Rodzeństwo WilloughbyTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Rodzeństwo WILLOUGHBY

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Zajrzyj na strony:

Dedykacja

1. STAROŚWIECKA RODZINA I PASKUDNE NIEMOWLĘ

2. RODZICIELSKIE KNOWANIA

3. DELIBERACJA SIEROCTWA

4. ZBLIŻAJĄCY SIĘ URLOP

5. PRZYBYCIE OBMIERZŁEJ NIANI

6. NIANIA GOTUJE OWSIANKĘ

7. MELANCHOLIJNY MAGNAT

8. ZAGADKOWA KORESPONDENCJA

9. SPRYTNY KAMUFLAŻ

10. ALABASTROWA AFRODYTA

11. ZDUMIEWAJĄCY NABYTEK

12. KOLEJNA ZAGADKOWA KORESPONDENCJA

13. SŁUŻALCZY NACZELNIK POCZTY

14. PONOWNE SPOTKANIE Z NIEMOWLĘCIEM

15. POŻAŁOWANIA GODNA TRANSAKCJA

16. DWOJE OKROPNYCH TURYSTÓW

17. POMYŚLNA ODMIANA

18. ROZDZIAŁ, W KTÓRYM SUGERUJE SIĘ PIESZĄ WĘDRÓWKĘ

19. DŁUGIE GODZINY W LABORATORIUM

20. ROZPOZNANIE CUKIERNIKA

21. DECYZJA, OBWIESZCZENIE I NIESPODZIEWANE PRZYBYCIE

EPILOG

GLOSARIUSZ

BIBLIOGRAFIA

Notka o autorce:

Przypisy

Strona redakcyjna

Zajrzyj na strony:

Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl


Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia


für meine deutschen Mädchen, Nadine und Annika

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1.

STAROŚWIECKA RODZINA I PASKUDNE NIEMOWLĘ

Żyła sobie kiedyś pewna rodzina o nazwisku Willoughby: prawdziwie staroświecka z czworgiem dzieci.

Najstarszy z nich, chłopiec o imieniu Timothy, miał dwanaście lat. Dziesięcioletni Barnaba i Barnaba byli bliźniakami. Nikt nie potrafił ich odróżnić, a w dodatku nosili to samo imię; nazywano ich więc Barnabą A i Barnabą B. Większość ludzi, włączając rodziców owych chłopców, skracała imiona do A i B, a wiele osób nawet nie wiedziało, że bliźniaki w ogóle miały jakieś imiona. Najmłodsza z rodzeństwa – nieśmiała śliczna istotka w okularach i z grzywką – liczyła sześć i pół roku, a nosiła imię Jane.

Wszyscy razem mieszkali w zwyczajnym, wysokim, wąskim domu w zwyczajnym miasteczku i robili rzeczy, które zazwyczaj robią dzieci w staroświeckich opowieściach. Chodzili do sklepu i na plażę. Uroczyście obchodzili urodziny. Czasem zabierano ich do cyrku lub do zoo, chociaż ani jedno, ani drugie zbytnio ich nie interesowało, poza słoniami.

Ich ojciec, niecierpliwy i popędliwy1 człowiek, codziennie wyruszał do pracy w banku z teczką i nieodłącznym parasolem – nawet gdy nie padało. Ich matka, kobieta leniwa i kłótliwa, nie chodziła do pracy. W naszyjniku z pereł z wyraźną niechęcią przyrządzała posiłki. Kiedyś przeczytała jakąś książkę, ale uznała ją za obrzydliwą, ponieważ zawierała przymiotniki. Od czasu do czasu przeglądała kolorowe pisma.

Państwo Willoughby często zapominali o swych dzieciach i drażniło ich, gdy im o nich przypominano.

Tim, najstarszy z rodzeństwa, miał złote serce, jak wielu staroświeckich chłopców, lecz ukrywał je pod dość despotycznym usposobieniem. To on decydował, co reszta będzie robić: w co będą się bawić („Zagramy teraz w szachy – zarządzał na przykład. – Zasada mówi, że mogą grać tylko chłopcy, a dziewczyna przynosi ciasteczka za każdym razem, kiedy ktoś zbije pionek”), jak mają się zachowywać w kościele („Uklęknijcie ładnie i zróbcie pobożne miny, ale myślcie tylko o słoniach” – powiedział im kiedyś), czy mają zjeść to, co ugotowała ich matka, czy nie („Nie smakuje nam to” – oznajmiał czasem, więc wszyscy odkładali widelce i nie otwierali ust, nawet jeśli byli bardzo, bardzo głodni).

Raz jego siostrzyczka szepnęła mu na ucho, po kolacji, której zjedzenia odmówili:

– Ale mnie smakowało.

Tim spojrzał wtedy na nią i odparł:

– To były gołąbki. Nie wolno ci lubić gołąbków.

– No dobra – westchnęła Jane. Poszła spać głodna i śniła, jak się jej to często zdarzało, o chwili, gdy będzie już starsza i bardziej pewna siebie, kiedy będzie bawiła się w to, co sama wybierze, i jadła to, co lubi.

Ich życie biegło dokładnie tak, jak biegło życie w staroświeckich opowieściach.

Pewnego razu znaleźli nawet pod drzwiami niemowlę. Zdarza się to dość często w staroświeckich opowieściach. Na przykład bliźnięta Bobbsey2 znalazły raz niemowlę pod drzwiami. Ale nigdy przedtem nie przydarzyło się to rodzinie Willoughbych. Jak to w podobnych sytuacjach bywa, dziecko leżało w wiklinowym koszyku i miało na sobie różowy sweterek, do którego agrafką przypięta została kartka.

– Ciekawe, dlaczego ojciec go nie zauważył, wychodząc do pracy – powiedział Barnaba A, spoglądając na koszyk, który tarasował schody do ich domu, gdy we czworo wybierali się pewnego ranka na spacer do pobliskiego parku.

– Przecież wiesz, że ojciec niepomny tego, co się wokół niego dzieje, przechodzi nad wszelkimi przeszkodami – zauważył Tim. – Przypuszczam, że całkiem nieświadomie odsunął koszyk na bok. – Wszyscy spojrzeli na koszyk i smacznie śpiące w nim niemowlę.

Wyobrazili sobie ojca przechodzącego nad koszykiem po usunięciu go z drogi złożonym czarnym parasolem.

– Moglibyśmy wystawić koszyk dla śmieciarza – zasugerował Barnaba B. – Jeśli chwycisz za jeden uchwyt, A, a ja chwycę za drugi, powinniśmy znieść go po schodach bez większego problemu. Czy niemowlęta są ciężkie?

– Proszę, czy moglibyśmy najpierw przeczytać tę kartkę? – zapytała Jane, próbując użyć przekonującego tonu, który ćwiczyła w tajemnicy.

Kartkę złożono tak, że nie widać było, co jest na niej napisane.

– Moim zdaniem to niekonieczne – odparł Tim.

– Uważam, że powinniśmy przeczytać – sprzeciwił się Barnaba B. – Warto sprawdzić, czy nie zawiera ważnych informacji.

– Może wyznaczono jakąś nagrodę za znalezienie dziecka – zasugerował Barnaba A. – Albo to żądanie okupu.

– Ty półgłówku! – powiedział Tim. – Żądanie okupu wysyłają ci, którzy zabrali dziecko, a nie ci, co je podrzucają.

– W takim razie może sami moglibyśmy je wysłać – zastanowił się Barnaba A.

– A jeśli ktoś zapisał na niej imię dziecka? – zaciekawiła się Jane. Bardzo interesowała się imionami, ponieważ od zawsze żywiła przekonanie, że jej imię jest nieodpowiednie, bo ma za mało sylab. – Chciałabym się dowiedzieć, jak mu na imię.

 

Niemowlę poruszyło się i otworzyło oczy.

– Sądzę, że na takich kartkach najprawdopodobniej znajdują się instrukcje dotyczące dzieci – stwierdził Tim, przyglądając się niemowlęciu. – Może więc dowiemy się, gdzie je odstawić po znalezieniu.

Niemowlę zaczęło kwilić, a kwilenie bardzo szybko przerodziło się w rozdzierający wrzask.

– Albo – powiedział Barnaba B, zatykając uszy – co zrobić, żeby przestały piszczeć.

– Jeśli na kartce nie będzie jego imienia, czy mogę je nazwać? – spytała Jane.

– A jak? – zaciekawił się Barnaba A.

Jane zmarszczyła czoło.

– Musi to być jakieś trzysylabowe imię – oznajmiła. – Dzieci zasługują na trzy sylaby.

– Brittany? – zapytał Barnaba A.

– Może – odparła Jane.

– Madonna? – zaproponował Barnaba B.

– Nie – odpowiedziała Jane. – Chyba Taffeta będzie dobre.

Teraz niemowlę machało już piąstkami i kopało pulchnymi nóżkami, płacząc coraz głośniej. W drzwiach pojawiła się kotka Willoughbych. Zerknęła na koszyk, poruszyła wąsami i uciekła do środka, jakby dźwięk ją denerwował. Niemowlę rzeczywiście brzmiało trochę jak miauczący kociak; może to było powodem.

Tim w końcu wsunął dłoń pomiędzy wymachujące piąstki i odpiął kartkę. Przeczytał ją po cichu.

– Jak zwykle – oznajmił rodzeństwu. – Żałosne. Dokładnie to, czego się spodziewałem.

Następnie odczytał na głos:

– „Wybrałam ten dom, ponieważ wydaje mi się, że mieszka w nim szczęśliwa, kochająca się rodzina, dość zamożna, aby wykarmić jeszcze jedno dziecko. Niestety, jestem bardzo biedna. Przechodzę przez ciężki okres w życiu i nie mogę zaopiekować się moim ukochanym maleństwem. Proszę, bądźcie dla niej dobrzy”.

– Bliźniaki, chwyćcie jeden uchwyt koszyka – polecił Tim braciom. Sam sięgnął po drugi. – Jane, weź kartkę. Zabierzemy to całe paskudztwo do środka.

Jane, trzymając w ręku złożoną kartkę, poszła za braćmi, którzy nieśli koszyk. Postawili go w przedpokoju na perskim dywaniku. Wrzasku, jaki robiło niemowlę, nie dało się nie zauważyć.

Na końcu długiego przedpokoju otworzyły się drzwi i stanęła w nich matka Willoughbych.

– Co to za hałas? – spytała, marszcząc brwi. – Próbuję przypomnieć sobie przepis na klopsy, ale nie słyszę własnych myśli.

– Och, ktoś zostawił jakieś paskudne niemowlę na schodach przed domem – wyjaśnił Tim.

– Na litość boską! Nie chcemy żadnego niemowlęcia! – odparła matka i podeszła, aby spojrzeć na nie z bliska. – Nie podoba mi się to wszystko.

– Chciałabym je zatrzymać – powiedziała Jane cichutko. – Myślę, że jest urocze.

– Nie jest urocze – sprzeciwił się Barnaba A, przyglądając się dziecku.

– Ani trochę – zgodził się z nim Barnaba B.

– Ma loczki – zauważyła Jane.

Pani Willoughby wpatrywała się w niemowlę przez chwilę, po czym sięgnęła do koszyczka z beżową włóczką, który stał na stoliku w przedpokoju. Wyjęła małe pozłacane nożyczki i kilka razy z namysłem ciachnęła nimi w powietrzu. Następnie pochyliła się nad koszykiem i użyła ich.

– Już nie ma loczków – oznajmiła i odłożyła nożyczki.

Jane spojrzała na niemowlę. Nagle przestało płakać i wpatrywało się w nią szeroko otwartymi oczami.

– Ojej. Bez loczków nie jest takie urocze – stwierdziła Jane. – Chyba już go nie chcę.

– Zabierzcie je stąd, dzieci – poleciła pani Willoughby, wracając do kuchni. – Pozbądźcie się go. Muszę się zająć klopsami.

Dzieci wyniosły koszyk na zewnątrz i oddały się rozmyślaniom. Długo omawiały problem. To Barnaba A podsunął plan, który następnie przekazał Timowi, jako że to on podejmował decyzje za wszystkich.

– Idźcie po wózek – rozkazał Tim.

Bliźniaki wyciągnęły wózek spod schodów, gdzie stał razem z rowerami. Chłopcy włożyli do niego koszyk, a ich siostrzyczka lustrowała ich z boku. Następnie, ciągnąc wózek na zmianę, przewieźli niemowlę do następnego skrzyżowania, gdzie przeszli przez jezdnię (czekając ostrożnie, aż zapali się zielone światło), kolejne dwie ulice dalej skręcili na zachód, aż dotarli do celu. Zatrzymali się przed posępnym budynkiem, znanym jako rezydencja Melanoffa. Dżentelmen, który tam mieszkał, był milionerem. Może nawet miliarderem. Ale nigdy nie opuszczał swego domostwa. Siedział w środku, za zaciągniętymi stęchłymi zasłonami, licząc pieniądze i emanując wrogością. Podobnie jak w przypadku Scrooge’a z innej staroświeckiej opowieści, tragiczne wydarzenia z przeszłości sprawiły, że stracił zainteresowanie życiem.

Rezydencja była o wiele większa od pozostałych domów w okolicy, ale bardzo zaniedbana. Ogrodzenie z kutego żelaza wokół podwórza, miejscami powyginane, pochylało się ku ziemi, ogród zaśmiecały stare meble. Budynek straszył gdzieniegdzie powybijanymi i zabitymi deskami oknami, a na werandzie siedział wychudzony kot, drapiąc się i pomiaukując.

– Zaczekaj, A – powiedział Tim, gdy jego brat ruszył ku furtce. – Muszę coś dopisać. – Wyciągnął rękę do Jane, która wcześniej ostrożnie schowała złożoną starannie kartkę do kieszonki plisowanej sukienki, a teraz wręczyła ją bratu.

– Ołówek – zażądał Tim, a jeden z bliźniaków (ponieważ wszystkie dzieci były przyzwyczajone do spełniania potrzeb i zachcianek Tima) podał mu ołówek.

Barnaba B odwrócił się, żeby starszy brat mógł skorzystać z jego pleców jako blatu.

– Wiesz, co napisałem, B? – spytał Tim, gdy skończył.

– Nie. Czułem, jakbyś po prostu bazgrał.

– Musisz się podszkolić – polecił Tim. – Gdyby ktoś coś pisał na moich plecach, potrafiłbym odtworzyć każde słowo, a nawet znaki interpunkcyjne. Ćwicz, gdy będziesz miał okazję. – Barnaba B posłusznie skinął głową. – Ty również, A – dodał Tim, patrząc na drugiego bliźniaka.

– Ja też się postaram – obiecała Jane.

– Nie. Ty nie musisz, bo jesteś dziewczyną. Nikt nigdy nie wezwie cię do żadnego ważnego zadania – wyjaśnił jej Tim.

Jane zaczęła płakać, ale bardzo cichutko, tak żeby nikt nie zauważył. Poprzysięgła, przełykając łzy, że pewnego dnia udowodni Timowi, jak bardzo się mylił.

– Posłuchajcie, co napisałem – powiedział Tim, unosząc kartkę. Odczytał na głos: – „PS Jeśli za to paskudne niemowlę należy się jakakolwiek nagroda, powinna otrzymać ją rodzina Willoughbych”.

Pozostałe dzieci przytaknęły. Uznały, że „PS” to dobry pomysł.

– Może powinieneś napisać „musi” zamiast „powinna” – zaproponował Barnaba B.

– Słuszna uwaga, B. Odwróć się.

Barnaba B znów użyczył bratu pleców jako blatu. Tim wytarł gumką jedno słowo, zastąpił je innym, które następnie, co Barnaba wyraźnie poczuł, podkreślił, i odczytał całość: „PS Jeśli za to paskudne niemowlę należy się jakakolwiek nagroda, musi otrzymać ją rodzina Willoughbych”.

Ponownie złożył kartkę i pochylił się nad koszykiem. Zawahał się.

– Odwróć się jeszcze raz, B – rozkazał.

Tim dopisał kolejne zdanie. Złożył kartkę i przypiął do sweterka niemowlęcia.

– Otwórz furtkę, Jane – polecił, co dziewczynka natychmiast zrobiła. – I teraz… Raz, dwa, trzy… i do góry! – Chłopcy wspólnymi siłami wyjęli koszyk z wózka. Wnieśli go na rozpadającą się, zakurzoną werandę i tam zostawili.

Dzieci ruszyły z powrotem w stronę domu.

– Co dopisałeś na końcu, Tim? – spytał Barnaba A.

– Kolejne „PS”.

– Ale co w nim było? – dopytywał Barnaba B.

– Dodałem, że ma na imię Ruta.

Jane wydęła usteczka.

– A dlaczego akurat ty mogłeś nadać jej imię? – zapytała.

– Dlatego – odparł Tim z przebiegłym uśmiechem – że jestem bezwzględnym despotą.

2.

RODZICIELSKIE KNOWANIA

Państwo Willoughby usiedli po kolacji przy kominku. On czytał gazetę, a ona dziergała coś z beżowej włóczki.

Czworo dzieci we flanelowych piżamach weszło do pokoju.

– Robię sweter dla kotki – oznajmiła im pani Willoughby, podnosząc robótkę, z której wyłaniał się już jeden mały, cienki rękawek.

– Miałem nadzieję, że może robisz drugi sweter dla mnie i B – powiedział Barnaba A. – Trudno się nosi sweter na zmianę.

– Przecież już tyle razy wam to tłumaczyłam – zirytowała się ich matka. – A, ty nosisz sweter w poniedziałki, środy i piątki. B, tobie przypadają wtorki, czwartki i soboty. W niedziele możecie się o niego bić.

Odwróciła się do męża.

– To skandal, że w dzisiejszych czasach każde dziecko chciałoby mieć własny sweter – stwierdziła i pracowicie wydziergała kolejnych kilka oczek.

– Dzieci – odezwał się pan Willoughby zniecierpliwionym tonem, odkładając gazetę – chciałyście czegoś?

– Mieliśmy nadzieję, że może poczytacie nam na dobranoc – odparł Tim. – W książkach rodzice zawsze czytają dzieciom na dobranoc.

– Moim zdaniem zwykle robi to matka – powiedział pan Willoughby, zerkając na żonę.

– Jestem zajęta. Kotka potrzebuje swetra – rzuciła pani Willoughby i pospiesznie wydziergała kolejne oczko.

Pan Willoughby się skrzywił.

– Podajcie mi książkę – polecił.

Tim podszedł do regału i zaczął przebierać palcami po grzbietach tomów stojących na półce.

– Pospiesz się – ponaglił go ojciec. – Czytam właśnie artykuł o stopach procentowych.

Tim szybko podał mu zbiór bajek. Ojciec otworzył w środku, a dzieci usiadły w półkolu u jego stóp. Wyglądali jak żywcem wyjęci z bożonarodzeniowej karty.

– Wesołych świąt! – mruknął Barnaba A, ale Tim go szturchnął. Pan Willoughby zaczął czytać na głos:

Na skraju wielkiego lasu mieszkał biedny drwal z żoną i dwojgiem dzieci. Chłopczyk nazywał się Jaś, a dziewczynka – Małgosia. Drwal nie miał wiele, choć pracował bez wytchnienia, a gdy w kraju zapanowała wielka bieda, nie mógł zapewnić rodzinie nawet codziennego chleba. Przez całą noc rozmyślał o tym w łóżku, przewracając się z boku na bok w niepokoju. Nagle jęknął i powiedział do swej żony:

– Co z nami będzie? Jak wykarmimy nasze biedne dzieci, skoro nie mamy już nic nawet dla siebie?

– Powiem ci, co zrobimy, mężu – odparła kobieta. – Jutro z samego rana zabierzemy dzieci do lasu, do najgęstszego zagajnika, rozpalimy im ognisko i damy po pajdzie chleba, a potem wrócimy do pracy i zostawimy je same. Nie znajdą drogi do domu, a my będziemy mieli spokój na zawsze.

Dolna warga Jane zadrżała i dziewczynka załkała cicho. Barnaba A i Barnaba B wyglądali na bardzo zdenerwowanych. Tim się nachmurzył.

– Koniec – oznajmił im ojciec, zamykając książkę z trzaskiem. – Spać.

Bez słowa, choć Jane wciąż pociągała nosem, dzieci pobiegły po schodach do łóżek. Pani Willoughby wróciła do drutów i zaczęła kolejny rządek. Pan Willoughby wziął do ręki gazetę, ale nie zabrał się do czytania. Zamiast tego przez dłuższą chwilę wpatrywał się w przestrzeń. Następnie odezwał się:

– Najdroższa?

– Tak, najdroższy?

– Muszę cię o coś spytać. – Zagryzł wargę.

– Słucham, najdroższy?

– Lubisz nasze dzieci?

– Och, nie – odparła pani Willoughby, odcinając pozłacanymi nożyczkami kawałek włóczki, gdzie powstał supełek. – Nigdy ich nie lubiłam. Zwłaszcza tego wysokiego. Jak on ma na imię?

– Timothy Anthony Malachy.

– Tak, właśnie o nim mówię. Jego lubię najmniej. Ale reszta też jest okropna. Dziewczynka bez przerwy beczy, a dwa dni temu próbowała mnie zmusić do adopcji jakiegoś paskudnego niemowlęcia.

Jej mąż się wzdrygnął.

– I jeszcze ci dwaj, których nie potrafię odróżnić – ciągnęła pani Willoughby. – Ci od swetra.

– Bliźniaki.

– Właśnie. Dlaczego, u licha, muszą być tacy podobni? To wprowadza ludzi w błąd i jest nieuczciwe.

– Mam pewien plan – powiedział pan Willoughby, odkładając gazetę. Pogładził brew w geście zadowolenia. – Do cna nikczemny.

– Cudownie – odparła jego żona. – A czego on dotyczy?

– Pozbycia się dzieci.

– Och, czy musimy odprowadzić je do ciemnego zagajnika? Nie mam odpowiednich butów na tę okazję.

– Nie, mój plan jest lepszy. To właściwie biznesplan.

– Hm, cudnie. Zamieniam się w słuch – oznajmiła pani Willoughby z podłym uśmiechem, skrupulatnie opuszczając kilka oczek, aby pozostawić otwór na koci ogonek.

 

3.

DELIBERACJA SIEROCTWA

Powinniśmy chyba być sierotami, prawda? – odezwał się Barnaba B.

Mali Willoughby siedzieli na schodach przed domem, grając w skomplikowaną grę, której reguły znał tylko Tim.

– Dlaczego? – zdziwił się Barnaba A, przesiadając się o stopień w dół, ponieważ zasady mówiły, że musi to zrobić, jeśli zada pytanie, a oczywiście „Dlaczego?” było pytaniem.

– Ponieważ – wyjaśnił Barnaba B – przypominamy dzieci ze staroświeckich opowieści. A one…

– Przeważnie są sierotami – dokończyła Jane. Przesiadła się o dwa stopnie w dół, ponieważ przerwała komuś, a to było wbrew zasadom, i teraz siedziała najniżej z całej czwórki.

– Szlachetnymi i godnymi wsparcia sierotami – dodał Barnaba B.

– I ujmującymi – uzupełniła Jane.

Troje młodszych dzieci przesiadło się o schodek w dół, ot tak, dla zasady. Jedynie Tim, który wymyślił zabawę i jej reguły, pozostał u szczytu krótkich schodów prowadzących do frontowych drzwi.

– Wygrałem – oznajmił. – Zagrajmy jeszcze raz.

Wszyscy przesiedli się na środkowy stopień.

– Dziewczynka, którą zostawiliśmy w rezydencji, to sierota – zauważyła Jane – ale nie była ani godna wsparcia, ani szlachetna, ani nawet ujmująca.

– Nie bądź głąbem, Jane – powiedział Tim. – Musisz przesiąść się o schodek w dół. Ruta nie jest sierotą.

Jane westchnęła i się przesiadła.

– Ale… – zaczęła.

– Przecież ma matkę, głąbie. Okropną matkę, która podrzuciła ją tu w koszyku. Prawdziwa sierota, jak Mary Lennox z Tajemniczego ogrodu, ma martwego ojca i matkę, która na przykład umarła na cholerę w Indiach.

– Och, tak! – przypomniała sobie z entuzjazmem Jane. – Albo Pollyanna! Jej rodzice nie żyli, więc mogła sama pojechać w długą podróż pociągiem! I Ania z Zielonego Wzgórza, pamiętacie? Przyjechała prosto z sierocińca! Ale to wszystko były dziewczyny – dodała. – Ciekawe, czy są jacyś chłopcy sieroty.

– No jasne, na przykład Jakubek. Ten od ogromnej brzoskwini. Jego rodziców zjadł hipek, który uciekł z zoo – zauważył Barnaba B.

– Schodek w dół, B – rozkazał Tim.

– Dlaczego?

– Bo nie powiedziałeś „hipopotam”. Willoughby nie używają kretyńskich skrótów.

– Z tego, co pamiętam, to był nosorożec – kontynuował Barnaba A, wciąż myśląc o Jakubku. – No przecież dobrze powiedziałem – obruszył się, kiedy Tim na niego spojrzał.

– Hm. Ty naprawdę nazywasz się Timothy Anthony Malachy – ciągnął Barnaba B. – Czy w takim razie „Tim” jest kretyńskim skrótem?

Tim bez słowa wskazał na stopień niżej. Barnaba B się przesiadł. Brat bliźniak dołączył do niego.

– Podoba mi się pomysł, żebyśmy zostali sierotami – powiedział Tim. – Pozwolę ci przesiąść się o schodek w górę w nagrodę za to, że to wymyśliłeś, B. I ja też się przesiądę o jeden w górę.

Przesiedli się.

– Chyba musimy jakoś pozbyć się rodziców – stwierdził Tim. – Przesiadam się wyżej za tę genialną myśl. – Usiadł na przedostatnim stopniu od szczytu.

– I tak za nimi nie przepadam – zauważył Barnaba B. – Matka zmusza nas do noszenia tego beżowego swetra. Jest obrzydliwy i ma za długie rękawy. – Podniósł rękę i pokazał im. – Zdecydowanie jej nie lubię. Ojca też.

– Ani ja – dodał Barnaba A. – Ojciec o nas nie dba, a matka koszmarnie gotuje.

– Jane? – Tim spojrzał na siostrę pytająco.

Dziewczynka wzruszyła ramionami.

– Siedzę na ostatnim schodku – odparła ze smutkiem. – Nie mogę już zejść niżej.

– Możemy cię wsadzić do pojemnika na węgiel w piwnicy – zauważył Tim – i zrobimy to, jeśli powiesz, że lubisz naszych rodziców.

Jane się zastanowiła.

– Nie – odparła. – Nie lubię. Niespecjalnie.

– Dobra odpowiedź – oznajmił Tim. – Przesiadam się na najwyższy schodek w nagrodę za to, że wymusiłem na Jane właściwą odpowiedź.

Przesiadł się wyżej.

– Wygrałem – stwierdził. – Znowu. W ogóle się nie staracie.

– Mogę coś powiedzieć? – zapytał Barnaba A ze stopnia poniżej. Tim skinął głową przyzwalająco. – Morskie podróże czasem prowadzą do osierocenia dzieci – zauważył Barnaba A. – Często trafiają się piraci. Albo góry lodowe.

– Albo morskie węże – dodał jego brat bliźniak – chociaż sam nie do końca w nie wierzę.

– Ja wierzę w kałamarnice olbrzymie – powiedziała Jane i się wzdrygnęła.

– Cenna uwaga – przyznał Tim. – I piranie. Czy nasi rodzice przypadkiem nie planują jakiegoś urlopu? Podróży statkiem?

– Nie wiem.

– Nie wiem.

– Nie wiem.

Młodsze dzieci odezwały się jednocześnie i zostały zdegradowane o stopień za monotonię i brzmienie jak echo, mimo że gra się już skończyła.

– A teraz – oznajmił Tim, wstając, aby wystawić rower spod schodów – udam się na chwilę do biura podróży Słoneczna Karramba po foldery. Wymyśliłem absolutnie nikczemny plan pozbycia się naszych rodziców.

– Naprawdę jesteś bezwzględny, Tim – stwierdził radośnie Barnaba A.

– Owszem. A już niedługo będę także sierotą.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?