Mów do mnie

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

EVERY FIFTEEN MINUTES

Copyright © 2015 by Smart Blonde, LLC.

All rights reserved.

Projekt okładki

Ewa Wójcik

Zdjęcie na okładce

© Mark Owen/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Monika Kalinowska

Redakcja

Lucyna Łuczyńska

Korekta

Bożena Maliszewska

Sylwia Kozak-Śmiech

ISBN 978-83-8097-639-9

Warszawa 2016

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Sandy,

z wyrazami miłości i wdzięczności

Niewyrażone emocje nigdy nie umrą.

Są zakopane żywcem i objawią się później

w brzydszej postaci.

ZYGMUNT FREUD

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ROZDZIAŁ 1

Takie osoby jak ja nazywa się potocznie socjopatami lub psychopatami. Wyglądam normalnie, ale to pozory. Cechuje mnie większa inteligencja, wywyższanie się i wolność, nieskrępowanie moralnością, prawem, emocjami czy szacunkiem dla ciebie.

Potrafię cię przejrzeć niemal natychmiast, zdobyć twój numer i manipulować tobą tak, aby uzyskać cokolwiek zechcę. Nie lubię cię, lecz potrafię doskonale udawać, więc właściwie nie ma różnicy. Dla ciebie.

Oszukuję cię.

Potrafię oszukać każdego.

Podobno jedna na dwadzieścia cztery osoby jest socjopatą. W takim razie pozostałe dwadzieścia trzy mają powody do obaw. Jedna na dwadzieścia cztery osoby to cztery procent populacji, bardzo dużo. Anorektycy stanowią zaledwie trzy procent, a wszyscy o nich mówią. Schizofrenicy – marny jeden procent – ściągają na siebie więcej uwagi. Mało kto interesuje się socjopatami, panuje błędne przekonanie, że wszyscy zabijamy.

Strach przed nami nie jest objawem paranoi. Za mało się boicie. Przeciętna matka martwi się nieustannie, lecz na jej liście potencjalnych zagrożeń nie ma mnie.

Ponieważ nie odczuwa przede mną lęku.

Ludzie wyobrażają sobie, że zły człowiek to terrorysta, morderca, bezwzględny dyktator, ale nie „normalna” osoba taka jak ja. Nie zdają sobie sprawy, że zło mieszka po sąsiedzku, pracuje przy biurku obok, gawędzi z nimi w kolejce, jeździ tym samym pociągiem i czyta książkę, korzysta z osiedlowej siłowni.

Żeni się z ich córką.

Jesteśmy tu i polujemy na ciebie.

Obłaskawiamy cię i oswajamy.

Opracowany przez Roberta Hare’a test, badający skalę psychopatii, jest dostępny jedynie dla profesjonalistów, ale udało mi się znaleźć jego wersję online. Oto pierwsze dwa pytania:

1. Jestem lepszy/a od innych:

a) nie

b) być może

c) zdecydowanie tak

2. Nie czuł(a)bym się źle, gdyby komuś innemu wymierzono karę za moje przewinienie:

a) fałsz

b) częściowo prawdziwe

c) prawda

Test składa się z dwudziestu pytań. Należy mi się świadectwo z czerwonym paskiem za uzyskanie trzydziestu ośmiu punktów na czterdzieści.

Właściwie nie było mi potrzebne potwierdzenie, że jestem tym, kim jestem. Ta świadomość towarzyszyła mi od zawsze.

Nie posiadam żadnych uczuć. Nie odczuwam miłości, nienawiści, sympatii, antypatii, nawet takich powierzchownych jak na Facebooku.

Oczywiście mam konto na Facebooku oraz całkiem liczne grono znajomych.

Zapytaj, czy mnie obchodzą.

To zabawne, iż nie mają pojęcia, z kim nawiązali znajomość. Moja twarz jest tylko maską. Nie ujawniam swoich myśli. Ważę słowa, każde z nich służy jakiemuś celowi: aby poniżyć, oczarować albo zadowolić. Dostosowuję swój poziom inteligencji do ciebie i twoich oczekiwań. Moje czyny służą moim interesom.

Nie jestem twoim przyjacielem ani wrogiem, chyba że masz coś, czego chcę.

W takim wypadku jestem nie tylko wrogiem, ale największym koszmarem.

Szybko się nudzę.

Nie potrafię czekać.

Czekanie wprawia mnie w nerwowy nastrój. Siedzę w tym pokoju od wielu godzin, nawet gra komputerowa jest już nudna. Bóg raczy wiedzieć, jacy idioci grają w nią teraz online, formują swoje pryszczate szeregi, eksplorują podziemia, wyruszają na wyprawy, zabijają smoki, dziwki i nazistów, każdy z nich odgrywa jakąś rolę.

Ciekawe, czy twórca World of Warcraft zdaje sobie sprawę, że to doskonały trening dla socjopatów.

KillerCobra, SwordofDeath, Slice&Dice – awatary moich internetowych współgraczy. Założę się, że chodzą do gimnazjum. Albo studiują prawo.

Skoro jedna na dwadzieścia cztery osoby wykazuje skłonności socjopatyczne, z pewnością mam tu towarzyszy.

Gram pod pseudonimem GodnyPrzeciwnik.

Codziennie uprawiam jakieś gierki, więc nie brakuje mi wprawy.

Zawsze o krok do przodu, co najmniej.

Planuję, wprawiam wszystkich w ruch i uderzam w odpowiednim momencie.

Wygrywam za każdym razem.

Nigdy nie widzą mojego nadejścia.

Wiesz dlaczego?

Bo już tam jestem.

ROZDZIAŁ 2

Doktor Eric Parrish właśnie wychodził do domu, kiedy wezwano go na szpitalny oddział ratunkowy. Poczuł się niepewnie, mimo pięcioletniego doświadczenia na stanowisku ordynatora oddziału psychiatrycznego w Havemeyer General. Konsultacje tego rodzaju zawsze wiązały się z pewnym ryzykiem. W zeszłym roku w pobliskim Delaware szpitalny psychiatra został postrzelony, a pracownik opieki społecznej stracił życie z rąk psychotycznego pacjenta. Lekarz miał przy sobie broń, oddał strzał w obronie własnej i zabił pacjenta.

Ordynator przemierzał korytarz szybkim krokiem, tuż za nim podążało dwoje stażystów, rozmawiając między sobą. Był pewien, że w razie konieczności potrafi ochronić ich i siebie bez użycia broni. Po strzelaninie w Delaware dyrekcja wzmocniła środki ostrożności, przeszkoliła personel w zakresie technik samoobrony i procedur ewakuacyjnych. Eric nigdy nie wniósłby broni palnej na teren szpitala. Był uzdrowicielem z powołania i jak podejrzewał, kiepskim strzelcem.

Ze szpitalnych głośników popłynęły dźwięki kołysanki, znak, że w szpitalu przyszło na świat kolejne dziecko. Eric skrzywił się, wiedział, że ta melodia wywoła na jego oddziale zamieszanie. Jedna z pacjentek cierpiała z powodu depresji po urodzeniu martwego dziecka i kołysanka za każdym razem uruchamiała w niej lawinę emocji. Dlatego poprosił administrację o wyłączenie głośników na ich piętrze, lecz odmówili – z powodu zbyt dużych kosztów. Chciał nawet zapłacić z własnej kieszeni, ale nic z tego.

Kołysanka dźwięczała mu w uszach, przypominając o bezsilności w zderzeniu ze szpitalną biurokracją. To, że nie chcieli go słuchać, stanowiło objaw większego problemu. Chorób psychicznych nadal nie traktowano tak poważnie, jak cierpienia fizycznego; Eric prowadził jednoosobową kampanię, aby taki stan rzeczy zmienić. Był najlepszym dowodem skuteczności leczenia psychiatrycznego. Podczas studiów medycznych rozwinęła się u niego depresja lękowa, nad którą zdołał całkowicie zapanować, korzystając z psychoterapii. Przez pewien czas brał leki, ale już ich nie potrzebował, objawy ustąpiły. Został wyleczony.

Otworzył dwuskrzydłowe drzwi na pękający w szwach piątkowego wieczoru SOR. Pielęgniarki we wzorzystych fartuchach wpadały i wypadały z zatłoczonych pokoi badań, felczer przesuwał biurko z komputerem, a grupka sanitariuszy w czarnych fartuchach rozmawiała nieopodal pustych noszy.

Eric podszedł do stanowiska pielęgniarek; siedząca tam młoda blondynka oderwała wzrok od komputera, uśmiechnęła się i wskazała pokój D. Wszyscy rozpoznawali szpitalnych psychiatrów po jaskrawoczerwonej literze „W” na plakietkach identyfikacyjnych. „W” ponieważ oddział psychiatryczny mieścił się w skrzydle imienia Wrighta. „W” jak wariat, podśmiewał się personel. Eric słyszał już chyba wszystkie dowcipy o psychiatrach. Czym różni się psychiatra od pacjenta? Pacjentowi się polepsza i wychodzi do domu. Sam opowiadał najlepsze, ale wystrzegał się tych o dzieciach psychiatrów. Nie bawiły go. Za bardzo przypominały jego rzeczywistość.

Stażyści ucichli. Eric podszedł do rozchylonej kotary i odetchnął z ulgą. Na łóżku leżała wygodnie miło wyglądająca starsza pani z ostrzyżonymi krótko srebrzystymi włosami, ubrana w szpitalną koszulę. Obok niej siedział młody chłopak o zatroskanej twarzy, trzymał kobietę za rękę. Za nim stała niewysoka, atrakcyjna doktor Laurie Fortunato w śnieżnobiałym fartuchu, ze stetoskopem ozdobionym kolorowymi naklejkami. Eric i Laurie przyjaźnili się od czasów studenckich. Biegali razem po pracy, choć źle znosił, że jest od niego szybsza.

– Cześć, Laurie. Miło cię widzieć. – Przedstawił krótko stażystów, którzy stanęli pod ścianą i dyskretnie obserwowali sytuację.

– Ciebie też, Ericu. Dzięki, że przyszedłeś. – Lekarka się uśmiechnęła. Była pogodna i energiczna. Miała ciepłe, brązowe oczy, orli nos, pucołowate policzki i duże usta, które nigdy nie przestawały się poruszać: kiedy mówiła, śmiała się, robiła miny. Wyglądała ładnie bez makijażu, niewiele kobiet pracujących w szpitalu go nosiło, ale Laurie cechował szczególny prostolinijny brak próżności. Kręcone włosy spinała czymkolwiek, co jej wpadło w ręce: ołówkiem, długopisem lub łopatką do przytrzymywania języka podczas badania gardła.

– Nie ma sprawy. W czym mogę pomóc?

Laurie wskazała pacjentkę.

– To Virginia Teichner i jej wnuk, Max Jakubowski.

 

– Eric Parrish, miło mi poznać. – Postąpił krok w stronę łóżka, kobieta uśmiechnęła się szelmowsko, uniosła brązowe oczy i nawiązała bezpośredni kontakt wzrokowy. Dobry znak. Chociaż nie miała widocznych obrażeń fizycznych, była podłączona do kroplówki i monitora funkcji życiowych. Eric popatrzył na ekran: wszystko w normie.

– Uch, ależ z doktora przystojniaczek – powiedziała pani Teichner chrapliwie i obrzuciła go wymownym spojrzeniem. – Możesz mi mówić Virginia. Albo kochanie.

– To mi się podoba. – Przysunął sobie taboret na kółkach i usiadł obok łóżka. Lubił pracować z pacjentami geriatrycznymi, jednym z jego pierwszych zadań było nawiązanie przyjacielskiej relacji z chorym, w czym zazwyczaj pomagało poczucie humoru. Uśmiechnął się. – Ma pani doskonały wzrok.

– Nic podobnego. Mam zwyrodnienie plamki żółtej. A może jestem ogólnie zwyrodniała!

Roześmiał się.

Pani Teichner uczyniła gest w stronę Laurie.

– Czemu nie nosi doktor białego fartucha, jak ona?

– Pogrubia mnie – odparł. Wielu psychiatrów nie nosiło fartuchów, aby nie stwarzać bariery między sobą a pacjentem. Eric miał na sobie niebieską koszulę bez krawata, spodnie koloru khaki i półbuty. Chciał wyglądać jak przyjazny tata z prowincji, którym zresztą istotnie był, ale podejrzewał, że bardziej przypomina faceta z reklamy viagry.

– Ha! – Pani Teichner się roześmiała. – Ma pan poczucie humoru!

Laurie przewróciła oczami.

– Proszę go nie zachęcać, pani Teichner. Pacjentki za bardzo go rozpieszczają.

W oczach staruszki pojawiły się iskierki rozbawienia.

– Jest pani zwyczajnie zazdrosna – oświadczyła.

– Zgadzam się. – Eric uśmiechnął się do Laurie. – Zazdrosna totalnie.

– Też coś – prychnęła lekarka.

Pani Teichner parsknęła śmiechem.

– Zawstydziła się.

– Bingo. – Podczas rozmowy z każdym pacjentem oceniał jego kontakt z rzeczywistością, wygląd, zachowanie, sposób mówienia, poruszania się, nastrój, afekt, zdolność myślenia i percepcji, nastawienie, samoświadomość, zdolności poznawcze, a także swoją reakcję na nowo poznaną osobę. Pani Teichner uzyskała już sporo punktów w każdej kategorii. Na podstawie własnej gestaltowskiej reakcji ocenił jej nastrój jako eutymiczny lub zupełnie normalny. – W czym mogę pomóc, pani Virginio?

– Ericu – odezwała się Laurie urzędowym tonem. Jej twarz przybrała wyraz powagi. – Niestety pani Teichner choruje na zastoinową niewydolność serca oraz zaawansowany nowotwór płuc. Dwa miesiące temu przyjęto ją na oddział kardiologiczny, gdzie spędziła trzy dni. Niebawem rozpocznie paliatywne leczenie w domu.

Eric słuchał, nie okazując emocji. To były najgorsze z możliwych rokowań i bardzo współczuł pani Teichner.

– Dziś wieczorem podczas kolacji zaczęła się krztusić, dlatego przyjechała do nas. Prześwietlenie wykazało, że przełykanie utrudnia umiejscowiony w gardle guz.

– Bardzo mi przykro – powiedział szczerze. Był nieco zdziwiony spokojem i pogodą ducha pacjentki, biorąc pod uwagę bardzo zły stan jej zdrowia. Nie wyglądała na poruszoną ani przygnębioną. Nie miała nawet najmniejszych objawów demencji ani innych problemów związanych z podeszłym wiekiem, chociaż zamierzał jeszcze przeprowadzić dokładniejsze badania, aby to potwierdzić.

– Dziękuję, doktorze. Wiem, że mam raka, to dla mnie żadna nowina – stwierdziła rzeczowym tonem. – Mój wnuk, Max, nalegał, żeby pana wezwać. Ma siedemnaście lat, więc wszystko wie najlepiej. Powtarza mi, że zwariowałam i…

– Nie zwariowałaś, tylko cierpisz na depresję, Buniu – sprostował nastolatek. – Myślę, że masz depresję i że pan doktor może ci pomóc. Przepisać antydepresanty lub coś takiego.

Eric popatrzył na niskiego, szczupłego chłopca. Max miał około stu sześćdziesięciu centymetrów wzrostu i nie mógł ważyć więcej niż sześćdziesiąt kilogramów. Nie wyglądał na swoje siedemnaście lat. Okrągła twarz, mały, prosty nos, jasnoniebieskie oczy, nieśmiały uśmiech, pojedynczy dołeczek. Długie, wycieniowane jasnobrązowe włosy, luźne dżinsy i czarna koszulka z krótkim rękawem odsłaniająca cherlawe ramiona nienawykłe do dźwigania ciężarów większych niż iPhone.

Babcia machnęła zniekształconą artretyzmem ręką.

– Nazywa mnie Bunią, Bubą, Bu i innymi zdrobnieniami tego typu. Nie umiał powiedzieć „babcia”, kiedy był mały. Lubi gry słowne. Jest piekielnie inteligentny, ma państwowe stypendium, same szóstki, najlepszy w klasie. Dlatego tak się wymądrza…

– Buniu, proszę – przerwał jej delikatnie. – Musimy porozmawiać o tobie, nie o mnie. O tym, dlaczego nie jesz. – Max popatrzył wprost na Erica swoimi jasnoniebieskimi oczami podobnymi do oczu babci. – Doktorze Parrish, kardiolog powiedział nam, że jeśli będzie jadła, zachowa siły do walki z chorobą. Zaproponował założenie cewnika dojelitowego, ale ona nie chce cewnika i odmawia jedzenia. To musi być depresja. Powinna się zgodzić na odżywianie dojelitowe, nie ma innego wyjścia.

Eric zrozumiał, czemu Laurie go wezwała. Opieka nad chorym u kresu jego życia wiązała się z ogromnym obciążeniem psychicznym dla pacjenta i rodziny. Potrafił pomóc.

– Dziękuję za ważne informacje, Max. Mógłbyś poczekać na korytarzu? Chciałbym zbadać twoją babcię.

– Dobrze, świetnie. – Wstał, uśmiechnął się do babci i puścił jej dłoń. – Zachowuj się przyzwoicie, Bubu.

– Nie dyryguj mną – napomniała go ze śmiechem. Głęboka więź między babką a wnukiem była widoczna gołym okiem. Po wyjściu Maksa Eric popatrzył na Laurie.

– Porozmawiamy później, kiedy zbadam panią Teichner.

– Dobrze, znajdź mnie. – Laurie poklepała staruszkę po ramieniu. – Jest pani w doskonałych rękach, moja droga.

– Niemożliwe. To proszę nas wreszcie zostawić samych. – Pani Teichner zaśmiała się i wskazała stojących pod ścianą stażystów. – Oni chyba też mogą wyjść? Nie potrzebuję widowni.

– Oni muszą zostać – odparł z rozbawieniem Eric. – Proszę spróbować nie zwracać na nich uwagi.

– Niby jak, kiedy się na mnie gapią?

– Ja ich ignoruję przez cały dzień bez najmniejszego trudu, pani też się uda. No dobrze, ale żarty na bok. Jak się pani czuje? Odczuwa pani spadek nastroju? Brak energii?

– Nie, czuję się doskonale. – Pani Teichner potrząsnęła białymi włosami.

– Jest pani pewna? Byłoby to naturalne, biorąc pod uwagę stan pani zdrowia.

– Przecież mówię, że nic mi nie jest – żachnęła się. – Z moją głową wszystko w porządku, ale gdzie pan był, kiedy brałam ślub z drugim mężem?

Na twarzy Erica pojawił się uśmiech.

– Jeżeli pani pozwoli, zadam kilka pytań. Może mi pani podać dzisiejszą datę?

– Po co?

– Potrzebuję tych odpowiedzi do przeprowadzenia badania. Kto jest prezydentem Stanów Zjednoczonych?

– Kogo to obchodzi? Wszyscy politycy są jednakowymi oszustami.

Eric uśmiechnął się po raz kolejny, nalegał wyłącznie dlatego, że tak nakazywał regulamin.

– Teraz wypowiem trzy słowa, proszę uważnie słuchać.

– Bardzo panią kocham?

Roześmiał się.

– Te trzy słowa to: banan, truskawka, koktajl. Może pani powtórzyć?

– Oczywiście! Banan, truskawka, koktajl! Panie doktorze, mój mózg funkcjonuje prawidłowo. – Naznaczona głębokimi zmarszczkami mimicznymi – dowód dobrze przeżytego życia – twarz pani Teichner spoważniała. – Nie mam depresji, po prostu się martwię.

– Co panią martwi?

– Przyszłość mojego wnuka, Maksa. Mieszka ze mną, ja go wychowałam. To on popadł w depresję i nie wiem, jak sobie poradzi po mojej śmierci. – Zmarszczyła czoło. – Max jest inny. Nie ma przyjaciół, większość czasu spędza w samotności.

– Rozumiem, ale to pani jest moją pacjentką. – Eric postanowił przekierować uwagę na pacjentkę, która zdawała się sama siebie lekceważyć. – Pani szuka pomocy lekarskiej i panią chciałbym dziś przebadać oraz w razie potrzeby zalecić odpowiednią terapię.

– Nie proszę o pomoc dla siebie. Max pana wezwał, nie ja. Zgodziłam się, ponieważ uważam, że to on potrzebuje pomocy. Nie mam innej możliwości skontaktowania go z psychiatrą, nie pójdzie na wizytę.

– Chce pani powiedzieć, że zostałem wezwany do Maksa? – Eric zaczynał rozumieć. To była jedna z sytuacji, w których pacjentem jest ktoś inny, niż się na początku wydaje.

– Tak. Wie, że umieram, ale nie potrafi się z tym pogodzić, a po mojej śmierci zostanie całkiem sam. Można mu jakoś pomóc? – Chwyciła lekarza za rękaw koszuli. – Proszę mu pomóc, doktorze.

– Dlaczego uważa pani, że Max potrzebuje pomocy?

– Powtarza, że jeśli tylko zacznę jeść, poczuję się lepiej albo dłużej pożyję, co jest nieprawdą. Umieram i on nie umie się z tym pogodzić. – Patrzyła Ericowi prosto w oczy. Emanowała spokojem i wydawała się w pełni świadoma swojego położenia. – Nie chcę rurki w gardle. Mam dziewięćdziesiąt lat, za sobą długie życie. Kiedy leki przeciwbólowe przestają działać, odczuwam ból w każdej komórce ciała. Chcę odejść w domu, w naturalny sposób.

– Rozumiem. – Miał nadzieję, że kiedy nadejdzie jego kolej, też będzie odważny. Zdecydował, iż dalsza diagnostyka jest zbędna. Pani Teichner prezentowała imponującą jasność umysłu, a ponieważ odmawiała leczenia, mógł z nią porozmawiać o wnuku.

– Co na to rodzice Maksa? Gdzie teraz są?

– Jego matka jest moją córką. Wstyd przyznać, ale niewiele z niej pożytku. Rzadko bywa w domu, mieszka u mnie. Ma problem z alkoholem i utrzymaniem jakiejkolwiek pracy. Z ostatniej, w firmie telefonicznej, została zwolniona za nieobecności.

– A ojciec?

– Odszedł, kiedy Max miał dwa lata. Też pił.

– Trudna sytuacja. – Poczuł ukłucie złości, która utkwiła w nim na zawsze. Jego ojciec był alkoholikiem, pracował jako mechanik samochodowy. Pewnego dnia wsiadł pijany za kierownicę i uderzył w drzewo, zabił na miejscu siebie i matkę Erica. On studiował wtedy na pierwszym roku w Amherst, nie było go w domu. Odsunął wspomnienia, musiał się skupić na teraźniejszości. – Czy Max ma rodzeństwo?

– Nie, jest jedynakiem. Nie ma nawet kolegów. Cały czas spędza przed komputerem, grając w jakieś gry, wychodzi ze swojego pokoju tylko wtedy, kiedy się mną zajmuje, i na posiłki. Ma tylko mnie. – Oczy staruszki zaszły łzami, zamrugała. – Co się z nim stanie? Może sobie zrobić krzywdę.

– Proszę. – Eric wyjął chusteczkę higieniczną z opakowania na stoliku i podał pani Teichner. Jako lekarz psychiatra często wykonywał ten gest. Mimo to nie uodpornił się na płacz kobiet, zwłaszcza starszych. Przypominały mu o matce; wspominał ją codziennie.

– Nie wiem już, co robić. Bardzo się o niego boję.

– Pani zdaniem mógłby sobie zrobić krzywdę?

– Tak. – Wytarła zaczerwieniony nos. Ericowi przemknęło przez myśl, iż czerwone plamki są najprawdopodobniej objawem niedotlenienia. – Można powiedzieć, że jest dziwakiem, ale to dobry dzieciak. Ma złote serce.

– Wspominał kiedyś o myślach samobójczych? Albo próbował popełnić samobójstwo?

– Nie, on nie mówi o sobie ani o uczuciach. Ten pijaczyna, jego ojciec, był taki sam.

Postanowił nie drążyć tematu.

– Zasięgał porady szkolnego pedagoga lub psychologa?

– Nie, wstydzi się. Twierdzi, że koledzy go wyśmieją, jeśli się dowiedzą. – Pani Teichner pociągnęła nosem ukrytym w chusteczce. – Cały czas się o niego modlę, wariuję ze zmartwienia. Rozpytywałam wokół, szukając dla niego pomocy, ale jak na razie bez skutku. Bardzo na pana liczę.

– Cóż, przyjmuję prywatnie… – powiedział bez zastanowienia, choć nie potrzebował nowego klienta. – Mógł­bym się z nim umówić, gdyby chciał.

– Naprawdę? – Oczy staruszki rozbłysły nadzieją. – Przyjmie go pan?

– Jeżeli on zechce.

– Bardzo dziękuję! – Odetchnęła z ulgą.

– Nie ma za co. – Eric był zadowolony, że mógł jej choć trochę pomóc. – Jednak muszę podkreślić, iż terapia jest ciężką pracą, która przynosi efekty jedynie wtedy, gdy pacjent jest do niej przekonany. Złożę Maksowi propozycję, lecz decyzja należy do niego.

– Zgodzi się, na pewno. Zdjął pan ze mnie ogromny ciężar. – Pani Teichner złożyła zdeformowane reumatyzmem dłonie, ściskając chusteczkę. – Ten chłopiec znaczy dla mnie więcej niż cokolwiek na tym świecie. Odejdę w spokoju, wiedząc, że jest bezpieczny. Pewnie mnie pan doktor rozumie, jeżeli sam ma dzieci.

– Owszem. – Pomyślał o swojej córce, ale zachował to dla siebie. Hannah miała tylko siedem lat i martwił się, co z nią będzie, kiedy go zabraknie. Niepokój przybrał na sile, odkąd rozstał się z żoną.

 

– Oczywiście zapłacę za terapię. Nie ma problemu. Ile pan bierze za sesję? Pięćdziesiąt, sześćdziesiąt dolarów za godzinę?

– Mniej więcej.

Godzinna sesja kosztowała trzysta dolarów, oferował zniżki mniej zamożnym klientom, ale nigdy nie schodził poniżej dwustu pięćdziesięciu. Robił wyjątki tylko dla zapłakanych umierających staruszek. Psychiatria należy do najtańszych dziedzin medycyny, ponieważ nie wymaga właściwie żadnych zabiegów. Największe koszty generuje ortopedia: endoprotezy stawów biodrowych, rekonstrukcje więzadeł, oraz chirurgia plastyczna: liftingi twarzy, korekcje nosów, implanty piersi. Przy czym chirurgia kosmetyczna jest jedną z najbardziej rentownych specjalizacji. Ludzie mają nadzieję rozwiązać problemy psychiki, zmieniając wygląd twarzy, cóż za nieporozumienie.

– Umowa stoi. Dziękuję.

– Cieszę się, że mogę pomóc. – Eric wstał i wygładził spodnie khaki. – Czy jest pani pewna, że nie chce porozmawiać o sobie, zanim wyjdę? Mam doświadczenie z pacjentami w pani sytuacji. Często potrzebna jest pomoc.

– E tam. Jestem dzielną staruszką. Nic mi nie dolega poza rakiem. – Pani Teichner uśmiechnęła się przekornie i machnęła ręką.

– Było mi niezmiernie miło panią poznać, Virginio. – Wyjął z portfela wizytówkę i położył ją na szpitalnej szafce. – Proszę zadzwonić, jeśli zmieni pani zdanie. Bez wahania. Jest pani bardzo dzielna.

– No pewnie – odparowała pani Teichner.

Eric odpowiedział uśmiechem. Nie wiedział, czy jeszcze się spotkają, ale nie chciał o tym myśleć. Pomachał jej na pożegnanie i dał znak stażystom, żeby wyszli.

– Do widzenia, pani Teichner. Przyślę doktor Fortunato. Wszystkiego dobrego.

Wyszedł z sali tuż za stażystami. Laurie była w pokoju pielęgniarek, a Max podążał w stronę automatów z jedzeniem. Chciał do niego podejść, kiedy poczuł czyjś dotyk na ramieniu.

– Tak, Kristine? – Odwrócił się w stronę stażystki, Kristine Malin.

– To było bardzo miłe, co pan zrobił, doktorze Parrish – powiedziała, nie cofając dłoni. Miała przepiękną twarz, wielkie niebieskie oczy, długie ciemne włosy i olśniewający uśmiech, niczym modelka z reklamy pasty do zębów.

– Dzięki – odparł nieco zdziwiony, że stoi tak blisko i jeszcze go dotyka, ale nie miał teraz czasu nad tym się zastanawiać. Myślał o Maksie, zauważył go w małym przeszklonym pokoju obok poczekalni.

– Przepraszam. Spieszę się.