Idealna rodzinaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Tytuł oryginału: The Family Upstairs

Copyright © Lisa Jewell, 2019

Copyright © for the Polish translation

by Wydawnictwo Poznańskie, 2021

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Marketing i promocja: Joanna Zalewska

Redakcja: Mirosław Ruszkiewicz

Korekta: Gabriela Niemiec, Mirosław Krzyszkowski

Projekt typograficzny, skład i łamanie: MELES-Design

Projekt okładki i stron tytułowych: Mariusz Banachowicz

Fotografia na okładce: © Camille Ralston / Unsplash

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66736-28-3

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Dedykuję tę książkę moim czytelnikom,

z miłością i wdzięcznością

Informacja w sprawie nazwiska bohaterki Cerian Tahany

Imię bohaterki Cerian Tahany pojawiające się w mojej książce zostało zainspirowane prawdziwą Cerian Tahany, jedną ze zwyciężczyń tegorocznej kampanii Get In Character.

CLIC Sargent to wiodąca brytyjska akcja charytatywna na rzecz walki z nowotworami u dzieci i młodych dorosłych. Ich misją jest zmiana tego, co niesie ze sobą diagnoza w młodym wieku. Wierzą, że dzieci i młodzi ludzie cierpiący na raka mają prawo do najlepszego możliwego leczenia, opieki i wsparcia przez cały proces terapii, a także później. Kampania Get In Character jest prowadzona od 2014 roku i doczekała się wsparcia wielu najbardziej znanych brytyjskich autorów. Do dzisiaj zebrano ponad 40 tysięcy funtów.

Z wielką radością wspierałam kampanię Get In Character przez lata, a w marcu 2020 roku ponownie ruszy aukcja na eBayu.

Szczegóły można znaleźć na www.clicsargent.org.uk.

Gdybym powiedział, że przed ich pojawieniem się moje życie było zupełnie normalne, minąłbym się nieco z prawdą. Nie, było dalekie od normalności, lecz wydawało mi się takie, bo innego nie znałem. Dopiero teraz, gdy upłynęły dekady od tamtego czasu, dostrzegam jego odmienność.

Kiedy przyszli, miałem jedenaście lat, a moja siostra dziewięć.

Mieszkali z nami przez ponad pięć lat i przez nich w naszym domu zapanował mrok. Musieliśmy z siostrą nauczyć się, jak przetrwać.

A kiedy miałem szesnaście lat, a moja siostra czternaście, pojawiło się dziecko.

I

1

Libby podnosi list z wycieraczki. Obraca go w dłoniach. Wygląda bardzo oficjalnie; kremowa koperta z wysokogatunkowego papieru, zapewne z wyściółką z bibułki. W polu nadawcy znajduje się adnotacja: „Smithkin Rudd & Royle Solicitors Chelsea Manor Street SW3”.

Zanosi list do kuchni i kładzie na stole, a potem sięga po czajnik i zalewa herbatę w kubku. Wydaje jej się, że wie, co jest w kopercie. W zeszłym miesiącu skończyła dwadzieścia pięć lat. Podświadomie czekała na tę przesyłkę, ale gdy w końcu ją dostała, nie była pewna, czy jest w stanie stawić czoła temu, co znajdzie w środku.

Bierze telefon i dzwoni do matki.

– Cześć, mamo, przyszło. Dostałam list z zarządu powierniczego.

Po drugiej stronie zapada cisza. Wyobraża sobie matkę w jej własnej kuchni, ponad tysiąc kilometrów stąd, w hiszpańskiej Dénii: śnieżnobiałe fronty szafek, limonkowe przybory kuchenne, szklane drzwi przesuwne prowadzące na niewielki taras z widokiem na śródziemnomorski krajobraz, telefon w wysadzanym kryształkami etui, który matka nazywa swoją błyskotką.

– Ach, no tak. Rany. A otworzyłaś już?

– Nie, jeszcze nie. Najpierw napiję się herbaty.

– No tak – powtarza, po czym dodaje: – Mam się nie rozłączać? Chcesz, żebym została na linii?

– Tak, zostań.

Trochę brakuje jej tchu; tak się czasami dzieje, gdy już ma wstać i rozpocząć prezentację dla potencjalnego klienta w pracy. To takie uczucie, jakby wypiła mocną kawę. Wyciąga torebkę herbaty z kubka i siada. Muska palcami róg koperty i wciąga głęboko powietrze.

– Okej, robię to. Otwieram kopertę – mówi do telefonu.

Jej matka wie, co znajduje się w środku. A przynajmniej podejrzewa, chociaż oficjalnie nigdy nie powiedziano jej, co czeka w funduszu powierniczym. Zawsze powtarzała, że równie dobrze może dostać dzbanek do herbaty i dziesięć funtów.

Libby chrząka i wsuwa palec pod klapkę. Wyciąga ze środka kartkę grubego kremowego papieru i szybko sczytuje wiadomość:

Do Pani Libby Louise Jones

Jako członkowie zarządu powierniczego Henry’ego i Martiny Lamb, który powstał 12 lipca 1977 roku, proponujemy niniejszy harmonogram przekazania spadku…

Odkłada list i wyciąga załącznik z harmonogramem.

– No i? – pyta matka zdyszanym głosem.

– Jeszcze czytam – odpowiada Libby.

Przebiega wzrokiem po tekście i jej uwagę zwraca nazwa nieruchomości. Cheyne Walk 16, SW3. Zakłada, że to dom, w którym mieszkali jej biologiczni rodzice w chwili śmierci. Wie, że znajduje się gdzieś w Chelsea. Wie, że jest duży. Mimo to zakładała, że dawno przepadł. Został zabity deskami i sprzedany. Wreszcie dociera do niej, co właśnie przeczytała, i aż brakuje jej tchu.

– Eee – rzuca.

– Co się stało?

– Wygląda na to, że… Nie, to niemożliwe.

– No co?!

– Zostawili mi dom.

– Ten w Chelsea?

– Tak.

– Cały dom?

– Tak mi się wydaje. – W liście napisali coś o tym, że nikt nie upomniał się o spadek. Libby nie może tego wszystkiego pojąć.

– Mój Boże, przecież on musi być wart…

Libby wciąga gwałtownie powietrze i spogląda na sufit.

– Nie, to nie może być prawda. Ktoś się pomylił – mówi.

– Idź i spotkaj się z prawnikami – podpowiada matka. – Zadzwoń. Umów się. I upewnij się, że to nie jest pomyłka.

– A co, jeśli nikt się nie pomylił? Co, jeśli to prawda?

– Cóż, kochana, w takim wypadku staniesz się bardzo bogata – odpowiada matka, a Libby oczami wyobraźni widzi jej szeroki uśmiech.

Rozłącza się i rozgląda po kuchni. Pięć minut temu tylko na taką było ją stać, tylko w takim mieszkaniu, w jednym z szeregowych domków w cichym zakątku St Albans. Wciąż pamięta mieszkania i domy, które widziała w czasie poszukiwań w internecie, to przyspieszone bicie serca na widok idealnego miejsca: słoneczny taras, kuchnia połączona z jadalnią, pięć minut pieszo na stację kolejową, stare okno witrażowe. Dostrzegła jeszcze w tle za zielenią dzwony katedry, ale zaraz spojrzała na cenę i skarciła się za naiwne myślenie, że będzie ją na to stać.

Ostatecznie zdecydowała się na kompromis niemal w każdym aspekcie, byle znaleźć sobie mieszkanie blisko pracy i niezbyt daleko od stacji. Intuicja nic jej nie podpowiedziała za progiem; serce nie przyśpieszyło, gdy agentka oprowadzała ją po wnętrzu. Niemniej uczyniła z tego miejsca dom, z którego można być dumnym. Skrupulatnie wykupiła wszystko, co TK Maxx miał najlepszego, i teraz jej źle przerobione, nieco niezgrabne mieszkanie z jedną sypialnią dawało jej szczęście. Kupiła je, urządziła. Należało do niej.

Teraz jednak okazuje się, że Libby zostanie właścicielką nieruchomości przy najlepszej ulicy w Chelsea, i nagle to mieszkanie wydaje się absurdalnym żartem. Tak samo wszystko, co jeszcze przed chwilą było dla niej ważne – niedawna podwyżka w wysokości półtora tysiąca funtów rocznie, planowany na następny miesiąc babski weekend w Barcelonie, na który oszczędzała pół roku, a także cień do powiek od MAC, na jaki „pozwoliła sobie” w zeszłym tygodniu w ramach świętowania podwyżki – przyjemna ekscytacja na myśl o porzuceniu skrupulatnego planu wydatków miesięcznych dla jednej pachnącej słodyczą chwili w drogerii, lekkiej jak piórko papierowej torebeczki z logo MAC, dreszczu emocji, gdy wkładała małą czarną kapsułę do kosmetyczki z myślą, że teraz należy do niej, że może nawet użyje cienia w Barcelonie, do sukienki podarowanej jej przez matkę na Boże Narodzenie i kupionej we French Connection, z koronkowymi wstawkami, o których marzyła od wieków. Pięć minut temu jej przyjemności w życiu były drobne i wyczekiwane, musiała na nie ciężko pracować i oszczędzać, a i tak w ostatecznym rozrachunku znaczyły tyle co nic. Jedynie przydawały jej szaremu życiu odrobinę koloru, by warto było każdego dnia wstać i iść do lubianej, lecz nie kochanej pracy.

A teraz stała się posiadaczką nieruchomości w Chelsea i jej małe życie urosło do niesamowitych rozmiarów.

Wsuwa list z powrotem do drogiej koperty i kończy herbatę.

2

Nad Côte d’Azur zbiera się na burzę; na horyzoncie wiszą chmury ciemne jak śliwa damaszka, kładąc się ciężarem na czubku głowy Lucy. Jedną rękę przyciska do bolącego miejsca, a drugą chwyta pusty talerz córki i stawia na chodniku, żeby pies mógł wylizać resztki sosu i kurczaka.

 

– Marco, dokończ jedzenie – mówi do syna.

– Nie jestem głodny.

Lucy czuje pulsujący w skroniach gniew. Burza jest coraz bliżej, czuć już wilgoć schładzającą rozgrzane powietrze.

– To wszystko – cedzi, próbując powstrzymać się przed krzykiem. – Nic więcej dzisiaj nie dostaniesz. Skończyły się pieniądze i więcej nie będzie. Jak zgłodniejesz przed pójściem spać, będzie już za późno. A teraz zjedz, proszę.

Marco kręci tylko głową i w milczeniu kroi kurczaka. Lucy spogląda na jego gęste kasztanowe włosy z podwójnym wirem. Próbowała przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz wszyscy myli głowy, i nie potrafiła.

– Mamo, a mogę deser? – pyta Stella.

Lucy patrzy na córkę. Stella ma pięć lat i jest najlepszym błędem, jaki jej się kiedykolwiek zdarzył. Powinna jej odmówić; jest taka surowa dla Marca, nie powinna pobłażać jego siostrze. Tylko że Stella jest taka dobra, taka uległa i niekłopotliwa. Jak mogłaby odmówić jej czegoś słodkiego?

– Jeśli Marco dokończy kurczaka, możemy kupić loda na spółę – mówi spokojnie.

To niesprawiedliwe wobec małej, która zjadła swoją porcję dziesięć minut wcześniej i nie powinna czekać na brata. Ale najwyraźniej Stella nie wie jeszcze, co to sprawiedliwość, bo mówi:

– Jedz szybko, Marco.

Gdy chłopak kończy, Lucy zabiera jego talerz i stawia na chodniku dla psa. Dostają lody: trzy smaki w szklanej miseczce z gorącym sosem czekoladowym, pokruszoną pralinką i różową palemką na wykałaczce.

Lucy znowu czuje bolesne pulsowanie w głowie i spogląda na widnokrąg. Muszą znaleźć jakieś schronienie, i to szybko. Prosi o rachunek, kładzie kartę na tacce, wpisuje PIN do czytnika i wstrzymuje oddech; teraz na tym koncie nie ma żadnych pieniędzy, nie ma ich już nigdzie.

Czeka, aż Stella wyliże miseczkę, potem odwiązuje psią smycz od nogi stołu i zbiera torby, podając dwie Marcowi i jedną Stelli.

– Gdzie idziemy? – pyta Marco.

Jego brązowe oczy patrzą na nią z powagą, pełne niepokoju.

Lucy wzdycha. Spogląda w górę ulicy, gdzie znajduje się niceańska starówka, a potem w przeciwnym kierunku, ku brzegowi morza. Zerka nawet na psa, jakby spodziewała się od niego jakiejś wartościowej sugestii. Zwierzę patrzy na nią wyczekująco, licząc chyba na kolejny talerz do wylizania. Mogą się udać tylko w jedno miejsce – to, w którym najmniej chciała się znaleźć. Mimo to uśmiecha się.

– Wiem, chodźmy zobaczyć mémé!

Marco stęka. Stella wygląda na niepewną. Oboje wciąż pamiętają ostatni pobyt u babci Stelli. Samia była kiedyś gwiazdą filmową w Algierii. Teraz ma siedemdziesiąt lat, jest ślepa na jedno oko i mieszka w zapyziałym mieszkaniu na siódmym piętrze bloku w l’Ariane razem z dorosłą niepełnosprawną córką. Jej mąż zmarł, kiedy miała zaledwie pięćdziesiąt pięć lat, a jej jedyny syn, ojciec Stelli, zniknął trzy lata temu i od tamtej pory ani razu nie nawiązał z nimi kontaktu. Samia pała słusznym gniewem. Ale ma dach nad głową; ma miękkie poduszki i bieżącą wodę. Ma w tej chwili to wszystko, czego Lucy nie może zaoferować swoim dzieciom.

– Tylko na jedną noc. Obiecuję, że na jutro coś znajdę – mówi.

Docierają na osiedle Samii akurat w chwili, gdy zaczyna padać deszcz, maleńkie wodne bomby eksplodują o rozgrzane płyty chodnika. W drodze na siódme piętro, w wymalowanej graffiti windzie, Lucy czuje ich zapach: zatęchłą woń niepranych ubrań, tłustych włosów, zbyt długo noszonych butów. Szczególnie pies, z gęstą i szorstką sierścią, straszliwie śmierdzi.

– Nie mogę – mówi Samia w progu, blokując im wejście. – Naprawdę nie mogę. Mazie jest chora i opiekunka musi tu dzisiaj nocować. Nie ma miejsca. Po prostu nie ma.

Na zewnątrz rozbrzmiewa trzask pioruna. Niebo rozżarza się na biało, płynie z niego ściana wody. Lucy posyła Samii rozpaczliwe spojrzenie.

– Nie mamy gdzie iść.

– Wiem o tym. Mogę wziąć Stellę, ale nie ciebie, nie chłopca i nie psa. Będziecie musieli znaleźć sobie jakieś inne miejsce.

Lucy czuje, jak Stella przywiera do jej nogi, drobne ciałko przebiega dreszcz niepokoju.

– Chcę zostać z tobą – szepcze do Lucy. – Nie chcę bez ciebie.

Lucy kuca i chwyta córkę za ręce. Dziewczynka ma zielone oczy, jak ojciec, włosy poznaczone orzechowym blondem, a twarz, po długim i słonecznym lecie, opaloną na ciemny brąz. To piękne dziecko; ludzie czasami zatrzymują Lucy na ulicy, żeby jej o tym powiedzieć, wzdychając przy tym cicho.

– Skarbie, będziesz miała sucho. I możesz się umyć. Mémé przeczyta ci bajkę…

Samia kiwa głową.

– Przeczytam ci tę, którą najbardziej lubisz. Tę o księżycu.

Stella wtula się jeszcze mocniej w matkę. Lucy zaczyna tracić cierpliwość. Oddałaby wszystko, żeby móc spać w łóżku mémé, posłuchać bajki o księżycu, wziąć prysznic i założyć czystą piżamę.

– Tylko na tę jedną noc, skarbie. Odbiorę cię z samego rana, dobrze?

Czuje ruch głowy potakującej córki i jej głęboki wdech mimo wstrzymywanych łez.

– Dobrze, mamo – odpowiada Stella, a Lucy wpycha ją do mieszkania Samii, zanim któraś z nich zdąży zmienić zdanie. Potem zostaje sama z Markiem i psem, z matami do jogi na plecach wychodzą na ulewę, w zapadający zmierzch i nie mają gdzie się udać.

Przez jakiś czas chowają się pod wiaduktem, ale nieustannie przetaczające się nad ich głowami samochody są ogłuszające. Deszcz nie przestaje padać.

Marco trzyma psa na kolanach, przyciska twarz do jego grzbietu. W końcu podnosi wzrok na Lucy.

– Dlaczego nasze życie jest takie gówniane? – pyta.

– Przecież wiesz dlaczego – rzuca warkliwie Lucy.

– Ale dlaczego nic z tym nie robisz?

– Staram się.

– Wcale nie. Przez ciebie się staczamy.

– Staram się – syczy Lucy, obrzucając syna wściekłym spojrzeniem. – W każdej minucie każdego dnia.

Marco patrzy na nią z powątpiewaniem. Jest za mądry i za dobrze ją zna. Lucy wzdycha.

– Jutro odbiorę skrzypce. Będę mogła znowu zarabiać.

– A jak zamierzasz zapłacić za naprawę? – pyta, mrużąc oczy.

– Znajdę jakiś sposób.

– Jaki sposób?

– Nie wiem jeszcze, dobra? Nie wiem. Coś się wymyśli. Jak zawsze.

Po tych słowach odwraca wzrok od syna i patrzy na parę zbliżających się do niej świateł. Nad ich głowami przetacza się potężny grzmot, niebo znowu się rozżarza, a deszcz, o ile to możliwe, jeszcze się wzmaga. Lucy wyciąga z zewnętrznej kieszeni plecaka poobijany smartfon i włącza go. Zostało jej raptem osiem procent baterii i już ma go znowu wyłączyć, kiedy zauważa powiadomienie z aplikacji kalendarza. Wisi od kilku tygodni, ale Lucy jakoś nie może się zebrać, żeby je anulować.

Tekst jest krótki: Dziecko kończy 25 lat.

3

CHELSEA, KONIEC LAT OSIEMDZIESIĄTYCH

Nazywam się Henry, imię mam po ojcu. To powtórzenie od czasu do czasu powodowało pewne zamieszanie, ale ponieważ matka mówiła do niego „kochanie”, siostra „tatusiu”, a w zasadzie wszyscy inni per „panie Lamb”, jakoś dawaliśmy sobie radę.

Mój ojciec był jedynym spadkobiercą fortuny swojego ojca, który dorobił się na automatach do gier. Nigdy nie poznałem dziadka, był już stary, kiedy urodził się mój ojciec, ale wiem, że pochodził z Blackpool i nazywał się Harry. Mój ojciec przez całe swoje życie nie przepracował nawet jednego dnia, tylko siedział i czekał, aż Harry umrze i przekaże mu majątek.

Nasz dom przy Cheyne Walk w Chelsea kupił tego samego dnia, w którym dostał pieniądze. Gdy Harry leżał na łożu śmierci, on polował na odpowiednią nieruchomość i miał ten dom na oku od kilku tygodni. Przerażała go myśl, że zanim zdobędzie spadek, ktoś zdąży sprzątnąć mu go sprzed nosa.

Dom był pusty, kiedy go kupił, więc ojciec przez kolejne lata wydał tysiące funtów na, jak to mówił, dzieła: głowy łosi wiszące na wyłożonych drewnianymi panelami ścianach, skrzyżowane nad drzwiami miecze, mahoniowe trony zdobione wijącym się wzorem barley twist, pełny rys i dziur po termitach stół bankietowy na szesnaście osób w średniowiecznym stylu, komody pełne pistoletów i batogów, sześciometrowe gobeliny, złowieszcze portrety olejne czyichś przodków, rzędy oprawionych w skórę ksiąg ze złoceniami, których nikt nigdy nie przeczyta, a do tego pełnych rozmiarów działo w ogrodzie przed wejściem. W naszym domu nie było wygodnych krzeseł, przytulnych kącików. Wszystko było z drewna, skóry, metalu i szkła. Wszystko było twarde. Zwłaszcza mój ojciec.

Podnosił ciężary w naszej piwnicy i pijał guinnessa ze swojej własnej beczki we własnym barze. Nosił szyte na miarę garnitury warte osiemset funtów, w których jego mięśnie i brzuch ledwo się mieściły. Włosy miał koloru starych monet jednopensowych, do tego szorstkie dłonie z zaczerwienionymi knykciami. Jeździł jaguarem. Grał w golfa, chociaż nie cierpiał tej gry, bo nie nadawał się do machania kijem; był zbyt sztywny, nie miał w sobie nic z giętkości. W weekendy jeździł na polowania; znikał w sobotni poranek ubrany w obcisłą tweedową marynarkę, z bagażnikiem wyładowanym bronią, po czym wracał w niedzielny wieczór z grzywaczami w pojemniku z lodem. Kiedyś, miałem wtedy jakieś pięć lat, przyprowadził do domu buldoga angielskiego; kupił go od człowieka na ulicy, płacąc świeżutkimi pięćdziesięciofuntowymi banknotami ze zwitka, który zawsze nosił w kieszeni marynarki. Powiedział, że pies przypominał mu jego samego. Potem buldog nasrał na zabytkowy dywan i ojciec się go pozbył.

Moja matka była „rzadką pięknością”.

To słowa mojego ojca.

„Twoja matka to rzadka piękność”.

Była w połowie Niemką, w połowie Turczynką. Nazywała się Martina. Była dwanaście lat młodsza od taty i zanim pojawili się tamci, była też ikoną stylu. Zakładała ciemne okulary i szła na Sloane Street, żeby wydawać pieniądze ojca na jedwabne chusty, szminki w złoconych pojemniczkach i francuskie perfumy. Czasami ktoś jej robił zdjęcia, jak niosła naręcza papierowych torebek, a potem publikował w eleganckich magazynach. Nazywali ją bywalczynią salonów, ale to nieprawda. Chadzała na wytworne przyjęcia ubrana w piękne stroje, jednak w domu była tylko naszą mamą. Nie najlepszą mamą, lecz też nie najgorszą; z pewnością wnosiła względną miękkość do naszego wielkiego, męskiego, ozdobionego maczetami domu w Chelsea.

Raz miała pracę, przez jakiś rok; polegało to na tym, że poznawała ze sobą ważne osobistości światka mody. A przynajmniej takie odniosłem wrażenie. Nosiła w torebce małe srebrne wizytówki z różowym napisem: „Martina Lamb i Wspólnicy”. Prowadziła biuro na King’s Road, jasne loftowe pomieszczenie nad sklepem, ze szklanym stołem, skórzanymi fotelami, teleksem, ubraniami w przezroczystych pokrowcach, a także białymi liliami w wazonie na cokole. Zabierała tam mnie i siostrę, gdy mieliśmy wolne od szkoły, i wręczała nam kuszące śnieżnobiałe kartki z ryzy papieru, a do tego garść markerów. Od czasu do czasu dzwonił telefon, a mama odbierała, mówiąc: „Dzień dobry, tutaj Martina Lamb i Wspólnicy”. Bywało, że wpuszczała przez domofon jakiegoś gościa – kłóciliśmy się z siostrą, kto następnym razem naciśnie guzik. Tymi gośćmi były skrzeczące, bardzo chude kobiety, które chciały rozmawiać wyłącznie o ubraniach i sławnych ludziach. Nie było oczywiście żadnych wspólników, tylko matka i momentami jakaś młoda stażystka z sarnimi oczami. Nie wiem, jak to się wszystko skończyło. Wiem tylko, że zniknęło loftowe biuro, zniknęły srebrne wizytówki, a mama wróciła do prowadzenia domu.

Razem z siostrą uczęszczaliśmy do Knightsbridge – prawdopodobnie najdroższej szkoły w Londynie. Wtedy ojciec jeszcze nie bał się wydawać pieniędzy. Wręcz przeciwnie, uwielbiał to. Im więcej, tym lepiej. Mundurki mieliśmy w kolorze kupy i żółci, chłopcy nosili pumpy. Na szczęście gdy byłem w takim wieku, by tego rodzaju strój wywoływał we mnie głębokie zażenowanie, ojciec nie miał już pieniędzy nawet na czesne, o sztruksowych pumpach od Harrodsa nie wspominając.

Wszystko wydarzyło się tak powoli, a jednocześnie niezwykle szybko – ta zmiana w naszych rodzicach, naszym domu, naszych życiach. Jednak tamtego wieczoru, kiedy Birdie pojawiła się w progu z dwiema dużymi walizkami i kotem w wiklinowym koszu, nie mogliśmy mieć nawet nikłego pojęcia o tym, jaki wywrze na nas wpływ, jakich ludzi wprowadzi do naszego życia i jak to wszystko się skończy.

Myśleliśmy, że zostanie tylko na weekend.

Inne książki tego autora