Małe KobietkiTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

CZĘŚĆ I

I. Zabawa w pielgrzymów

II. Wesołe święta

III. Młody Laurence

IV. Ciężary

V. Dobre sąsiadki

VI. Beth odnajduje piękny pałac

VII. Dolina wstydu Amy

VIII. Jo spotyka Abaddona

IX. Meg udaje się na targowisko próżności

X. KP i PP

XI. Eksperymenty

XII. Obóz Laurence’a

XIII. Zamki w powietrzu

XIV. Sekrety

XV. Telegram

XVI. Listy

XVII. Wierne maleństwo

XVIII. Mroczne dni

XIX. Testament Amy

XX. W zaufaniu

XXI. Laurie psoci, a Jo godzi

XXII. Piękne łąki

XXIII. Ciotka March przesądza sprawę

CZĘŚĆ II

XXIV. Plotki

XXV. Pierwsze wesele

XXVI. Arystyczne próby

XXVII. Lekcje literatury

XXVIII. Domowe doświadczenia

XXIX. Wizyty

XXX. Konsekwencje

XXXI. Nasz zagraniczny korespondent

XXXII. Kłopoty sercowe

XXXIII. Dziennik Jo

XXXIV. Przyjaciel

XXXV. Złamane serce

XXXVI. Sekret Beth

XXXVII. Nowe wrażenia

XXXVIII. Na półce

XXXIX. Leniwy Laurence

XL. Dolina cienia

XLI. Lekcja zapominania

XLII. Zupełnie sama

XLIII. Niespodzianki

XLIV. Pan mój i pani

XLV. Daisy i Demi

XLVI. Pod parasolem

XLVII. Czas żniw

Przypisy

Tytuł oryginału: Little Women

Motion Picture Artwork © 2019 CTMG. All rights reserved.

First published in the English language in 2019

By Amulet Books, an imprint of Harry N. Abrams, Incorporated, New York

ORIGINAL ENGLISH TITLE:

LITTLE WOMEN: THE ORIGINAL CLASSIC NOVEL FEATURING PHOTOS FROM THE FILM!

(All rights reserved in all countries by Harry N. Abrams, Inc.)

Część I: copyright © for the Polish translation by Ludmiła Melchior-Yahil, 2018 na podstawie IV wydania w tym tłumaczeniu, Grupa Wydawnicza Foksal, 2018.

Część II: copyright © for the Polish translation by Poradnia K, 2020 na podstawie I wydania w tym tłumaczeniu, Tenten, 1992.

Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, 2020

Motion Picture Artwork: © 2019 CTMG. All rights reserved.

Photographs by Wilson Webb

Book design by Headcase Design

Photos Edited by Roxy Campos

Adaptacja projektu okładki: ILONA GOSTYŃSKA-RYMKIEWICZ

Adaptacja projektu składu: MARZENA PIŁKO

Korekta: MAGDALENA GERAGA

Wydanie I

ISBN 978-83-66005-72-3

Poradnia K Sp. z o.o.

ul. Wilcza 25 lok. 6, 00-544 Warszawa

e-mail: poradniak@poradniak.pl www: www.poradniak.pl Zapraszamy do naszej księgarni internetowej: sklep.poradniak.pl


Konwersja: eLitera s.c.

Idź więc, ma Księgo, by pokazać bliźnim

Którzy powitać cię i przyjąć winni,

Cóż to zaś kryjesz zamknięte w swej piersi,

By i pokazać, i nauczać, jeśli

Błogosławieństwa twego pragną szczerze,

By lepiej niż my okrzepnąć w swej Wierze.

O Miłosierdziu mów, ono to bowiem,

Pierwsze w pielgrzymkę ruszyło za Słowem,

Niech je poznają panny; niech zagości

W sercach ich obok światowej mądrości,

Aby zbłąkane dziewczę za świętością

Śladami Pana stąpało z radością.[*]


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


ROZDZIAŁ I

Zabawa w pielgrzymów


– Święta Bożego Narodzenia bez prezentów to nie święta – mruczała Jo, leżąc na dywanie.

– To takie okropne być biednym! – westchnęła Meg, spoglądając na swą starą sukienkę.

– Uważam, że to niesprawiedliwe, aby jedne dziewczynki miały dużo ładnych rzeczy, a inne nie miały nic a nic – dodała mała Amy obrażonym głosem.

– Mamy ojca i matkę, i siebie nawzajem – odezwała się ze swojego kącika Beth zupełnie zadowolonym tonem.

Cztery młode twarze, na które padał blask ognia z kominka, rozjaśniły się na te pogodne słowa, po czym znów spochmurniały i Jo powiedziała ze smutkiem:

– Nie mamy ojca i jeszcze długo nie będziemy go miały.

Nie powiedziała „może już nigdy”, ale każda dodała to sobie po cichu, myśląc o ojcu, który był gdzieś daleko, tam, gdzie toczyły się walki.

Przez chwilę panowała cisza. Meg przerwała ją, mówiąc zmienionym tonem:

– Jak wiecie, mama zaproponowała, żeby na Gwiazdkę nie było prezentów. Powiedziała tak dlatego, że ta zima będzie dla wszystkich ciężka i mama uważa, że nie powinnyśmy wydawać pieniędzy na przyjemności, podczas gdy nasi mężczyźni cierpią na froncie. Nie jesteśmy w stanie wiele zrobić, ale możemy przecież zdobyć się na drobne wyrzeczenie, i to z ochotą. Obawiam się tylko, że ja nie potrafię. – Tu Meg pokręciła głową, myśląc z żalem o wszystkich ładnych rzeczach, których tak bardzo pragnęła.

 

– Naprawdę nie sądzę, żeby nasze drobne oszczędności mogły się na coś przydać. Każda z nas ma tylko dolara i niewiele pomożemy armii, oddając taką sumę. Zgadzam się z tym, żeby nie oczekiwać niczego od matki czy od was, ale chcę sama kupić sobie Undine i Sintrama[1]. Marzę o tym już od tak dawna – stwierdziła Jo, znana jako mól książkowy.

– Miałam zamiar wydać mojego dolara na nowe nuty – szepnęła Beth z lekkim westchnieniem, którego nie usłyszał nikt oprócz szczotki przy kominku i czajnika.

– Ja kupię sobie ładne pudełko kredek Fabera. Są mi naprawdę potrzebne – powiedziała zdecydowanie Amy.

– Matka nic nie mówiła o naszych pieniądzach i nie pragnie przecież, żebyśmy wyrzekały się wszystkiego. Kupmy sobie to, na co każda z nas ma ochotę, i miejmy trochę radości. Pewna jestem, że solidnie na to zapracowałyśmy – zawołała Jo, spoglądając niczym chłopak na obcasy swoich butów.

– Wiem, że ja na pewno tak, ucząc prawie przez cały dzień te męczące dzieciaki, podczas gdy tak tęsknię za zabawami w domu – zaczęła znowu narzekać Meg.

– Nie jest ci nawet w połowie tak ciężko jak mnie – powiedziała Jo. – Ciekawe, jak by ci się podobało sterczeć przez całe godziny z nerwową i kapryśną starą damą, która wciąż popędza, nigdy nie jest zadowolona i dręczy cię tak, że masz ochotę uciekać przez okno albo płakać?

– To niegrzecznie grymasić, ale ja naprawdę myślę, że zmywanie naczyń i utrzymywanie wszystkiego w porządku to najgorsza praca na świecie. Złości mnie to, a moje ręce tak sztywnieją, że nie mogę porządnie ćwiczyć. – Beth popatrzyła na swoje szorstkie dłonie, tym razem głośno wzdychając.

– Nie przypuszczam, żeby któraś z was cierpiała tak jak ja! – zawołała Amy. – Wy nie musicie chodzić do szkoły z tymi wstrętnymi dziewczynami, które dręczą cię, jeśli czegoś nie umiesz, wyśmiewają się z twoich sukienek, robią z twojego ojca karytekturę, jeśli nie jest bogaty, i obrażają cię, jeśli nie masz ładnego nosa.

– Jeśli masz na myśli karykaturę, to tak powiedz, zamiast mówić o tekturach, jakby papa był jakimś produktem do opakowania – poradziła ze śmiechem Jo.

– Wiem, co mam na myśli, i nie musisz być od razu taka iraniczna. Powinno się używać ciekawych słów i poszerzać swoje słownictwo – odparła z godnością Amy.

– Przestańcie się przedrzeźniać, dzieci. Czy nie wolałabyś, Jo, żebyśmy mieli pieniądze, które papa stracił, kiedy byłyśmy jeszcze małe? Mój Boże! Jakie byłybyśmy szczęśliwe i dobre, gdybyśmy nie miały zmartwień! – westchnęła Meg, pamiętająca lepsze czasy.

– Mówiłaś kiedyś, że twoim zdaniem jesteśmy znacznie szczęśliwsze niż dzieci Kingów, które wciąż się kłócą i złoszczą mimo wszystkich swoich pieniędzy.

– Powiedziałam tak, Beth, i myślę, że tak jest, bo chociaż musimy pracować, to przecież świetnie się bawimy i stanowimy całkiem niezłą paczkę, jak powiedziałaby Jo.

– Tak, Jo używa takich żargonowych wyrażeń! – zauważyła Amy, spoglądając z naganą na długą postać siostry wyciągniętą na dywanie.

Jo natychmiast usiadła, włożyła ręce do kieszeni i zaczęła gwizdać.

– Jo, przestań, zachowujesz się jak chłopak!

– Dlatego to robię!

– Nie cierpię prostackich dziewczyn, które nie zachowują się jak damy!

– Nienawidzę afektowanych, zmanierowanych dzierlatek!

– „Zgodne ptaszęta w gniazdkach swych”[2] – zaśpiewała Beth rozjemca, robiąc tak zabawną minę, że oba ostre głosy złagodniały w śmiechu i tym razem „dziobanie” zostało zakończone.

– Doprawdy, dziewczęta, obie jesteście winne – powiedziała Meg, rozpoczynając swoje kazanie w stylu najstarszej siostry. – Józefino, jesteś już dostatecznie dorosła, żeby wyzbyć się tych chłopięcych manier i zachowywać przyzwoiciej. Gdy byłaś małą dziewczynką, nie miało to większego znaczenia, ale teraz, kiedy tak urosłaś i upinasz już włosy, powinnaś pamiętać o tym, że jesteś młodą damą.

– Nie jestem! A jeśli czyni mnie nią upinanie włosów, to będę je czesać w dwa ogony aż do dwudziestki – zawołała Jo, zrywając z włosów siatkę i rozrzucając kasztanową grzywę. – Nienawidzę myśli o tym, że mam dorosnąć, zostać panną March, nosić długie suknie i wyglądać równie sztywno jak chiński aster! Już samo bycie dziewczyną jest dostatecznie okropne, kiedy ktoś tak jak ja lubi chłopięce zabawy, prace i zwyczaje! Nie mogę pogodzić się z tym, że nie jestem chłopcem, a teraz jest gorzej niż kiedykolwiek przedtem, bo tak bardzo chciałabym iść i walczyć razem z papą, a mogę tylko siedzieć w domu i robić na drutach jak nudna starowinka! – I Jo potrząsnęła robioną właśnie niebieską żołnierską skarpetką tak, że druty zabrzęczały jak kastaniety, a kłębek wełny potoczył się przez pokój.

– Biedna Jo! To straszne, ale nie ma rady, więc musisz się zadowolić przekręcaniem swojego imienia na chłopięce i odgrywaniem roli brata wobec nas, dziewcząt – powiedziała Beth, gładząc siostrzaną głowę ręką, której łagodnego dotyku nie mogły zmienić wszystkie na tym świecie zmywania naczyń i odkurzania.

– Co do ciebie, Amy – kontynuowała Meg – to jesteś zdecydowanie zbyt drobiazgowa i sztywna. Teraz twoje miny są zabawne, ale jeśli się nie postarasz, to wyrośniesz na afektowaną gąskę. Lubię twoje przyjemne maniery i subtelny sposób mówienia, kiedy nie starasz się być elegancka, ale twoje absurdalne słownictwo jest równie złe jak żargon Jo.

– Jeśli Jo nazywasz chłopczycą, a Amy gęsią, to kim, bardzo proszę, jestem ja? – zapytała Beth, gotowa wspólnie z siostrami wysłuchać kazania.

– Ty jesteś kochana, i nic innego – odparła ciepło Meg, nikt też nie zaprzeczył, bo „Myszka” była ulubienicą całej rodziny.

Ponieważ młodzi czytelnicy lubią wiedzieć, „jak ludzie wyglądają”, poświęcimy teraz chwilę, żeby pokrótce naszkicować portrety czterech sióstr, które siedziały w zapadającym zmierzchu, robiąc na drutach, podczas gdy grudniowy śnieg padał cichutko na dworze, a ogień trzaskał wesoło w kominku. Był to wygodny staroświecki pokój, gdyż mimo wyblakłego dywanu i zwyczajnych mebli na ścianach wisiało parę dobrych obrazów, książki wypełniały wszystkie wnęki, chryzantemy i poinsecje kwitły w oknach, a wokół panowała atmosfera domowego spokoju.

Margaret, najstarsza z całej czwórki, miała szesnaście lat. Była bardzo ładna: krągła, o jasnej cerze, z dużymi oczami, masą delikatnych brązowych włosów, ze słodkimi ustami i białymi dłońmi, stanowiącymi przedmiot jej próżności. Piętnastoletnia Jo była bardzo wysoka, chuda i smagła. Przypominała źrebię, gdyż wydawało się, że nigdy nie wiedziała, co zrobić ze swoimi długimi kończynami, które wciąż jej zawadzały. Miała zdecydowanie zarysowane usta, figlarny nos i bystre szare oczy, zdające się wszystko dostrzegać; były kolejno to groźne, to wesołe, to znów zamyślone. Długie gęste włosy stanowiły jedyny atut jej urody, ale zazwyczaj upychała je w siatkę, żeby nie przeszkadzały. Jo miała okrągłe ramiona, duże stopy i ręce, rozwichrzone stroje i skrępowany wygląd dziewczyny, która gwałtownie zmieniała się w kobietę, czego nie lubiła. Elizabeth – albo Beth, jak ją wszyscy nazywali – była różaną, gładkowłosą i jasnooką dziewczynką lat trzynastu, o nieśmiałym sposobie bycia, cichym głosie i łagodnym usposobieniu, rzadko ulegającym zmianie. Ojciec nazywał ją Maleńką Ciszą i imię to świetnie do niej pasowało, gdyż zdawała się żyć we własnym szczęśliwym świecie, wyruszając z niego tylko na spotkanie tych kilku osób, które darzyła zaufaniem i kochała. Amy, mimo że najmłodsza, była najważniejsza – przynajmniej we własnym mniemaniu. Prawdziwa śnieżynka, o niebieskich oczach i złotych lokach wijących się na ramionach, blada i szczupła, i zawsze zachowująca się jak dbająca o maniery młoda dama. Jakie były charaktery czterech sióstr, pozostawimy do późniejszego wyjaśnienia.

Zegar wybił szóstą i Beth, zamiótłszy palenisko, ustawiła obok do ogrzania parę kapci. Już sam widok starych pantofli dobrze wpłynął na dziewczęta, bo oznaczał szybki powrót matki, toteż wszystkie rozpogodziły się, czekając na nią. Meg przestała pouczać siostry i zapaliła lampę, Amy bez proszenia wstała z fotela, a Jo zapomniała o tym, jak bardzo była zmęczona, i usiadła, żeby przytrzymać kapcie bliżej płomienia.

– Są już całkiem znoszone. Mamusia powinna mieć parę nowych.

– Miałam zamiar kupić je dla niej za mojego dolara – powiedziała Beth.

– Nie, ja kupię! – zawołała Amy.

– Ja jestem najstarsza – zaczęła Meg, ale Jo przerwała jej zdecydowanie:

– Teraz, kiedy nie ma papy, ja jestem w tym domu mężczyzną i ja postaram się o kapcie, bo to mnie powiedział, żebym się szczególnie troszczyła o matkę pod jego nieobecność.

– Powiem wam, co zrobimy – powiedziała Beth. – Niech każda z nas kupi jej coś na Gwiazdkę, zamiast kupować sobie.

– To cała ty, kochanie! Co kupimy? – wykrzyknęła Jo.

Wszystkie zastanawiały się poważnie przez minutę, po czym Meg obwieściła, tak jakby pomysł ten przyszedł jej do głowy na widok własnych pięknych rąk:

– Ja dam jej parę ładnych rękawiczek.

– Wojskowe buty, najlepsze, jakie są! – zawołała Jo.

– Chusteczki do nosa, wszystkie obrębione – powiedziała Beth.

– Ja dam małą butelkę wody kolońskiej. Mama ją lubi i to niedużo kosztuje, więc zostanie mi jeszcze na moje kredki – dodała Amy.

– Jak my jej to wszystko damy? – zapytała Meg.

– Ułożymy na stole, przyprowadzimy ją i będziemy patrzeć, jak otwiera pakunki. Nie pamiętasz, jak robiłyśmy to na nasze urodziny? – odpowiedziała Jo.

– Zawsze tak się bałam, kiedy na mnie wypadała kolej, żeby zasiąść w wielkim fotelu w koronie i patrzeć, jak wy wszystkie maszerujecie wokół, żeby mnie pocałować i wręczyć prezent. Lubiłam prezenty i pocałunki, ale to było takie straszne, kiedy siedziałyście, przyglądając się, jak je rozpakowuję – stwierdziła Beth z twarzą niemal tak rumianą jak grzanka, którą właśnie przygotowywała do herbaty.

– Pozwólmy Marmisi myśleć, że kupujemy coś dla siebie, i zróbmy jej niespodziankę. Meg, musimy iść jutro po południu po zakupy. I tyle jest jeszcze pracy przy sztuce na Gwiazdkę – powiedziała Jo, maszerując tam i z powrotem z rękami założonymi do tyłu i z nosem uniesionym do góry.

– Po tym przedstawieniu nie mam zamiaru więcej występować. Staję się za dorosła na takie rzeczy – zauważyła Meg, która gdy w grę wchodziły „przebierane swawole”, była takim samym dzieckiem jak dawniej.

– Dobrze wiem, że nie przestaniesz, dopóki możesz paradować w białej sukni z rozpuszczonymi włosami, obwieszona biżuterią ze złotego papieru. Jesteś najlepszą aktorką, jaką mamy, i byłby to koniec wszystkiego, gdybyś opuściła pokład – powiedziała Jo. – Powinnyśmy zrobić dziś wieczorem próbę. Chodź tu, Amy, i powtórz scenę omdlenia, bo jesteś w niej sztywna jak pogrzebacz.

– Nic na to nie poradzę. Nigdy nie widziałam nikogo mdlejącego, a nie mam zamiaru, tak jak ty, robić się blada jak trup i padać plackiem. Jeśli mogę upadać powoli, to upadnę. Jeśli nie, to z wdziękiem osunę się na fotel. Nie obchodzi mnie to, czy Hugo grozi mi pistoletem – odparła Amy, która pozbawiona aktorskich uzdolnień, została wybrana tylko dlatego, że była dostatecznie mała, by czarny charakter dramatu zdołał ją, wrzeszczącą, unieść.

– Zrób to tak. Załam w ten sposób ręce i rzuć się przez pokój, krzycząc rozpaczliwie: „Roderigo! Ratuj mnie! Ratuj!”. – I Jo ruszyła, wydając melodramatyczny okrzyk, który był prawdziwie wstrząsający.

Amy podążyła za nią, ale ze sztywno wyciągniętymi przed siebie rękoma, i poruszała się jak automat, a jej „Och!” bardziej sugerowało, że ścierpła, niż jakikolwiek lęk czy niepokój. Jo jęknęła z rozpaczy, a Meg roześmiała się głośno, podczas gdy Beth przypaliła chleb, przyglądając się zabawie z zainteresowaniem.

– To bezcelowe! Podczas przedstawienia staraj się ze wszystkich sił, ale jeśli publiczność będzie się śmiała, nie miej do mnie pretensji. Chodź, Meg, teraz ty.

Dalej wszystko poszło składnie, bo Don Pedro rzucił światu wyzwanie w mowie na dwie strony, nawet się nie zająknąwszy. Czarownica Hagar odmówiła straszliwe zaklęcia nad kotłem pełnym gotujących się ropuch i wywołała fatalne skutki. Roderigo mężnie porozrywał swe łańcuchy, a Hugo zmarł z powodu skruchy i arszeniku, z dzikim „Ha, ha!” na ustach.

– To najlepsza z naszych sztuk – powiedziała Meg, kiedy zmarły złoczyńca usiadł, rozcierając sobie łokcie.

– Naprawdę nie wiem, Jo, jak ty potrafisz napisać i zagrać coś tak wspaniałego. Jesteś po prostu Szekspirem! – wykrzyknęła Beth, która głęboko wierzyła, że jej siostry we wszystkich dziedzinach obdarzone były cudownymi talentami.

 

– Niezupełnie – odparła skromnie Jo. – I ja myślę, że Klątwa czarownicy. Tragedia operowa jest niezłym przedstawieniem, ale gdybyśmy tylko miały zapadnię dla Banka, to chciałabym spróbować Makbeta. Zawsze marzyłam o zagraniu sceny zabójstwa. „Czy to jest sztylet, co przede mną błyszczy”[3] – mamrotała Jo, przewracając oczyma i ściskając w ręku powietrze, tak jak to widziała w wykonaniu pewnego sławnego aktora.

– Nie, to rożen z nadzianym nań zamiast chleba butem mamy! Beth została teatromanką! – zawołała Meg i próba zakończyła się ogólnym wybuchem śmiechu.

– Cieszę się, że znajduję was w tak dobrych humorach, dziewczęta – dobiegł od drzwi pogodny głos, a aktorzy i widownia odwrócili się, żeby powitać wysoką damę o macierzyńskim wyglądzie, której postać zdawała się pytać: „W czym mogę ci pomóc?” w prawdziwie przemiły sposób. Nie była elegancko ubrana, lecz mimo to miała szlachetny wygląd i dziewczęta uważały, że szary płaszcz i niemodny czepek okrywały najwspanialszą matkę na świecie. – No i cóż, moje drogie, jak spędziłyście dzień? Tyle było pracy z przygotowywaniem na jutro wszystkich paczek, że nie mogłam przyjść do domu na obiad. Beth, czy nikt nie przychodził? Jak twoje przeziębienie, Meg? Jo, wyglądasz na straszliwie zmęczoną. Chodź i pocałuj mnie, maleńka.

Czyniąc te macierzyńskie uwagi, pani March zdjęła mokre okrycie, włożyła ciepłe kapcie i usiadłszy w fotelu, wzięła Amy na kolana, gotowa już rozkoszować się tą najszczęśliwszą godziną swojego pracowitego dnia. Dziewczęta fruwały dookoła, starając się dogodzić mamie, każda na swój sposób. Meg nakryła stół do herbaty. Jo przyniosła drewno i ustawiła krzesła, upuszczając, potrącając i popychając z łoskotem wszystko, czego dotknęła. Beth dreptała z pokoju do kuchni, cicha i zajęta, podczas gdy Amy wydawała wszystkim polecenia, siedząc z założonymi rękoma.

Kiedy zebrały się wokół stołu, pani March powiedziała z wyrazem szczególnego szczęścia na twarzy:

– Mam dla was po kolacji niespodziankę.

Nagły radosny uśmiech obiegł dookoła jak promień słońca. Beth klasnęła w dłonie, nie zważając na biszkopt, który trzymała, a Jo podrzuciła serwetkę, wołając:

– List! List! Trzykrotne hurra dla ojca!

– Tak, miły długi list. Dobrze się czuje i myśli, że wbrew naszym obawom przetrzyma zimę lepiej, niż się spodziewałyśmy. Składa wszystkim bardzo serdeczne pozdrowienia z okazji świąt, a wam, dziewczęta, przesyła coś specjalnego – powiedziała pani March, głaszcząc swoją kieszeń tak, jakby miała w niej skarb.

– Pospieszcie się i kończmy! Amy, tylko nie przerywaj jedzenia, żeby nawijać sobie loki na paluszek albo wdzięczyć się nad swoim talerzem! – zawołała Jo i zaczęła krztusić się herbatą, upuszczając na podłogę chleb posmarowaną stroną na dół, byle tylko przyspieszyć duchową ucztę.

Beth przestała jeść i odeszła, żeby usiąść w swoim ciemnym kątku i oczekiwać na przyjemność, która miała nadejść, gdy wszystkie będą gotowe.

– Uważam, że ojciec postąpił wspaniale, idąc na front jako kapelan, mimo że jest już za stary na pobór i nie dość silny na żołnierza – powiedziała ciepło Meg.

– Och, gdybym tak mogła pójść jako dobosz, jako markietka czy jak to się nazywa? Albo jako pielęgniarka, tak żeby być blisko niego i pomagać mu – wyjęczała Jo.

– To musi być bardzo nieprzyjemne, kiedy trzeba spać w namiocie, jeść różne niesmaczne rzeczy i pić z blaszanego kubka – westchnęła Amy.

– Kiedy on wróci do domu, Marmisiu? – zapytała Beth z lekkim drżeniem w głosie.

– Nie prędzej niż za wiele miesięcy, kochanie, chyba że będzie chory. Pozostanie najdłużej, jak będzie mógł, i wiernie wypełni swoje obowiązki, a my nie wezwiemy go do powrotu ani o minutę wcześniej niż termin zwolnienia. A teraz chodźcie i posłuchajcie listu.

Przysunęły się wszystkie do kominka, matka w dużym fotelu, z Beth u swoich stóp, Meg i Amy przysiadły na obu oparciach fotela, a Jo stanęła z tyłu, tak żeby nikt nie mógł zobaczyć śladu emocji na jej twarzy, gdyby lektura okazała się wzruszająca. W tych ciężkich czasach niewiele pisano listów, które nie byłyby wzruszające, zwłaszcza jeśli chodzi o te wysyłane do domów przez ojców. W liście tym niewiele miejsca zajmowały informacje o pokonywanych trudnościach, grożących niebezpieczeństwach i przezwyciężanej tęsknocie za domem. Miał pogodny, optymistyczny ton, zawierał dużo barwnych opisów obozowego życia, marszów i wojskowych nowinek i tylko pod sam koniec serce piszącego opanowały ojcowska miłość i tęsknota za pozostawionymi w domu dziewczynkami.

Przekaż im wszystkim miłość i ucałowania. Powiedz, że myślę o nich w ciągu dnia, modlę się za nie w nocy i zawsze znajduję największe pocieszenie w ich oddaniu. Rok wydaje się tak długim czasem oczekiwania na chwilę, kiedy je znów zobaczę, ale przypomnij im, że mogą wszystkie pracować, a wtedy te trudne dni nie pójdą na marne. Wiem, że będą pamiętały wszystko, co im powiedziałem, że będą dla ciebie kochającymi dziećmi, wiernie spełnią swoje obowiązki, dzielnie pokonają swych wewnętrznych wrogów i dorosną tak pięknie, że kiedy do nich wrócę, będę mógł być bardziej niż kiedykolwiek dumny z moich kobietek.

Przy czytaniu tej części listu wszystkie zaczęły pociągać nosami. Jo nie wstydziła się wielkiej łzy, która kapnęła z końca jej nosa, a Amy nie martwiła się o potargane loki, kiedy ukryła twarz na ramieniu matki i wyszlochała:

– Jestem samolubną dziewczyną! Ale naprawdę postaram się być lepsza, tak żeby się na mnie nie zawiódł w przyszłości.

– Wszystkie się postaramy! – zawołała Meg. – Ja za dużo myślę o swoim wyglądzie i nie cierpię pracy, ale to się zmieni, jeśli tylko dam radę.

– Ja też spróbuję i może będę, jak lubi mnie nazywać, „kobietką”, a nie taką dziką i nieokrzesaną, i postaram się wypełniać moje obowiązki tutaj, zamiast pragnąć być gdzie indziej – odrzekła Jo i przyznała w duchu, że poskramianie własnego temperamentu tu, w domu, było znacznie trudniejszym zadaniem niż stawianie czoła kilku rebeliantom tam, na Południu.

Beth nic nie powiedziała, ale otarła łzy niebieską wojskową skarpetką i zaczęła energicznie robić na drutach, nie odwlekając wypełnienia obowiązku, który był tuż obok, a w duszy postanawiając być taką, jaką ojciec pragnął ją zastać, kiedy koniec roku przyniesie jego szczęśliwy powrót do domu.

Pani March przerwała pogodnym głosem ciszę, jaka zapadła po słowach Jo:

– Czy pamiętacie, jak bawiłyście się w pochód pielgrzymów, kiedy byłyście małe? Nic nie cieszyło was bardziej niż to, że zawiązywałam wam na plecach moje woreczki na ścinki jako torby pielgrzymie, dawałam kapelusze, kije i rulony papieru i pozwalałam wam wędrować po domu od piwnicy, gdzie było Miasto Zniszczenia, wysoko, wysoko na dach, gdzie znajdowałyście różne wspaniałe rzeczy, z których budowałyście Niebiańskie Miasto.

– Jakaż to była zabawa, zwłaszcza wędrówka koło lwów, walka z Abaddonem i przeprawa przez dolinę, gdzie mieszkały skrzaty! – wykrzyknęła Jo.

– Ja lubiłam to miejsce, w którym tobołki spadały i toczyły się w dół po schodach – powiedziała Meg.

– Moja ulubiona część była wtedy, kiedy wychodziłyśmy na płaski dach, gdzie znajdowały się nasze kwiaty, drzewa i różne piękne rzeczy, i wszystkie stałyśmy, śpiewając w słońcu z radości – dodała Beth, uśmiechając się tak, jakby powróciła do niej ta miła chwila.

– Niewiele z tego pamiętam poza tym, że bałam się piwnicy i ciemnego wejścia i że zawsze lubiłam ciastko i mleko, które dostawałyśmy na górze. Gdybym nie była za dorosła na takie rzeczy, to chętnie znów bym się w to pobawiła – powiedziała Amy, zaczynająca już w dojrzałym wieku lat dwunastu napomykać o porzucaniu dziecinnych zabaw.

– Nigdy nie jesteśmy na to zbyt dorośli, kochanie, bo jest to gra, w której uczestniczymy przez cały czas, w ten czy inny sposób. Mamy swoje ciężary, naszą drogę przed nami, a dążenie do dobra i szczęścia może być przewodnikiem wiodącym przez liczne kłopoty i błędy do osiągnięcia pokoju, jakim jest prawdziwe Niebiańskie Miasto. A teraz, moi mali pielgrzymi, spróbujcie zacząć jeszcze raz, tym razem nie w zabawie, lecz naprawdę, i zobaczymy, dokąd dotrzecie, zanim ojciec powróci do domu.

– Naprawdę, mamo? Gdzie są nasze tobołki? – zapytała Amy, która była bardzo dosłowną młodą damą.

– Każda z was, z wyjątkiem Beth, powiedziała przed chwilą, jaki niesie ciężar. Myślę, że ona po prostu nie ma żadnego – powiedziała matka.

– Owszem, mam. Mój ciężar to naczynia i odkurzanie, i zazdrość wobec dziewczynek mających ładne pianina, i to, że boję się ludzi.

Ciężar Beth był tak nieznaczny, że wszystkim chciało się śmiać, ale nikt tego nie zrobił, bo zraniłoby to bardzo jej uczucia.

– Spróbujmy – powiedziała Meg w zamyśleniu. – To tylko inna nazwa naszego dążenia do bycia dobrymi, a ta opowieść może nam pomóc, gdyż mimo że próbujemy być dobre, czasami o tym zapominamy, bo to jest ciężka praca, więc nie robimy wszystkiego, co w naszej mocy.

– Byłyśmy dzisiejszego wieczoru w Bagnie Zwątpienia, a mama przyszła i wyciągnęła nas, tak jak cudowna moc czyni to w książce. Powinnyśmy mieć nasz rulon wskazówek, tak jak Krystian. Jak to zrobimy? – zapytała Jo zachwycona pomysłem, który wprowadzał pewien element przygody w tak bardzo nudne zadanie spełniania obowiązków.

– Zajrzyjcie w świąteczny poranek pod poduszki, a znajdziecie swój przewodnik – odparła pani March.

Omawiały więc nowy plan, podczas gdy stara Hanna sprzątała ze stołu. Potem pojawiły się koszyczki do robótek i zamigotały igły; dziewczęta szyły prześcieradła dla ciotki March. Było to nudne zajęcie, ale tego wieczoru nikt nie marudził. Przystały na pomysł Jo, aby podzielić długie partie materiału na cztery części i nazwać je Europą, Azją, Afryką i Ameryką, toteż bawiły się znakomicie, omawiając poszczególne kraje, kiedy się przez nie „przeszywały”.

O dziewiątej zakończyły pracę i jak zwykle zaśpiewały przed pójściem do łóżek. Nikt poza Beth nie potrafił wydobyć dźwięku ze starego pianina, ale za to ona, delikatnie dotykając pożółkłych klawiszy, umiała zapewnić miły akompaniament do prostych piosenek, które śpiewały. Meg miała głos jak flet i ona wraz z matką prowadziły chór. Amy cykała jak świerszcz, a Jo wędrowała po pieśniach, jak jej się żywnie podobało, zawsze wpadając w nieodpowiednim momencie z rechotem lub trylem, psując najbardziej poważną melodię. Śpiewały tak zawsze, odkąd potrafiły wyseplenić: Mała fiastko sieć nam, sieć, i stało się to już domową tradycją, albowiem ich matka była urodzoną śpiewaczką. Jako pierwszy dźwięk z rana rozbrzmiewał zawsze jej głos, kiedy chodziła po mieszkaniu, śpiewając jak skowronek, i ten sam wesoły głos ostatni dźwięczał wieczorem, gdyż dziewczęta nigdy nie czuły się zbyt dorosłe na dobrze znaną kołysankę.