Pośpieszny ślub

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ CZWARTY

Giles wszedł do przestronnego salonu z dwoma oknami wychodzącymi na skwer. Ojciec siedział w głębokim fotelu. Lewą, obandażowaną nogę, trzymał na stołku. Odwrócił się i spojrzał na syna spod krzaczastych, już prawie całkiem białych brwi.

Pomimo siwych włosów i brwi nie wyglądał na starca.

Ma dopiero sześćdziesiątkę, uświadomił sobie Giles. Takie inwalidztwo musi doprowadzać człowieka do szału, nic dziwnego, że stał się hipochondrykiem. Powinien szaleć po całej posiadłości, urządzać wszystkim piekło i polować na lisy oraz bażanty, jak zawsze.

– Milordzie – zwrócił się formalnie do ojca, podchodząc bliżej. – Przykro mi, że zastaję cię w nie najlepszym stanie zdrowia.

Ku jego przerażeniu markiz zerwał się z fotela i porwał go w objęcia.

– Giles! Mój Boże, jak dobrze znów cię zobaczyć, mój chłopcze.

Kiedy uścisk ojca zelżał, Giles usadowił go z powrotem w fotelu, ostrożnie ułożył jego nogę na stołku i usiadł naprzeciw niego. Przez dłuższą chwilę poprawiał poduszkę pod plecami, żeby dać ojcu czas na otarcie łez. Giles nie widział go płaczącego od przeszło dwudziestu lat, od tamtego okropnego dnia, gdy zmarła jego matka i nowo narodzona siostrzyczka.

– Sir, powinieneś uważać.

– Ha! Rzeczywiście powinienem był uważać, ale teraz już na to za późno.

– Na pewno nie. – Dopiero teraz, Giles uświadomił sobie, jak bardzo tęsknił za ojcem. Kochał go, a nawet o tym nie wiedział. – Podagra to rzeczywiście poważna choroba, ale jesteś jeszcze młody, ojcze, w pełni sił. Na nic nie jest za późno. – W chwili, kiedy mówił te słowa, przeszedł go dreszcz, zrodziło się w nim złe przeczucie. – A może dolega ci coś więcej, jakaś choroba, o której nie wspomniałeś w listach?

– Nie, z moim zdrowiem wszystko w porządku, nie licząc tej przeklętej stopy i braku ruchu, co doprowadza mnie do szewskiej pasji. – Starszy pan potrząsnął głową z dziwnie żałosnym wyrazem twarzy. – Niech ci się przyjrzę. Trudno uwierzyć, jak bardzo się zmieniłeś. Jesteś już dorosły i zrobiłeś się podobny do rodziny twojej matki. Nie ma w tym nic złego, to przystojni mężczyźni.

– Powinienem przyjechać wcześniej – stwierdził Giles.

– Nie mogłeś. Potrafię czytać między wierszami, a twój kuzyn Theobald zrobił kilka dyskretnych aluzji. Zgaduję, że byłeś zamieszany nie tylko w dworskie afery w Lizbonie. Prowadziłeś rozpoznanie w Hiszpanii? Działalność wywiadowczą? – Giles wzruszył ramionami i uśmiechnął się, na co ojciec pokiwał głową. – Tak myślałem. Prawdopodobnie byłbyś bezpieczniejszy w regularnym regimencie, w mundurze, ale spełniłeś obowiązek wobec swojego kraju i jestem z ciebie dumny.

Giles nie wiedział, jak na to zareagować. Przez całe życie sprawiał ojcu zawód jako niezdarny, poważny mól książkowy. Kiedy był młodszy i nie znał jeszcze zasady majoratu, zastanawiał się, dlaczego ojciec nie ożenił się ponownie i nie spłodził kolejnego syna, który dałby mu satysfakcję i lepiej nadawał się na spadkobiercę.

Wyglądało na to, że stosunek ojca do niego uległ teraz zmianie. Czuł, że chodziło nie tylko o jego działalność w Portugalii, ale że dzięki wymianie listów, choć sztywnych i wymuszonych, stopniowo nawiązała się między nimi nić zrozumienia i sympatii. Może ta więź nie powstałaby nigdy, gdyby żyli blisko siebie, irytując się nawzajem.

Giles chrząknął, by oczyścić ściśnięte gardło.

– Czy Bath pomaga ci na podagrę?

– Ten przeklęty łapiduch trzyma mnie na diecie odchudzającej i kazał mojemu służącemu, Lathamowi, chować przede mną porto. Cóż, muszę przyznać, że to pomaga, więc chyba ten arogancki i niezwykle drogi konował miał rację. Ale niech diabli porwą podagrę. Pilnie chciałem się z tobą zobaczyć i dziękuję Bogu – a może raczej Wellingtonowi – za zakończenie wojny i twój powrót, bo inaczej musiałbym po ciebie posłać.

Wypełniające Gilesa ciepło i satysfakcja, że ojciec wreszcie był z niego dumny, a to spotkanie nie okazało się tak sztywne, jak się spodziewał, odpłynęły w dal. Szykowały się kłopoty albo, sądząc po niewesołym wyrazie oczu ojca, to piwo, które miał wypić, już zostało uwarzone, ciemne i mocne.

– Co się dzieje, ojcze?

Starszy pan niespokojnie poruszył się w fotelu.

– Wielka szkoda, że to małżeństwo z dziewczyną Palgrave’a nie doszło do skutku – zaczął wymijająco.

Tamta stara historia wypływała na powierzchnię zaraz po porannym spotkaniu z Laurel? Co za zbieg okoliczności.

– Ojcze, to było dziewięć lat temu. Ona była zdecydowanie zbyt młoda, żeby myśleć o małżeństwie. Zresztą ja również. Nawet gdyby nie zaszło to okropne nieporozumienie, to i tak mogło się okazać, że do siebie nie pasujemy. – I sądząc po dzisiejszym spotkaniu, z pewnością tak by się okazało. Choć nie mógł zapomnieć dotyku ust Laurel. – Wkrótce zacznę się rozglądać za odpowiednią kandydatką na żonę, obiecuję ci. – Giles włożył w to zapewnienie tyle energii i zdecydowania, ile tylko mógł z siebie wykrzesać.

Markiz potrząsnął głową.

– Wiesz, że jej ojciec i ja od dawna planowaliśmy wasze małżeństwo, od czasów, gdy byliście jeszcze małymi dziećmi. W ten sposób doszłoby do połączenia dwóch posiadłości. Nawet kiedy wszystko poszło źle i wyjechałeś z kraju, a stosunki między naszymi domami znacznie się ochłodziły, ojcu Laurel nadal zależało na tym związku. Mnie również. To rozwiązałoby wszystkie problemy.

Dlaczego ojciec teraz do tego wraca? Chyba nie ocenia stanu swojego zdrowia tak marnie, że martwi się o następne pokolenie spadkobierców?

A jeśli nawet, to powinien wiedzieć równie dobrze jak Giles, że mężczyzna, który odziedziczy tytuł markiza, nie będzie miał problemów ze znalezieniem odpowiedniej żony.

Giles wstał i podszedł do okna. Miał światło za plecami, więc trudno było dostrzec wyraz rozdrażnienia na jego twarzy. Ale słowa, które mu się wyrwały, były szorstkie.

– Dlaczego, do licha, ciągle o tym mówimy? To przebrzmiała historia, która już nikogo nie obchodzi. – Z wyjątkiem, jak się okazuje, jego samego, skoro stracił panowanie nad sobą. Co za niepokojąca konstatacja. Swego czasu tamte wydarzenia doprowadzały go do furii i przyprawiały o głębokie zażenowanie, ale do tej pory powinien już przejść nad nimi do porządku dziennego. Teraz miał obowiązek znaleźć odpowiednią kandydatkę na żonę i nie zamierzał słuchać o Laurel.

– Giles, usiądź i wysłuchaj mnie. Musisz coś zrobić, i to w ciągu najbliższych miesięcy, bo grozi nam ruina.

– Ruina? To śmieszne. – Usiadł. – Ja muszę coś zrobić? Co?

Tym razem ojciec nie wahał się, wyrzucił to z siebie.

– Pięć lat temu zacząłem spekulować. Wydawało się, że mam do tego dryg. Zarobiłem sporo pieniędzy.

– Tak? – Giles odnosił dziwne wrażenie, że cała krew spłynęła z jego głowy do stóp.

– Więc nadal inwestowałem, spekulowałem. – Kiedy już raz ojciec zdobył się na wyznanie, słowa zdawały się same płynąć z jego ust. – Powinienem, oczywiście, zachować początkowe wygrane, ulokować pieniądze w ziemi albo w obligacjach państwowych, ale ja ciągle inwestowałem, puszczałem pieniądze w ruch, a przynajmniej tak mi się wydawało.

Westchnął i przetarł ręką twarz, jakby był nieznośnie zmęczony.

– A potem zacząłem przegrywać. Kornwalijskie kopalnie cyny przestały dostarczać srebro, upadł również projekt brazylijski. Jedna katastrofa za drugą. Wykładałem kolejne sumy, żeby pokryć straty. I zanim się zorientowałem, przepadło wszystko. Wszystko poza majątkiem powiązanym z tytułem markiza.

Wszystko. A tytuł nigdy nie dostarczał wielu korzyści. Ich przodek został uhonorowany zaszczytnym tytułem markiza za jakąś mętną przysługę wyświadczoną królowi Jerzemu I. Z drobnego posiadacza ziemskiego został wyniesiony od razu na znacznie wyższy szczebel drabiny społecznej. Ten awans nie był poprzedzony wieloma pokoleniami gromadzącymi powoli bogactwo, jak to się działo w większości rodów arystokratycznych. Nie mieli więc zamków ani rozrzuconych po całym kraju posiadłości ziemskich, nie mieli również skrzyń klejnotów z czasów Tudorów. Posiadali tylko Thorne Hall wraz z należącymi do niego terenami. Oraz przyzwyczajenie do wygodnego życia.

– I co w tej sytuacji zrobiłeś? – O dziwo, głos Gilesa zabrzmiał całkiem spokojnie.

– Sprzedałem wszystkie ziemie nieobjęte majoratem Palgrave’owi i w ten sposób pokryłem część długów. Resztę pieniędzy pożyczyłem od niego.

– Ile jeszcze jesteśmy winni? – To zły sen, to musiał być zły sen! Lada chwila obudzi się, mokry od potu, w swoim łóżku w Lizbonie.

Ojciec podał mu szokującą sumę, po czym zapadło milczenie.

– Dochody z majątku wystarczają na obsługę długu, ale nie na jego spłatę.

Wyglądało na to, że Giles jednak się nie obudzi.

– Pelgrave zmarł nieco ponad rok temu, prawda? – Laurel nie była już w żałobie, kiedy ją spotkał.

– Zostawił listy do mnie i do swego spadkobiercy. Malden Grange oraz ziemie, które kupił ode mnie, przechodzą na własność Laurel jako majątek powierniczy, którym zarządzać będzie nowy hrabia. Malden nigdy nie było siedzibą rodową, więc należące do niego ziemie nie są objęte majoratem. Spadkobierca Palgrave’a woli swoją dawną siedzibę na drugim krańcu kraju, z rozpadającymi się ruinami zamku. Zdaje się, że ma obsesję na punkcie zabytków, zresztą posiada również inne rezydencje.

Markiz poruszył się niespokojnie w fotelu.

– Okazał w całej sprawie wiele rozsądku i, co ważniejsze, dyskrecję. Nie powiedział o zapisie Laurel ani jej macosze, więc uważają, że po prostu okazał się wspaniałomyślny, pozwalając im pozostać w głównym budynku, zamiast przenieść je do Wdowiego Dworku.

– Wybacz, ale nie rozumiem, jakie to ma znaczenie. Mogę docenić takt nowego hrabiego, ale nasz dług i tak musi zostać spłacony, a ziemia już przepadła. – Jakoś udało mu się powściągnąć gniew. Nie było go w Anglii, kiedy powinien trwać u boku ojca. Gdyby nie wyjechał, prawdopodobnie nie doszłoby do tego. Jednak nie było go tutaj. Kolejna bolesna prawda, z którą będzie musiał żyć.

 

– W listach, o których ci mówiłem, Palgrave wyraził wolę, by Laurel odziedziczyła ziemie i posiadłości pod warunkiem, że wyjdzie za mąż w przeciągu osiemnastu miesięcy po śmierci ojca. Saldo mojego długu również przejdzie na nią po zawarciu małżeństwa – a raczej na jej męża. Jeżeli nie zastosuje się do warunków testamentu, wszystko przejmie nowy hrabia, z wyjątkiem szczodrego posagu lub pensji dla Laurel, w zależności od tego, czy wyjdzie za mąż, czy też nie.

Giles rozsiadł się w fotelu, wziął głęboki oddech i podsumował.

– Więc jesteśmy na łasce tego, kogo zdecyduje się poślubić Laurel, jeśli nie zdołamy zgromadzić pieniędzy na wykupienie ziemi. Albo, jeśli jej małżeństwo nie spełni wymagań Palgave’a, będziemy zadłużeni u nowego hrabiego. – I zdani na jego łaskę lub na łaskę męża Laurel, jeśli któryś z nich postanowi wystąpić o spłatę długu. Zatrzymał to spostrzeżenie dla siebie.

– Niezupełnie. – Ojciec popatrzył na niego z pewną obawą. – Laurel otrzyma te ziemie i dług pod warunkiem, że w ciągu najbliższych pięciu miesięcy poślubi lorda Revesby’ego.

– Ale to ja jestem lordem Revesbym.

– Właśnie.

– Cieniutko dziś z towarzystwem – pożaliła się Phoebe, przesunąwszy spojrzeniem po zatłoczonym pomieszczeniu. – Miałam nadzieję, że podczas twojego pierwszego balu w Assembly Rooms będzie większa różnorodność partnerów, no i bardziej zbliżonych wiekiem do ciebie. Och, kochanie, jestem naprawdę rozczarowana.

– Moim zdaniem jest zupełnie dobrze. – Laurel starała się powstrzymać mdłości z niepokoju na widok tylu nieznanych osób, z których wiele patrzyło na nią z dyskretnym zaciekawieniem. – Wolałabym, żeby ludzie nie gapili się tak na mnie – mruknęła zza osłony wachlarza.

– A czego się spodziewałaś, kochanie? – Pheobe spojrzała na nią filuternie. – Jesteś bardzo atrakcyjna, masz elegancką, choć może nie najmodniejszą suknię, no i nowa twarz jest tu zawsze mile widziana. Jak powiedziałam, nie za wielu tu dzisiaj odpowiednich młodych mężczyzn, ale nie widzę powodu do rozpaczy. Mam nadzieję znaleźć kogoś dla ciebie.

– Nie jestem już zbyt młoda i serio mówiłam, że nie chcę wychodzić za mąż.

– Gadanie! Nie mam pojęcia, skąd to twoje przekonanie, że poszłaś już w odstawkę. To pewnie sprawka twojej macochy.

– Po prostu nie jestem już w wieku…

– Spójrz, kochanie, tam, na samym środku długiej ściany jest kilka wolnych krzeseł. Pośpieszmy się i zajmijmy je. Będziemy stamtąd miały znakomity widok.

I same wystawimy się na widok publiczny, pomyślała Laurel z niechęcią, torując sobie drogę przez tłum.

Phoebe przyspieszyła kroku i zajęła krzesła tuż przed nosem dwóch kobiet w porażających wzrok toczkach z kołyszącymi się piórami.

– Czy nie powinnam ustąpić miejsca jednej z nich? – zapytała szeptem Laurel.

– Absolutnie nie. To siostry Pershing, najbardziej nieuprzejme osoby, jakie w życiu spotkałam. A teraz rozejrzyjmy się, kogo tu mamy. – Phoebe przebiegła wzrokiem salę i cmoknęła z dezaprobatą, kiedy nie udało jej się dostrzec tego, kogo szukała. – Rozglądam się za mistrzem ceremonii, muszę mu ciebie przedstawić, żeby pamiętał o tobie przy rozsyłaniu zaproszeń. A tam jest lady Bessant. – Pomachała. – Zaraz do nas podejdzie. Jej syn owdowiał dziewięć miesięcy temu. To bardzo miły mężczyzna, odrobinkę nijaki, ale… O, i pani Terrington. Ma trzech wnuków, dwóch nawet dość inteligentnych. A tam…

Laurel puszczała mimo uszu uwagi ciotki o odpowiednich do żeniaczki dżentelmenach i starała się koncentrować uwagę na szczegółach: to będzie jej nowy świat, powinna szybko nauczyć się nazwisk i twarzy tych ludzi. Kiedy tak się im przyglądała, kilka młodszych dam zaczęło zerkać w stronę drzwi, a niektóre z matek starały się, bardzo subtelnie, zwrócić na siebie uwagę.

Nadchodzi atrakcyjny dżentelmen, pomyślała Laurel z rozbawieniem. W tym momencie do sali wszedł Giles, pogrążony w rozmowie z jakimś niższym mężczyzną.

– O, jest wreszcie pan Gorridge, mistrz ceremonii. Wchodzi z… o, nie, to znowu lord Revesby.

– I zmierzają w tę stronę – stwierdziła Laurel z rozpaczą.

– Droga lady Cary, proszę o wybaczenie, że nie przyszedłem wcześniej. Dopiero teraz dowiedziałem się o przyjeździe lady Laurel. – Mistrz ceremonii był bardzo wylewny, pochylił się nad jej ręką i gorliwie zapewniał o gotowości służenia wszelką pomocą tak dystyngowanej damie.

Laurel zapewniła grzecznie, że życzy sobie subskrybować program koncertów, przyznała, że lubi bale, wyznała, że nie interesują jej gry karciane i wywołała pobłażliwy śmiech mężczyzny, marszcząc nosek, gdy zapytał, czy próbowała już miejscowych wód. Ale przez cały czas była świadoma obecności Gilesa, który stał w milczeniu o krok za panem Gorridge’em i zdawał się wypełniać całe jej pole widzenia.

– Proszę pozwolić, że przedstawię hrabiego Revesby’ego, który świeżo przybył do Bath, podobnie jak pani, lady Laurel.

– Lord Revesby przedstawił mi się dziś rano – odparła Laurel z tak zimnym uśmiechem, na jaki tylko pozwalały dobre maniery. Nie chciała robić scen na oczach całego Bath. – Znamy się od… dzieciństwa.

– Sąsiedzi, no tak, oczywiście. – Laurel uświadomiła sobie, że pan Gorridge musiał mieć encyklopedyczną wiedzę na temat arystokracji, żeby móc pełnić swoją funkcję. – Ale od waszego ostatniego spotkania z pewnością minęło już sporo czasu, ponieważ jego lordowska mość z honorem i odwagą służył krajowi na Półwyspie Iberyjskim.

– Naprawdę? Służył z honorem i odwagą? – Laurel uniosła brwi z wyrazem grzecznego zaskoczenia na twarzy. – Rozumiem, że lord Revesby stanowił ozdobę lizbońskiego dworu. Ale to być może bardziej uciążliwa służba, niż sobie wyobrażałam. Możliwe, że trzeba było nosić niebezpieczną perukę? Albo niewygodną dworską liberię?

– Bywały ciężkie chwile, nie mówiąc już o śmiercionośnych perukach – mruknął Giles. Mistrz ceremonii nerwowo wodził spojrzeniem od jednego do drugiego, najwyraźniej nie był pewien, czy to żarty. W końcu skłonił się i podszedł do zrzędliwej owdowiałej hrabiny, która przywoływała go niecierpliwie wachlarzem. – Mogę? – zapytał Giles o pozwolenie na przyłączenie się do nich.

ROZDZIAŁ PIĄTY

– Nie ma gdzie usiąść – zaczęła Laurel, ale oczywiście Gilesowi szczęście dopisało i krzesło obok nich zostało w tym momencie zwolnione przez dżentelmena, który powiedział żonie, że idzie do saloniku karcianego, zanim orkiestra zacznie piekielną kocią muzykę.

Giles usiadł, nie czekając na zgodę Laurel. Siedząca obok niej Phoebe, wyraźnie zdeprymowana ich wzajemną wrogością, nie zareagowała.

– Zaczęliśmy nad wyraz niefortunnie. – Giles wychylił się do przodu i zwrócił się do Phoebe przez siedzącą pomiędzy nimi Laurel: – Chcę panie przeprosić za to, że podszedłem poprzedniego dnia tak bezpośrednio, zanim dokonałem prezentacji mojej osoby. Wyobrażam sobie, jaka musiałaś być zażenowana, Laurel. Zapewne odniosłaś wrażenie, że jesteś prześladowana. – W błękitnych oczach Gilesa malowała się absolutna powaga.

Dlaczego on jest taki ugodowy? – zastanawiała się Laurel. I dlaczego w ogóle tu jest? Bez trudu mógłby mnie unikać, co byłoby wygodne dla nas obojga.

Phoebe zdobyła się na kilka niezobowiązujących uwag typu: to w pełni zrozumiałe, ale Laurel zachowała lodowate milczenie.

– Na swoje wytłumaczenie mam tylko jedno, lady Laurel – dodał Giles. -Już od pierwszego spotkania w Beckhampton odnosiłem wrażenie, że jesteśmy znajomymi.

– Znajomymi? Bez wątpienia. Ja byłam rozhisteryzowaną dziewczynką, a ty… Brak mi słów.

– Bogu niech będą dzięki za tę drobną łaskę – mruknęła do niej Phoebe.

– Musimy porozmawiać o tej katastrofie na osobności – powiedział Giles. – Żadne z nas nie może sobie pozwolić na okazywanie wrogości w miejscu publicznym.

– Nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy rozmawiać o czymkolwiek. – Laurel nie rozumiała, dlaczego ogarnęła ją taka panika. Powinna dać mu odprawę, stanowczo i chłodno. Nie mieli o czym rozmawiać. – Nie mamy powodu spotykać się ani w miejscu publicznym, ani na osobności.

Gdyby tylko Giles nie wydawał jej się taki obcy i taki znajomy zarazem. Im dłużej przebywała blisko niego, tym wyraźniej słyszała echa przeszłości w jego glosie, widziała je w jego fascynujących oczach. Gdyby nie był tak bardzo męski. A przecież nie zachowywał się jak jego ojciec, hałaśliwy i radośnie dominujący nad całym otoczeniem. Giles całkowicie panował nad swoim zachowaniem, mówił spokojnym głosem, a jego ruchy były eleganckie. Stanowił wzór dżentelmena – a może raczej ideał dworzanina, dzięki obyciu na dworze w Lizbonie. Tylko że …

Co miał na myśli pan Gorridge? Z honorem i odwagą. Czyżby Giles walczył? Ale przecież nie był w armii…

– Wybacz, Laurel, ale nie zgodzę się z tobą. Oboje przez pewien czas pozostaniemy w Bath. Żadne z nas nie zamknie się w domu na cztery spusty, żeby nie natknąć się przypadkiem na to drugie. A jeśli każdemu naszemu spotkaniu będzie towarzyszyło napięcie, to zaczną się komentarze. Ludzie znowu będą szeptać o dawnym skandalu, a to nie ułatwi dalszego pobytu w Bath ani tobie, ani mnie. I będzie to kolidowało z moimi planami.

– Dla pana jestem lady Laurel, milordzie – odparła wyniośle, wywołując kpiący uśmieszek na jego twarzy. Dobrze by mu zrobiło, jemu i tym jego planom, gdyby wymierzyła mu teraz policzek. W pełni na to zasługiwał.

– A można wiedzieć, jakie są te pańskie plany, lordzie Revesby? – Phoebe, która najwyraźniej zdążyła już opanować zdenerwowanie, rzuciła jej karcące spojrzenie. Nie w miejscu publicznym, mówiły jej oczy.

– Małżeństwo, lady Cary. Nic tak nie poprawi stanu zdrowia mojego ojca jak odpowiedni związek. Zbyt długo był sam i cieszyłby się, mając przy sobie rodzinę.

– Sądzę więc, że wybiera się pan do Londynu na następny sezon – zauważyła Phoebe.

Laurel nie pojmowała, dlaczego tak przejęła się tym, z kim ożeni się Giles. Przecież już nie był mężczyzną, za jakiego go kiedyś uważała. Nigdy nim nie był. Ale rodzina? Gromadka małych Gilesów?

– Niewykluczone, lady Cary. O ile wcześniej nie znajdę odpowiedniej kandydatki na żonę. Jest czerwiec, tegoroczny sezon już się zakończył, a Bath ma swoje uroki, jak się przekonuję. – Nie patrzył na parkiet, na którym spora grupka młodych dam w wieku odpowiednim do małżeństwa zaczynała ustawiać się do tańca z partnerami.

Patrzył na mnie, uświadomiła sobie Laurel. Co? Nie!

Phoebe wydała jakiś cichy dźwięk, ale zanim którekolwiek z nich zdążyło się odezwać, dżentelmen dobrze po czterdziestce zatrzymał się przy nich i skłonił lekko.

– Dobry wieczór, lady Cary. Czy zechce mnie pani przedstawić swej towarzyszce?

– Oczywiście, sir Hugh. Laurel, moja droga, to jest sir Hugh Troughton. Sir Hugh, to moja siostrzenica, lady Laurel Knighton, która sprawiła mi ogromną przyjemność, przyjeżdżając tutaj, aby ze mną zamieszkać. Laurel, sir Hugh to kolega mojego zmarłego męża z Ministerstwa Wojny, przybył do Bath, towarzysząc swej chorej siostrze. Mam nadzieję, że panna Troughton czuje się lepiej, sir.

– Znacznie młodszy kolega – podkreślił dżentelmen, pochylając się nad ręką Laurel. Spodobał się jej jego uśmiech i otwartość malująca się na dość pospolitej twarzy. – Dziękuję, lady Cary. Świeże powietrze i wody dobrze robią mojej siostrze. Spodziewam się, że w przyszłym tygodniu będziemy mogli wrócić do Londynu. A to… – Popatrzył pytająco na Gilesa.

– Revesby. – Giles wstał i wyciągnął do niego rękę.

– Miło mi. – Sir Hugh energicznie potrząsnął jego ręką. – Słyszałem, że wraca pan do domu. – Ściszył głos. – Miałem przyjemność czytać wiele z pańskich raportów. Niezwykle użytecznych, z czego niewątpliwie zdaje pan sobie sprawę. Myślę, że list z zaproszeniem do Whitehall w pierwszym dogodnym dla pana terminie jest już w drodze.

– Towarzyszę choremu ojcu, ale naturalnie służę wszelką pomocą – odpowiedział Giles równie cichym głosem. – Liczę, że da mi pan znać, gdyby pojawiły się jakieś pilne sprawy.

– Doskonale. Ale nie powinniśmy nużyć dam tą, hm, dyplomatyczną rozmową. Lady Cary, mam nadzieję, że zaszczyci mnie pani następnym tańcem? A lady Laurel kolejnym?

Obie panie wyraziły zgodę.

– W takim razie czy ja mógłbym liczyć na odwrotną kolejność? – zwrócił się do nich Giles. – Następny taniec, lady Laurel? I trzeci, lady Cary?

 

Znakomita taktyka, pomyślała Laurel. Irytacja walczyła w niej o lepsze z podziwem. Przyjęłam już zaproszenie do tańca, więc etykieta nie pozwala mi odmówić kolejnemu dżentelmenowi, kimkolwiek by był. Szkoda, że nie mogę wyłgać się skręconą kostką czy zmęczeniem. Będę musiała z tym zaczekać i przynajmniej raz z nim zatańczyć.

– Będzie mi bardzo miło – odpowiedziała, obdarzając go uśmiechem.

– Masz ostre ząbki, Laurel – mruknął Giles. – Dotąd mam na ciele blizny.

– Gdzie? – zapytała zaskoczona. Phoebe i sir Hugh byli pogrążeni w ożywionej dyskusji na temat wyboru lekarza dla jego siostry.

– Na prawej łydce. Na pewno pamiętasz. Musiałaś mieć wtedy około dziesięciu lat i byłaś na mnie zła, bo kiedy wdrapałem się na jabłonkę na Home Farm po latawiec, nie chciałem zerwać dla ciebie jabłek. Ugryzłaś mnie tam, gdzie mogłaś dosięgnąć.

– O, Boże, tak! – Laurel zachichotała na to wspomnienie. – Ale wrzeszczałeś!

– Byłaś małą dzikuską.

– A ty byłeś wyjątkowo nieuczynny i zrzędliwy. „To nie jest nasze drzewo. To by była kradzież” – zacytowała jego słowa. – Zabranie paru jabłek to nie kradzież.

– Spróbuj przekonać o tym farmera Goodyeara.

Przykry dźwięk strojenia skrzypiec oderwał ją od radosnych wspomnień z dzieciństwa i przywrócił do rzeczywistości. Ta rozmowa stawała się zbyt poufała. Laurel nie potrafiła zrozumieć, dlaczego Giles zrobił się taki przyjacielski po tamtych zgryźliwych uwagach w pijalni. I czy tamto znaczące spojrzenie w stronę Phoebe, kiedy mówił o małżeństwie, miało ją tylko sprowokować?

Teraz, kiedy otrząsnęła się z początkowego szoku wywołanego ponownym spotkaniem, zaczynała dostrzegać w przystojnej, męskiej twarzy coraz więcej rysów tamtego młodzieńca sprzed lat. Rozpoznała linię szczęki, kształt nosa, łuk brwi. Włosy Gilesa pojaśniały, z miodowego brązu zmieniły się w blond, możliwe, że pod wpływem słońca, ponieważ brwi i rzęsy pozostały ciemne. No i te niebieskie oczy…

A zmysłowy wykrój ust, skóra napięta na kościach jarzmowych, wzrost i szerokość barków? Skąd to się wzięło? Musiał przerosnąć ojca o dziesięć centymetrów, był muskularny, szczupły i zgrabny. Ta sylwetka mogła być, oczywiście, zasługą mistrza sztuki krawieckiej, ale to mało prawdopodobne.

Ogarnęła ją nagle pokusa, by dotknąć jego ramion. Na Downs nie dotknęła go, jego usta musnęły tylko jej wargi.

– Czy mam smugę na czubku nosa? – zapytał Giles, nie odwracając głowy.

– Nie. Doskonale wiesz, że przyglądam się zmianom, jakie zaszły w twojej powierzchowności – odparła spokojnie. Nie zamierzała rumienić się z powodu gapienia się na mężczyznę. Na tego mężczyznę. – Wątpię, czy twój charakter zmienił się tak bardzo jak powierzchowność.

– Uważasz, że nie? Przez dziewięć lat, na obczyźnie, w czasie wojny? – Teraz odwrócił głowę i spojrzał wprost na nią. – Wybacz, ale moim zdaniem doświadczenie życiowe powoduje znaczne zmiany.

– Nie w fundamentalnych cechach charakteru – stwierdziła Laurel stanowczo.

– Więc uważasz, że mój charakter pozostał tak niezadowalający jak dziewięć lat temu, choć zamieniłaś ze mną dopiero kilka zdań?

– Niewątpliwie. Wiek i doświadczenie tylko pogarszają sprawę.

– To odnosi się w równym stopniu do nas obojga – mruknął. W tym momencie orkiestra przestała grać i tancerze nagrodzili muzyków oklaskami, po czym zaczęli schodzić z parkietu. Giles wstał. – Teraz nasz taniec.

Dziwną trudność sprawiło jej wstanie z gracją z krzesła i przyjęcie wyciągniętej ręki Gilesa. Kolana Laurel zmieniły się nagle w galaretę, jakby całe zdenerwowanie, którego nie chciała zdradzić głosem ani gestem, spłynęło do nóg. Udało jej się jednak jakimś cudem nie potknąć i położyć rękę na jego dłoni.

– Nie sprawdziłam, jakie będą teraz tańce – wyznała, żeby coś powiedzieć, kiedy zajęli miejsce na parkiecie. Niezależnie od uczuć, jakie w niej budził Giles, była przecież damą i potrafiła się zachować w miejscu publicznym. Gdyby jej niechęć stała się widoczna dla osób postronnych, naraziłaby ciotkę Phoebe na zażenowanie i stres. Należało znaleźć temat do niezobowiązującej pogawędki.

– Wydaje mi się, że jakieś tańce ludowe.

Muzycy zaczęli grać i Laurel rozpoznała melodię starej pieśni, ale bardzo zmienioną, graną wolniej i całkowicie pozbawioną wigoru.

– Temu, kto to zaaranżował, chyba słoń nadepnął na ucho – zauważył Giles po kilku minutach. – Grają jak na pogrzebie.

– Myślałam, że na dworze w Lizbonie bywały również dostojne tańce – odpowiedziała Laurel, kiedy zeszli się ponownie po wykonaniu kilku figur.

Giles wyglądał imponująco nawet w zwyczajnym stroju wieczorowym – bryczesach z czarnego jedwabiu, białych pończochach i ciemnogranatowym żakiecie frakowym. Jeśli na dworze portugalskim korpus dyplomatyczny występował w takich paradnych uniformach zdobionych grubymi srebrnymi sznurami jak w pałacu St James, to musiał się prezentować jeszcze wspanialej. Był również doskonałym tancerzem, znakomicie panował nad ruchami podczas powolnych obrotów i przejść. Przekonała się, że wolniejsze tańce częściej ujawniają niezdarność tancerzy.

– Masz rację. Tamtejsze dworskie tańce są, niestety, dość powolne i staroświeckie. Bardzo pozerskie i zmanierowane. Początkowo trudno mi było powstrzymać się od śmiechu na widok tancerzy paradujących jak pawie. Na szczęście Wellington spędzał zimę w Portugalii i wydawał wystrzałowe bale. Wymagał, żeby wszyscy młodzi dżentelmeni tańczyli, a lubił szybkie pląsy.

– A ty byłeś jednym z tych młodych dżentelmenów, tak? – Im więcej słyszała, tym bardziej umacniała się w przekonaniu, że ostatnie lata upłynęły mu w ogniu konfliktu zbrojnego na Półwyspie Iberyjskim, a nie na lizbońskim dworze, nie na uprzejmościach i dyplomatycznych pogawędkach pomiędzy jednym a drugim menuetem. Co było zarazem i godne uznania, i irytujące, ponieważ musiała go za to podziwiać, a nie chciała dostrzegać z nim nic dobrego.

Ani odrobiny.

– Wpadałem tam czasami. – Jego twarz nagle stała się nieprzenikniona, uśmiech pozostał tylko na ustach. – Nie byłem w wojsku, Laurel. Należałem do korpusu dyplomatycznego.

Ale nie tylko, nie dam się oszukać. Może w wywiadzie? To ciekawe, że on nie chce o tym opowiadać, nie mówiąc już o chwaleniu się swoimi dokonaniami. Ojej, kolejna cecha godna uznania.

– Dzięki Bogu, to już koniec – westchnęła Laurel, kiedy wybrzmiała ostatnia żałobna nuta skrzypiec i tancerze wymienili ukłony. – O, teraz zagrali lepiej. – To był normalny taniec ludowy, wesoły i pełen wigoru. – Znam tę melodię – powiedziała, kiedy Giles wziął ją za ręce i obrócił nią dokoła. – Ale nie mogę jej rozpoznać.

– Ani ja. – Odsunęli się, żeby zrobić następnej parze miejsce do obrotu. – Kojarzy mi się w jakiś sposób z tobą.

– Ze mną? – I nagle, kiedy Giles ujął dłonie damy stojącej naprzeciwko i obrócił ją dookoła, wróciła jej pamięć. Zapach bujnej, wiosennej trawy deptanej stopami tańczących, woń kwiatów tarniny z żywopłotów lśniących w blasku pochodni i wszechobecny śmiech. Dźwięk skrzypiec, walenie w bęben i popiskiwanie fujarki.

– Wiejski festyn majowy – rzuciła, gdy Giles pojawił się znowu u jej boku, zanim z kolei ona nie oddaliła się, wirując w kręgu tancerzy.

Ile wtedy miała lat? Czternaście? Wszyscy poszli na festyn, który był cudowny, choć macocha nie pozwoliła Laurel kupić upragnionego pozłacanego świecidełka, bo to „wulgarny śmieć”. Nie pozwoliła jej również pójść wieczorem na tańce. Stwierdziła, że to będzie nieprzyzwoita wiejska zabawa, absolutnie nieodpowiednia dla młodej damy, nawet takiej, która biega jeszcze w krótkiej spódniczce i nie upina włosów. Laurel przygryzła wargę, żeby nie rozpłakać się z rozczarowania i posłusznie kiwnęła głową. Jednak wieczorem szeroko otworzyła okno, włożyła najładniejszą sukienkę i tańczyła sama w swoim pokoju w rytm muzyki niosącej się w ciepłym powietrzu.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?