Diabeł wcielony

Tekst
Z serii: Rozpustnicy #4
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: The Last Hellion

Zdjęcie na okładce: miramiska © 123 RF.com

Copyright © 1998 by Loretta Chekani

All rights reserved.

Copyright © for the Polish translation Wydawnictwo BIS 2019

ISBN 978-83-7551-638-8

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. 22-877-27-05, 22-877-40-33

e-mail: bisbis@wydawnictwobis.com.pl

www.wydawnictwobis.com.pl

Spis treści

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Epilog

Polecamy

Prolog

Longlands, Northamptonshire

Wrzesień 1826 roku

Książę Ainswood wywodził się z rodu Mallorych. Historycy twierdzą, że ród ów ma korzenie normandzkie i przybył do Anglii w dwunastym wieku.

Znaczenie nazwiska w etymologii tłumaczy się jako „nieszczęsny” bądź „pechowy”, lecz w historii rodu zawsze oznaczało ono Kłopoty przez wielkie K. Niektórzy przodkowie księcia Ainswooda żyli długo, inni krótko, lecz wszyscy pełnią życia, nie licząc się z konsekwencjami. Taka była ich natura. Były to diabły wcielone – z urodzenia, z przyzwyczajenia, z upodobania.

Czasy się jednak zmieniały i rodzina powoli dostosowywała się do tych zmian, cichnąc i cywilizując się z każdym kolejnym pokoleniem. Zdawało się, że czwarty książę – stary satyr, który zmarł przed dekadą – był ostatnim szatańskim pomiotem rodu. Po nim nastąpili zupełnie inni Mallory. Ugrzecznieni, niektórzy nawet cnotliwi.

Z wyjątkiem jedynego syna najmłodszego brata czwartego księcia.

Vere Aylwin Mallory okazał się prawdziwym diabłem. Miał metr osiemdziesiąt wzrostu i był najwyższy z rodziny, niektórzy twierdzili również, że najprzystojniejszy, a z pewnością najbardziej szalony. Po ojcu odziedziczył gęste orzechowe włosy, a w ciemnozielonych oczach tliła się dzikość poprzednich pokoleń i zaproszenie do grzechu. Miał już trzydzieści dwa lata i nie zliczyłby, ile dam odpowiedziało z ochotą na to zaproszenie.

W tej chwili torował sobie drogę przez las otaczający ogromną posiadłość Longlands, letnią rezydencję księcia Ainswooda. Zmierzał do burdelu Pod Zającem i Gołębiem.

Ociekającym drwiną barytonem śpiewał anglikańską mszę za zmarłych na melodię sprośnej ballady. W ostatnich latach tyle razy uczestniczył w pogrzebach, że znał cały rytuał na pamięć, od Ja jestem Zmartwychwstanie i Życie do ostatniego Amen.

– W tym dniu zapragnął Wszechmogący Pan – śpiewał rubasznie – w wielkim swym miłosierdziu wezwać do siebie duszę naszego drogiego brata!

Jego głos załamał się nagle. Mężczyzna zatrzymał się, po czym z wysiłkiem zdławił suchy szloch wstrząsający jego mocnym ciałem. Otoczył ramieniem pień drzewa, zacisnął zęby, zamknął oczy i nakazał sobie zdusić targający nim żal. Miał już dość żałoby, a w ciągu minionego tygodnia wypłakał wystarczająco wiele łez. Siedem dni temu jego najdroższy kuzyn Charlie, piąty książę Ainswood, wydał ostatnie tchnienie.

Spoczywał teraz w rodzinnym grobowcu wraz ze wszystkimi innymi, których w ciągu dekady zapragnął wezwać do siebie Wszechmogący Pan. Niekończącą się makabrę rozpoczął pogrzeb czwartego księcia, który zastępował Vere’owi ojca od dnia, gdy zginęli rodzice chłopca. Miał wtedy dziewięć lat. Od tamtej pory śmierć zabrała kolejno braci Charliego wraz z ich żonami, synami i córkami, nie oszczędziła też żony Charliego i ich najstarszego syna.

I mimo wielu lat oswajania się z grozą śmierci ten ostatni pogrzeb był dla Vere’a najtrudniejszy. Charlie był jego ulubionym kuzynem i jednym z trzech dżentelmenów, których uważał za swych braci.

Dwaj pozostali to Roger Barnes, wiceksiążę Wardell, i Sebastian Ballister, czwarty markiz Dain. Ten ostatni, smagły olbrzym, znany był powszechnie jako lord Belzebub i uważano go za skazę na honorze rodu Ballisterów. Belzebub i Wardell byli jego kompanami w każdej zbrodni od czasów nauki w Eton. Jednakże Wardell zginął sześć lat wcześniej w jakiejś pijackiej bijatyce, a Dain parę miesięcy temu wyjechał na kontynent i zdawało się, że na dobre osiadł w Paryżu.

Nie został mu już nikt. Z całej męskiej gałęzi rodu Mallorych zostali jedynie Vere i dziewięcioletni Robin, najmłodszy syn Charliego i szósty książę Ainswood.

Kuzyn zostawił po sobie jeszcze dwie dziewczynki, lecz kto by się przejmował żeńską częścią przychówku, na pewno nie Vere. Charlie jednak wyznaczył go na ich opiekuna, choć z pewnością nie zakładał, że mężczyzna faktycznie się nimi zajmie. Oczywiście, więzy krwi i miłość musiały zakładać jakąś dozę tolerancji dla ostatniego szatańskiego pomiotu, lecz nawet Charlie nie mógł być tak zaślepiony, by uznać Vere’a za odpowiedniego mentora dla swych niewinnych dzieci. Któraś z zamężnych sióstr Charliego będzie musiała roztoczyć nad nimi opiekę.

Stanowisko opiekuna było czystą formalnością. Nie mogło być inaczej. Vere nie poświęcił bachorom ani jednej myśli, odkąd tydzień wcześniej przyjechał, by przygotować Charliego do ostatniej podróży.

Musiał przyznać, że spełnia się co do słowa przepowiednia, jaką wuj wygłosił na krótko przed śmiercią, gdy Vere siedział przy jego łóżku.

– Zobaczyłem to, kiedy stanęli tu razem, wokół mnie – powiedział. – Widziałem, jak wchodzą i wychodzą, nieszczęśni i skazani na zagładę. Wzeszli tak prędko i zostali ścięci, jak kwiaty. Dwóch moich braci odeszło, gdy nie było cię jeszcze na świecie. Potem twój ojciec. A dziś zobaczyłem moich synów: Charlesa, Henry’ego, Williama… A może to tylko majaki starca? Ich twarze pogrążone w cieniu. Cóż wtedy zrobisz ze sobą, mój chłopcze?

Tamtego dnia zdawało mu się, że wuj bredzi. Dziś był już mądrzejszy.

Twarze pogrążone w cieniu.

– I tak się stało, do diabła! – mruknął i odepchnął się od drzewa. – Był z ciebie piekielny prorok, wujaszku.

Podjął mszę za zmarłych w momencie, w którym urwał, śpiewając ją jeszcze lubieżniej. Szedł raźno i co jakiś czas spoglądał ku niebiosom z drwiącym uśmiechem.

Gdyby ci, którzy znali go najlepiej, mogli go teraz zobaczyć, wiedzieliby, że rzuca Bogu wyzwanie, tak jak często rzucał wyzwanie zwykłym śmiertelnikom. Vere Mallory zawsze szukał guza, jednak tym razem chciał spróbować swych sił w starciu z samym Wszechmogącym.

Nie zadziałało. Utracjusz dośpiewał mszę do samego końca, a grom z jasnego nieba nie poraził go za to bluźnierstwo. Zamierzał właśnie zabrać się za inne kościelne pieśni, gdy usłyszał za sobą trzask gałęzi, szelest odgarnianych liści i pośpieszne kroki. Odwrócił się i… ujrzał ducha.

Oczywiście nie prawdziwego ducha, ale i tak prawie pękło mu serce. Gonił go Robin, tak boleśnie podobny do swego ojca. Wysoki i szczupły, z oczami zielonymi jak morze. Vere nie był w stanie patrzeć na chłopca i przez ostatni tydzień udało mu się tego uniknąć.

Robin biegł ku niemu. Mężczyzna nie mógł się już przed nim ukryć, uciekać nie było sensu. Nie był też w stanie udawać, że nie czuje rozgoryczenia i gniewu. Wstydził się i zżymał, ale miał żal do chłopca, że ten wciąż żyje, gdy jego ojca już nie ma.

Zacisnął zęby i patrzył na Robina. Nie wyglądał zachęcająco, chłopak stanął więc ostrożnie kilka kroków dalej. Nagle poczerwieniał, wyskoczył przed siebie jak sprężyna i z całej siły uderzył głową w żołądek zaskoczonego opiekuna.

 

Choć brzuch Vere’a był równie stalowy jak reszta jego ciała, Robin zamachnął się jeszcze raz, uderzył głową i zaczął okładać kuzyna pięściami. Nie zwracając uwagi na dysproporcję wieku, wzrostu i wagi, młody książę tłukł krewnego jak oszalały Dawid usiłujący powalić Goliata.

Żaden z nowych, ucywilizowanych Mallorych nie wiedziałby, co zrobić z takim nieuzasadnionym, pełnym rozpaczy i wściekłości atakiem. Vere nie był cywilizowany. Doskonale rozumiał malca, choć wcale tego nie pragnął.

Stał i dawał się okładać, podobnie jak wiele lat wcześniej dziadek Robina, czwarty książę, stał spokojnie pod gradem ciosów osieroconego nagle Vere’a. W tamtej chwili Vere nie wiedział, co innego mógłby uczynić. Może płakać, lecz z jakichś względów to w ogóle nie wchodziło w grę.

Robin tłukł mężczyznę z zapamiętaniem do chwili, gdy wyczerpany i pokonany runął na ziemię.

Vere usiłował sobie przypomnieć, co czuł wobec chłopca parę chwil wcześniej, wzniecić na nowo gniew, odrazę i obojętność na jego losy, lecz nie mógł.

Ostatecznie to syn Charliego. Biedak musi być w desperacji, skoro zdołał zmylić rzeszę ciotek i armię służących, wymknąć się z domu i pobiec przez las. Vere nie był pewny, dlaczego Robin go ścigał, czego potrzebował. Było jednak oczywiste, iż oczekiwał, że opiekun mu to zapewni.

Czekał, aż chłopiec przestanie sapać i dyszeć. Kiedy jego oddech się uspokoił, mężczyzna pociągnął go za ramiona i postawił na nogi.

– Nie powinieneś się do mnie zbliżać, wiesz? – zagaił. – Mam okropny wpływ na ludzi. Zapytaj, kogo chcesz. Choćby ciotek.

– One płaczą – burknął Robin, wpatrując się w ubłocone buty. – Za dużo płaczą. I mizdrzą się do mnie jak do niemowlęcia.

– Owszem, to odrażające – zgodził się Vere. Pochylił się i otrzepał ubranie chłopca. Robin spojrzał na niego oczami swego ojca. Młodszymi i pełnymi zaufania. Vere poczuł pieczenie pod powiekami. Wyprostował się, odchrząknął i powiedział: – Musiałem na chwilę się od nich uwolnić. Planowałem wybrać się do… Brighton. – Zamilkł i w duchu zaśmiał się sam z siebie. Lecz było już za późno. Chłopiec go dogonił, a jego ojciec nigdy go nie zawiódł. Nie licząc tego, że umarł. – Może masz ochotę pojechać ze mną?

– Do Brighton?

– Tak powiedziałem.

Zbyt młode, zbyt ufne oczy zalśniły nagle.

– Tam, gdzie stoi pawilon?

Niedorzeczna fantasmagoria zwana Królewskim Pawilonem ucieleśniała wyobrażenia króla Jerzego IV o wiejskim domku.

– Stał tam, gdy ostatni raz sprawdzałem – westchnął Vere i ruszył z powrotem do domu.

Chłopak ruszył za nim z powagą, podbiegając co chwilę, żeby dotrzymać mu kroku.

– Czy wygląda tak okazale jak na ilustracjach, kuzynie Vere? Czy naprawdę przypomina pałac z Księgi tysiąca i jednej nocy?

– Myślę, że wyruszymy jutro o świcie – odparł Vere. – Im szybciej go zobaczysz, tym szybciej wyrobisz sobie o nim własne zdanie.

Gdyby to zależało od Robina, mogliby ruszać w tej minucie. Gdyby zależało to od jego ciotek, Vere mógłby wyjechać jak najprędzej, byle sam. Ale jedyną osobą, której zdanie miało znaczenie, był Vere. Jako jedyny opiekun Robina nie potrzebował niczyjej zgody na wyjazd z chłopcem do Brighton. Czy do Bombaju.

Ciotki próbowały go zakrzyczeć, lecz zamilkły, słysząc głuche tąpnięcia w hallu. Wybiegłszy z salonu, ujrzeli Robina, ściągającego po zabytkowych schodach Longlands wielki kufer.

– Widzisz? – Vere zwrócił się do najmłodszej siostry Charliego, Dorothei, która protestowała najgłośniej. – Robin nie może się już doczekać wyjazdu. Jesteście nie do zniesienia. Te szepty, płacze, krepa i czerń, to go odstrasza, nie pojmujesz? W domu jest ciemno, a wszyscy dorośli toną we łzach. Robin chce być przy mnie, bo jestem wielki i głośny. Bo wie, że tylko ja dam radę potworom. Odpędzę strach.

Nie wiadomo, czy Dorothea przyjęła jego argumenty, jednak poddała się, a reszta krewnych podążyła jej śladem. W końcu chodzi zaledwie o parę tygodni. Nawet Vere Mallory nie będzie w stanie zdemoralizować dziecka w tak krótkim czasie.

Vere nie miał zresztą zamiaru demoralizować chłopca. I szczerze planował oddać go potem pod opiekę ciotek.

Nie mógł przecież być dla niego ojcem, zdawał sobie z tego sprawę. Nie nadawał się na wzór do naśladowania. Nie miał żony, nie miał nawet zamiaru się żenić, więc nie zdołałby zapewnić chłopcu czułej matczynej opieki, która wyrównałaby jakoś jego szorstkie obejście. Całą jego służbę stanowił lokaj Jaynes o aparycji i charakterze starego pancernika. Odkąd Vere opuścił Oksford, nie zatrudnił nikogo innego.

Nie był w stanie stworzyć odpowiednich dla dziecka warunków, zwłaszcza że musiał się teraz zająć rozległymi posiadłościami księstwa.

Tymczasem parę tygodni rozciągnęło się mimochodem w miesiąc, a potem w kolejny. Z Brighton pojechali do Berkshire, do Doliny Białych Koni, żeby stanąć na szczycie legendarnego białego klifu, potem do Stonehenge i dalej na zachód, penetrując jaskinie piratów przez całą drogę ku Land’s End.

Jesień marzła powoli i przyszła zima, a potem coraz cieplejsze promienie słońca przywołały wiosnę. Wtedy zaczęły ich ścigać listy od krewnych. Dorothea i inne ciotki łagodnie, lecz stanowczo przypominały, że nie można tak długo zaniedbywać nauki Robina, że tęsknią za nim siostry, że im dłużej włóczy się po kraju, tym trudniej mu będzie wrócić do zwykłego życia.

Sumienie Vere’a potwierdzało wszystkie te napomnienia. Robin potrzebował dyscypliny, prawdziwej rodziny, spokoju i domu.

Nie mógł się jednak zmusić do odwiezienia chłopca do Longlands. Nie umiał się z nim rozstać, choć powinien to zrobić. Trzymanie go przy sobie przestało już wydawać się tak odstręczające.

Wracał więc z ciężkim sercem i kryjąc przed samym sobą rozpacz.

Okazało się, że dom w Longlands zmienił się od czasu ich wyjazdu. Zamieszkała w nim Dorothea z mężem i dziećmi oraz siostrami Robina. W pokojach dziecięcych rozbrzmiewały śmiech i bieganina, a żałobne suknie schowano do kufrów.

Było też jasne, że Vere osiągnął swój cel. Odgonił wszystkie demony, pomógł Robinowi pogodzić się z losem i nabrać sił. Po kilku godzinach od powrotu chłopak tarzał się już na podłodze z kuzynami i wespół z nimi dręczył dziewczynki. A gdy nadszedł czas rozstania, Robin nie zdradzał lęku ani wahania. Nie wściekł się i nie uderzył Vere’a, za to obiecał, że będzie regularnie do niego pisał, i wymógł na opiekunie przysięgę, że ten przyjedzie w sierpniu na jego dziesiąte urodziny. Ukłonił się po męsku i pobiegł do kuzynów, by pomóc im odtworzyć bitwę pod Azincourt.

Vere wrócił znacznie prędzej. Zaledwie trzy tygodnie później gnał do Longlands, zajeżdżając konia, bliski utraty zmysłów.

Szósty książę Ainswood złapał dyfteryt.

Nie znano jeszcze dobrze tej strasznej choroby. Zaledwie pięć lat wcześniej opublikowano we Francji pierwsze artykuły na jej temat. To, co nie budziło żadnych wątpliwości, to fakt, że dyfteryt jest chorobą bardzo zakaźną.

Siostry Charliego błagały Vere’a, by trzymał się z daleka. Ich mężowie starali się go nie wpuszczać, lecz był od nich wszystkich silniejszy. Kierowała nim taka furia, że cały szwadron żołnierzy nie byłby w stanie go powstrzymać.

Wbiegł po schodach i pomaszerował prosto do książęcej sypialni, zamienionej w infirmerię. Odegnał pielęgniarki i zamknął drzwi. Usiadł na łóżku, ujmując drobną dłoń swego podopiecznego.

– Już dobrze, Robin – powiedział. – Jestem przy tobie. Pokonam to wszystko za ciebie. Nie musisz już walczyć, zostaw to mnie, dobrze? Nie trać sił, ja się wszystkim zajmę. Wiesz przecież, że to potrafię, mój drogi.

Drobne i słabe, zimne palce leżały bezwładnie w jego wielkiej i ciepłej dłoni.

– Proszę, nie walcz, odpocznij – nalegał Vere, przełykając łzy. – Nie możesz jeszcze odejść, wiesz, że to za wcześnie. Dopiero pojawiłeś się na tym świecie. Nic jeszcze nie wiesz, nic nie poznałeś. Tak wiele przed nami podróży i odkryć!

Powieki młodego księcia zatrzepotały i uniosły się. W jego oczach zalśniły iskry rozpoznania, a wargi ułożyły się w drżący uśmiech. Trwało to zaledwie chwilę. Robin zamknął oczy.

I tyle. Choć Vere nie przestawał do niego mówić, mruczeć, błagać, zachęcać, choć trzymał go wciąż za rękę, nie zdołał zdjąć z chłopca choroby i wziąć jej na siebie. Nie mógł nic zrobić, nic więcej. Siedział więc i patrzył, jak tyle już razy wcześniej. Nie czuwał zbyt długo. Nie zdążył się nawet pogodzić ze swym losem.

Po niecałej godzinie, gdy noc połknęła resztki światła, życie Robina wymknęło się z jego rąk i uleciało… jak cień.

Rozdział 1

Londyn

27 sierpnia, środa

– Pozwę ich wszystkich! – ryczał Angus Macgowan. – Są paragrafy na takich oszczerców, a jeśli to nie jest oszczerstwo, to ja jestem kupą krowiego łajna!

Ogromny czarny mastif leżący przed drzwiami biura wydawcy uniósł potężny łeb i wodził beznamiętnym spojrzeniem od Macgowana do swej pani. Uznawszy, że tej ostatniej nic nie grozi, suka sapnęła i oparła łeb na przednich łapach, zamykając ślepia.

Jej właścicielka, dwudziestoośmioletnia Lydia Grenville, obrzuciła Macgowana równie obojętnym spojrzeniem. Wytrącić Lydię z równowagi nie było łatwo. Miała jasne włosy i błękitne oczy, lecz sporo ponad metr siedemdziesiąt wzrostu i była równie delikatna jak Walkiria czy Amazonka. Jej ciało przypominające figury mitycznych wojowniczek było tak silne i nieustępliwe jak jej umysł.

Macgowan trzasnął przedmiotem swej furii o biurko. Lydia spokojnie podniosła ostatni numer „Przeglądu Bellweathera”. Znów krytykowano rozwlekle jej ostatni artykuł:

Jak jej imienniczka, lady Grendel, raziła niegdyś niewinnych ludzi trującymi swymi wyziewami, tak i ona zatruwa atmosferę i tak już gęstą od dymów. Jej ofiary wciąż jeszcze się nie podniosły po poprzednich atakach, a kolejne razy sypią się na ich głowy i rzeka obmierzłych jadów zalewa ziemię. Odrażająca ta kreatura nie może być zwana damą, raczej potworem z bezdennych czeluści, dla zachowania resztek przyzwoitości odzianym w halkę…

Lydia skończyła czytać i podniosła oczy na Angusa.

– Biedak, zgubił się zupełnie w tym zdaniu. Nie możesz go pozwać za brak talentu. Ani za brak oryginalnych pomysłów. O ile dobrze pamiętam, „Przegląd Edynburski” cytował „Beowulfa”, pisząc o mnie. Już mnie znudziło to monotonne nazywanie mnie lady Grendel.

– Ależ to niedopuszczalne! – zawył Angus. – Wszak on w kolejnym paragrafie jawnie nazywa cię bękartem i sugeruje, że powinno się wszcząć śledztwo w sprawie twej przeszłości, a ono bez wątpienia wyjaśniłoby… wyjaśniłoby…

Wyjaśniłoby źródło zdumiewającej skłonności „Argusa” do publikowania bełkotu przedstawicielek starożytnych profesji, których celem jest jedynie sprośność i zniszczenie więzi społecznych – przeczytała Lydia.

– Oszczerstwo! – ryknął Angus, tłukąc pięścią w blat. Mastif podniósł łeb i sapnął, po czym ułożył się z powrotem do snu.

– Ależ on jedynie sugeruje, że byłam wcześniej ladacznicą – odparła niewzruszona Lydia. – Harriet Wilson była panną do towarzystwa, a jednak jej książka sprzedała się całkiem nieźle. Gdyby pan Bellweather obrażał ją w swoim piśmie, z pewnością zbiłaby fortunę. Szczęśliwie skupił się na nas i napełnia nasze sakiewki. Poprzedni numer „Argusa” rozszedł się w dwie doby. Aktualny sprzeda się do wieczora. Odkąd pismaki z innych gazet zaczęły mnie atakować, nasze obroty wzrosły trzykrotnie. Zamiast pozywać pana Bellweathera, powinien mu pan wysłać liścik z podziękowaniem i zachęcić do dalszych tego rodzaju wynurzeń.

Angus rzucił się na krzesło.

– Bellweather ma przyjaciół w rządzie – burknął. – A w ministerstwach nie wszyscy cię lubią.

Lydia wiedziała, że naruszyła nieco godność kręgów skupionych wokół ministra spraw wewnętrznych. W pierwszym materiale dotyczącym londyńskich prostytutek zasugerowała, że warto zalegalizować ten zawód i otoczyć opieką parające się nim damy. Licencje wydawane przez Koronę uporządkowałyby mocno zaburzony rynek, utrudniłyby handel dziewczętami i zapobiegły przemocy.

– Peel powinien mi podziękować – stwierdziła. – Moje sugestie wywołały taki skandal, że jego propozycja utworzenia Metropolitalnej Służby Policyjnej wydała się rozsądna tym samym pieniaczom, którzy wcześniej uważali ją za przejaw skrajnej tyranii. – Wzruszyła ramionami. – Tyrania, dobre sobie. Gdybyśmy dysponowali sensowną policją, dawno już zamknęliby zmorę spędzającą sen z moich powiek.

 

Wspomniana zmora nazywała się Coralie Brees. Zaledwie sześć miesięcy wcześniej przyjechała z kontynentu i już znano ją powszechnie jako najgorszą londyńską stręczycielkę. Lydia potajemnie spotykała się z jej dziewczętami i – by usłyszeć od nich cokolwiek – musiała złożyć honorową przysięgę, że nie zdradzi nikomu nazwiska Brees. Zresztą wyjawienie władzom imienia tego potwora w niczym by nie pomogło. Policjanci zwykle byli w zmowie ze stręczycielami i dorabiali sobie do pensji, strzegąc ich tajemnic. Stręczyciele z kolei zmieniali nazwiska jak rękawiczki, podobnie jak ojciec Lydii. Był to prosty sposób na uniknięcie spotkania z wierzycielami. Nic dziwnego, że policja nie kwapiła się do gonitwy za uciekającymi szczurami. Zgodnie z pobieżnie przeprowadzonymi szacunkami, w Londynie było ponad pięćdziesiąt tysięcy prostytutek, a wiele z nich nie miało nawet szesnastu lat. Lydia zdołała się dowiedzieć, że żadna z dziewcząt Coralie nie ma więcej niż dziewiętnaście.

– Przecież ty ją widziałaś. – Angus wtrącił się w ponure rozważania Lydii. – Dlaczego nie poszczułaś jej tym czarnym potworem? – Kiwnął głową w stronę psa.

– Po co aresztować kobietę, skoro nikt nie jest wystarczająco odważny, by przeciw niej zeznawać? – zniecierpliwiła się Lydia. – Dopóki władze nie przyłapią jej na gorącym uczynku, nic na nią nie mamy. Wiesz, że doskonale zaciera za sobą ślady. Nie mamy żadnego dowodu. Żadnego świadka. Susan mogłaby jedynie zagryźć ją albo poturbować.

Susan, słysząc swoje imię, otworzyła jedno oko.

– A skoro pies zaatakowałby ją na mój rozkaz, zostałabym oskarżona o napaść. Albo powieszona za morderstwo. – Lydia westchnęła. – Nie chciałabym zawisnąć za tę odrażającą sadystkę.

Odłożyła „Przegląd Bellweathera” i spojrzała na kieszonkowy zegarek. Należał do jej stryjecznego dziadka, Stephena Grenville’a. Jego żona Eufemia przygarnęła przed laty trzynastoletnią Lydię. Zeszłej jesieni zmarli oboje, jedno po drugim.

Choć Lydia darzyła ich szacunkiem i miłością, nie tęskniła za życiem, jakie wiodła u ich boku. W odróżnieniu od jej ojca posiadali jakie takie zasady moralne, byli jednak płytcy, niezbyt rozgarnięci i beztroscy ponad wszelką miarę. Poza tym wiecznie gdzieś jeździli i zanim dotarli do jednej przystani, planowali już kolejny wyjazd. Lydia zwiedziła z nimi kawał świata od Lizbony do Damaszku, a także całe wybrzeże Morza Śródziemnego.

Nie mogła pozwolić wydawcy chmurzyć się zbyt długo. Przypomniała sobie dziennik, który zaczęła pisać, gdy ojciec bezceremonialnie podrzucił ją do domostwa Ste i Effie. Dziennik bardzo podobny do tego, jaki pisała jej ukochana, nieodżałowana matka. Lekki uśmiech zadrgał na jej wargach.

W wieku trzynastu lat Lydia była prawie niepiśmienna. Jej notatki puchły od błędów ortograficznych, o stylu nie wspominając. Zdjęty litością kamerdyner Quitch zaczął ją uczyć historii, geografii, matematyki i literatury. To on namawiał ją do pisania i teraz chciała mu się odpłacić za wszystkie trudy.

Pieniądze, jakie Ste zostawił na jej wiano, zamieniła na dożywotnią pensję dla swego mentora. Nie było to wielkie poświęcenie. Pragnęła jedynie pisać, nie miała zamiaru wychodzić za mąż. Teraz, wolna od wszelkich zobowiązań, osiadła w Londynie. Zabrała ze sobą jedynie kilka angielskich i francuskich gazet, które publikowały jej wspomnienia z podróży, i to, co zostało po wielkim majątku opiekunów: zestaw do tryktraka i małą starożytną monetę.

Kieszonkowy zegarek był jedynym osobistym drobiazgiem. Jednak nawet gdy Angus zatrudnił ją na stałe, Lydia nie próbowała odzyskać reszty precjozów, które wyprzedawała przez pierwsze miesiące spędzone w Londynie. Wolała wydawać pensję na potrzebne uposażenie, jak na przykład kabriolet i konia.

Mogła sobie na to pozwolić. Zarabiała więcej, niż kiedykolwiek oczekiwała, zwłaszcza że spodziewała się, iż przez kilka pierwszych lat będzie głodowała, pisząc nekrologi i zapowiedzi przedślubne. Jednak wczesną wiosną uśmiechnęło się do niej szczęście.

Pierwszy raz zawitała do „Argusa”, gdy gazeta była na skraju bankructwa i główny wydawca, Macgowan, był gotowy posunąć się do ostateczności, by odegnać wizję upadku. Nawet zatrudnić kobietę.

– Wpół do trzeciej – oświadczyła Lydia, wrzucając zegarek do kieszeni. – Czas na mnie. O trzeciej spotykam się z Joe Purvisem u Pearkesa. Ma mi pokazać ilustracje do drugiej części tej cholernej powiastki.

Ruszyła ku drzwiom.

– To wcale nie ci przeklęci krytycy, tylko twoje cholerne powiastki robią dla nas fortunę – rzucił za nią Angus.

Cholerna powiastka nosiła tytuł Tebańska Róża i ukazywała się w odcinkach od maja. Tylko Angus wiedział, że nazwisko autora, pana S.E. St Bellaira, jest fikcyjne.

Nawet Joe nie zdawał sobie sprawy, że ilustruje akapity, które pisała Lydia. Jak wszyscy, był przekonany, że autorem jest kawaler na skraju moralnego upadku. Nawet w najdzikszych fantazjach nie przypuściłby, że tę bajeczną historię stworzyła panna Grenville, najbardziej cyniczny reporter „Argusa”.

Sama Lydia nie chciała w to wierzyć.

– Romantyczne bujdy – burknęła przez ramię.

– Być może – zgodził się Angus – lecz to właśnie one przykuwają uwagę naszych czytelników. A zwłaszcza dam. I to właśnie chcą czytać. Do licha, sam nie mogę się doczekać następnej części! – Wstał zza biurka. – Ach, jakże szalona jest ta mądrala, Miranda! Rozmawiałem o tym z panią Macgowan i oboje uważamy, że ów nieokiełznany młodzieniec powinien wreszcie się otrząsnąć i…

– Angusie, zgodziłam się pisać te bzdury pod dwoma warunkami – rzekła Lydia ostro. – Po pierwsze, nie akceptuję żadnego wpływania na fabułę. Po drugie, pozostaję zupełnie anonimowa. – Rzuciła mu lodowate spojrzenie. – Jeśli spocznie na mnie choć cień podejrzenia, obiecuję, że osobiście mi za to odpowiesz. Dlatego, między innymi, nasza umowa jest jedynie ustna. – Jej błękitne oczy przewiercały wydawcę na wylot.

Macgowan uważał się za nieustraszonego Szkota, czuł jednak, że nogi zaczynają mu drżeć pod wpływem tego spojrzenia. Zaczerwienił się.

– Oczywiście, Grenville – odparł miękko. – Zachowałem się nieodpowiedzialnie, wspominając o tym. Drzwi są wprawdzie szczelne, ale lepiej mieć się na baczności. Wiesz, że mam pełną świadomość swego długu u ciebie i…

– Och, na litość boską, przestań już – wycedziła. – Dobrze mi płacisz. – Odmaszerowała do drzwi. – Idziemy, Susan. – Mastif podniósł się ociężale, a Lydia zgarnęła smycz z podłogi. – Dobrego dnia, Macgowan – powiedziała i wyszła, nie czekając na odpowiedź.

– Dobrego dnia – powiedział za nią i dodał po chwili: – Wasza Wysokość. – Prychnął pod nosem. – Uważa się za przeklętą królową, ale umie pisać, nie da się ukryć.

* * *

Ogromne rzesze Anglików zgodziłyby się z założeniem, że panna Grenville potrafi pisać. Większość z nich jednakże uznałaby, że pan S.E. St Bellair pisze jeszcze lepiej.

To właśnie Archibald Jaynes, lokaj księcia Ainswooda, zamierzał wyjaśnić swemu panu.

Jaynes nie wyglądał jak służący. Szczupły i wysoki, z czarnymi świdrującymi oczami osadzonymi blisko zakrzywionego, kilkakrotnie złamanego nosa, przypominał raczej łasicowate indywiduum kręcące się najczęściej w pobliżu wyścigów konnych albo pokątnych klubów bokserskich.

Sam Jaynes nie nazwałby się tradycyjnym mianem „dżentelmena swego dżentelmena”. Mimo nietypowych rysów i postawy był co prawda niebywale elegancki i schludny, lecz własnego pana bynajmniej nie uważał za wzór elegancji i klasy.

Obaj siedzieli właśnie w najlepszej alkowie słynnej karczmy Alamode w Clare Court. Uliczka, wąskie ujście niesławnej Drury Lane, nie było najlepszym zakątkiem Londynu, lecz potrawy Alamode’a były wyśmienite i obliczone na zastraszanie biednych prawników z okolicy. W sam raz na potrzeby księcia, który nie bywał elegancki, za to często groźniejszy niż horda dzikusów.

Uporawszy się prędko ze stertą wołowiny, Jego Wysokość usadowił się, czy też raczej rozciągnął, na ławie i wpatrywał się z uwagą w kelnera, ustawiającego na blacie spowity gęstą pianą kufel piwa. Kasztanowe włosy księcia, które Jaynes z takim poświęceniem układał o poranku, wyglądały tak, jakby nigdy w życiu nie oglądały szczotki ani grzebienia. Fular, wcześniej śnieżnobiały i ułożony w finezyjny węzeł, przeobraził się w zmięty szarobeżowy chaos. Co do reszty odzienia Jego Wysokości, wyglądało, jakby w nim spał, czyli jak zwykle. Jaynes z narażeniem życia ubierał księcia każdego ranka, zastanawiając się, po co w ogóle się stara.

Lokaj opowiadał właśnie, że Różą Tebańską nazwano ogromny rubin, który bohaterka powieści odnalazła kilka odcinków temu, gdy została uwięziona w grobowcu faraona z wężami. Powieść była przygodowa i wzbudziła wielki entuzjazm służącego.

Kelner zniknął i książę utkwił znudzone spojrzenie w wymiętym egzemplarzu „Argusa”. Gazeta wciąż leżała nieotwarta jako dobitny przykład niebywale silnej woli Jaynesa.

– Teraz rozumiem, dlaczego wyrwałeś mnie z domu o świcie – burknął Jego Wysokość. – I ciągałeś od kiosku do kiosku, a każdy wypchany był babami. Niezbyt ładnymi zresztą. – Skrzywił się. – Nigdy nie widziałem tak wielu paskud w równie paskudnych łachach.

– Jest wpół do trzeciej – oznajmił sucho Jaynes. – Nigdy w życiu nie oglądał pan poranka. A co do świtu, to nastąpił on w chwili, gdy wracał pan do domu. Ponadto dostrzegłem co najmniej kilka atrakcyjnych młodych dam pośród owych, jak się pan wyraził, bab. Jednak, dopóki ich twarze nie są zasłonięte maską makijażu, a biust nie wypływa z gorsetu, są one dla pana niewidoczne.

– Szkoda, że nie są również niesłyszalne – mruknął książę. – Paplały i ględziły nie do wytrzymania. I wszystkie były gotowe pchać się i szarpać za włosy, by tylko zdobyć ów skarb… – Podniósł gazetę, spojrzał na nią pogardliwie i rzucił na stół. – „Argus”, doprawdy. Rzekomo ma być londyńskim Cerberem, a widzę, że staje się raczej pokojowym pekińczykiem. Patałachy z Fleet Street.