Król Łotrów

Tekst
Z serii: Rozpustnicy #3
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału: Lord of Scoundrels


Zdjęcie na okładce: Captblack76 © 123RF.com


Copyright © 1994 by Loretta Chekani

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition Wydawnictwo BIS, 2019


ISBN 978-83-7551-634-0


Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. 22-877-27-05, 22-877-40-33


e-mail: bisbis@wydawnictwobis.com.pl

www.wydawnictwobis.com.pl

Dziękuję:

Salowi Raciti za wybór włoskich zwrotów;

Carol Proko Easton za pożyczenie wspaniałych książek o rosyjskich ikonach;

Cynthii Drelinger za komputerowe opracowanie moich ołówkowych hieroglifów;

oraz mojemu mężowi Walterowi i naszemu przyjacielowi Owenowi Halpernowi za niezapomnianą podróż po pięknych terenach zachodniej Anglii.

Prolog

Wiosną 1792 roku Dominick Edward Guy de Ath Ballister, trzeci markiz Dain, hrabia Blackmoor, wicehrabia Launcells, baron Ballister i Launcells, stracił żonę i czworo dzieci na skutek tyfusu.

Choć ożenił się na rozkaz ojca, lord Dain rozwinął w sobie niejaki szacunek dla małżonki, która sumiennie urodziła mu trzech udanych chłopców i jedną ładną dziewczynkę. Kochał ich na tyle, na ile był do tego zdolny. Czyli, jak na przeciętne standardy, niezbyt mocno. Z drugiej strony, kochanie w ogóle kogokolwiek nie leżało w naturze lorda Daina. Posiadaną namiastkę serca oddał swoim ziemiom, w szczególności Athcourt, rodowej posiadłości w Devon. Jego majątek był jego kochanką.

Kochanką jednakowoż kosztowną, podczas gdy lord Dain do krezusów nie należał. Dlatego też, w zaawansowanym wieku lat czterdziestu dwóch, poczuł się w obowiązku ożenić ponownie, przy czym, by zaspokoić żądania kochanki, ożenić z górami pieniędzy.

Pod koniec 1793 roku poznał, podjął zaloty i poślubił Lucię Usignuolo, siedemnastoletnią córkę zamożnego florenckiego szlachcica.

Wytworne towarzystwo osłupiało. Linia rodu Ballisterów sięgała epoki Sasów. Siedem wieków wcześniej jeden z nich pojął za żonę normańską damę i w nagrodę otrzymał od Wilhelma I baronostwo. Od tamtej pory żaden Ballister nie poślubił cudzoziemki. Towarzystwo wysnuło konkluzję, że smutek zaćmił umysł markiza Daina.

Niewiele miesięcy później jego lordowska mość sam już ponuro podejrzewał, że doznał zaćmienia. Brał za żonę, jak sądził, przepiękną kruczowłosą dziewczynę, która spoglądała nań z uwielbieniem, uśmiechała się i zgadzała z każdym jego słowem. Tymczasem odkrył, że ożenił się z drzemiącym wulkanem. Na akcie małżeństwa jeszcze dobrze nie wysechł atrament, kiedy wulkan wybuchł.

Była zepsuta, dumna, żarliwa i porywcza. Nierozważnie ekstrawagancka, mówiła za dużo i za głośno i kpiła z jego poleceń. Co najgorsze, jej pozbawione zahamowań poczynania w łożu bulwersowały go i przerażały.

Jedynie strach, że linia rodu Ballisterów w przeciwnym razie wygaśnie, wymuszał na markizie powroty do rzeczonego łoża. Zaciskał zęby i wypełniał swój obowiązek. Kiedy wreszcie znalazła się przy nadziei, porzucił te ćwiczenia i żarliwie modlił się o syna, by nie oddawać się im więcej.

W maju 1795 roku Opatrzność odpowiedziała na jego modlitwy.

Gdy wszakże lord Dain po raz pierwszy ujrzał niemowlę, nabrał podejrzeń, że odpowiedział na nie szatan.

Jego dziedzic okazał się pomarszczonym oliwkowym stworem o wielkich czarnych oczach, nieproporcjonalnych kończynach i rażąco przerośniętym nosie. Do tego wył nieustannie.

Gdyby lord Dain mógł wyprzeć się tego czegoś, zrobiłby to. Nie mógł jednak, ponieważ na lewym pośladku stworzenia widniało takie samo maleńkie brązowe znamię w kształcie kuszy, jakie zdobiło rzeczoną część jego własnej anatomii. Pokolenia Ballisterów nosiły to znamię.

Niezdolny zaprzeczyć, że szkaradzieństwo jest jego, markiz uznał, iż stanowi ono nieuniknioną konsekwencję lubieżnych i nienaturalnych aktów małżeńskich. W bardziej mrocznych chwilach wierzył, że jego młoda żona jest służebnicą szatana, a chłopiec to diabelski pomiot. Lord Dain nigdy więcej nie nawiedził łoża swej małżonki.

* * *

Chłopca ochrzczono Sebastian Leslie Guy de Ath Ballister i, zgodnie ze zwyczajem, przyjął drugi najwyższy tytuł swego ojca – hrabia Blackmoor1. Tytuł nader trafny, szeptali za plecami markiza żartownisie, ponieważ dziecko odziedziczyło oliwkową karnację, oczy barwy obsydianu i kruczoczarne włosy po rodzinie matki. Chłopcu przypadł również w pełni w udziale nos Usignuolów, dostojna florencka trąba, którą jego niezliczeni przodkowie ze strony matki zadzierali w kontaktach z gorszymi od siebie. Przeciętny dorosły mężczyzna z rodu Usignuolów prezentował się z tym nosem wcale nieźle, gdyż przeważnie cechowała go monumentalna postura. W twarzy drobniutkiego, nieproporcjonalnie zbudowanego chłopczyka nos wyrastał na ohydne monstrum.

Niestety, chłopiec odziedziczył także nieznośną wrażliwość Usignuolów. Co za tym idzie, w wieku siedmiu lat żałośnie zdawał sobie już sprawę, że coś jest z nim nie w porządku.

Matka kupiła mu sporo książek z ładnymi ilustracjami. Żadna z osób na tych ilustracjach nie wyglądała ani trochę tak jak on – z wyjątkiem garbatego chochlika o haczykowatym nosie, który przycupnął na ramieniu Małego Tommy’ego, żeby fortelami nakłaniać go do niecnych postępków.

Chociaż nigdy nie zauważył na swoim ramieniu chochlika ani nie słyszał podszeptów, Sebastian wiedział, że musi być niegodziwy, ponieważ stale go łajano lub bito. Wolał bicie przez guwernera. Kiedy łajał go ojciec, Sebastian czuł zarazem gorąco i lepkie zimno, a potem odnosił wrażenie, że ma w brzuchu pełno ptaków, przy czym wszystkie trzepocą skrzydłami, chcąc się wydostać, no i wtedy drżały mu nogi. Nie ważył się jednak płakać, gdyż nie był już bobasem, a poza tym płacz tylko bardziej gniewał ojca. Na twarzy papy pojawiała się wówczas mina gorsza nawet niż karcące słowa.

W książkach z obrazkami rodzice uśmiechali się do dzieci, tulili je i całowali. Mama czasami tak robiła, kiedy była w radosnym nastroju, natomiast papa nigdy. Ojciec nigdy z nim nie rozmawiał, nigdy się z nim nie bawił. Nigdy nie nosił Sebastiana na barana ani nie posadził go na koniu przed sobą. Sebastian jeździł na własnym kucu, a uczył go Phelps, jeden ze stajennych.

Chłopiec wiedział, że nie może zapytać matki, co jest z nim nie tak i jak to naprawić. Nauczył się już wtedy nie mówić wiele na jakikolwiek temat – poza tym, że ją kocha i że jest najśliczniejszą mamą na świecie – ponieważ niemal wszystko inne ją denerwowało.

Pewnego razu, kiedy wybierała się do Dartmouth, zapytała, co chciałby, żeby mu przywiozła. Poprosił o braciszka, z którym mógłby się bawić. Rozpłakała się, a następnie zezłościła i krzyczała brzydkie słowa po włosku. Chociaż Sebastian nie znał znaczenia ich wszystkich, wiedział, że są paskudne, ponieważ ilekroć usłyszał je papa, beształ ją.

A wtedy się kłócili. I to było gorsze nawet niż płacz matki czy najbardziej gniewna mina ojca.

Sebastian nie chciał powodować potwornych kłótni. A już zwłaszcza nie chciał prowokować mamy do mówienia paskudnych słów, ponieważ Bóg mógłby się zezłościć, a wówczas umarłaby i poszła do piekła. I już nikt by go nie przytulał ani nie całował, nigdy.

Tak zatem Sebastian nie miał kogo zapytać, co jest z nim nie tak i co powinien zrobić, z wyjątkiem Ojca Niebieskiego. Ale On nigdy nie odpowiadał.

Później, pewnego dnia, gdy Sebastian liczył osiem lat, jego matka wyszła z pokojówką i nie wróciła.

Ojciec wyjechał wcześniej do Londynu, a służba powiedziała Sebastianowi, że jego matka postanowiła również się tam udać.

Tyle że ojciec wkrótce wrócił, a mamy z nim nie było.

Sebastiana wezwano do mrocznego gabinetu. Papa, z bardzo posępną miną, siedział za olbrzymim biurkiem, z otwartą Biblią przed sobą. Kazał Sebastianowi usiąść. Dygocąc, chłopiec wykonał polecenie. Jedynie tyle był w stanie zrobić. Nie mógł mówić. Skrzydła trzepotały w jego brzuchu tak mocno, że wszystkie siły koncentrował na tym, żeby nie zwymiotować.

– Przestaniesz nękać służbę w związku z twoją matką – oznajmił mu ojciec. – Nigdy więcej nie będziesz o niej mówił. Twoja matka jest złym, bezbożnym stworzeniem. Imię jej Izebel, a „psy będą żarły Izebel pod murem Jizreel2”.

Ktoś bardzo głośno krzyczał w głowie Sebastiana. Tak głośno, że chłopiec ledwie słyszał ojca. Ojciec wszakże zdawał się nieświadom tego krzyku. Spojrzenie wbijał w Biblię.

– „Bo miód wycieka z warg obcej, podniebienie jej gładkie jak olej” – przeczytał – „lecz w końcu będzie gorzka niby piołun i ostra jak miecz obosieczny. Jej nogi zstępują ku śmierci, do Szeolu zmierzają jej kroki.3” – Podniósł wzrok. – Wyrzekam się jej, a moje serce raduje się, że to zepsucie uciekło z domu moich ojców. Nie będziemy więcej o tym rozmawiać.

 

Wstał i pociągnął za sznur dzwonka, na co przyszedł lokaj i wyprowadził Sebastiana. Nadal jednak, nawet kiedy drzwi gabinetu się zamknęły, nawet kiedy podążali schodami w dół, krzyk w głowie Sebastiana nie ustawał. Chłopiec próbował zatykać sobie uszy, ale krzyk trwał, aż wreszcie chłopcu pozostało tylko otworzyć usta i wypuścić go w długim, potwornym wyciu.

Kiedy lokaj próbował go uciszyć, Sebastian kopał i gryzł, aż wyrwał się mężczyźnie. Wtedy z jego ust wylały się wszystkie te paskudne słowa. Nie potrafił przestać. W jego wnętrzu tkwił potwór, a on nie umiał go powstrzymać. Potwór porwał ze stołu wazon i cisnął nim w lustro. Złapał gipsowy posąg i rozbił o podłogę. Pobiegł przez wielką salę, wrzeszcząc i niszcząc wszystko, czego zdołał dosięgnąć.

* * *

Wyżsi rangą służący zbiegli się, zwabieni hałasem, wzbraniali się jednak przed dotknięciem dziecka, każdy bez wyjątku przekonany, że opętały je demony. Stali, zmartwiali z przerażenia, przyglądając się, jak dziedzic lorda Daina obraca w perzynę Wielką Salę. Z góry nie dobiegło ani jedno słowo nagany, najmniejszy choćby dźwięk. Drzwi gabinetu jego lordowskiej mości pozostały zamknięte – jakby markiz chronił się przed szalejącym na dole diabłem.

Wreszcie z kuchni przyczłapała potężna kucharka, poderwała wyjącego chłopca z podłogi i nie bacząc na to, że kopie ją i okłada pięściami, przytuliła.

– No już, już, dziecko – mruczała.

Nie obawiając się ani demonów, ani lorda Daina, zabrała Sebastiana do kuchni, po czym, wygoniwszy pomocników, usadowiła się z nim w fotelu przy ogniu i kołysała go, aż nie miał sił dłużej płakać.

Podobnie jak reszta domowników, kucharka wiedziała, że lady Dain uciekła z synem zamożnego kupca morskiego. Nie udała się do Londynu, lecz do Dartmouth, gdzie weszła na pokład jednego ze statków swego kochanka i wyruszyła z nim do Indii Zachodnich.

Histeryczne zawodzenia chłopca na temat psów żrących jego matkę wzbudziły w kucharce wielką chęć potraktowania pana domu tasakiem. Młody hrabia Blackmoor był najbrzydszym chłopcem, jakiego kiedykolwiek oglądano w całym hrabstwie Devon – a przypuszczalnie także w Kornwalii i Dorset. Do tego humorzastym, porywczym i ogólnie odpychającym. Z drugiej strony, był zaledwie dzieckiem, które jej zdaniem zasługiwało na coś lepszego niż to, co otrzymało od losu.

Wyjaśniła Sebastianowi, że jego mama i papa się nie dogadywali i mama poczuła się tak bardzo nieszczęśliwa, że uciekła. Niestety, w przypadku dorosłej damy ucieczka to błąd gorszy nawet niż w przypadku małego chłopca, wytłumaczyła kucharka. Błąd tak ogromny, że nie da się go już nigdy naprawić, a lady Dain nie może tutaj wrócić.

– Czy idzie do piekła? – zapytał chłopiec. – Papa p-powiedział… – Głos mu się łamał.

– Bóg jej wybaczy – oświadczyła mocnym głosem kucharka. – Jeżeli jest sprawiedliwy i litościwy, wybaczy jej.

Następnie zabrała chłopca na górę, przepędziła jego surową nianię i położyła malca do łóżka.

Po jej wyjściu Sebastian usiadł i ze stolika nocnego wziął niewielki obrazek Błogosławionej Dziewicy i Dzieciątka Jezus, podarowany mu niegdyś przez matkę. Tuląc go do piersi, modlił się.

Nauczono go wszystkich stosownych modlitw wiary jego ojca, tego wieczoru wypowiadał jednak tę, którą słyszał z ust matki, trzymającej w dłoni długi sznur koralików. Słyszał ją tak wiele razy, że znał na pamięć, mimo że nie przyswoił jeszcze łaciny na tyle, by rozumieć wszystkie słowa.

– Ave Maria, gratia plena, Dominus tecum, benedicta tu in mulieribus – zaczął.

Nie wiedział, że jego ojciec stoi pod drzwiami i słucha.

Nie wiedział, że dla lorda Daina ta papistyczna modlitwa okazała się kroplą, która przepełniła czarę.

Dwa tygodnie później Sebastiana zapakowano do powozu i wywieziono do Eton.

Po krótkiej rozmowie z dyrektorem szkoły porzucono go w olbrzymim dormitorium, zdanego na łaskę i niełaskę kolegów.

Lord Wardell, najstarszy i największy w pobliżu, wpatrywał się w Sebastiana przez bardzo długą chwilę, po czym wybuchnął śmiechem. Pozostali natychmiast się doń przyłączyli. Sebastian stał zmrożony, słuchając, jak mu się zdało, wycia tysiąca hien.

– Nie dziw, że jego mama uciekła – oznajmił towarzystwu Wardell, gdy odzyskał oddech. – Krzyczała, kiedy się urodziłeś, Black-a-moor4? – zapytał Sebastiana.

– Blackmoor – poprawił Sebastian, zaciskając pięści.

– Jest tak, jak ja mówię, że jest, robaku – poinformował go Wardell. – A ja mówię, że twoja mama nawiała, bo nie zniosłaby twojego widoku ani minuty dłużej. Ponieważ wyglądasz dokładnie jak obrzydliwa mała szczypawica. – Splótłszy ręce za plecami, wolno okrążał oszołomionego Sebastiana. – Co ty na to, Black-a-moor?

Sebastian spojrzał na twarze szczerzące się nań z góry w zjadliwych uśmiechach. Phelps, ów stajenny, powiedział mu, że w szkole znajdzie przyjaciół. Sebastian, który nie miał dotąd nikogo, z kim mógłby się bawić, kurczowo trzymał się tej nadziei przez całą długą, samotną podróż.

W tej chwili nie widział przyjaciół, a jedynie szydercze twarze – w dodatku wszystkie wysoko ponad nim. Każdy bez wyjątku chłopiec w tym przepastnym dormitorium był od niego starszy i większy.

– Zadałem ci pytanie, szczypawico – powiedział Wardell. – Kiedy lepsi od ciebie zadają ci pytanie, lepiej na nie odpowiadaj.

Sebastian spojrzał twardo w niebieskie oczy dręczyciela.

– Stronzo5 – odparł.

Wardell pacnął go w głowę.

– Żadnego włoskiego jazgotania, Black-a-moor.

– Stronzo – powtórzył zuchwale Sebastian. – Śmierdząca kupa gówna.

Wardell uniósł jasne brwi i potoczył wzrokiem po zgromadzonych wokół kompanach.

– Słyszeliście? Nie dość, że paskudny jak Belzebub, to jeszcze ma niewyparzoną gębę. Co zrobimy, chłopcy?

– Porzucajmy nim – zaproponował jeden.

– Podtopmy go – zasugerował inny.

– W wychodku – uzupełnił kolejny. – Szuka gówna, no nie?

Tę propozycję powitano entuzjastycznym wyciem.

I rzucili się na niego.

* * *

Wiodąc Sebastiana ku zagładzie, kilkakrotnie dawali mu szansę, żeby się pokajał. Wystarczyłoby, żeby polizał buty Wardella i błagał o wybaczenie, a zostałby oszczędzony.

Sebastianem owładnął jednak znajomy potwór, tak że odpowiadał buntowniczo, seriami wszystkich plugawych angielskich i włoskich słów, jakie kiedykolwiek usłyszał.

Buntowniczość niewiele mu pomogła. Pomogły mu pewne prawa fizyki. Choć mały, był dziwacznie zbudowany. Na przykład jego kościste ramiona okazały się za szerokie, żeby zmieścić się w otworze wychodka. Wardell mógł zatem wepchnąć w otwór jedynie głowę Sebastiana i trzymać go tak, dopóki chłopiec nie zwymiotował.

Incydent, ku irytacji Wardella i jego kompanów, nie wpoił szczypawicy szacunku. A choć później większą część wolnego czasu poświęcali edukowaniu Sebastiana, on ani myślał się nauczyć. Wykpiwali jego wygląd i mieszaną krew, układali sprośne piosenki o jego matce. Wywieszali go z okien za nogi, podrzucali na kocach, wkładali mu do łóżka martwe gryzonie. W chwilach prywatności – choć w Eton o prywatność było niezwykle trudno – płakał z niedoli, wściekłości i samotności. Publicznie przeklinał i walczył, mimo że zawsze przegrywał.

I tak, gdy nieustannie znęcano się nad nim poza salą lekcyjną i regularnie wymierzano cięgi w sali, wystarczył mniej niż rok w Eton, żeby wytłuc z Sebastiana wszelkie skłonności do uczuć, łagodności i zaufania. Metody Eton wydobywały z niektórych chłopców to, co najlepsze. W nim obudziły najgorsze.

Kiedy Sebastian miał dziesięć lat, dyrektor wziął go na stronę i poinformował, że jego matka umarła w Indiach Zachodnich na febrę. Sebastian wysłuchał wieści w kamiennym milczeniu, a następnie wyszedł z budynku i wszczął bójkę z Wardellem.

Wardell był od niego dwa lata starszy, dwa razy większy i cięższy, a do tego szybki. Tym razem jednak potwór w Sebastianie okazał się zimną, gorzką furią i chłopiec walczył chłodno, bez słowa i zawzięcie, aż powalił dręczyciela i rozkrwawił mu nos.

Potem, sam zmaltretowany i krwawiący, Sebastian omiótł szyderczym wzrokiem zebranych w kółku gapiów.

– Ktoś jeszcze? – zapytał, choć ledwie wystarczyło mu tchu na te słowa.

Nie rozległ się żaden dźwięk. Kiedy odwrócił się, żeby odejść, rozstąpili się przed nim.

Gdy Sebastian znajdował się w połowie drogi przez dziedziniec, dziwną ciszę przerwał głos Wardella.

– Dobra robota, Blackmoor! – zawołał chłopak.

Sebastian przystanął i się rozejrzał.

– Idź do diabła! – odkrzyknął.

Wtedy czapka Wardella wzleciała w powietrze, przy akompaniamencie wiwatu. W następnej chwili w górze znalazły się dziesiątki czapek i wszyscy wiwatowali.

– Głupie gnojki – wymamrotał do siebie Sebastian.

Zdjął z głowy wyimaginowany kapelusz – jego czapka została nieodwołalnie zadeptana – i wykonał groteskowy, zamaszysty ukłon.

Moment później otoczyli go roześmiani chłopcy, a w następnej chwili posadzono go na ramionach Wardella, im więcej zaś im wszystkim ubliżał, tym bardziej się to tym idiotom podobało.

Wkrótce stał się najlepszym druhem Wardella. A wtedy, oczywiście, nie było już dla niego nadziei.

Spośród wszystkich diabłów wcielonych, które w tamtym czasie, zbierając cięgi i znosząc prześladowania, wkraczały w Eton w dorosłość, krąg Wardella był najgorszy. Obok typowych psikusów i nękania nieszczęsnych miejscowych, ci chłopcy oddawali się hazardowi, palili i upijali się do nieprzytomności, nim jeszcze weszli w okres pokwitania. Łajdaczyć zaczęli się zaraz potem.

Sebastiana wprowadzono w erotyczne sekrety w trzynaste urodziny. Wardell i Mallory – chłopak, który swego czasu doradził podtapianie w wychodku – zaprawili go ginem, zawiązali mu oczy, przez godzinę ciągali tam i sam, aż wreszcie zawlekli po schodach do cuchnącego stęchlizną pomieszczenia. Rozebrali go do naga, zdjęli przepaskę z oczu i wyszli, zamykając za sobą drzwi na klucz.

Na wyposażenie pomieszczenia składały się: jedna kopcąca lampa olejna, jeden brudny siennik i jedna pulchna dziewczyna ze złotymi kędziorkami, rumianymi policzkami, wielkimi niebieskimi oczami i nosem jak guziczek. Gapiła się na Sebastiana, jakby był martwym szczurem.

Nie musiał zgadywać dlaczego. Mimo że od ostatnich urodzin wystrzelił w górę dobre pięć centymetrów, nadal wyglądał jak chochlik.

– Nie zrobię tego – oznajmiła. Z uporem zacisnęła usta. – Nawet za sto funtów.

Sebastian odkrył, że jednak pozostały mu jakieś uczucia. W przeciwnym razie nie udałoby jej się ich zranić. Piekło go w gardle i chciało mu się płakać, i nienawidził jej za to, że wywołała w nim takie reakcje. Pospolita, głupia mała locha; gdyby była chłopakiem, stłukłby ją na miazgę.

Do tej pory nauczył się jednak odruchowo skrywać uczucia.

– Wielka szkoda – rzekł zimno. – Dziś są moje urodziny i byłem w tak dobrym humorze, że zamierzałem zapłacić ci dziesięć szylingów.

Sebastian wiedział, że Wardell nigdy nie zapłacił dziwce więcej niż sześć pensów.

Popatrzyła na Sebastiana chmurnie, a potem jej wzrok powędrował w dół i spoczął na jego męskim narzędziu. I tam pozostał. Tyle wystarczyło, by pobudzić rzeczone narzędzie. Zaczęło szybko nabrzmiewać.

Jej nadąsana warga zadrżała.

– Jak mówiłem, humor mi dziś dopisuje – odezwał się znowu, zanim miała szansę go wyśmiać. – Dorzucę jeszcze sześć. Nie więcej. Jeśli oferta ci nie odpowiada, pójdę z nią gdzie indziej.

– Chyba bym mogła zamknąć oczy – stwierdziła.

Posłał jej kpiący uśmiech.

– Otwarte czy zamknięte, dla mnie bez różnicy… ale oczekuję usługi wartej tych pieniędzy.

I rzeczywiście ją otrzymał, przy czym nie zamknęła oczu, ale dała taki pokaz entuzjazmu, jakiego tylko mógłby sobie życzyć mężczyzna.

Kryła się w tym pewna życiowa lekcja, skonstatował później Sebastian, przyswajając ją równie szybko jak wszystkie inne.

Od tamtej pory postanowił zaczerpnąć motto od Horacego: „Zarabiaj pieniądze, uczciwie, jeśli możesz, jeśli nie, wszelkimi sposobami”.

 
* * *

Odkąd Sebastian rozpoczął naukę w Eton, jedyną korespondencją, jaką otrzymywał z domu, były jednozdaniowe liściki dołączane do jego kwartalnej renty. Pisał je sekretarz ojca.

Kiedy jego czas w Eton dobiegał końca, Sebastian otrzymał długi na dwa akapity list, gdzie w zarysie przedstawiano ustalenia związane z jego studiami na Cambridge.

Wiedział, że Cambridge to doskonały uniwersytet, przez wielu uważany za bardziej postępowy niż mnisi Oksford.

Wiedział także, że bynajmniej nie z tego powodu ojciec go wybrał. Ballisterowie uczęszczali do Eton i na Oksford, praktycznie odkąd utworzono te instytucje. Posłanie syna gdzie indziej stanowiło dla lorda Daina najbliższy możliwy odpowiednik wydziedziczenia go. Obwieszczało światu, że Sebastian jest paskudną plamą na honorze rodu.

Co z całą pewnością odpowiadało prawdzie.

Nie tylko zachowywał się jak potwór – aczkolwiek nigdy na tyle źle w obecności autorytetów, by go wydalono – ale stał się nim także pod względem fizycznym: ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, ciemny, brutalnie twardy.

Znaczną część kariery w Eton poświęcił wysiłkom, by zapisać się w pamięci otoczenia jako potwór właśnie. Odczuwał dumę z faktu, że przyzwoici ludzie nazywają go Zakałą Rodu Ballisterów.

Aż do tej pory lord Dain nijak nie sygnalizował, że zauważa albo dba o to, co robi jego syn.

Ten lapidarny list zaświadczał o czym innym. Jego lordowska mość zamierzał ukarać i upokorzyć syna, zsyłając go na uniwersytet, na którym nie postała nigdy noga żadnego Ballistera.

Kara nadeszła zbyt późno. Sebastian opanował tymczasem kilka skutecznych sposobów reakcji na próby sterowania nim, karania go czy zawstydzania. Odkrył, że pieniądze, w większości przypadków, odnoszą skutek znacznie lepszy niż siła fizyczna.

Zaczerpnąwszy motto od Horacego, nauczył się nie tylko podwajać, ale zwielokrotniać swoją rentę w grach losowych i zakładach. Połowę wygranych przepuszczał na kobiety, rozmaite inne złe nawyki i prywatne lekcje włoskiego – te ostatnie, żeby absolutnie nikt nie podejrzewał, iż matka stanowi choćby w niewielkim stopniu jego czuły punkt.


Za drugą połowę planował nabyć konia wyścigowego.

Odpisał ojcu z zaleceniem, by rodzic za przeznaczone na ten cel środki posłał na Cambridge jakiegoś ubogiego chłopca, ponieważ hrabia Blackmoor podejmie studia na Oksfordzie i sam je sobie opłaci.

Następnie postawił zaoszczędzone na konia pieniądze na walkę zapaśniczą.

Wygrana – oraz drobny nacisk ze strony stryja Wardella – zapewniły Sebastianowi miejsce na Oksfordzie.

* * *

Kolejną wiadomość z domu Sebastian otrzymał w wieku dwudziestu czterech lat. W jednym akapicie donoszono mu o śmierci ojca.

Wraz z tytułem nowy markiz Dain odziedziczył sporo ziemi, kilka imponujących domów – w tym Athcourt, wspaniałe rodowe gmaszysko na obrzeżach wrzosowisk Dartmoor – oraz wszystkie towarzyszące im obciążenia hipoteczne i długi.

Jego ojciec pozostawił sprawy w zatrważającym stanie, a Sebastian nie miał najmniejszych wątpliwości dlaczego. Nie mogąc kontrolować syna, drogi zmarły postanowił go zrujnować.

Jeśli wszakże świętoszkowaty stary drań uśmiechał się w życiu pozagrobowym, wypatrując chwili, gdy czwartego markiza Daina przewiozą do najbliższego domu dla dłużników, skazany był na bardzo długie oczekiwanie.

Sebastian odkrył tymczasem świat interesów i śmiało poświęcił się opanowaniu jego tajników do perfekcji. Każdego pensa ze swego obecnego zadowalającego dochodu zarobił lub wygrał sam. Po drodze więcej niż jedno przedsięwzięcie na skraju bankructwa przekształcił w zyskowną inwestycję. Uporanie się z bałaganem ojca stanowiło dziecinną igraszkę.

Sprzedał wszystko, co nie było objęte majoratem, uregulował długi, zreorganizował zacofany system finansowy, zwolnił sekretarza, zarządcę oraz rodzinnego prawnika, zastępując ich egzemplarzami wyposażonymi w mózgi, którym oznajmił, czego się od nich oczekuje. Następnie po raz ostatni wybrał się na przejażdżkę po niewidzianych od dzieciństwa wrzosowiskach, po czym wyjechał do Paryża.

1Black moor (ang.) – czarne/ponure/straszne wrzosowisko.
2Biblia Tysiąclecia, 1 Księga Królewska 21:23.
3Biblia Tysiąclecia, Księga Przysłów 5:3-5.
4Blackamoor (ang.) – ciemnoskóry.
5(wł.) dupek