszę jakiś dźwięk. Zastygam. Szuranie na ganku. Czyjeś kroki? Przykładam ucho do drzwi i wydaje mi się, że słyszę czyjś oddech, ale wiem, że to niemożliwe, bo zagłuszyłoby go moje walące serce. Brzęk! Coś się przewróciło – chyba stojak na parasole – albo zostało przewrócone. Mówię sobie, że to tylko lis, ale lis nie powiedziałby: „Cholera”. Słowo padło szeptem, więc nie wiem, czy chodzi o mężczyznę, czy o kobietę.

– Kto tam? – Głos mi się łamie, boję się ruszyć, ale wysiłkiem woli wyciągam rękę i włączam światło na zewnątrz.

Przyciskam ucho do drzwi. Cisza. Wyobrażam sobie, że osoba po drugiej stronie robi to samo co ja. Że przez szczelinę na listy wsuwa się dłoń i mnie chwyta. Że pięść rozwala ozdobną szklaną wstawkę w drzwiach. Nie mogę się zdecydować, co zrobić: pobiec do salonu po telefon, czy do kuchni po nóż. Nagle słyszę pomruk silnika auta Dana. Jego niechlujne kroki na chodniku. Drzwi się otwierają, a ja rzucam się na niego, wyrywam mu butelkę z ręki i zaglądam w ciemność przez jego ramię, ale niczego tam nie dostrzegam.

11.

Teraz

Tydzień mija szybko i już jest piątek. Przez cały dzień martwiłam się, że wieczorem nie będę miała co na siebie włożyć, ale kiedy wróciłam z pracy, na wycieraczce znalazłam zawiadomienie od kuriera, że zostawił u pani Jones przesyłkę dla mnie. Pukam do drzwi mojej sąsiadki, pomalowanych satynową zieloną farbą, po czym wkładam ręce głęboko do kieszeni i przestępuję z nogi na nogę. Czekam całe wieki. Kucam, zaglądam przez szczelinę na listy i widzę siwowłosą panią Jones, jak idzie korytarzem, powłócząc nogami. Prostuję się, akurat kiedy drzwi się otwierają.

– Witaj, Grace, moja droga. Jakże miło cię widzieć.

– Panią też, pani Jones. Jak się pani miewa?

– Nie mogę, kochanie, narzekać. Wszystko jest na swoim miejscu i nadal działa, jak trzeba.

– Podobno odebrała pani moją paczkę.

– Stoi tutaj, na nowym stoliku pod telefon. Muszę ci powiedzieć, moja droga, że jestem z niego bardzo zadowolona. Cudowny kolor. Wczoraj wieczorem widziałam zupełnie taki sam w programie tej ślicznotki Kirstie Allsopp.

– Cała przyjemność po mojej stronie; naprawdę miło mi się go odnawiało. I cieszę się, że się pani podoba.

Pani Jones ściska paczkę i patrzy na mnie wyczekująco.

– Mięciutka.

– Kupiłam sukienkę na eBayu.

– Wybierasz się gdzieś, kochanie?

– Na wieczór panieński Hannah, dziewczyny z pracy. Idziemy do Pizza Express.

– Cudnie. Pewnie niedługo będziesz urządzała własny?

Uśmiecham się cierpko.

– Najpierw on musiałby poprosić mnie o rękę.

– Na co on czeka, mając taką śliczną dziewczynę? Może mam mu szepnąć, żeby się pospieszył, zanim ktoś mu cię skradnie?

Uśmiecham się do staruszki. Bardzo ją polubiłam.

– Czuje się już lepiej? – pyta pani Jones.

– Kto?

– Dan. W poniedziałek widziałam, jak wychodzi do pracy i godzinę później wraca do domu. Pomyślałam, że pewnie się rozchorował. Bo jak bierzecie urlop, to w tym samym czasie. Zdjął garnitur i znowu wyszedł. Domyślam się, że do lekarza.

Nie wiem, co odpowiedzieć. Jeśli przyznam, że nie miałam pojęcia, że Dan nie poszedł do pracy ani dlaczego to zrobił, do wieczora rozniesie się to po całej wsi. Pani Jones wykonuje tyle telefonów – których motywem przewodnim są słowa: „Słyszałaś, że…” i „Nie uwierzysz, co się stało…” – że tylko dzięki niej miejscowa firma telekomunikacyjna nadal utrzymuje się na rynku. Nie kieruje nią jednak złośliwość, ale jak sądzę zwyczajna samotność.

– To przez stres, prawda? Wy wszyscy, młodzi ludzie, to macie. Za moich czasów tego nie było. Słyszałam, jak Dan krzyczy na kogoś przez ten swój telefon bez kabelka. Powinniście zrobić to samo, co moja wnuczka.

– Czyli?

– Ona „wrzuca na luzik”.

Wybucham wymuszonym (sama to czuję) śmiechem.

– Na pewno spróbujemy.

Zabieram od niej przesyłkę i przestępuję nad niskim płotkiem, który oddziela nasze posesje. Paczka wydaje się lekka w porównaniu z wagą pytań, które chcę zadać Danowi.

***

Bladoniebieska szmizjerka pasuje doskonale. Cieszę się, bo w dodatku niewiele kosztowała. Nie stać mnie na kupowanie w Coast i tego typu sklepach, a ta sukienka wygląda na prawie nienoszoną. Przygładzam materiał, obracam się w obie strony i przeglądam w lustrze: wciągnąć brzuch, wypiąć pierś. Ella Fitzgerald śpiewa, że chce, aby ktoś nad nią czuwał. No cóż, pani Jones sumiennie czuwa nad Danem. Ćwiczę układanie pomalowanych na różowo ust w radosny uśmiech.

Drzwi wejściowe zamykają się z trzaskiem. Klucze z brzękiem wpadają do miseczki stojącej na stoliku pod telefon. Zrzucane z nóg buty walą o ścianę.

Znajduję Dana w kuchni. Ma podwinięte rękawy koszuli i poluzowany krawat. Stoi przed zlewem, jakby nogi wrosły mu w ziemię. Wpatruje się w ogród. W ręku trzyma zimną puszkę piwa, po której spływa skroplona para wodna.

– Wszystko w porządku? Miałeś mnie później odwieźć do miasta.

– Wypiję tylko jedno. Miałem gówniany dzień.

– Chcesz o tym pogadać? – Kładę dłoń na jego ramieniu i czuję, jak tężeją mu mięśnie, kiedy ją strąca.

– Nie ma o czym.

– Pani Jones mówi, że ostatnio wydajesz się zestresowany.

– Nie rozmawiaj o mnie z sąsiadami, do cholery. – Jego palce zaciskają się na puszce, która zaczyna się wginać.

Spinam się.

– Nie rozmawiałam. Pani Jones wspomniała, że słyszała, jak krzyczałeś do telefonu. Z kim rozmawiałeś?

– Z klientem. Jezu… – Uderza puszką o ociekacz. Spienione, syczące piwo wypływa na lśniącą powierzchnię. – Czy człowiek nie może w spokoju, bez przesłuchania, wypić piwa po pracy?

Przywieram plecami do lodówki, a Dan przeciska się obok mnie. Wychodzi, trzaskając drzwiami. Stoję i nie ruszam się jeszcze przez dłuższą chwilę. Drżącą dłonią wyjmuję telefon i dzwonię po taksówkę, ale dopiero kiedy głośne bicie serca przestaje huczeć mi w uszach.

***

Papryczki jalapeño na mojej pikantnej mięsnej pizzy palą jak ogień. Wychylam kieliszek schłodzonego wina, żeby ugasić pożar w przełyku. Lyn dolewa mi pinot grigio, a ja znów zerkam na telefon. Nadal brak wiadomości od Dana.

– Nie mogę uwierzyć, że Charlie chciała odnaleźć tatę. To takie smutne – mówi Lyn.

– Czytałam w „Take a Break” historię o matce, która oddała synka do adopcji. – Hannah pochyla się nad stołem i sięga po kromkę pieczywa czosnkowego. Rękaw jej błyszczącej bluzki szoruje po pizzy. Biorę serwetkę i czyszczę materiał z ciągnącego się sera. Wygląda nietypowo tak wystrojona, zamiast jak zwykle w leginsach i T-shircie Little Acorns. – Przez całe życie czekała, aż syn zapuka do jej drzwi. Wyobraźcie sobie, jak ojciec Charlie czeka na nią i ma nadzieję, że pewnego dnia się spotkają. I że będzie miał wnuki.

– Wiem. Właśnie dlatego chcę go odnaleźć. Żeby powiedzieć mu prawdę. – „I żeby ją odkryć” – myślę, ale nie dodaję tego głośno.

– Uważasz, że Lexie podała ci prawdziwe imię i nazwisko? – pyta Lyn.

– Paula Lawsona? Tak. Miałam wrażenie, że czuła ulgę, opowiadając o nim. Lexie nie ma rodziny ani przyjaciółek. Pewnie dusiła to w sobie od lat. Ale zrobiła się podejrzliwa, kiedy próbowałam dociec, czy Lawson wie o Charlie.

– Powiedziałaś jej, że go szukasz? – pyta Hannah.

– Nie. Ma Paulowi za złe, że zostawił ją, kiedy była w ciąży. Przypuszczam, że Lexie mogło nawet nie przyjść do głowy, że powinna poinformować go o śmierci córki.

– Nie dziwię jej się. Z opisu wynika, że to niezły drań – stwierdza Lyn.

– Nie znamy jego wersji zdarzeń.

– Co dalej? Możliwe, że nie zna się na internecie, tak jak wiele osób z jego pokolenia.

– Sama nie wiem. Ale znajdę go tak czy inaczej.

Daję znak kelnerowi, pokazując pustą butelkę.

– Grace. – Lyn przykrywa dłonią moją rękę. – Nie bierz zbyt wiele na siebie. Martwię się.

– No to się nie martw. – Wyswobadzam dłoń i podnoszę kieliszek do ust.

– Dużo pijesz. Wydaje mi się, że nie powinnaś łączyć alkoholu z proszkami. Przestałaś brać?

– Prawie. – Nie dodaję, że noszę je w torebce. I że dzielę każdą tabletkę na ćwiartki, które łykam, ilekroć życie mnie przytłacza. To za mało, żebym zasnęła, ale dość, bym wpadła w lekkie, ciepłe otumanienie, od którego się uzależniłam. Odstawię proszki. Naprawdę to zrobię. Tylko jeszcze nie teraz.

Zmieniam temat.

– Za Hannah! – mówię i wznoszę kieliszek. – Za wieczną miłość!

– Nie wyobrażam sobie innej – komentuje Hannah.

Rozmowa schodzi na temat ślubu. Po jedenastej regulujemy rachunek i wytaczamy się w atramentową ciemność. W restauracji było ciepło, tymczasem na zewnątrz zimne powietrze zapiera mi dech. Zapinam kurtkę i wkładam rękawiczki.

– Idziemy do klubu? – proponuje Hannah.

– Skoro życzy sobie tego przyszła panna młoda… – odpowiada Lyn. – Do którego?

– Bo ja wiem… A w którym zamówiłyście striptizera?

– Zabiłabyś nas, gdybyśmy to zrobiły. – Hannah jest wpatrzona w Andy’ego.

– Cieszę się, że nie kazałyście mi nosić elki1 i nadmuchiwanego fiuta. Może spróbujemy w Rumours? Grają sporo muzyki z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.

Bierzemy się pod ręce i ruszamy chodnikiem. Dziś była pierwsza wypłata po świętach, więc na ulicach tłumy: mężczyźni z modnym kilkudniowym zarostem i dziewczyny, które wyglądają na zbyt młode, by mogły legalnie pić. Kuse kiecki, sztuczna opalenizna, gołe ręce i nogi. Przechodzi mnie dreszcz pod moimi kilkoma warstwami ubrań i naraz czuję się stara. Kolejka do klubu jest długa. Stajemy w niej i rozgrzewamy się, przestępując z nogi na nogę.

Bramkarze w czarnych krawatach taksują nas wzrokiem, po czym pokazują brodą na drzwi. Płacimy za wstęp znudzonej tlenionej blondynce i schodzimy ciemną klatką schodową, co nie jest łatwe, zwłaszcza gdy tak jak ja rzadko nosi się buty na wysokim obcasie. Na dole dudni bas, cała klatka się trzęsie, a ja czuję mrowienie w palcach u nóg. Mrugam i próbuję przyzwyczaić wzrok do jaskrawego blasku neonów. Miga strzałka kierująca do baru. Od gładkich jak lustro czarnych stolików odbijają się błyski stroboskopów.

– Sex on the beach? – piszczy Hannah.

Dobrze, że ten jej ślub dopiero za parę tygodni. Bo rano wszystkie będziemy miały kaca.

Przeciskam się do baru i opieram o lepki kontuar. Wymachuję dwudziestofuntowym banknotem, ale i tak muszę odczekać całe wieki, zanim zostanę obsłużona.

– Co podać? – Młody barman opiera się łokciami o blat i wbija we mnie spojrzenie.

Ma na sobie jaskrawobiałą koszulę, w której rozpiął zbyt wiele guzików, eksponując opaloną, wygoloną klatę.

– Trzy razy sex on the beach proszę. – Dobrze, że w klubie jest ciemno, bo czuję, że się rumienię.

Przebijam się przez tłum i wracam do Lyn i Hannah, które przysiadły na wysokich stołkach niedaleko parkietu. Podrygujemy w miejscu, sącząc słodkie koktajle.

– Zatańczmy. – Hannah posuwistym krokiem rusza w stronę DJ-a.

Trzy kawałki później ledwo mogę złapać oddech. Pokazuję, żebyśmy wróciły na miejsca.

– Jeszcze nie. – Hannah łapie mnie za nadgarstek i wrzeszczy do ucha. – Uwielbiam ten kawałek!

Gardłowy głos Madonny w Vogue każe nam poddać się rytmowi muzyki. Ciała tańczących zaczynają pląsać, a moje zastyga. Hałas klubu zanika. Nie muszę zamykać oczu, by ujrzeć twarz Charlie. Ćwiczymy kroki. Słyszę głos babci, która krzyczy z dołu, że zachowujemy się jak stado słoni.

Czuję na ramieniu czyjąś gorącą dłoń. Widzę strapioną minę Lyn. Przypominam sobie, że mamy się bawić, więc przywołuję uśmiech na twarz.

– Idę siku – mówię bezgłośnie i pokazuję za siebie.

Przedzieram się do toalet i staję na końcu ogonka krzykliwie pomalowanych panienek w małych czarnych. Potem zamykam się w łazience i opieram czoło o chłodne drzwi. Przyczepił mi się papier toaletowy do obcasa; pozbywam się go, przyciskając drugim butem. Chciałabym już wrócić do domu, ale nie zamierzam zepsuć Hannah wieczoru. Ktoś wali do drzwi i krzyczy, żebym się pospieszyła. Potrzebuję jeszcze chwilę. Wkładam nadgarstki pod lodowatą wodę, po czym poprawiam usta szminką. Kładę dłoń na klamce i kiedy ciągnę do siebie ciężkie drzwi, jednocześnie ktoś pcha je z drugiej strony. Wpadamy na siebie. Czerwone wino brudzi mi przód nowej sukienki.

 

Machnięciem ręki zbywam przeprosiny i znów zanurzam się w klubowym zaduchu. Nieźle muszę wyglądać w niebieskiej sukience z czerwoną plamą, kiedy przeciskam się przez ciżbę. Moje tętno zrównuje się z rytmem muzyki. Nie widzę Lyn ani Hannah.

Sięgam do torebki z nadzieją, że może chusteczka wchłonie większość wina. Zauważam migającą diodę na telefonie. Esemes od Dana: „Znaleźliśmy ojca Charlie”.

Lyn i Hannah nie chcą jeszcze wychodzić, ale ja nie mogę się doczekać rozmowy z Danem, więc wymawiam się zmęczeniem i rozstaję z nimi. Wiedzą, że kiepsko sypiam. Widzę współczucie w ich spojrzeniach. Nocny wietrzyk chłodzi moje rozpalone policzki. Powietrze wypełnia tłusty i słodki zapach smażonej cebuli z zaparkowanego nieopodal food trucka. Rozglądam się za taksówką, niecierpliwie uderzając kopertówką o udo. W klubach zabawa dopiero się rozkręca, taryfiarze jeszcze nie mają tu czego szukać. Do postoju niedaleko. Przejdę się.

Na ulicy żywego ducha – wszyscy imprezują. Skręcam w boczną uliczkę i kiedy cichnie miarowa łupanka basu, słyszę za sobą czyjeś kroki. Zatrzymuję się. Gmeram przy torebce i zerkam przez ramię. Nikogo nie widzę, ale wejścia do sklepów rzucają cienie, w których coś może się kryć. Coś – albo ktoś. Ruszam. Obcasy stukają po chodniku i znów to słyszę: czyjeś kroki na betonie.

Przyspieszam. Ten ktoś też. Alkohol miesza mi w żołądku. Zastanawiam się, którędy najbliżej do głównej ulicy. Puszczam się biegiem. Mam świszczący oddech, biegnę z ustami otwartymi w niemym krzyku. Włączyła mi się reakcja walcz albo uciekaj – w moim przypadku zdecydowanie to drugie. Obcasy mnie spowalniają; zastanawiam się, czy mam czas się zatrzymać i zdjąć buty. Trudno w nich chodzić, a co dopiero biegać. Kroki się zbliżają i już wiem, że nie mogę sobie pozwolić na przystanek. Czuję gorący oddech na karku. Coś się ociera o moje ramię. Próbuję zrzucić to z siebie. Skręcam za róg i z impetem uderzam w coś twardego. Policjant. Przyklejam się do jego ramienia, płaczę z ulgi i odwracam się, aby pokazać, że ktoś mnie goni… ale ulica jest pusta.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?