Prezent

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: The Gift

Copyright © 2016 by Louise Jensen

Copyright for the Polish edition © 2017 by Burda Publishing Polska Sp. z o.o.

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Ewa Kleszcz

Redakcja: Olga Gorczyca-Popławska

Korekta: Marzena Kłos, Magdalena Szroeder-Stępowska

Skład i łamanie: Beata Rukat/Katka

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt okładki: Henry Steadman

Opracowanie graficzne okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

ISBN: 978-83-8053-267-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej:


Spis treści

Dedykacja

1.

2.

3.

4.

5.

6.

7.

8.

9.

10.

11.

12.

13.

14.

15.

16.

17.

18.

19.

20.

21.

22.

23.

24.

25.

26.

27.

28.

29.

30.

31.

32.

33.

34.

35.

36.

37.

38.

39.

40.

41.

42.

43.

44.

45.

46.

47.

48.

49.

50.

51.

52.

53.

54.

55.

56.

57.

58.

59.

60.

61.

62.

63.

64.

65.

66.

67.

68.

69.

70.

71.

72.

73.

74.

75.

76.

77.

78.

79.

80.

81.

82.

83.

Epilog

List od Louise

Podziękowania

O autorce

Przypisy

Dla Calluma, Kaia i Finleya,

na zawsze pozostaniecie dla mnie osiągnięciem,

z którego będę najbardziej dumna

Później

„Biegnij”.

Jest ciemno. Tak ciemno. Chmury mkną po antracytowym niebie, przesłaniając księżyc i&nsp;gwiazdy. Wilgoć wypełnia mi płuca, a gdy ostro wciągam powietrze, zalewa mnie fala mdłości.

Szybko tracę siły. Moje adidasy uderzają o beton i chyba już nie słyszę kroków za plecami, ale trudno to stwierdzić przy tym wyjącym wietrze.

Ukradkowo zerkam przez ramię, a moje stopy zbaczają na miękkie podłoże. Tracę równowagę i się potykam. Wyciągam przed siebie ręce, żeby złagodzić upadek.

Uderzam bokiem twarzy o coś twardego, co rozcina mi skórę. Szczęka się zatrzaskuje, a zęby przygryzają język. Wnętrze ust wypełnia się krwią. Gdy ją przełykam, w gardle wzbierają żółć i strach.

„Ani piśnij”.

Boję się. Tak bardzo się boję.

Leżę na brzuchu. Nieruchomo. W ciszy. Czekam. Piecze mnie wnętrze dłoni. Policzek pulsuje bólem. Czuję w nozdrzach odór gnijących liści. Żołądek burzy się, gdy powoli przesuwam się do przodu, wbijając łokcie w wilgotną glebę. Lewy. Prawy. Lewy. Prawy.

 

Leżę teraz w zaroślach, otoczona drzewami. Ciernie wbijają się w skórę i czepiają ubrania, ale nie podnoszę się w nadziei, że mnie nie zauważy. Jednak gdy chmury się rozstępują, w świetle księżyca zerkam na rękaw bluzy z kapturem, która, choć to niewiarygodne, wciąż jest biała mimo plam błota. Przeklinam pod nosem. Głupia. Głupia. Głupia. Ściągam bluzę i chowam ją pod krzakiem. Szczękam zębami z zimna. Ze strachu. Po mojej lewej gałązka pęka pod czyjąś stopą, a ja instynktownie podrywam się i kucam pochylona do przodu, jak biegacz szykujący się do sprintu. Serce mi dudni, ale znowu przebija się przez nie ten dźwięk.

Kaszel. Za mną. Blisko. Za blisko.

„Biegnij”.

Ruszam do przodu, zataczając się. „Dasz radę”, powtarzam sobie, ale to kłamstwo. Wiem, że długo już nie wytrzymam.

Chmury znowu zasnuwają niebo i ciemność staje się przytłaczająca. Na moment zwalniam, świadoma, że nie widzę już, gdzie stawiam stopy. Podłoże jest pełne wybojów, a ja nie mogę ryzykować, że skręcę kostkę albo jeszcze gorzej. Co bym wtedy zrobiła? Jak miałabym uciec? Wiatr zrywa się i odpędza chmury, a ja kątem oka dostrzegam poruszający się cień. Odwracam się i zaczynam krzyczeć.

„Biegnij”.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1.

Teraz

W każdy wtorek między czwartą a piątą po południu opowiadam kłamstwa.

Vanessa, moja terapeutka, poprawia okulary w szylkretowych oprawkach zsuwające się jej z nosa i podtyka mi pudełko chusteczek, jakby to dziś miał nastać dzień, w którym wreszcie wyrzucę z siebie poczucie winy, cuchnące i toksyczne, prosto na wypolerowany do niemożliwości stolik między nami.

– A więc… Jenno – przegląda moje akta – wkrótce upłynie sześć miesięcy. Jak się czujesz?

Wzruszam ramionami i zaczynam skubać nitkę zwisającą mi z rękawa. Zapach lawendowego potpourri działa mi na nerwy, podobnie jak nadmiar roślin o lśniących liściach w tej starannie zaprojektowanej przestrzeni, ale przełykam irytację, wiercąc się na zbyt miękkiej sofie. Nie mogę ciągle zrzucać moich huśtawek nastrojów na leki, prawda?

– W porządku – mówię, mimo że to nie może być dalsze od prawdy.

Przepełnia mnie tyle emocji, które tylko czekają, żeby się wylać, ale gdy tu przychodzę, słowa zwijają się w supły na języku i chociaż bardzo chciałabym się przed nią otworzyć, nigdy tak naprawdę tego nie robię.

– Byłaś gdzieś w tym tygodniu?

– Wyszłam z mamą w piątek.

To żadna nowina. Robię to co tydzień. Czasami nie potrafię zrozumieć, po co w ogóle chodzę do Vanessy. Zaliczyłam już ustaloną obowiązkową liczbę spotkań, a jednak dalej stawiam się tu co tydzień. To chyba dlatego, że nie wychodzę za często, więc potrzebuję jakiegoś rutynowego zajęcia, namiastki normalności.

– A towarzysko?

– Nie.

Nie potrafię sobie przypomnieć, kiedy ostatnio wyszłam gdzieś wieczorem. Mam zaledwie trzydzieści lat, a czuję się tak, jakbym była co najmniej dwa razy starsza. Po tym wszystkim bardzo długo nie byłam w stanie spotykać się ze znajomymi i teraz wolę siedzieć w domu. Sama. Bezpieczna.

– A emocjonalnie? Czy sprawy zaczęły się uspokajać?

Zrywam kontakt wzrokowy. Vanessa nawiązuje do mojej paranoi, a ja nie za bardzo wiem, co jej powiedzieć. Przy każdej kolejnej wizycie kontrolnej w szpitalu dawki leków, które zażywam, żeby mój organizm nie odrzucił nowego serca, są stopniowo modyfikowane, jednak lęk przywarł do mnie jak druga skóra i niezależnie od tego, jak bardzo próbuję, nie potrafię się go pozbyć.

– Pragnienie… – terapeutka zagląda do swoich notatek – ucieczki? Czy wciąż ci towarzyszy?

– Tak.

Przypływ adrenaliny sprawia, że czuję mrowienie na skórze, a pod pachami pojawiają się plamy potu. Uczucie zagrożenia, które często mnie ogarnia, jest tak przytłaczające, że czasami naprawdę wierzę, iż jestem w niebezpieczeństwie.

– Nie ma nic nietypowego w chęci ucieczki od swojego życia, gdy człowiekowi przydarza się coś traumatycznego i trudnego do zaakceptowania. Musimy współpracować, żeby przerwać błędne koło obsesyjnych myśli.

– Nie sądzę, żeby to było takie proste. – Ten strach jest równie realny i namacalny jak bursztynowy przycisk do papieru spoczywający na biurku Vanessy. – Miałam więcej… – Nie jestem pewna, czy chcę jej o tym powiedzieć, ale patrzy na mnie teraz w ten swój charakterystyczny sposób, jakby potrafiła przejrzeć mnie na wylot. – …epizodów.

– Czy wyglądają tak jak wcześniej? Wszechogarniające zawroty głowy? – Unosi podbródek w oczekiwaniu na odpowiedź, a ja żałuję, że w ogóle o tym wspomniałam.

– Tak. Nie tracę przytomności, ale pole widzenia się zawęża i wszystkie dźwięki są jakby stłumione. To się dzieje coraz częściej.

– A jak długo trwają takie epizody?

– Trudno powiedzieć. Pewnie kilka sekund. Ale gdy to się dzieje, jestem… – rozglądam się po gabinecie, jakby słowo, którego szukam, mogło być wymalowane na ścianie – …przerażona.

– Poczucie braku kontroli jest przerażające, Jenno, i zrozumiałe, biorąc pod uwagę to, przez co przeszłaś. Czy wspominałaś o tych objawach doktorowi Kapurowi?

– Tak. Mówi, że ataki paniki może wywoływać lek, który biorę, ale jeśli wszystko pójdzie dobrze na najbliższej wizycie kontrolnej, może zredukuje mi dawkę. To powinno pomóc.

– Sama widzisz. A do pracy masz wrócić… – zerka w swoje papiery – …w poniedziałek?

– Tak. Ale na razie tylko na część etatu.

Linda i John, moi szefowie, byli bardziej niż hojni, że dali mi tyle wolnego. To przyjaciele ojca, znają mnie od dziecka i chociaż Linda powiedziała, że nie powinnam czuć się zobligowana do powrotu, tęsknię za pracą. Nie potrafię sobie wyobrazić, żebym miała zacząć od nowa gdzieś indziej. W jakimś nieznanym miejscu. Mimo to się denerwuję. Tak długo mnie tam nie było. Jakie to uczucie znowu być normalną osobą? Mam tremę na myśl o kontaktach z ludźmi. Za bardzo przywykłam do własnego towarzystwa, do siedzenia w domu, do wypełniania sobie czasu. Początkowo matka nazywała to „relaksowaniem się”; teraz mówi o „ukrywaniu się”, jednak w moim mieszkaniu ostry niepokój, który stale mi towarzyszy, wydaje się odrobinę stępiony. Ale życie toczy się dalej, prawda? Jeśli teraz nie zmuszę się, by wrócić do normalnej egzystencji, obawiam się, że już nigdy tego nie zrobię.

– Jak się czujesz w związku z powrotem do pracy?

Moje barki zaczynają się automatycznie unosić ku uszom, ale powstrzymuję wzruszenie ramionami.

– Chyba w porządku. Rodzicom niezbyt się to podoba. Próbowali mi to wyperswadować. Potrafię zrozumieć, że się martwią, ale Linda powiedziała, że mogę zacząć powolutku. Wychodzić wcześniej, jeśli za bardzo się zmęczę, i przychodzić później, jeśli zaliczę kiepską noc.

Zawsze miałam dobre stosunki z Lindą, mimo że nie odwiedziła mnie w ciągu tych ostatnich kilku miesięcy. Podejrzewam, że nie wiedziała, co powiedzieć. Nikt nie wie. To, że niemal umarłam, wprawia ludzi w zakłopotanie.

– A rodzina dawcy? Wciąż próbujesz się z nimi skontaktować?

Wiercę się na sofie. W ciągu ostatnich kilku miesięcy wyrażałam swoje podziękowania w jednym liście za drugim, ale wszystkie odrzucał koordynator przeszczepu. Podobno niechcący ujawniałam w nich zbyt wiele na temat tego, kim jestem i gdzie mieszkam. Ale bez tych szczegółów wszystko wydawało się takie zimne i anonimowe. W końcu zapłaciłam prywatnemu detektywowi, żeby odnalazł tę rodzinę, i napisałam bezpośrednio do nich. Zdobycie tego adresu kosztowało mnie małą fortunę, ale było warto, bo mogłam powiedzieć, jak bardzo jestem wdzięczna i jak wiele ich decyzja oznaczała dla moich bliskich, bez ograniczania się. Nie zamierzałam znowu zawracać im głowy i nie spodziewałam się, że odpiszą, ale odezwali się natychmiast i wydawali się prawdziwie ucieszeni, że nawiązałam z nimi kontakt. Wiem, że Vanessie nie spodoba się to, co jej zaraz powiem.

Zasycha mi w ustach i sięgam po szklankę. Ręka mi drży i kostki lodu uderzają o ścianki, a woda wylewa się przez krawędź i skapuje mi na kolana, gdzie wsiąka w materiał dżinsów. Biorę łyk, świadoma tykania zegara dyskretnie zawieszonego za moimi plecami.

– Spotykam się z nimi w sobotę.

– Och, Jenno. To jest zupełnie nieetyczne. Jak ich wyśledziłaś? Będę musiała to zgłosić, wiesz o tym.

Twarz mi płonie, podczas gdy wlepiam wzrok w buty.

– Nie mogę ci powiedzieć. Przepraszam.

– Wiesz, że odradza się kontakt. – Każde jej słowo ocieka dezaprobatą. – Zwłaszcza na tak wczesnym etapie. To może być niewiarygodnie niepokojące dla każdej ze stron i zniweczyć twoje postępy. Zwykły list z podziękowaniami by wystarczył, ale spotkanie… Ja po prostu…

– Wiem. Im powiedziano dokładnie to samo, ale chcą mnie poznać. Naprawdę chcą. A ja muszę poznać ich. Tylko ten jeden raz. Mam wrażenie, jakby tkwił we mnie ktoś inny, i chcę wiedzieć, kto to jest. Muszę wiedzieć! – Głos mi się załamuje.

– Zaczynasz mieć obsesję i to nie jest zdrowe, Jenno. Co dobrego z tego wyniknie, że będziesz wiedziała, czyje masz serce?

Barwy obrazu za jej plecami, jakiegoś współczesnego i chaotycznego dzieła, zaczynają się ze sobą zlewać, a dręczące mnie wzburzenie narasta.

– To pomoże mi zrozumieć.

– Zrozumieć co? – Vanessa pochyla się ku mnie jak dżokej na koniu, naciska, wyczuwa przełom.

– Dlaczego ja przeżyłam, a ta osoba umarła.

***

Na mojej skórzanej kanapie w czekoladowym kolorze widać wgniecenie świadczące o tym, gdzie spędziłam już zbyt wiele godzin. Równie dobrze mógłby tam widnieć znak informujący „tu mieszka dziewczyna bez życia”. Zapalam świeczkę o zapachu owoców leśnych, po czym opadam na swoje zwyczajowe miejsce. Po wizycie u Vanessy zawsze czuję się wyczerpana. Nie jestem pewna, czy przyczyną tego zmęczenia są emocje kłębiące się tuż pod powierzchnią, czy też wysiłek, z jakim je tłumię, gdy siedzę w jej nieskazitelnym gabinecie.

Sięgam po szkicownik leżący na stoliku kawowym. Rysowanie zawsze mnie odpręża. Puszczam album Jamesa Baya i podczas gdy on „wstrzymuje rzekę”, ja mocno stukam ołówkiem w kolano, gapiąc się na nijakie ściany i czekając na przypływ inspiracji. Zamierzałam zmienić wystrój, gdy Sam wyprowadził się niemal pół roku temu. Sprawić, by mieszkanie wyglądało jak moje. Przykryć kremowobiały kolor słoneczną żółcią albo głęboką czerwienią: śmiałymi kolorami, których on nienawidzi. Przecież tu nie wróci, chociaż wiem, że tego pragnie. Nie chciał, żebyśmy się rozstawali, ale ja nie mogłam znieść współczucia, które widziałam w jego oczach za każdym razem, gdy na mnie patrzył. Nie mogłam znieść tego, jak skakał wokół mnie po operacji, co pięć minut pytając, czy dobrze się czuję. Nie chciałam, żeby utknął z kimś takim jak ja, „pomagał mi przez to przejść”, jakbyśmy byli starzy i nie mogli już oczekiwać od życia niczego więcej. Puszczenie go wolno było najszlachetniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobiłam, chociaż wciąż skręca mnie w żołądku, gdy o nim myślę. Próbujemy się przyjaźnić. Wysyłamy do siebie esemesy. Piszemy na Facebooku. Ale to nie to samo, prawda?

W myślach dodaję remont mieszkania do listy rzeczy do zrobienia, do których prawdopodobnie nigdy się nie zabiorę. Dni, kiedy musiałam się oszczędzać, minęły, ale popadłam w rutynę i nie potrafię z nią zerwać i, szczerze mówiąc, boję się. Mimo wielu godzin fizjoterapii i całej góry ulotek, z jakimi odesłano mnie do domu, w moich ruchach widać wahanie. Narzuconą powolność. Ciało zdrowieje, jak twierdzi lekarz, jednak umysł jakoś nie chce w to uwierzyć i jestem przerażona, że przeholuję. Że coś pójdzie nie tak. Co wtedy zrobię? Wyobrażam sobie, jak leżę na podłodze. Nie mogę dosięgnąć telefonu. Nie mogę się poruszyć. Kiedy ktoś by się zorientował? Udaję przed mamą, że nie przeszkadza mi to, że mieszkam sama. Udaję przed wszystkimi. Nawet przed sobą samą.

Co mogłabym narysować? Przerzucam kartki szkicownika. Na początku jest wiele portretów Sama, ale ostatnio moje rysunki stały się bardziej mroczne. Niemal złowieszcze. Drzewa z poskręcanymi gałęziami, oczy lśniące w ciemnościach, sowa o świdrującym spojrzeniu. Wzdycham. Być może Vanessa ma rację, że niepokoi się o moje zdrowie psychiczne.

 

Słyszę dźwięk przychodzącej wiadomości. To esemes od Rachel i wiem bez otwierania go, że zapyta, co robię później. A ja napiszę, że dzisiaj postanowiłam posiedzieć w domu i żeby wypiła za moje zdrowie. Odgrywamy to małe przedstawienie co tydzień. To samo za każdym razem, mimo że czasami człowiek ma ochotę na inne zakończenie. „Mogłabym wyjść”, przebiega mi przez głowę, ale potem odpycham od siebie tę myśl. Próby powrotu do starych nawyków wydają się bezsensowne. Nie jestem już tą samą osobą co wcześniej, a zresztą ludzie też traktują mnie teraz inaczej, unikają mojego wzroku, nie wiedzą, co powiedzieć. Zobaczę się z Rachel w pracy, w poniedziałek.

Niemal sześć miesięcy temu ktoś umarł, żebym ja mogła żyć. Mój świat stał się tak mały, że czasami mam wrażenie, iż nie mogę oddychać. Kim była osoba, która straciła dla mnie życie? Mocno zaciskam powieki, ale ta myśl wciąż mnie zadręcza i nie wiem, jak się jej pozbyć. Drżę i podchodzę do okna. Wiatr jest lodowato zimny, ale jestem wdzięczna za świeże powietrze. Wróciłam do domu wiele tygodni temu, jednak mam wrażenie, że ciężka szpitalna woń osiadła mi w płucach i niezależnie od pogody zawsze siedzę przy otwartych oknach. Wyglądam przez żaluzje w mrok i dreszcz przebiega mi po kręgosłupie. Jakiś cień przesuwa się w otworze drzwiowym po drugiej stronie ulicy i ogarnia mnie pragnienie ucieczki, o którym wspominałam Vanessie. Oddech przyspiesza, ale na ulicy panuje spokój. Cisza. Zamykam okno, opuszczam żaluzje i otula mnie przyćmione światło salonu. Mój świat się kurczy; podobnie jak moja pewność siebie.

Wracam na sofę, a dłonie trzęsą mi się za bardzo, bym mogła utrzymać w palcach ołówek. „Jestem bezpieczna”, powtarzam sobie. Więc dlaczego tak się nie czuję?

2.

Dziesięć miesięcy temu oboje się rozchorowaliśmy. Jakiś wirus krążył po biurze Sama i gdy wróciłam do domu z pracy któregoś dnia, znalazłam go przycupniętego na sofie, owiniętego kołdrą, ze stertą pomiętych chusteczek na podłodze. Kaloryfery grzały na całego, więc zrzuciłam kurtkę i pulower.

– Ja chyba umieram, Jenno – wychrypiał Sam, wyciągając rękę w moją stronę, a ja już chciałam się zaśmiać, ale gdy ujęłam jego dłoń, okazało się, że jest śliska od potu. Sprawdziłam, czy ma gorączkę. Mimo że szczękał zębami z zimna, był rozpalony.

– Męska grypa. – Musnęłam wargami jego gorący policzek. – Zaraz wrócę.

Wybiegłam do apteki i kupiłam lemsip i aspirynę, a w domu odgrzałam rosół z kukurydzą. Dwa dni później kłuło mnie w gardle, oczy łzawiły i trzęsłam się tak gwałtownie, że przygryzłam język. Leżeliśmy w łóżku całymi dniami. Powietrze w mieszkaniu stało się duszne i kwaśne, a my urządzaliśmy sobie maratony filmowe, pogłaśniając dźwięk na maksa, żeby zagłuszył nasz suchy kaszel. Na zmianę dreptaliśmy do kuchni, powoli jak zombie, i przynosiliśmy sobie przekąski, których nie mogliśmy przełknąć, oraz napoje, których smaku nie czuliśmy. To była taka ulga, gdy wreszcie poczuliśmy się lepiej. Gdy na oścież otworzyliśmy okna i pozwoliliśmy, by chłodna bryza wygnała smród choroby. Pod prysznicem gorące igiełki wody kłuły moją skórę i wierzyłam, że najgorsze mamy już za sobą.

Sam nabierał sił z każdym dniem, ale ja nie. Po jakimś tygodniu czułam się tak wyczerpana, że ucinałam sobie drzemki w samochodzie w trakcie przerwy na lunch i zasypiałam na kanapie, podczas gdy gotowe dania z M&S czerniały w piekarniku. Nocami stale się budziłam, z trudem łapałam powietrze i próbowałam na siłę wtłoczyć tlen w płuca. Wystawiałam głowę przez okno, łapczywie wdychając świeże powietrze i zastanawiając się, co się ze mną dzieje.

– Umówiłem ci wizytę u lekarza – powiedział Sam któregoś dnia. – Na piątą po południu. Bez dyskusji.

Byłam zbyt wyczerpana, żeby zaprotestować. Siedziałam w poczekalni, w której panował stęchły i przytłaczający zaduch choroby. Lekarz ledwie wysłuchał mojej relacji, po czym podrapał się w szpakowatą brodę i powiedział, że to, czego doświadczam, jest zupełnie normalne i po prostu muszę odpoczywać. Zapewnił, że wróci mi energia.

Trzy tygodnie później ledwie miałam siłę, żeby wstać z łóżka. Od ponad dwóch tygodni nie chodziłam do pracy.

– To nie wydaje mi się normalne – stwierdził Sam, stojąc nade mną z zaniepokojoną miną. – Umówiłem ci wizytę u innego lekarza. Wrócę, żeby cię tam zabrać w porze lunchu.

Kilka godzin później dźwignęłam się z łóżka i powłócząc nogami, ruszyłam do łazienki. Zatrzymałam się, żeby zebrać pocztę z wycieraczki, i to było ostatnie, co pamiętam. Najwyraźniej Sam znalazł mnie na podłodze w przedpokoju, z sinymi ustami. Karetka zabrała mnie do szpitala na sygnale.

Następne miesiące pamiętam jak przez mgłę, chociaż byłam świadoma tego, co się wokół mnie dzieje. Okazało się, że mam wirusowe zapalenie mięśnia sercowego, które ostro upośledziło funkcjonowanie serca; tylko przeszczep mógł mnie uratować. Sam całymi godzinami siedział zwinięty w kłębek w fotelu koło mojego łóżka. Mama przyklejała na twarz swój radosny uśmiech i odwiedzała mnie codziennie. Tata krążył po sali z rękami w kieszeniach i z pochyloną głową. Odgłosy maszyn były ostatnim, co słyszałam wieczorem, i pierwszym, przy czym budziłam się rano, zastanawiając się, gdzie jestem, dopóki nie nabrałam powietrza w płuca. Nie ma to jak zapach szpitala: środki odkażające zmieszane z odorem rozkładu, żel do rąk wymieszany z nadzieją. Byłam za słaba, żeby czytać, i nie mogłam się skupić na oglądaniu telewizji.

– Kardashianki czy gwiazdy oper mydlanych? – pytała Rachel, czytając mi na głos artykuły z czasopism plotkarskich, ale ja wciąż przysypiałam i nigdy nie byłam w stanie nadążyć za tym, kto się z kim rozwodzi ani kto jest aktualnie za gruby. Albo za chudy. To wszystko wydawało mi się takie trywialne – rzeczy, z których kiedyś śmiałyśmy się w pubie – ale byłam wdzięczna za jej towarzystwo. Nikt inny z przyjaciół nie przyszedł mnie odwiedzić.

Gdy nijakie posiłki wjeżdżały na salę na grzechoczących wózkach, mama podkładała mi pod plecy poduszki i pomagała usiąść. Ani razu nie przyszło mi do głowy, że podnosiła mnie z łóżka z taką łatwością, bo straszliwie schudłam. Kroiła miękkie szpitalne jedzenie na malutkie kawałeczki, a ja przełykałam je w całości, zbyt wykończona, by przeżuwać. O czym ona musiała wtedy myśleć? Może wspominała, jakim byłam pucołowatym dzieckiem, siedzącym w wysokim białym krzesełku i szeroko otwierającym buzię, jak mały wróbelek. Jak sobie radziła? Nigdy nie widziałam, żeby płakała. Ani razu. Nikt mi nie powiedział, że lekarze uważają, iż prawdopodobieństwo znalezienia serca na czas jest niewielkie. Umierałam. Lista pacjentów oczekujących na przeszczep była bardzo długa, a chociaż nie czułam się wystarczająco dobrze, żeby wrócić do domu, nie znajdowałam się też w stanie krytycznym. Jak człowiek przygotowuje się na najgorsze? Nie potrafię sobie tego wyobrazić. I cierpię na myśl o tym, przez co oni musieli przechodzić: mama, Rachel i Sam, siedzący wokół mojego łóżka ze splecionymi palcami, podczas modlitw do Boga, w którego nie wierzyli. Tata, bezradny i sfrustrowany, odwiedzał mnie codziennie, ale nigdy nie zostawał na długo, a gdy się odzywał, w jego głosie pobrzmiewała wściekłość. I prawdopodobnie stale ją odczuwał. Nie spodziewasz się, że zobaczysz, jak jedyne dziecko gaśnie na twoich oczach, prawda? Dni ciągnęły się bez końca: lekarze konsultowali się, pielęgniarki biegały wokół mnie i robiły notatki, aż w końcu pewnego dnia stał się cud.

– Znaleźliśmy serce – oznajmił doktor Kapur.

Zgodność tkankowa okazała się pełna, ale nie świętowaliśmy, gdy przygotowywano mnie do operacji; wszyscy byli boleśnie świadomi faktu, że ten dar życia wiąże się z żałobą innej rodziny.

Kółka łóżka piszczały, gdy wieziono mnie korytarzem. Lampy sufitowe świeciły tak jaskrawo, jakbym miała zostać wessana przez ich jasność i przeniesiona w zaświaty, w które rozpaczliwie chciałam wierzyć.

Nie sądziłam, że to możliwe, abym poczuła się jeszcze gorzej, ale gdy obudziłam się dwa dni później na oddziale intensywnej terapii, byłam tak chora, że niemal pożałowałam, iż nie umarłam. Leżałam pod kroplówką, a dren w klatce piersiowej wydawał się ciężki jak ołów.

Któregoś dnia Sam przyklęknął na jedno kolano koło mojego łóżka. W pierwszej chwili myślałam, że to ze zmęczenia. Sięgnęłam po brzęczyk, żeby przywołać pielęgniarkę, gdy zauważyłam czarne aksamitne pudełeczko spoczywające w jego dłoni. W środku leżał pierścionek – owalny szafir otoczony błyszczącymi diamentami.

– To nie jest romantyczna sceneria, jaką sobie wyobrażałem, ale… wyjdziesz za mnie? Proszę? – zapytał.

– Sam? – Nie wiedziałam, co powiedzieć.

Wyjął pierścionek z pudełka i wyciągnął w moją stronę. Musnęłam palcem kamień, głęboko błękitny jak ocean.

– Należał do babci. Chciała, żebym zaczął nową tradycję. Przekazywał go kolejnym pokoleniom.

Z trudem przełknęłam ślinę. Rozum walczył z sercem.

– Mogę kupić inny, jeśli ten ci się nie podoba.

Niepewność odmalowała się na jego twarzy, nie wyglądał na swoje trzydzieści lat i musiałam zebrać całą siłę woli, żeby się nie rozpłakać. Zacisnęłam dłoń w pięść, by powstrzymać go przed nałożeniem mi pierścionka na palec. Wiedziałam, że już nigdy nie chciałabym go zdjąć.

– Nie mogę za ciebie wyjść – wyszeptałam. – Tak mi przykro.

– Dlaczego nie? Rozmawialiśmy o tym wcześniej.

– Teraz wszystko jest inne. Ja jestem inna.

– Wciąż jesteś sobą. – Pogłaskał mnie po policzku z taką czułością, że ostatkiem sił powstrzymałam się, by nie paść mu w ramiona.

Mimo moich nieumytych włosów, nieświeżego oddechu spoglądał na mnie, jakbym była najpiękniejszą kobietą na świecie. Troska w jego oczach, która zastąpiła niegdysiejsze pożądanie, rozdzierała mi serce.

– Nie chcę już z tobą być, Sam. – Zmusiłam się do wypowiedzenia słów, które bolały bardziej niż skalpel przecinający mi skórę.

– Nie wierzę ci, Jenno.

– To prawda. Jeszcze zanim to wszystko się stało, miałam wątpliwości.

– Mówisz tak tylko dlatego, że jesteś chora…

– Nie. Od dawna miałam wątpliwości. Tak mi przykro.

– Od kiedy? Wcześniej wszystko było w porządku.

Wcześniej. Takie niewinne słowo, ale zawsze będzie istniał podział na przed i po. Szklana ściana oddzielająca rzeczy, które mogłam robić wtedy, od tych, których już nigdy nie zrobię.

– Jenno, bądź ze mną szczera. Kochasz mnie?

Byłam na rozdrożu. Prawda czy kłamstwo.

– Nie kocham cię, Sam. – Wybrałam kłamstwo. – Tak mi przykro. – Postępowałam właściwie. Robiłam to dla niego.

Zaczął coś mówić, ale nie potrafiłam spojrzeć mu w oczy. Skręciłam wykrochmalony róg prześcieradła między palcami i zmusiłam się, by zachować siłę. Będzie mu lepiej beze mnie.

Schował pierścionek z powrotem do pudełka, a ja drgnęłam, gdy zatrzasnął je i ruszył w stronę drzwi, przygarbiony. Pragnęłam przywołać go z powrotem i powiedzieć, jak bardzo go kocham, ale słowa pozostały przykute do języka. Zawahał się w progu, a ja zagryzłam mocno wewnętrzną stronę policzka, by powstrzymać się przed zawołaniem go po imieniu. Moje usta wypełniły się metalicznym smakiem krwi i żalem, a gdy wyszedł, poczułam pulsowanie podarowanego serca i poczucia winy.

***

Cztery tygodnie po przeszczepie zostałam wypisana ze szpitala. Odebrała mnie mama.

– Gdzie jest tata?

Zignorowała to pytanie. Posadziła mnie na tylnym siedzeniu taksówki, okazując mi troskę niczym świeżo upieczony ojciec opuszczający oddział położniczy, ściskający w ramionach fotelik samochodowy z nowo narodzonym dzieckiem i marzący o idealnej przyszłości. Zapięła mi pas, chociaż protestowałam, że mogę to zrobić sama, po czym strzepnęła bawełniany piknikowy koc w kratkę i umieściła go na moich kolanach.

– Moja córka miała przeszczep serca. Proszę jechać powoli – zwróciła się do taksówkarza.

– A niech mnie. – Taksówkarz pomajstrował przy pokrętle zestawu stereo i muzyka przycichła. – Jesteś na to trochę za młoda, skarbie, czyż nie? Ach te dzieciaki! Zawsze przysparzają zmartwień, prawda? Sam mam trójkę. Wnuki też.

Taksówka ruszyła, a zwisający z lusterka odświeżacz powietrza w kształcie semafora zakołysał się, rozsiewając mdląco słodki zapach. Posuwaliśmy się w ślimaczym tempie – mama nie reagowała na kakofonię klaksonów żądających, abyśmy przyspieszyli – w kierunku parterowego domu z trzema sypialniami, w którym dorastałam.

Z głośników popłynęło Paint It Black; The Rolling Stones to był jeden z ulubionych zespołów taty. Mama zagłuszała muzykę, gawędząc o tym, jaką łagodną na razie mamy zimę. Zamknęłam oczy, opierając ociężałą głowę o szybę i osuwając się w sen. Wibracje silnika sprawiały, że czułam mrowienie na policzkach.

Zbudziły mnie krzyki. Twarde, rozwścieczone głosy o coraz wyższej tonacji. Oszołomiona, zmusiłam się do otwarcia oczu i zaczęłam się podnosić do pozycji siedzącej, gdy samochód wyrwał do przodu, koła zaczęły nabierać prędkości, a mną rzuciło do tyłu na siedzenie. Uderzyłam skronią o szybę i otoczyła mnie ciemność przyprawiająca o zawroty głowy.

– Nie. Nie. Nie! – Przerażone krzyki kobiety zabrzmiały mi w uszach, a strach przeniknął do krwiobiegu.

Hamulce zapiszczały. Szkło roztrzaskało się i czułam, że lecę, a moja skóra płonie, krwawi, podczas gdy odłamki szkła wbijają się w ciało.

Poderwałam ręce do góry, żeby zasłonić twarz, i nagle wszystko znieruchomiało. Cisza. Muzyka. Zerknęłam przez rozcapierzone palce. Wciąż siedziałam przypięta. Głowa taksówkarza podskakiwała w rytm Paint It Black. Mama mówiła mu właśnie, że na najbliższy weekend zapowiadają tęgi mróz.

Przyjrzałam się swoim dłoniom, obróciłam ręce. Żadnej krwi. Ostrzeżono mnie przed niezliczonymi skutkami ubocznymi leków, które muszę zażywać, ale gdy spróbowałam przeanalizować to, co się stało, poczułam, jak mgła otula mózg, i nie byłam już pewna, czy to przypadkiem mi się nie przyśniło. Pomruk silnika w połączeniu z lekami mnie otumaniał. Jeszcze raz odchyliłam głowę i przez resztę podróży patrzyłam przez okno nieobecnym wzrokiem. To musiał być sen, prawda?