Król Łotrów

Tekst
Z serii: Rozpustnicy #3
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 3

Jessice zrobiłoby się lżej na duszy, gdyby wiedziała, że sprowadziła koszmary na lorda Daina.

To znaczy jego sny zaczęły się nieźle, od dogłębnie sprośnych, zmysłowych czynności. Jako że często śnił o kobietach, których na jawie nie tknąłby nawet kijem, markiza nie zaniepokoiło, że śni mu się irytująca siostra Bertiego Trenta. Przeciwnie, ogromną przyjemność sprawiło mu pokazanie zarozumiałej erudytce, gdzie jej miejsce – na plecach, na kolanach i w pozycjach, co do których powątpiewał, czy są anatomicznie możliwe.

Problem polegał na tym, że ilekroć już, już miał zalać jej dziewicze łono gorącym nasieniem pełnym ukrytych małych Ballisterów, wydarzało się coś upiornego. W swoim śnie się budził. Niekiedy okazywało się, że tonie w grzęzawisku. Czasami był przykuty łańcuchami w cuchnącej, ciemnej celi, a w ciało wgryzały mu się jakieś niewidoczne stworzenia. Albo leżał na stole w kostnicy, poddawany autopsji.

Jako człowiek o sporej inteligencji bez trudu zrozumiał symbolikę. Wszystko, co przydarzało mu się w sennych koszmarach, w sensie metaforycznym precyzyjnie odzwierciedlało to, co spotyka mężczyznę, kiedy wpadnie w szpony kobiety. Nie pojmował natomiast, dlaczego jego umysł musiał robić we śnie taki makabryczny ambaras z powodu czegoś, o czym Dain przecież wiedział.

Od lat śnił o kobietach, z którymi nie zamierzał się w nic wikłać. Niezliczone razy na jawie wyobrażał sobie, że dotrzymująca mu akurat towarzystwa dziwka to dama, która wcześniej wpadła mu w oko. Nie tak dawno temu udawał, że zmysłowa francuska kokota jest Leilą Beaumont, i odszedł dokładnie tak usatysfakcjonowany, jak gdyby istotnie miał tę lodowatą sukę. Nie, bardziej usatysfakcjonowany, ponieważ kokota dała wspaniały pokaz entuzjazmu, podczas gdy prawdziwa Leila Beaumont rozbiłaby mu głowę jakimś tępym przedmiotem.

Dain, mówiąc krótko, bez trudu odróżniał fantazję od rzeczywistości. Poznał Jessicę Trent i poczuł najzupełniej normalną żądzę. Pożądał praktycznie każdej atrakcyjnej kobiety, jaką zobaczył. Cechował go kolosalny apetyt seksualny, odziedziczony, w co nie wątpił, po tej gorącokrwistej włoskiej dziwce, jego matce, oraz jej rodzinie. Jeśli pożądał ladacznicy, płacił i ją miał. Jeśli pożądał przyzwoitej kobiety, znajdował ladacznicę, by posłużyła za substytut, płacił i ją miał.

Tak właśnie postąpił w odniesieniu do siostry Trenta. Czy też usiłował – ponieważ rzecz nadal nie została zrobiona, jak należy.

Nie tylko sny popsuły mu szyki. Incydent w Vingt-Huit może nie całkiem zabił w nim apetyt na dziwki, ale pozostawił kwaśny posmak w ustach. Nie wrócił wtedy do Chloe, żeby podjąć temat tam, gdzie go przerwał, i od tamtej pory nie wziął żadnej kokoty. Mówił sobie, że zamiłowanie Beaumonta do podglądactwa trudno uznać za powód do zrywania z ladacznicami w ogóle. Niemniej Daina ogarniała krańcowa niechęć na myśl o wejściu do pokoju z dowolną fille de joie14, co stwarzało poważny problem, jako że był z kolei akurat na tyle wybredny, by odstręczało go spółkowanie z kobietą w cuchnącym paryskim zaułku.

W konsekwencji, przy mało pomocnych snach i nieprzyjemnym posmaku w ustach, Dain nie zdołał sprawdzonym sposobem uwolnić się od żądzy, jaką wzbudziła w nim panna Trent. Co oznaczało, że tydzień później humor markiza był już potężnie nadszarpnięty. I dokładnie ten zły czas wybrał Bertie Trent na poinformowanie go, że brudny, zapleśniały obrazek, który panna Trent kupiła za dziesięć sou, okazał się szalenie cenną rosyjską ikoną.

Niedawno minęło południe, a lord Dain chwilę wcześniej ledwie uskoczył przed zawartością balii, wylaną z okna któregoś z wyższych pięter przy rue de Provence. Skoncentrowany na tym, żeby uniknąć przemoczenia, nie zauważył truchtającego ku niemu Trenta. Kiedy markiz go spostrzegł, imbecyl dopadł go już i z ekscytacją zarzucił rewelacjami.

Dain ściągnął ciemne brwi przy konkluzji – czy raczej kiedy Bertie zrobił przerwę na oddech.

– Rosyjskie co? – zapytał markiz.

– Iwona. To znaczy nie, że konkretna kobieta, tylko jeden z tych pogańskich obrazków z masą złotej farby i złotą folią.

– Masz na myśli ikonę – stwierdził Dain. – A wobec tego obawiam się, że twoją siostrę wprowadzono w błąd. Kto naopowiadał jej takich bredni?

– Le Feuvre – odparł Bertie.

Lord Dain poczuł chłód w okolicach żołądka. Le Feuvre był najbardziej cenionym rzeczoznawcą w Paryżu. Nawet Ackerman’s15 i Christie’s od czasu do czasu zasięgały jego opinii.

– Po świecie krąży mnóstwo ikon – stwierdził Dain. – Mimo to, jeśli ta jest dobra, twojej siostrze trafiła się nie lada gratka za dziesięć sou.

– Ma ramę wysadzaną klejnocikami: perłami, rubinami i tak dalej.

– Zapewne sztucznymi.

Bertie się skrzywił, jak robił to często, kiedy starał się wyprodukować myśl.

– No, trochę by to było dziwne, nie? Upychać taką masę tandetnych świecidełek w taką ładną złotą ramę.

– Obrazek, który widziałem, miał ramę z drewna. – Daina zaczynało łupać w głowie.

– No właśnie, sprytne, prawda? Całe to drewno to część kasetki, w której go pogrzebano. No bo, wiesz, pogrzebano go w grobie. Dlatego tak cuchnął. Ale czy nie można boków zrywać? Ten szczwany dziad, Champtois, nie miał o tym bladego pojęcia. Będzie sobie rwał włosy z głowy, kiedy się dowie.

Dain rozważał wyrwanie głowy Bertiemu. Dziesięć sou. A on z miejsca odrzucił ikonę, nie obdarzył jej więcej niż pobieżnym spojrzeniem, nawet kiedy ta cholerna siostra ślęczała nad nią ze swoją przeklętą lupą. „Kobieta ma interesujący wyraz twarzy,” powiedziała. Dain zaś, rozkojarzony przez żywy egzemplarz, niczego nie podejrzewał.

Ponieważ nie było czego podejrzewać, przekonywał sam siebie. Przy Bertiem nawet pawica wychodziła na intelektualistkę. Najpewniej jak zwykle wszystko pokręcił. Ikona była zaledwie jednym z tych tanich świętych obrazków, które każdy religijny fanatyk w Rosji trzyma w kącie pokoju, z ramą pomazaną błyszczącą farbą i obklejoną kolorowymi szkiełkami.

– Oczywiście, mam nie mówić Champtoisowi – ciągnął minimalnie ciszej Bertie. – Nie wolno mi mówić nikomu, zwłaszcza tobie, powiedziała. Ale nie jestem tańczącym niedźwiedziem, oznajmiłem jej, i jakoś nie widzę u siebie w nosie kółka, żeby mnie za nie prowadzać, zgadza się? No więc zaraz wyskoczyłem cię poszukać… i znalazłem w samą porę, bo Jess idzie do banku, jak tylko Genevieve utnie sobie drzemkę… a wtedy zamkną to cudo w skarbcu i nie będziesz już miał okazji mu się przyjrzeć, no nie?

* * *

Markiz Dain, z czego Jessica w pełni zdawała sobie sprawę, był wściekły. Rozpierał się w fotelu, skrzyżowawszy ramiona na piersi, z na pół opuszczonymi powiekami, niespiesznie wędrując spojrzeniem po kawiarni. Jessice to spojrzenie kojarzyło się mocno z posępnym, zalatującym siarką wzrokiem, jakim – jak zawsze to sobie wyobrażała – Lucyfer obrzucił otoczenie, ocknąwszy się po Upadku.

Dziwiła się, że nie pozostawiało za sobą osmalonych zgliszczy. Ale goście kawiarni jedynie odwracali oczy – by na powrót popatrzeć w stronę ich stolika, ledwie Dain znów wymierzył w nią swoje piekielne niezadowolenie.

Jessica postanowiła już, jak poradzi sobie z problemem, irytowała ją jednak świadomość, że miałaby prostsze zadanie, gdyby Bertie wykazał odrobinkę większą dyskrecję. Żałowała, że wzięła go ze sobą wczoraj, kiedy szła odebrać obrazek od Le Feuvre’a. Skąd wszakże mogła z góry wiedzieć, że jest to coś więcej aniżeli po prostu dzieło niezwykle utalentowanego artysty?

Nawet Le Feuvre się zdumiał, kiedy zabrawszy się do pracy, odkrył wysadzaną klejnotami ramę we wnętrzu przegniłej drewnianej.

I naturalnie, ponieważ ikona, kiedy Le Feuvre nad nią popracował, była śliczna, błyszcząca i mieniła się od klejnotów, Bertie szalenie się podekscytował. Za bardzo, żeby słuchać głosu rozsądku. Jessica usiłowała mu wyjaśnić, że jeśli powie Dainowi, to jakby pomachał czerwoną płachtą przed nosem byka. Bertie psykał, prychał i poinformował ją, że Dain jak najbardziej potrafi przegrywać – a poza tym przypuszczalnie ma tuzin takich cacek i mógłby kupić kolejny, gdyby naszła go ochota.

Cokolwiek posiadał markiz Dain, nie równało się z jej rzadką Madonną, co do tego Jessica nabrała pewności. A choć markiz sprawiał wrażenie znudzonego, kiedy mu ją dziś pokazała, pogratulował jej w szalenie protekcjonalny sposób i prześmiewczo nalegał, że będzie towarzyszył Bertiemu i jej do banku, by odstraszyć niedoszłych rabusiów, wiedziała, że chętnie by ją zabił.

Kiedy ikonę zamknięto bezpiecznie w bankowym skarbcu, to właśnie Dain zasugerował, żeby zajrzeli tutaj na kawę.

Ledwie usiedli, posłał Bertiego na poszukiwanie pewnego typu krótkiego cygara, co do którego Jessica żywiła mocne podejrzenia, że nie istnieje. Bertie prawdopodobnie nie zjawi się przed północą, jeśli w ogóle wróci. Nie zaskoczyłoby jej, gdyby w pogoni za wyimaginowanym cygarem pospieszył do Indii Zachodnich – zupełnie jakby Dain naprawdę był Belzebubem, a Bertie jednym z jego oddanych sług. Pozbywszy się go, Dain jedynie milcząco przestrzegł gości kawiarni, żeby pilnowali własnego nosa. Gdyby tu na miejscu złapał Jessicę za gardło i zaczął dusić, wątpiła, czy ktoś skoczyłby jej na ratunek. Prawdę mówiąc, wątpiła, czy ktokolwiek z obecnych odważyłby się choć pisnąć w proteście.

 

– Ile według Le Feuvre’a wart jest ten drobiazg? – zapytał Dain.

Były to jego pierwsze słowa, odkąd przekazał zamówienie właścicielowi kawiarni. Kiedy bowiem Dain wkraczał do dowolnego lokalu, właściciel natychmiast pędził osobiście go obsłużyć.

– Doradził mi, żebym nie sprzedawała od razu – odparła wymijająco. – Chciał skontaktować się najpierw z jakimś rosyjskim klientem. Kuzyn albo siostrzeniec cara interesuje…

– Pięćdziesiąt funtów – rzucił lord Dain. – O ile ten Rosjanin nie jest jednym z licznych pomylonych krewniaków cara, nie da pani ani pensa więcej.

– W takim razie to jeden z tych pomylonych – stwierdziła Jessica. – Le Feuvre wspomniał o znacznie wyższej kwocie.

Popatrzył na nią twardo. Zaglądając w jego mroczną, chropawą twarz, w te czarne, nieprzejednane oczy, Jessica bez trudu wyobraziła go sobie usadowionego na gigantycznym hebanowym tronie na samym dnie Hadesu. Gdyby spojrzała w dół i odkryła, że kosztowny, wypolerowany but spoczywający niedaleko jej trzewika zmienił się w racicę, ani trochę by jej to nie zdumiało.

Każda kobieta mająca choć krztynę zdrowego rozsądku zebrałaby spódnice i uciekła.

Kłopot polegał na tym, że Jessica nie czuła się ani trochę rozsądna. Przez jej zakończenia nerwowe mknął magnetyczny prąd. Prześlizgiwał się przez jej ciało, wirował, wywołując dziwne, łaskocące wrażenie gorąca w głębi brzucha, i zmieniał jej mózg w zupę.

Chciała zrzucić z nóg trzewiki i osłoniętymi pończochą palcami przesunąć w górę i w dół po jego czarnych, kosztownych wysokich butach. Chciała wsunąć palce pod wykrochmalony mankiet jego koszuli i sunąć nimi po żyłach i mięśniach nadgarstka, poczuć pod kciukiem bicie jego pulsu. Najbardziej zaś pragnęła przywrzeć wargami do tych twardych, rozpustnych ust i całować go do utraty zmysłów.

Oczywiście taka obłąkańcza napaść przyniosłaby jej tylko pozycję płasko na plecach i szybkie wyzbycie się dziewictwa – niewykluczone, że na oczach gości kawiarni. Następnie, jeśli humor by mu dopisywał, Dain klepnąłby ją przyjacielsko w pupę i kazał zmykać, skonstatowała posępnie.

– Panno Trent – rzekł – nie wątpię, że bawiła pani swoimi żartami wszystkie dziewczęta w szkole. Może jednak, gdyby zechciała pani na moment przestać trzepotać rzęsami, wzrok rozjaśniłby się jej na tyle, że zauważyłaby, iż nie ma do czynienia z pensjonareczką.

Nie trzepotała rzęsami. Kiedy Jessica wcielała się w kokietkę, postępowała tak w określonym celu i z rozmysłem, przy czym z pewnością nie była takim matołem, żeby próbować tej metody wobec Belzebuba.

– Trzepotać? – powtórzyła. – Ja nigdy nie trzepoczę, milordzie. Oto, co robię. – Popatrzyła w stronę siedzącego w pobliżu atrakcyjnego Francuza, po czym strzeliła w Daina spojrzeniem z ukosa. – To nie jest trzepotanie – powiedziała, uwalniając Francuza, momentalnie olśnionego, i na powrót koncentrując całą uwagę na Dainie. Jakkolwiek wydawało się to niemożliwe, wyraz jego twarzy stał się jeszcze bardziej posępny.

– Nie jestem również byle sztubakiem – oznajmił. – Zalecam, by zachowała pani te zabójcze spojrzenia dla młodych durniów, którzy na nie reagują.

Francuz gapił się na nią teraz z ogłupiałą fascynacją. Dain odwrócił się i spojrzał na niego. Mężczyzna natychmiast umknął wzrokiem i zaczął z ożywieniem konwersować z towarzyszami.

Jessica przypomniała sobie ostrzeżenie Genevieve. Nie miała pewności, czy Dain istotnie zamyśla schwytać ją na haczyk. Widziała za to, że właśnie postawił znak „Zakaz łowienia”.

Przeszył ją dreszcz, tego należało jednak oczekiwać. Była to prymitywna reakcja kobiety, gdy atrakcyjny mężczyzna w typowo nieuprzejmy sposób okazuje, że rości sobie do niej prawo. Miała miażdżącą świadomość, że jej uczucia wobec niego są zdecydowanie prymitywne.

Z drugiej strony, nie straciła rozumu dokumentnie.

Dostrzegała, że zanosi się na wielkie kłopoty.

Nietrudno było to dostrzec. Skandal podążał za nim krok w krok. Jessica ani myślała znaleźć się w samym jego centrum.

– Demonstrowałam jedynie subtelną różnicę, która ewidentnie panu umknęła – wyjaśniła. – Subtelności, jak wnoszę, nie są pana mocną stroną.

– Jeśli w ten subtelny sposób przypomina mi pani, że przeoczyłem to, co jej świdrujące oczy dostrzegły pod skorupą brudu na tamtym obrazku…

– Najwyraźniej nie patrzył pan zbyt uważnie, nawet kiedy był czysty – weszła mu w słowo. – Wówczas bowiem rozpoznałby pan dzieło szkoły stroganowskiej… i nie zaproponowałby mi za nie obraźliwej kwoty pięćdziesięciu funtów.

Wykrzywił usta.

– Niczego nie proponowałem. Wyrażałem opinię.

– Żeby mnie sprawdzić – uzupełniła. – Niemniej wiem równie dobrze jak pan, że ten drobiazg to nie tylko szkoła stroganowska, ale jej wyjątkowo rzadka forma. Nawet najbardziej wyrafinowane miniatury oprawiano zwykle w srebro. Nie wspominając o tym, że Madonna…

– Ma oczy szare, nie brązowe – rzekł wielce znudzonym głosem Dain.

– I nieomal się uśmiecha. Przeważnie wyglądają na szalenie nieszczęśliwe.

– Sprzeciw, panno Trent. Wyglądają na nadzwyczaj rozdrażnione. Zapewne z powodu tego, że są dziewicami… że doświadczyły wszystkich nieprzyjemności związanych z ciążą i porodem, a żadnej radości.

– Wypowiadając się w imieniu dziewic na całym świecie, milordzie – oznajmiła, nachylając się ku niemu odrobinę – mogę panu wyjawić, że istnieje mnóstwo radosnych doświadczeń. Jednym z nich jest posiadanie rzadkiego dzieła sztuki sakralnej, wartego co najmniej pięćset funtów.

Roześmiał się.

– Nie ma potrzeby informować mnie, że jest pani dziewicą – stwierdził. – Rozpoznam taką z odległości pięćdziesięciu kroków.

– Na szczęście w innych sprawach nie jestem aż tak niedoświadczona – odparła z niezmąconym spokojem. – Nie wątpię, że pomylony Rosjanin Le Feuvre’a zapłaci mi pięćset. Mam również świadomość, że ów Rosjanin to bez wątpienia dobry klient, dla którego Le Feuvre pragnie dokonać sprytnego zakupu. Co oznacza, że powinnam uzyskać znacząco lepszą cenę na aukcji. – Wygładziła rękawiczki. – Wielokrotnie obserwowałam, jak mężczyźni całkowicie tracą rozsądek, kiedy owładnie nimi gorączka licytacji. Trudno ocenić, jakimi skandalicznie wysokimi ofertami to zaowocuje.

Dain zmrużył oczy.

W tejże chwili nadciągnął gospodarz z ich zamówieniem. Towarzyszyło mu czterech niższej rangi pomocników, którzy uwijali się jak w ukropie, z bolesną precyzją aranżując serwety, srebra i zastawę. Talerzy nie szpecił najmniejszy okruszek, na nieskazitelnie lśniących srebrach nie znać było śladu nalotu. Nawet cukier pocięto na idealnie równe sześciany – nie lada wyczyn, jeśli wziąć pod uwagę, że przeciętna głowa cukru na skali twardości plasuje się gdzieś pomiędzy granitem a diamentami. Jessica zastanawiała się zawsze, jak pomocy kuchennej udaje się ją rozbić bez użycia materiałów wybuchowych.

Przyjęła niewielki kawałek żółtego ciasta ze spienioną białą polewą.

Dain zezwolił, by płaszczący się przed nim właściciel przyozdobił jego talerz pokaźnym zestawem tart owocowych, ułożonych artystycznie w koncentryczne kręgi.

Jedli słodkości w milczeniu, aż wreszcie Dain, przetrzebiwszy tarty na tyle, by rozbolał go każdy ząb, odłożył widelczyk i ze zmarszczonymi brwiami spojrzał na jej dłonie.

– Czy od mojego wyjazdu z Anglii zmieniły się wszystkie zasady? – spytał. – Wiem, że damy nie wystawiają beztrosko nagich dłoni na widok publiczny. Rozumiałem jednak dotąd, że wolno im zdjąć rękawiczki przy jedzeniu.

– Jest to dozwolone – przyznała. – Tyle że niemożliwe. – Uniosła dłoń, żeby pokazać mu długi rząd maleńkich guziczków z pereł. – Bez pomocy pokojówki rozpięcie ich zajęłoby mi całe popołudnie.

– Po co, u diaska, zakładać tak nieznośnie kłopotliwe rzeczy?

– Genevieve kupiła je specjalnie do tej pelisy. Gdybym ich nie nosiła, ogromnie by ją to zraniło.

Nadal wbijał wzrok w rękawiczki.

– Genevieve to moja babka – wyjaśniła.

Nie poznał jej. Gdy przybył, Genevieve położyła się właśnie, by uciąć sobie drzemkę – Jessica jednak nie wątpiła, że usłyszawszy głęboki męski głos, babka prędko wstała i podpatrywała przez szparę w drzwiach.

Właściciel owego głosu spojrzał teraz na nią z błyskiem w oku.

– A, tak. Zegarek.

– On również okazał się mądrym wyborem – powiedziała Jessica, odkładając widelczyk i przybierając znów biznesowy ton. – Była oczarowana.

– Nie jestem pani siwowłosą babunią – odparł, natychmiast wychwytując, o co jej chodzi. – Nie jestem na tyle oczarowany ikonami… nawet szkoły stroganowskiej… żeby płacić za nie choć pensa więcej, aniżeli są warte. Według mnie ta jest warta co najwyżej tysiąc. Jeśli wszakże obieca pani nie nudzić mnie targami, z przerywnikami w postaci tych jej zabójczych spojrzeń, z radością zapłacę tysiąc pięćset.

Liczyła, że urobi go stopniowo. Jego ton informował, że ani myśli być urabiany. Prosto do rzeczy zatem – rzeczy, na którą zdecydowała się parę godzin temu, odnotowawszy wyraz jego oczu, gdy dała mu obejrzeć swoje niepospolite znalezisko.

– Z radością ją panu podaruję, milordzie – powiedziała.

– Nikt mi niczego nie darowuje – odparł zimno. – Proszę grać w swoją grę, na czymkolwiek ona polega, z kim innym. Moja oferta to tysiąc pięćset. Moja jedyna oferta.

– Jeśli odeśle pan Bertiego do domu, ikona jest pańska – oświadczyła. – Jeśli nie, trafi na aukcję do Christie’s.

* * *

Gdyby Jessica Trent rozumiała, w jakim stanie ducha jest Dain, poprzestałaby na pierwszym zdaniu. Nie, gdyby naprawdę rozumiała, natychmiast wzięłaby nogi za pas. Ale nie mogła rozumieć tego, co lord Dain sam ledwie pojmował. Pragnął łagodnej rosyjskiej Madonny, z jej na poły uśmiechniętą, na poły smutną twarzą, bardziej niż kiedykolwiek czegokolwiek w życiu. Na jej widok zachciało mu się płakać, przy czym nie wiedział dlaczego.

Dzieło było wyborne – sztuka zarazem podniosła i ludzka – i ten artyzm go poruszył, wtedy. Jego reakcje w tej chwili ani trochę nie przypominały tamtych przyjemnych doznań. Aktualnie wył w nim dawny potwór. Dain nie potrafił nazwać tych uczuć ani trochę lepiej niż wówczas, gdy miał osiem lat. Nigdy nie zawracał sobie głowy nadawaniem im nazwy, po prostu brutalnie odpychał i przepędzał je z drogi, raz po raz, aż wreszcie, podobnie jak dawno temu szkolni koledzy, przestały go dręczyć.

Ponieważ nigdy nie było im dane dojrzeć, uczucia te pozostały na prymitywnym dziecięcym poziomie. Teraz, znalazłszy się nieoczekiwanie w ich władzy, lord Dain nie rozumował jak człowiek dorosły. Nie potrafił powiedzieć sobie, że Bertie Trent stanowi piekielne utrapienie, które należało posłać w diabły wieki temu. Markizowi nie przyszło nawet do głowy, że powinien wpaść w zachwyt, skoro siostra tego przygłupa była gotowa hojnie mu zapłacić – czy też raczej go przekupić – by pozbył się kłopotu.

Dain widział tylko przepiękną dziewczynę, drażniącą się z nim zabawką, której rozpaczliwie pragnął. Zaproponował jej na wymianę swoją największą i najlepszą zabawkę. A ona roześmiała się i zagroziła, że wrzuci własną zabawkę do wychodka, jedynie po to, żeby zmusić go do błagań. Po czasie lord Dain zrozumie, że takie właśnie – lub równie idiotyczne – myśli szalały mu w głowie.

Nastąpi to jednak dużo później, o wiele za późno.

W tej chwili miał mniej więcej osiem lat wewnątrz i blisko trzydzieści trzy na zewnątrz, toteż wyszedł z siebie.

Nachylił się ku niej.

– Panno Trent, nie ma innych warunków – oznajmił niebezpiecznie cichym głosem. – Płacę tysiąc pięćset, pani mówi „Zgoda” i rozstajemy się szczęśliwi.

– Nie. – Z uporem zadarła brodę. – Jeśli nie odeśle pan Bertiego do domu, nie ubijemy interesu. Pan mu niszczy życie. Żadna suma pieniędzy tego nie wynagrodzi. Nie sprzedam panu tej ikony, choćbym przymierała głodem.

– Łatwo tak mówić z pełnym brzuchem – zauważył. Później kpiąco zacytował po łacinie Publiliusza Syrusa: – Na spokojnym morzu każdy utrzyma ster.

Odpowiedziała w tymże języku cytatem z tego samego mędrca:

– Nie założy się tego samego buta na obie stopy.

Mina Daina nie ujawniła nic z jego zdumienia.

– Widzę, że zdarzyło się pani liznąć Publiliusza – skomentował. – Tym bardziej dziwi, że tak bystra kobieta nie dostrzega tego, co ma przed samym nosem. Nie jestem martwym językiem, którym można się bawić, panno Trent. Ryzykownie zbliża się pani do niebezpiecznych wód.

– Ponieważ mój brat w nich tonie. Ponieważ trzyma mu pan głowę pod powierzchnią. Nie jestem na tyle wielka lub silna, żeby odciągnąć pańską rękę. Mam jedynie coś, czego pan pragnie, a czego nawet pan nie może sobie zabrać. – Jej srebrne oczy zalśniły. – Dostanie to pan wyłącznie w jeden sposób, lordzie Belzebubie. Odtrącając mojego brata.

 

Gdyby Dain był zdolny myśleć jak dorosły, uznałby jej rozumowanie za wyśmienite – za, co więcej, dokładnie takie, jakie sam by przeprowadził, gdyby znalazł się w jej przykrym położeniu. Mógłby nawet docenić fakt, że otwarcie i precyzyjnie poinformowała go, do czego zmierza, zamiast używać kobiecych podstępów i sztuczek, by go zmanipulować.

Nie był zdolny myśleć jak dorosły.

Błysk gniewu w jej oczach powinien odbić się od niego, nie wyrządzając szkody. Tymczasem trafił go szybko i głęboko, podpalając lont w jego wnętrzu. Sądził, że chodzi o gniew. Sądził, że gdyby była mężczyzną, rzuciłby nią o ścianę. Sądził, że skoro trafiło na kobietę, będzie musiał znaleźć inny, równie skuteczny sposób udzielenia jej lekcji.

Nie wiedział, że rzucanie nią stanowiło w istocie przeciwieństwo tego, co pragnął zrobić. Nie wiedział, że lekcje, jakich pragnął jej udzielać, należały do sfery Wenus, nie Marsa, Sztuki kochania Owidiusza, a nie O wojnie galijskiej Cezara.

W konsekwencji popełnił błąd.

– Nie, bynajmniej nie widzi pani jasno – stwierdził. – Zawsze istnieje inny sposób, panno Trent. Wydaje się pani, że tak nie jest, ponieważ zakłada pani, iż będę grał według wszystkich tych drobnych zasad, które towarzystwo tak uwielbia. Wydaje się pani na przykład, że ponieważ znajdujemy się w miejscu publicznym, a pani jest damą, będę zachowywał się przyzwoicie. Może nawet wydaje się pani, że biorę wzgląd na jej reputację. – Wykrzywił usta w złym uśmiechu. – Panno Trent, może chciałaby pani dać sobie chwilę, żeby ponownie przemyśleć te kwestie.

Zwęziła szare oczy.

– Wydaje mi się, że pan mi grozi.

– Proszę pozwolić, że wyartykułuję tę groźbę równie jasno, jak pani swoją. – Nachylił się ku niej. – Mogę zrobić rysę na pani reputacji w mniej niż trzydzieści sekund. W trzy minuty zetrę ją w proch. Oboje wiemy, nieprawdaż, że będąc tym, kim jestem, osiągnę cel bez przesadnego wysiłku. Już stała się pani obiektem spekulacji przez sam fakt, że widziano ją w moim towarzystwie. – Zrobił krótką przerwę, żeby te słowa do niej dotarły.

Nie odezwała się. Jej zwężone oczy miotały wściekłe iskry.

– Oto, jak to działa – podjął. – Jeśli przyjmie pani moją ofertę tysiąca pięciuset, zachowam się, jak należy, odprowadzę panią do otwartej dorożki i bezpiecznie wyekspediuję do domu.

– A jeśli się nie zgodzę, podejmie pan próbę zniszczenia mojej reputacji.

– To nie będzie próba.

Wyprostowała się sztywno i złożyła razem na stole filigranowe dłonie w rękawiczkach.

– Z chęcią to zobaczę – oznajmiła.

14Francuskie określenie prostytutki.
15„Ackermann’s Repository of Arts” – brytyjski magazyn wydawany w latach 1809-1829, zajmujący się oprócz sztuki także literaturą, handlem, produkcją, modą i polityką.