Czekam na ciebie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

MOST WANTED

Copyright © 2016 by Smart Blonde, LLC.

All rights reserved

Projekt okładki

Sylwia Turlejska

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© Vanesa Munoz/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Monika Kalinowska

Redakcja

Joanna Habiera

Korekta

Katarzyna Kusojć

Grażyna Nawrocka

ISBN 978–83–8123–445-0

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02–697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Mojej najwspanialszej córce Francesce

Kołyska buja się nad otchłanią…

VLADIMIR NABOKOV1

1 V. Nabokov, Pamięci, przemów, tłum. Anna Kołyszko, Wyd. Muza, Warszawa 2004.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ROZDZIAŁ 1

Christine Nilsson poczuła dreszczyk emocji, bo wiedziała, że za zamkniętymi drzwiami pokoju nauczycielskiego czeka na nią przyjęcie niespodzianka. Domyśliła się natychmiast, gdy wszyscy nauczyciele opuścili jak na komendę swoje klasy tuż po dzwonku, a dyrektorka zaprosiła ją na „krótkie zebranie kadry nauczycielskiej”, chyba pierwsze w historii Nutmeg Hill, szkoły podstawowej, w której pracowała. Było jej niezmiernie miło, że postanowili ją uroczyście pożegnać, mimo natłoku zajęć w ostatnim tygodniu przed końcem roku szkolnego. Uwielbiała swoich kolegów i koleżanki, poza Melissą Rue, Naczelną Plotkarą.

Christine z przyklejonym do twarzy uśmiechem stanęła przed pokojem nauczycielskim, zawahała się, nim przekręciła okrągłą klamkę. Potrafiła udawać entuzjazm z wprawą zawodowca, ale wiedziała, iż koledzy wyczują fałsz. A ona nie chciała niczego udawać, tylko cieszyć się każdą sekundą pożegnalnego bankietu wieńczącego jej nauczycielską karierę. Cóż, przynajmniej na razie, bo wreszcie zaszła w upragnioną ciążę i zdecydowała się zostać w domu z dzieckiem, wchodząc w rolę matki z zapałem neofity.

Na samą myśl zalewała ją fala szczęścia potęgowanego hormonami, zarówno naturalnymi, jak i pozostałościami syntetycznego estrogenu. To, co niektórym parom przychodzi z łatwością, dla Christine i jej męża Marcusa było ukoronowaniem trzech lat starań. Dzięki Bogu już po wszystkim, nie mogła się już doczekać malowania dziecięcego pokoju, wyboru łóżeczka i wszystkich innych fetyszy towarzyszących pojawieniu się dziecka. Czytała książki o przebiegu ciąży, wyobrażała sobie, jak wygląda teraz płód, najsłodsza krewetka na świecie. Z niecierpliwością wyczekiwała nawet ciążowego brzucha i konieczności noszenia dużych ubrań dla ciężarnych. Na jej twarzy rozkwitł naturalny uśmiech, który miał tam pozostać do końca przyjęcia, a być może do końca życia. Otworzyła drzwi.

– Niespodzianka! – wykrzyknęli chórem. Kobiety uśmiechały się dziarsko, prezentując nieco rozmazane makijaże i fryzury w lekkim nieładzie po całym dniu pracy. Przedstawicieli płci męskiej było tylko dwóch: chudy jak patyk wuefista Jim Paulsen, zwany Slim Gymem, oraz brodaty Al Miroz, który uczył matematyki w szóstych klasach i był ekspertem od quizów z wiedzy ogólnej, czemu zawdzięczał przydomek Wiki-Al. Nie zabrakło pater z preclami i chipsami ziemniaczanymi, papierowych talerzyków, jednorazowych kubków oraz litrowych butelek z coca-colą. Pomieszczenie wypełniał zapach świeżo parzonej kawy. Nad tablicą ogłoszeń widniało hasło: „Nauczyciele powinni świecić przykładem i przypominać uczniom, że rok szkolny jeszcze trwa”. Pod spodem ktoś dopisał: „Wypchaj się!”.

Wszyscy po kolei uściskali Christine. Pokój nauczycielski był małym pomieszczeniem pozbawionym okien, na jego wyposażenie składało się kilka stolików i krzeseł ze sklejki, podarowany przez kogoś ekspres do kawy, stara mikrofalówka oraz nowiutki telewizor, z włączonym programem informacyjnym. Telewizor był nagrodą pocieszenia w konkursie na najlepszy wystrój pokoju nauczycielskiego. Zasłużyli wtedy na pierwsze miejsce, podstawówka z Dunstan popsuła im szyki, niech ich piekło pochłonie.

– Dziękuję! – powiedziała wzruszona. Będzie tęskniła za nimi po ośmiu latach wspólnej pracy. Prowadziła zajęcia wyrównawcze dla uczniów borykających się z trudnościami w czytaniu. Kłopoty osobiste związane z leczeniem niepłodności sprawiły, że zbliżyła się do koleżanek i kolegów z pracy, którzy wielkodusznie ignorowali skutki uboczne leków oraz przesuwali terminy zebrań, gdy kolidowały z jej wizytami u lekarza. Christine była wdzięczna im wszystkim, wyjąwszy Melissę Rue, która była świadkiem jej porannych wymiotów w toalecie, a potem cała szkoła usłyszała o ciąży. Wcześniej tylko zgadywano, iż jeden z zabiegów zakończył się sukcesem, jedynie najlepsza przyjaciółka Christine, Lauren Weingarten, znała całą prawdę.

– Kochana! – zawołała Lauren, rozkładając swoje duże ramiona i zamykając przyjaciółkę w serdecznym uścisku. Miała na sobie luźną białą koszulę i czarne spodnie do połowy łydek, pachniała owocowymi mazakami. Do jej obowiązków zawodowych należało szkolenie grona pedagogicznego, gdy następowały jakiekolwiek zmiany w programie edukacji. Bujna osobowość Lauren czyniła z niej najpopularniejszą osobę w szkole, Królową ZPT, Główną Organizatorkę Wszystkiego, Niestrudzonego Króliczka Duracella. Jej ramiona notorycznie nosiły ślady markera przypominające rany odniesione w boju.

– Dziękuję, skarbie – powiedziała Christine ze wzruszeniem, gdy Lauren wreszcie uwolniła ją z objęć.

– Naprawdę się nie spodziewałaś? – Lauren podejrz­liwie zmrużyła ciemne oczy, wokół których prawie nie było zmarszczek. Miała za to kilka linii wokół ust, ponieważ uwielbiała się śmiać. Długie ciemnobrązowe włosy zebrane z tyłu spływały na plecy w luźnych falach.

– Nic a nic – zapewniła z uśmiechem Christine.

– Akurat – prychnęła Lauren z domyślnym uśmiechem. W tej samej chwili ktoś zapukał w drzwi.

– Kto to? – zapytała Christine, odwracając się.

– Aha! Teraz naprawdę cię zaskoczymy! – Lauren podeszła do drzwi i otworzyła je z rozmachem. – Tadam!

– Cześć! – Wejściu Marcusa towarzyszyły śmiech i oklaski. Pochylił się, przechodząc przez próg, bardziej z przyzwyczajenia niż konieczności. Mąż Christine miał prawie metr dziewięćdziesiąt wzrostu i ważył dziewięćdziesiąt osiem kilogramów, w czasach studenckich grał w baseball na pozycji miotacza. Letni, szary garnitur i lekko poluzowany krawat świadczyły o tym, że przyjechał wprost z lotniska.

– Kochanie! – zawołała zaskoczona Christine.

– Niespodzianka! – Marcus zamknął ją w niedźwiedzim uścisku, przytuliła twarz do jego wymiętej koszuli.

– Myślałam, że jesteś w Raleigh.

– To był podstęp, za który możesz podziękować swoim przełożonym, ja tylko wykonuję polecenia. – Wypuścił ją z objęć i popatrzył znacząco w oczy.

– Dzięki. – Christine odwzajemniła uśmiech męża, odczytawszy między wierszami, iż całe przyjęcie zostało zorganizowane z inicjatywy dyrektorki szkoły. Zwróciła się do Pam, która wystąpiła naprzód, dzierżąc w dłoniach płaskie pudełko.

– Będziemy za tobą tęsknić, Christine, ale dziecko to akurat ważny powód, żeby nas zostawić. Nie zaakceptowalibyśmy żadnego innego. – Rozpromieniona Pam postawiła pudełko na stole. – Kupiłam w cukierni niedaleko domu. Taka okazja wymaga czegoś specjalnego, na pewno nie jakiegoś badziewia z hipermarketu.

– Ojej, jak miło. – Christine podeszła do stołu, za nią Marcus i pozostali, którzy zebrali się wokół. Otworzyła pudełko, w środku był tort w waniliowej polewie ozdobiony napisem z fioletowego lukru: „Wszystkiego najlepszego, Christine!”. Oraz podobizną bociana w kapeluszu, trzymającego w dziobie zawiniątko z dzieckiem.

– Urocze! – zaśmiała się Christine, choć wiedziała, że stojący obok Marcus zesztywniał. Nie było mu łatwo, lecz dzielnie robił dobrą minę do złej gry.

Pam popatrzyła na nich oboje.

– Nie macie nic przeciwko, prawda? Wiem, że to nie jest przyjęcie na cześć dziecka, ale nie mogłam się oprzeć.

– Oczywiście, że nie. – Christine odpowiedziała za siebie i za Marcusa.

Pam uśmiechnęła się z ulgą.

– Wspaniale! – Zwróciła się do Marcusa: – Wolałbyś chłopca czy dziewczynkę?

– Wszystko mi jedno, byle grało w golfa – zażartował, wzbudzając ogólną wesołość.

– Christine, przejmiesz rolę gospodyni? – zaproponowała Pam, po czym wręczyła jej nóż.

– Bierzcie talerze, dzieciaki! – Christine popatrzyła łakomie na tort i przystąpiła do krojenia.

– Kto wygłosi toast?! – zawołała z tyłu Melissa. – Marcus?

– Jasne. Oczywiście, że wygłoszę toast. – Christine znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, co kryje się za szerokim uśmiechem i błyskiem w niebieskich oczach.

– Śmiało, kochanie! – dodała mu otuchy. – Mnie już nie chcą słuchać.

– Co prawda, to prawda – prychnęła Lauren.

Zebrani zachichotali, patrzyli teraz wyczekująco na Marcusa – którego widywali dość rzadko, ponieważ dużo podróżował – a na ich twarzach malowało się żywe zainteresowanie. Lauren żartowała kiedyś, że Christine ma najlepszego męża w szkole, bowiem jako architekt zarabiał więcej niż partnerzy koleżanek, w większości pracujący w edukacji, a jak wiadomo, za dwie nauczycielskie pensje może przeżyć jedna osoba. Przestała żartować, gdy wyszło na jaw, iż Marcus jest całkowicie bezpłodny.

 

Był zdruzgotany niespodziewaną diagnozą, kiedy lekarze wykryli u niego azoospermię, czyli brak plemników w nasieniu. Po roku bezowocnych starań o dziecko ta wieść nimi wstrząsnęła. Ginekolog Christine skierowała ją do specjalisty leczenia niepłodności, doktora Davidowa, ponieważ na początku wszyscy, łącznie z nią samą, zakładali, że problem leży po jej stronie, miała już trzydzieści trzy lata i nigdy nie miesiączkowała regularnie. Tymczasem badania nie wykazały u Christine najmniejszych odchyleń od normy. Doktor Davidow przekazał im diagnozę, starannie dobierając słowa. Męska bezpłodność, podkreślił, jest „wspólnym problemem pary”, za który „nie ponosi winy” żaden z małżonków.

Niemniej jednak męska duma Marcusa ucierpiała znacząco, nikt nie podejrzewał, że emanujący męską siłą, przystojny, wysportowany okaz zdrowia może być bezpłodny. Marcus potraktował wiadomość jako problem, który należy rozwiązać. Zjadał hurtowe ilości jarmużu bogatego w witaminę A, która miała wspomagać produkcję plemników, unikał obcisłej bielizny, jeżdżenia na rowerze, gorących kąpieli, które i tak uważał za obrzydliwe. W przypływie desperacji poddał się nawet budzącemu grozę zabiegowi, pozwolił doktorowi Davidowowi na próbę operacyjnego pozyskania plemników prosto z nasieniowodów, wszystko na próżno.

„Naprawdę strzelam ślepakami?”, zapytał po zabiegu, wciąż z niedowierzaniem.

Chodzili na terapię do Michelle LeGrange, która przyjmowała w klinice leczenia niepłodności. Terapeutka uświadomiła im znaczenie słowa „akceptacja”. Christine i Marcus zaakceptowali ostatecznie, że mają do wyboru adopcję lub zabieg inseminacji nasieniem dawcy. Christine przystałaby na adopcję, aby jej mąż nie czuł się wykluczony, co było częstym problemem bezpłodnych mężczyzn niemających „udziału genetycznego” w poczęciu, jak im powiedziała Michelle. Jednak Marcus nie chciał pozbawiać żony wyjątkowego doświadczenia, jakim jest ciąża, której tak pragnęła. Podczas jednej z sesji terapeutycznych wyraził pragnienie, by dziecko „było przynajmniej w połowie ich”. Michelle zasugerowała, że nie jest to najlepszy argument, ale cóż… Po kilku kolejnych sesjach i wielu wylanych łzach, pewnego wieczoru, gdy siedzieli przy kuchennym blacie, jedząc chińszczyznę na wynos, Marcus zastygł z uniesionymi pałeczkami i oświadczył:

– Podjąłem decyzję. Poszukajmy dawcy.

– Jesteś pewien? – Christine starała się ukryć emocje. Ona także tego pragnęła, ale nie chciała mu niczego narzucać.

– Tak. Skoro inaczej się nie da. – Marcus odłożył pałeczki, odsunął talerz i sięgnął po laptop. – Znajdźmy ojca dla dziecka.

– Jakiego ojca? Dawcę.

– Wszystko jedno. Zróbmy to. Zróbmy dzidziusia.

Przystąpili zatem do przeglądania stron banków spermy, które zamieszczały profile dawców online, aby zaprezentować klientom fizyczne cechy każdego z nich. Na początku czuli się niezręcznie, jakby kupowali ludzi na Allegro. Szukali kogoś, kto pasował do nich grupą krwi i fenotypem, a także wyglądem, żeby dziecko było do nich podobne. Marcus miał jasne włosy o popielatym odcieniu, kwadratową twarz, wydatne kości policzkowe i mocny podbródek, jego rodzice pochodzili ze Szwecji. Christine była drobna, miała sto sześćdziesiąt dwa centymetry wzrostu, pociągłą twarz, ładne kości policzkowe, mały, zadarty nos i proste, długie brązowe włosy, jej ojciec był w połowie Irlandczykiem, a matka w połowie Włoszką. Oboje, Christine i Marcus, byli niebieskoocy, oczy Marcusa robiły wrażenie bardziej okrągłych, jej były nieco bardziej skośne i szeroko rozstawione. Żadne nie borykało się z problemami z uzębieniem, nigdy nie nosili aparatów ortodontycznych.

Christine zdecydowanie szybciej od męża oswoiła się z myślą o znalezieniu dawcy online, obsesyjnie sprawdzała strony banków, jakby to był Facebook dla bezpłodnych, administratorzy na bieżąco odświeżali dane. „Codziennie nowi dawcy!”, zachęcały reklamy, choć wysocy, jasnowłosi mężczyźni często bywali „chwilowo niedostępni”, „Spróbuj ponownie później!”. Wreszcie zdołała ograniczyć wybór do trzech kandydatów, podobnie jak wtedy, gdy kupowali pierwszy dom.

– Numer 3319 – oznajmił Marcus, wskazując faworyta Christine. Dawca 3319 został umieszczony w katalogu Homestead Bank, był anonimowy, lecz jak wielu innych udostępnił dwie fotografie, jedną aktualną, a drugą z dzieciństwa. Dawca 3319 miał okrągłe, niebieskie oczy, podobne do oczu Marcusa, włosy o ton ciemniejsze od jego włosów, zbliżone kolorem do pasemek Christine, średnią budowę ciała. Dane z profilu opisywały jego osobowość jako przyjazną i ciekawą świata, ponadto zdał na studia medyczne, co zadecydowało o wyborze Marcusa. Ją natomiast zachwycił wyraz oczu chłopaka, inteligentny i ciekawy świata.

Zatelefonowali więc do doktora Davidowa, który zamówił próbkę nasienia dawcy 3319. Christine zgłosiła się do kliniki na zabieg inseminacji domacicznej w czasie kolejnej owulacji. Podczas zapłodnienia trzymała ją za rękę pielęgniarka, gdyż Marcus, niestety, był tego dnia poza miastem, na budowie w Raleigh. Za to test ciążowy zrobili już razem, pomimo zaleceń lekarza, aby się od tego powstrzymać. Wspaniały wynik został później potwierdzony oficjalnie na wizycie. Tak czy inaczej, Christine zaszła w ciążę, a Marcus miał zostać ojcem. Wciąż próbował się oswoić z tą myślą, stojąc przed gronem pedagogicznym w pokoju nauczycielskim i przygotowując się do wygłoszenia toastu.

– Niech wszyscy wzniosą swoje kieliszki, plastikowe kubki czy co tam mają. – Marcus sięgnął po jednorazowy kubeczek z coca-colą, który uniósł wysoko. – Za was, za niezawodnych przyjaciół mojej wspaniałej żony. Wiem, że będzie tęskniła za każdym z was. Nutmeg Hill to wspaniała szkoła.

– Och – westchnęła wzruszona Christine.

– Wypijmy za to! – zaproponowała Pam.

Marcus zwrócił się do żony z czułym uśmiechem i uniósł kubek w jej stronę.

– I za moją cudowną żonę, którą kocham nad życie i która zasługuje na wielkie szczęście, które nas czeka.

– Dziękuję, skarbie. – Wzruszenie ścisnęło jej gardło na widok łez w oczach męża, objęła go, a on odstawił kubek i odwzajemnił uścisk, wydając z siebie cichy pomruk, który usłyszała tylko ona.

– Kocham cię, skarbie.

– Ja ciebie też.

– Idźcie do hotelu! – zawołała Lauren ku uciesze pozostałych. Bankiet nabierał tempa, Christine krążyła między przyjaciółmi, przedstawiała Marcusa tym, którzy go nie znali, i żegnała się z tymi, za którymi będzie tęskniła najbardziej, ściskając ich ze łzami w oczach. Wkrótce goście zaczęli się rozchodzić, aż została ich tylko garstka: Christine, Marcus, Pam i Wiki-Al, który włączył telewizor, kiedy sprzątali.

– Zobaczcie, złapali tego seryjnego mordercę. – Wskazał ekran.

– Jakiego seryjnego mordercę? – zapytała z roztargnieniem Christine, zajęta zbieraniem swoich pożegnalnych prezentów.

– Tego, którego ścigali. Dopadli go w Pensylwanii. – Wiki-Al zwiększył głośność pilotem i rozległ się głos reportera: – Zachary Jeffcoat został zatrzymany dziś na przedmieściach Filadelfii pod zarzutem zamordowania pielęgniarki z West Chester, Gail Robinbrecht, która zginęła od ciosów zadanych nożem przed dwoma dniami, piętnastego czerwca. Funkcjonariusze FBI, a także przedstawiciele organów ścigania z Pensylwanii, Marylandu i Wirginii przypisują mu również udział w morderstwach dwóch innych pielęgniarek…

– Naprawdę, Al? – zirytowała się Lauren, zbierając brudne talerze. – Nie bądź dziwakiem.

– Do pierwszego morderstwa doszło dwunastego stycznia, ofiarą padła Lynn McLeane, pracownica szpitala Newport News w Wirginii, druga ofiara domniemanego seryjnego mordercy to Susan Allen-Bogen, zatrudniona w szpitalu Bethesda General w stanie Maryland, zamordowana trzynastego kwietnia…

– Wyłącz to, Al, bardzo cię proszę – zażądała Pam.

Wiki-Al nie zwracał na nich uwagi, zaabsorbowany programem informacyjnym.

– Ten facet to świr, mówię wam. Nazywają go „Mordercą pielęgniarek”. Śledzę tę sprawę.

Christine skończyła sprzątanie i zerknęła na ekran, potem jeszcze raz, nie dowierzając własnym oczom. Zobaczyła młodego, jasnowłosego mężczyznę w wymiętej kurtce, z rękoma zakutymi w kajdanki na plecach, eskortowanego do radiowozu. Gdy policjant położył dłoń na głowie zatrzymanego, aby usadzić go na tylnym siedzeniu, ten podniósł wzrok, a wtedy Christine zobaczyła jego okrągłe, niebieskie oczy.

Jej serce nagle zamarło.

Rozpoznała te oczy.

Wszędzie rozpoznałaby tę twarz.

Seryjny morderca był ich dawcą numer 3319.

ROZDZIAŁ 2

– Widziałeś? – zapytała bez tchu, gdy tylko wyszli na zewnątrz. Pod koniec przyjęcia nie była w stanie myśleć o niczym innym, owładnięta paniką obserwowała, jak inni dojadają ciasto, sprzątają, a na koniec wyłączają światła.

– Co takiego? – Marcus nie zrozumiał pytania, mrużył oczy w słońcu i usiłował coś zobaczyć na ekranie smartfona, idąc w kierunku parkingu. Zwolnił swój zwykły, szybki marsz ze względu na Christine, która za nim nie nadążała.

– Tego więźnia, którego pokazali w telewizji, seryjnego mordercę? – Obejrzała się przez ramię, by sprawdzić, czy nikt nie słyszy, ale byli sami. Wokół panował spokój kontrastujący z dramatem rozgrywającym się w jej duszy. Szkoła Nutmeg Hill była położona w wiejskim zakątku Glastonbury, w stanie Connecticut. Placówka publiczna, do której uczęszczały dzieci z rodzin w różnej sytuacji ekonomicznej i życiowej, zajmowała dwupiętrowy budynek z żółtego wapienia z nowoczesnymi oknami, ładny i stosunkowo nowy, otoczony otwartymi pastwiskami i polami kukurydzy.

– Nie, nie widziałem. – Marcus wyjął z kieszeni kluczyki samochodowe. – Zaczekaj tu, przyprowadzę samochód, będziesz mogła ulokować w nim swoje prezenty.

– Dobrze, ale ten seryjny zabójca, Marcus… – Nie zdołała dokończyć zdania, zawładnął nią nagły lęk, że wypowiedzenie na głos tych słów podziała niczym zaklęcie, które powoła koszmar do życia. Poza tym Marcus prawie jej nie słuchał, zajęty sprawdzaniem poczty w smartfonie. Minęli plac zabaw z nowymi czerwonymi, żółtymi i błękitnymi zjeżdżalniami oraz konstrukcjami z surowego drewna na kwadracie idealnego podłoża. Obok położono asfalt z jaskrawożółtymi liniami wyznaczającymi ścieżki do chodzenia i teren do gier.

– Sympatyczna impreza – rzucił z roztargnieniem Marcus, nie przerywając przeglądania poczty internetowej.

– Rzeczywiście, przeszli samych siebie – usłyszała własny głos. Nie mogła przestać myśleć o ich dawcy i seryjnym mordercy. Wydawało jej się niewiarygodne, że można mieć aż takiego pecha. Jej serce trzepotało jak przerażony ptak w klatce. Odwróciła wzrok od boiska z posadzonymi niedawno drzewkami, których wiotkie pnie zabezpieczały białe plastikowe rękawy. Chciałaby mieć własny rękaw ochronny wokół ciała, zasłaniający ją i dziecko przed wszelkimi zagrożeniami, na zawsze.

– Skarbie, nic ci nie jest? – zaniepokoił się Marcus i schował telefon do kieszeni. Przeszli przez parking i dotarli do jego czarnego audi sedana.

– Czuję się dobrze. – Uśmiechnęła się z przymusem.

– Masz straszne wypieki. – Otworzył przed nią drzwi po stronie pasażera. – Gorąco ci? Słabo?

– Nie, w porządku.

Christine pozwoliła, by zaprowadził ją na siedzenie i położył jej torebkę na kolanach.

– Dobrze, poczekaj. – Zamknął drzwi, szybko obszedł maskę samochodu, usiadł za kierownicą i uruchomił silnik, a tym samym klimatyzację. Obrócił wywietrzniki w jej stronę, gorące powietrze ochłodziło się zaskakująco szybko. – Lepiej?

– Tak, dziękuję. – Chłodne powietrze przynosiło ulgę rozpalonej skórze. Na pewno miała podwyższone ciśnienie. Czuła, jakby coś rozpierało ją od środka, jak gdyby to, czego się dowiedziała, rozsadzało ją od wewnątrz.

– Nie. – Musiała mu powiedzieć, nie mogła tego zatrzymać dla siebie. – Marcus, ten seryjny morderca z telewizji wygląda jak nasz dawca. Jak dawca numer 3319.

– Co takiego? – Marcus zamrugał z niedowierzaniem.

– Nie widziałeś? Przysięgam, że go rozpoznałam.

– Co ty opowiadasz? – Zmarszczył czoło, jego mina wyrażała zagubienie, ale Christine już sięgała po telefon do bocznej kieszeni torebki.

– Wygląda jak nasz dawca. Zaraz znajdę nagranie.

– Oczywiście, że to nie on – prychnął Marcus i odwrócił się od niej na znak, że nie zamierza kontynuować rozmowy.

– Ale bardzo go przypomina.

– Nie opowiadaj głupstw. – Uruchomił samochód, nie przestając kręcić głową.

– Wiem, co widziałam. Oglądałeś nagranie z aresztowania?

– Nie. Powiedz, co się dzieje z Gymem? Kto przy zdrowych zmysłach śledzi sprawy seryjnych morderców? – Marcus zaparkował przy bocznym wejściu do budynku, gdzie zostawili prezenty i resztę tortu, bo nauczyciele nie lubią niczego marnować.

 

– Czekaj. – Bezskutecznie próbowała włączyć internet, sygnał wokół szkoły był niestabilny, co często doprowadzało ją do szału.

– Co robisz? – Zatrzymał samochód.

– Wchodzę na stronę CNN. Prawdopodobnie umieścili wideo w sieci.

– Mówisz poważnie? – Popatrzył na nią jak na osobę niespełna rozumu lub otumanioną hormonami.

– Nie wiem, to bardzo dziwne.

– Co jest dziwne? – Marcus ponownie skierował na nią nawiew.

– Spojrzałam na ekran i nagle mnie tknęło, że to on. Jakbym go rozpoznała.

– Naprawdę myślisz, że ten facet jest naszym dawcą? – Otworzył usta ze zdumienia. – To tylko jakiś facet z wiadomości.

– Jest wysoki, ma jasne włosy i te oczy. Jego niebieskie oczy…

– Wiele osób wygląda podobnie. Mój ojciec. Ja. – Otwo­rzył drzwi, wpuszczając parne powietrze. – Zostań i spróbuj się zrelaksować. Zapakuję rzeczy do bagażnika i zawiozę cię do domu. Nie chcę, żebyś prowadziła w takim stanie. Później wrócimy po twój samochód.

– Mogę prowadzić, nic mi nie jest.

– Siedź i się nie ruszaj. – Marcus zamknął za sobą drzwi, a Christine ponownie skupiła się na swoim iPhonie. Spróbowała połączyć się z siecią po raz kolejny, ale bez powodzenia. Wysiadła z samochodu, żeby podejść bliżej sekretariatu, gdzie sygnał był najsilniejszy. Szła przed siebie, dopóki na ekranie nie pojawiła się jedna kreska. Zalogowała się i weszła na stronę CNN. „Zatrzymano mężczyznę podejrzanego o zamordowanie trzech pielęgniarek”, głosił jeden z czołowych nagłówków dnia. Głównymi drzwiami wyszła Pam, dźwigając trzy płócienne torby.

– Christine, myślałam, że już pojechałaś! – Uśmiechnęła się zaskoczona na widok Christine.

– Marcus pakuje rzeczy do samochodu. Jeszcze raz bardzo dziękuję. – Usiłowała przybrać radosny wyraz twarzy, mimo że umierała z niecierpliwości, by obejrzeć nagranie. Wsunęła telefon do kieszeni, gdy Marcus wrócił do samochodu z torbami i zaczął je ładować do bagażnika, co przykuło uwagę Pam.

– Och, mogłam mu pomóc. – Pomachała Marcusowi, który zamknął bagażnik.

– Dzięki. Doskonale sobie poradził, a ty jesteś dostatecznie obładowana.

– Czy my kiedykolwiek nie jesteśmy obładowane? À propos, widziałaś moją nową torebkę? Dostałam od córki. – Pam zademonstrowała największą z toreb, z kwiatowym wzorem Very Bradley, była to oryginalna wersja torebki Christine.

– Cudowna. Pornografia dla nauczycieli.

– Hej, drogie panie! – zawołał Marcus, idąc w ich stronę z rękami w kieszeniach. – Pam, naprawdę potrafisz urządzić imprezę, jeszcze raz dziękuję.

– Cała przyjemność po mojej stronie.

– Kochanie? – Ujął Christine pod rękę i ruszyli we trójkę w stronę samochodu oraz parkingu. Pożegnali się z Pam, Marcus otworzył drzwi przed żoną, po czym przeszedł na siedzenie kierowcy.

– Dlaczego wysiadłaś? – zapytał, zmieniając bieg.

– Żeby zobaczyć nagranie.

– Jesteś niemądra. – Ruszyli w stronę wyjazdu.

– Może, prawdopodobnie. Jedźmy do domu. Na Glastonbury Road będę miała lepszy zasięg.

– Niemądra – powtórzył i sięgnął po okulary przeciwsłoneczne, których używał podczas gry w golfa. – Skarbie, to nie jest nasz dawca.

– Mógłby nim być. To nie jest niemożliwe.

– To jest niemożliwe. Bezdyskusyjnie. Nie wierzę, że mówisz poważnie. Dawcy są przecież sprawdzani.

– Na pewno robią wywiad, ale jak dokładny? Co właściwie sprawdzają? – zastanawiała się Christine. Nie zapytała nikogo, jak wygląda proces akceptacji dawców. Czytała wprawdzie wzór dokumentu na stronie banku nasienia, ale mało uważnie.

– Lekarz polecił nam wiarygodną placówkę, a nie jakiś szemrany biznes.

– Mimo wszystko nie sposób niczego wykluczyć. Przecież nie da się sprawdzić, czy ktoś popełni w przyszłości morderstwo lub inną zbrodnię.

– Nasz dawca jest studentem medycyny. Aresztowany nim nie jest.

– Skąd wiesz? Nie znamy szczegółów. – Musiała jednak przyznać, że historia brzmi nieprawdopodobnie. Jechali krętą drogą w stronę kamiennego mostu. Zerknęła na telefon, nadal nie miała zasięgu. Za kilka minut wjadą na Glastonbury Road. Słońce przeświecało przez korony wysokich dębów, tworząc cętkowane wzory na asfalcie, stosunkowo wysokie jak na połowę czerwca łany kukurydzy tworzyły zbitą zieloną ścianę.

– Pozwól, że zmienię temat: już tylko jeden dzień pracy przed końcem roku. Cieszysz się?

– Tak, ale teraz naprawdę mi zależy na pokazaniu ci tego nagrania, żebyś mógł ocenić, czy rzeczywiście oszalałam.

– Nie muszę go oglądać, by to stwierdzić – roześmiał się, jego oczy były ukryte za ciemnymi szkłami okularów przeciwsłonecznych. Gdy tylko wjechali na Shire Road, Christine zalogowała się na Safari i odnalazła stronę CNN, następnie odszukała właściwy nagłówek, otworzyła link i powiększyła tekst.

– „Zachary Jeffcoat, mieszkaniec Pensylwanii, został dziś aresztowany…”.

– Widzisz, to nie on. Nasz facet pochodzi z Nevady.

– Dobrze, racja, pozwól jednak, że przeczytam cały tekst. – Litery skakały jej przed oczami w podrygującym na wybojach samochodzie. – …został dziś aresztowany pod zarzutem zamordowania Gail Robinbrecht, trzydziestojednoletniej pielęgniarki z West Chester. Kobieta jest trzecią ofiarą mordercy. Do pozostałych zbrodni doszło w Newport News, w stanie Wirginia oraz w Bethesda General, w stanie Maryland. Pierwsza z ofiar, Lynn McLeane, pielęgniarka na oddziale pediatrycznym, zginęła od ciosów nożem dwunastego stycznia, natomiast Susan Allen-Bogen, pielęgniarka z oddziału chirurgicznego, zginęła w taki sam sposób trzynastego kwietnia…”.

Marcus cmoknął z dezaprobatą.

– Facet zabija pielęgniarki? Co za świat. Pielęgniarki są wspaniałe.

– Owszem. Czyż to nie dziwny zbieg okoliczności? Ofiary były pielęgniarkami, a dawca 3319 jest studentem medycyny.

– Zatrzymany nie jest studentem medycyny.

– No tak. – Christine zaczynała się gubić. Twarz nadal miała rozpaloną pomimo włączonej klimatyzacji. Ponownie skupiła wzrok na wyświetlaczu telefonu. – „Sprawa stała się głośna w całym kraju, a sprawca nazwany został »Mordercą pielęgniarek«”.

– Piszą, że zatrzymany jest studentem medycyny?

– Nie. – Christine przebiegła wzrokiem ostatnie dwie linijki notki prasowej. – „Komendant policji jest usatysfakcjonowany ujęciem podejrzanego i składa podziękowania federalnym oraz stanowym organom ścigania za ich ciężką pracę”. Nie ujawnili żadnych szczegółów. Gdzie studiował, a nawet ile ma lat.

– No właśnie. To nie on. Napisaliby, gdyby był studentem medycyny. Nie pominęliby tak istotnej informacji.

– Słusznie – zgodziła się Christine, choć jej serce nadal biło niespokojnie. Zjechała w dół strony i otworzyła link z wideo. Zobaczyła grupę policjantów oraz czubek jasnej czupryny, funkcjonariusze niemal zasłaniali zatrzymanego, ostre słońce dodatkowo utrudniało patrzenie na ekran telefonu. Zatrzymała filmik. – Czy mógłbyś zjechać na pobocze, żebym mogła to obejrzeć?

– Koniecznie? Za dwadzieścia minut będziemy w domu. – Marcus jechał dalej z nieodgadnionym wyrazem twarzy schowanej za okularami przeciwsłonecznymi.

– Nie chcę czekać. Zatrzymaj się, tylko na chwilę. Obejrzymy razem.

– Dobrze. – Zjechał na żwirową ścieżkę pnącą się pod górę w głąb lasu, zakończoną wysoką stertą ściętych drzew, zatrzymał samochód i odwrócił się ku żonie.

– Pokaż, o co ci chodzi.

– Dzięki. – Wspólnie obejrzeli nagranie, na którym najpierw widać grupę policjantów, a po chwili podejrzanego – wysokiego blondyna zakutego w kajdanki z rękoma założonymi do tyłu, eskortowanego do radiowozu.

– Nie wygląda jak on. Nasz jest wyższy.

Wcisnęła pauzę.

– Tego przecież nie widać na filmie.

– Owszem. Porównaj go z policjantami.

– Nie wiemy, ile oni mają wzrostu.

– Pewnie poniżej metra osiemdziesięciu. Nie są ze stanowej, bo tamci są wyżsi. Poza tym wiesz przecież, że mam sokoli wzrok.

Wiedziała: wiele lat gry w golfa wyrobiło u Marcusa idealne wyczucie odległości, a jako inżynier posiadał również doskonałą orientację przestrzenną, której ona była zupełnie pozbawiona.

– Ponadto wygląda na starszego od naszego dawcy, który ma około dwudziestu pięciu lat. Ten ma powyżej trzydziestu.