Czyste zło

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Czyste zło
Czyste zło
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,80  63,84 
Czyste zło
Audio
Czyste zło
Audiobook
Czyta Anna Szawiel
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Minęło kilka kolejnych tygodni. A potem kilka miesięcy, bo sprawa nie była świeża.

W końcu coś się ruszyło. Miejscowy artysta odtworzył w glinie twarz ofiary. Zrobiono fotografie, załadowano je do krajowej bazy danych – i nagle udało się trafić na ślad. Antropolożka sądowa przeprowadziła dodatkowe badania, porównała wiek, płeć, a także odniesiony w dzieciństwie uraz (złamanie ręki) z odnalezioną kością ramienną. Wszystko to zostało potwierdzone i szkielet zyskał ostatecznie nazwisko.

Dopiero wtedy zatelefonowano do agentki specjalnej Kimberly Quincy, bo to ją należało powiadomić w sprawie tej akurat zaginionej osoby. Według antropolożki sądowej, w górach Georgii odkryto szczątki zaginionej przed piętnastu laty Lilah Abenito. Przyczyna śmierci była nieznana, ale uszkodzenia kości gnykowej mogły wskazywać na uduszenie.

Kimberly zakończyła rozmowę. Przez chwilę przyswajała sobie tę informację. Zastanawiała się… Jeszcze przez moment przyswajała. Czekała na ten telefon od tylu lat, że nie mogła w to uwierzyć. Ale Lilah Abenito w końcu się odnalazła. A to oznaczało, że…?

Wzięła głęboki oddech, a potem wypuściła z płuc powietrze. I w tym momencie wiedziała już dokładnie, co powinna zrobić.

Rozdział 2
FLORA

KIEDYŚ CHODZIŁAM NA RANDKI z chłopakami. PJN. Przed Jacobem Nessem. Pamiętam, jak czesałam moje lśniące w słońcu włosy, aż skrzyły się kalifornijskim złotem. Potem robiłam sobie rzęsy na fioletowo i nie żałowałam tuszu, by podkreślić głębię szarych oczu. Do tego kusa, ledwo zakrywająca uda sukienka. Czemu nie? Przez całe dzieciństwo biegałam po lasach Maine i miałam długie, kształtne nogi, którymi chciałam się pochwalić.

W tamtych czasach byłam ostrą laską. Nie wchodziłam tak po prostu do baru, ja do niego wkraczałam: olśniewająca, promienna, wiecznie na rauszu. Byłam młoda i arogancka. I głupia. Boże, jaka głupia. Nawet teraz, osiem lat później, żałuję, że nie mogę się cofnąć w czasie i pogadać przez dwadzieścia sekund ze swoim młodszym, głupszym „ja”.

Ale nie miałam takiego szczęścia. Więc zamiast tego moje olśniewające, promienne „ja” wybrało się na wiosenne ferie na Florydę. I podobnie jak tyle innych atrakcyjnych studentek włożyłam kusą sukienkę i ruszyłam na miasto z najlepszymi kumpelami, prawie tak samo jak ja skrzącymi się i rozchichotanymi, prawie tak samo jak ja gotowymi pójść na całość. Wychylałyśmy jeden po drugim kieliszki tequili. Pląsałyśmy na parkietach usłanych skorupkami orzeszków. Odrzucałyśmy przystojniaków na rzecz tych, którym zależało tylko na seksie.

A potem…

Wciąż roztańczona, odpłynęłam od bezpiecznych świateł baru i znalazłam się na prawie bezludnej mrocznej plaży, słuchając piosenki, którą, upojona tequilą, tylko ja słyszałam w swojej głowie.

I Jacob Ness, który, jak mi później powiedział, obserwował mnie od kilku godzin, zgarnął mnie z tej plaży. Zabrał mi moje życie, próżność ładnej dziewczyny, całą moją fanfaronadę i to, kim byłam. On się pojawił, ja zniknęłam. I w ciągu następnych czterystu siedemdziesięciu dwóch dni poznałam zupełnie inny rodzaj egzystencji. Egzystencji, w której tkwiłam w skrzyni wielkości trumny i spełniałam kaprysy okrutnego psychola od dawna marzącego o własnej seksualnej niewolnicy.

Gdybym tylko mogła pogadać przez dwadzieścia sekund ze swoją młodszą, głupszą „ja”… Ale pewnych błędów nie da się naprawić. I pewnych doświadczeń nie można się pozbyć.

Jest to, co było. A teraz jest to, co jest.

Wciąż jednak brakuje mi tamtej dziewczyny. Zwłaszcza w takie wieczory jak ten.

SPOTYKAMY SIĘ W RESTAURACJI. Keith dobrze wie, że nie powinien podjeżdżać po mnie do domu. To naprawdę głupie. Facet jest komputerowym nerdem i mógłby prawdopodobnie zhakować Departament Obrony. Na pewno zna mój adres. Kurczę, niewykluczone, że ma dokładny plan całego mojego budynku.

Ale chcę zachować złudzenia i na tym etapie naszego „związku” Keith nie zamierza mi ich odbierać. Na dzisiejszą randkę wybieramy się do popularnej w Bostonie knajpy z żeberkami z grilla. Znanej z wielkich porcji i problematycznego sąsiedztwa. Hipsterzy nie powinni się tam pokazywać. Turyści mają niewielkie szanse przeżycia. To mi pasuje.

Kiedy pozwoliłam mu się zaprosić poprzednim razem, Keith zabrał mnie do aspirującego do pięciu gwiazdek lokalu z wykrochmalonymi białymi obrusami i dwudziestoma dziewięcioma srebrnymi sztućcami przy każdym nakryciu. Miałam na sobie elegancką bluzę z kapturem, ale i tak czułam się trochę nieswojo.

– Jesteś piękna, dokądkolwiek i w czymkolwiek wejdziesz – zareagował tak jak trzeba Keith.

Zastanawiałam się, ile zdołam dokonać zniszczeń czterema dostępnymi nożami, zwłaszcza tym do ryb, który wydawał się nowym interesującym narzędziem. Niespecjalnie ostrym, ale przecież nie trzeba czegoś ostrego jak brzytwa, by wyłupić komuś oczy. Za to nóż do masła miał ciężką srebrną rękojeść, idealną, by kogoś ogłuszyć. Były tam także kryształowe szklanki, które łatwo stłuc i kogoś pokaleczyć, oraz porcelanowe talerze, którymi można ciskać w ludzi niczym krążkami frisbee…

Wyszliśmy stamtąd bardzo szybko.

W ubiorze preferuję określony styl. Nazywam go lumpenproletariackim. Składają się na niego glany ze stalowymi noskami, ciemne bojówki i dowolna liczba bluz z kapturem. Niektóre z moich bluz mają napisy – logo albo nadruk. Wszystkie były prane tyle razy, że napisy są nieczytelne.

Nie wydaję pieniędzy na ubrania, na imprezowe sukienki ani nawet na nowe bluzy. Zainwestowałam za to ostatnio w nóż motylkowy. Gdy stalowe rękojeści złoży się niczym wachlarz – albo skrzydła motyla – widać na nich naprawdę odjazdowy motyw smoka. Jeden ruch nadgarstka i rękojeści się otwierają, wyłania się spomiędzy nich ostrze i zaczyna się krwawa jatka. Uwielbiam mój nowy nóż, w nocy całymi godzinami otwieram go i zamykam, wodzę palcami po odjazdowym rysunku smoka, a potem znów otwieram i zamykam. Tego wieczoru wsunęłam go w cholewkę buta. To jeden z powodów, dla których wyszłam dziś na miasto. Chciałam się przekonać, jak się chodzi z ukrytą bronią.

Bo randkowanie… Dziewczyna taka jak ja z facetem takim jak on…

Keith Edgar jest analitykiem komputerowym pracującym na własny rachunek. Jest także pasjonatem autentycznych zbrodni i uważa się za jednego z najlepszych ekspertów od Jacoba Nessa. Spotkałam się z nim w grudniu tylko dlatego, że potrzebowałam kilku informacji na temat życia, które prowadził Jacob, zanim mnie porwał.

Byłam wtedy przekonana, że Keith okaże się mieszkającym w suterenie maniakiem, śliniącym się na widok fotografii z miejsc zbrodni w podobny sposób, jak inni ślinią się na widok pornografii. Że będzie miał oczy nietoperza, gębę okrągłą jak księżyc i słabość do chipsów Doritos oraz napojów energetycznych.

Tymczasem…

Jest wysoki, atletycznie zbudowany, ma gęste, ciemne włosy i niesamowicie błękitne oczy. Preferuje garnitury Toma Forda i – jak zgaduję w środku nocy, kiedy myślę o rzeczach, o których nie powinnam raczej myśleć – majtki Calvina Kleina. Jest niewiarygodnie bystry i potrafi przeanalizować policyjny raport albo profil seksualnego drapieżcy prawie tak samo szybko jak ja.

W tym momencie uważam, że jest czymś najlepszym, co przydarzyło mi się od długiego czasu. Albo seryjnym mordercą.

To stanowi jeden z wielu problemów, z jakimi borykam się w trakcie takich jak ten wieczorów. I nie wiem, czy mówi mi to coś o nim, czy jest jedną z rzeczy, których nie chcę o sobie wiedzieć.

Siedząc teraz przy narożnym stoliku w zatłoczonej knajpie z żeberkami, liczę wyjścia. Frontowe, tylne i do kuchni, która prawdopodobnie też ma tylne wyjście. A zatem trzy. Wolałabym pięć.

Siedzący naprzeciwko mnie Keith patrzy, jak bębnię palcami po lepkim blacie stolika, i kręci głową.

– Cztery – poprawia mnie, domyślając się, o czym myślę. – To znaczy w męskiej łazience jest okno dość duże, by można było przez nie dać nogę. Damską będziesz musiała sprawdzić sama.

Wskazuje głową toalety. Prowadzą do nich korytarze po obu stronach baru, który usytuowano pośrodku sali. Irytujący rozkład, gdyby ktoś mnie pytał. Sześć kroków w lewo albo sześć kroków w prawo i cholerna przeszkoda na samym środku. Tak czy inaczej, więcej wyjść to więcej wyjść.

– Myślałem o żeberkach z wędzoną papryką w polewie z syropu klonowego – mówi Keith, biorąc do ręki menu.

– Pojawienie się w kaszmirowym garniturze w knajpie z żeberkami to dowód odwagi – stwierdzam.

Nagrodą jest olśniewający biały uśmiech. Jednak seryjny morderca, myślę.

– Floro, dla wielu dowodem odwagi jest to, że siedzę z tobą przy jednym stoliku.

W dodatku uroczy. Niech to szlag.

– Kupiłam sobie nowy nóż – chwalę się.

– Do tego zamówiłbym frytki z batatów. A ty?

– Coleslaw – odpowiadam z ponurą miną.

– Naprawdę? Każdy woli frytki z batatów od coleslaw. Robisz to chyba z przekory.

Krzywię się.

Keith pokazuje mi swój smartfon.

– Jeśli chcesz, mogę ci pokazać odpowiednie studium: Coleslaw czy frytki, czyli o ludziach, którzy ukrywają swoje najgłębsze pragnienia. Nie każ mi pokazywać, jakim jestem nerdem. Wiesz, że i tak to zrobię.

Oczywiście, że to zrobi. Czarujący, uroczy i sprytny. Kawał sukinsyna.

Chowam z powrotem nos w menu. Jestem niespokojna i czuję się nieswojo. Mam wrażenie, że dłonie, w których trzymam kartę dań, nie należą do mnie. Są pokryte odciskami i zgrubieniami, paznokcie mam obcięte krótko, bez śladu lakieru. Mówię sobie, że mam praktyczne ręce. Praktyczne i wprawne. Ale praktyczne i wprawne w czym?

Nadal nie wiem, jak postępować z mężczyznami takimi jak Keith. Który jest mną w oczywisty sposób zainteresowany, ale także cierpliwy i wyrozumiały. Czasami mówi nawet to co trzeba, ja jednak, zamiast poczuć się lepiej, nabieram wtedy podejrzeń. Za bardzo zna się na rzeczy, za dobrze wszystko rozumie.

 

Mówią, że Ted Bundy też był bardzo przekonujący.

– Żeberka i frytki z batatów – odzywa się w końcu.

– Kurczak i coleslaw – mówię.

– Coś do picia?

Kręcę głową, wskazując swoją wodę. Rzadko pijam alkohol. On zamówi pewnie piwo, ale tylko jedno. Ze względu na moją abstynencję czy dlatego, że tak samo jak ja lubi mieć wszystko pod kontrolą? Na tym właśnie polega randkowanie. Na tym, żeby się bliżej poznać. Spróbować odpowiedzieć sobie na kilka pytań. Kim on naprawdę jest? Kim ja naprawdę jestem? I co najbardziej intrygujące: kim możemy się stać razem?

Zdążyłam już, słowo honoru, spocić się pod bluzą, i kompletnie straciłam apetyt. Wiem, jak radzić sobie z seryjnymi psycholami. Ale ten wieczór może się dla mnie zakończyć klęską.

Dawno, dawno temu była sobie piękna dziewczyna o imieniu Flora, która śmiała się i flirtowała z chłopakami. A teraz?

Słyszę, jak wibruje moja komórka. Uratowana w ostatniej chwili. Wyciągam ją z kieszeni, rozpaczliwie pragnąc zająć się czymś innym. I chwilę później posyłam Keithowi zdumione spojrzenie.

– Musisz iść? – pyta, nie kryjąc rozczarowania.

– Oboje musimy iść – odpowiadam.

– Oboje? – Zaintrygowany, prostuje się na krześle.

Wyciągam komórkę i pokazuję mu otrzymanego esemesa.

– To od sierżant D.D. Warren. Chce się z nami spotkać. Natychmiast.

Keith rzuca na stolik gotówkę, łapie swoją skórzaną kurtkę i zrywa się, zanim mnie udaje się oprzeć dłonie o blat. W jego oczach widzę to samo, co skrzy się w moich. Błysk podniecenia.

Facet jest naprawdę idealny, myślę.

I kiedy wychodzę za nim z baru, jestem dziwnie pokrzepiona, czując, jak przy kostce uwiera mnie lekko mój nowy motylkowy nóż.

DETEKTYW SIERŻANT D.D. WARREN pracuje w wydziale zabójstw bostońskiej policji. Ma krótkie kręcone blond włosy, krystalicznie błękitne oczy i ostro zarysowaną szczękę. Nikt nie nazwałby jej pięknością, ale jest atrakcyjna na swój chłodny, nieco niebezpieczny sposób. W trakcie naszego pierwszego spotkania zrobiła na mnie wrażenie kobiety, która nie toleruje głupców i nie bierze jeńców. Do tej pory mnie nie rozczarowała.

Choć w okresie, gdy zostałam uprowadzona, studiowałam w Bostonie, w ogóle nie zajmowała się moją sprawą. Prowadziło ją FBI. Poznałam D.D. dopiero pięć lat po moim bezpiecznym powrocie, kiedy przestałam śnić na jawie i przeniosłam się do Bostonu, by ścigać groźnych seksualnych drapieżców.

Po raz pierwszy zobaczyłam ją, kiedy stałam skrępowana i naga nad niedoszłym gwałcicielem, którego unicestwiłam ogniem chemicznym. D.D. chciała przedyskutować ze mną moje kontrowersyjne podejście do zwalczania przestępczości. Ja chciałam, by z akt wynikało, że to on zaczął.

Nie określiłabym naszych relacji jako łatwych, ale przed rokiem poprosiła, bym została jej zaufaną informatorką. Sądzę, że powoli, lecz uparcie stara się nawrócić mnie na swoją wersję prawa i porządku. Szczerze mówiąc, w jej pracy jest za dużo papierkowej roboty. Odpowiadam, że to tylko kwestia czasu i ona dołączy do mojego świata samozwańczych stróżów prawa. Obie mamy być może rację.

Nie mam zbyt dużego grona przyjaciół. Podobnie jak wielu innych rozbitków zmagających się z zespołem stresu pourazowego, nikomu nie ufam i nikomu się nie zwierzam. Ale D.D. jest dla mnie kimś w rodzaju cenionej wspólniczki. I choć potrafi być wredna, mam czasami wrażenie, że mnie lubi. Odrobinę.

Dziewięć miesięcy temu współpracowałyśmy przy sprawie rodzinnego zabójstwa. D.D. znała zabójczynię – ciężarną żonę – ze sprawy, którą prowadziła szesnaście lat wcześniej. Ja rozpoznałam ofiarę – męża – jako faceta, z którym przesiadywał w barze mój porywacz, Jacob Ness. D.D. i ja musiałyśmy znaleźć odpowiedzi na wiele pytań.

W trakcie tego śledztwa dowiedziałam się wielu nieprzyjemnych rzeczy.

Po pierwsze: Jacob Ness, którego zabiłam własnymi rękami, był głównym podejrzanym w co najmniej sześciu innych sprawach zaginionych osób, które najprawdopodobniej nigdy nie zostaną rozwiązane, ponieważ sprawca nie odpowie już na żadne nasze pytanie.

Po drugie: Jacob Ness, na którego temat po tym, jak mnie uratowano, nie chciałam oficjalnie udzielać żadnych informacji, prowadził najwyraźniej o wiele bardziej zbrodnicze życie, niż nawet ja mogłam podejrzewać. Działał między innymi aktywnie w darknecie, co wymaga informatycznej wiedzy, której ktoś, kto nie ukończył szkoły średniej i nigdy nie przeczytał żadnej książki, raczej nie powinien posiadać. Miał również dostęp do jakiejś chaty, w której więził mnie na początku mojej niewoli i pewnie przetrzymywał tam inne ofiary. Mimo to FBI nigdy nie zdołało zlokalizować tej, jak ją nazywaliśmy, pieczary potwora, co było kolejną wskazówką, że znał dobrze metody śledcze, i kłóciło się z poziomem jego wykształcenia.

Po trzecie: wydawało mi się, że wiem wszystko, co trzeba wiedzieć, o tym złym, potwornym człowieku, który przez czterysta siedemdziesiąt dwa dni kontrolował każdy mój oddech. Okazało się, że nie miałam racji.

I tu wchodzi na scenę Keith Edgar. Ze względu na jego informatyczną biegłość i jak sam twierdził, rozległą wiedzę w temacie Jacoba Nessa, wydawał się kimś, z kim należało się skontaktować, by uzyskać więcej informacji o kryminalnej przeszłości mojego porywacza. Fakt, że Keith przypomina z wyglądu Teda Bundy’ego, jest czystym zbiegiem okoliczności, tak to sobie w każdym razie tłumaczę.

We współpracy z detektyw sierżant Warren i agentką specjalną Kimberly Quincy z FBI Keith i ja zdołaliśmy w końcu odkryć login i hasło Jacoba w darknecie. To pozwoliło nam odtworzyć osiem lat jego aktywności w sieci i rozwiązać zagadkę pewnego morderstwa. FBI odwdzięczyło się Keithowi, odbierając mu komputer Nessa. Quincy złożyła jakieś sztampowe przeprosiny: że takie obowiązują w FBI zasady, że takie są ich techniki kryminalistyczne, bla, bla, bla.

Wkurzyło mnie to na maksa. Keith był zdruzgotany. Ale nie aż tak bardzo, jak mogłam się spodziewać, więc zaczęłam się zastanawiać, ile wrażliwych informacji skopiował, zapamiętał albo zmapował, zanim Quincy zabrała mu jego zabawkę. Komputerowi maniacy potrafią być bardzo pomysłowi i z pewnością nie zawracają sobie głowy przepisami federalnymi.

W późniejszych miesiącach nigdy nie zapytałam otwarcie Keitha, co zrobił. Uznałam, że i tak mi nie powie, bo wygląda na kogoś, kto bardzo się pilnuje. Ale jestem pewna, że jeśli trafił na jakąś bombę, będę pierwszą osobą, którą o tym poinformuje; nie ujawni tylko swojego źródła.

Dobrze nam się współpracuje. Powtarzam to sobie, gdy kierowca Ubera podwozi nas pod komendę bostońskiej policji. Nawet o tak późnej wieczornej porze w szklanym budynku palą się światła.

Keith i ja wchodzimy w milczeniu do środka i widzimy stojącą w holu wejściowym – najwyraźniej na nas czekającą – D.D. Warren. Ma przy sobie małą torbę podróżną.

I w tym momencie wiem już, co jest grane.

Idący obok mnie Keith też się tego domyśla.

– Znaleźli coś – mówi szeptem.

– Znaleźli kogoś – poprawiam go.

I kimkolwiek jest ta biedna kobieta, której nigdy nie poznałam, ale z którą na zawsze będę połączona nieuchwytną więzią, już teraz jest mi jej strasznie żal.

Obie spotkałyśmy kiedyś na swojej drodze Jacoba Nessa.

I tak naprawdę żadna z nas nie wróciła do domu.

Rozdział 3
D.D.

DETEKTYW SIERŻANT D.D. WARREN z bostońskiej policji była zakochana po uszy.

Nigdy by się tego nie spodziewała. Jej życie już od dawna dzieliło się na trzy starannie zaplanowane fazy: pracę, pracę i pracę. Od czasu do czasu pozwalała sobie skorzystać z bufetu, w którym można było zjeść tyle, ile dusza zapragnie, bo dziewczyna potrzebuje jakiegoś hobby. Choć jej prawdziwym hobby były buty. Tak czy inaczej, większość swego dorosłego życia spędziła, starając się skopać tyłki jak największej liczbie drani. Niektórzy koledzy z pracy uważali ją za osobę ogarniętą obsesją, a nawet wyniosłą. Nie jej problem. W następstwie urazu, który odniosła w czasie służby, powierzono jej nadzór nad wydziałem zabójstw – co oficjalnie oznaczało awans, ale zawsze wolała pracować w terenie niż za biurkiem. Jej dawni partnerzy, Phil i Neil (a ostatnio także mała, zadziorna i upierdliwa Carol) przywykli w końcu do tego, że chciała mieć wszystko pod kontrolą.

Dzisiejszy telefon od agentki specjalnej Kimberly Quincy – która zaprosiła D.D. do zespołu badającego na nowo kilka zamkniętych spraw związanych z cieszącym się złą sławą przestępcą – był czymś, o czym marzy chyba każdy prawdziwy policjant. D.D. powinna być podekscytowana i ożywiona, powinna podskakiwać z radości w swoich nowych, gładkich jak aksamit, czarnych skórzanych butach. Tyle że, niestety, była zakochana.

Wolałaby wrócić do domu. Jej mąż Alex, analityk kryminalistyczny i wykładowca w akademii policyjnej, rozumiał świetnie wymogi jej pracy. Sam też musiał im kiedyś sprostać. W obecnej fazie życia mógł już trochę zwolnić, podziwiać zaangażowanie żony i uśmiechać się do niej, jakby chciał mruknąć: „A nie mówiłem?”.

Co ją tak zniewoliło? Co zawładnęło jej sercem tak totalnie, że cierpiała katusze, wychodząc codziennie z domu? Mieli synka. Sześcioletniego, hiperaktywnego, cudownego Jacka. Który biegał po domu w piżamie z motywami Avengers ze swoją wierną psią przyjaciółką Kiką. Kiedy Jack podskakiwał, ich łaciata suczka podskakiwała jeszcze wyżej. Kiedy śmigał po ogrodzonym podwórku, Kika śmigała jeszcze szybciej. Jack nie miał słabości do butów, natomiast Kika zdecydowanie lubiła od czasu do czasu pogryźć jakieś drogie pantofle, musiał więc chować je szybko pod łóżkiem lub za sofą, by kryć swoją wspólniczkę.

Jack był głupiutki, dziki i zdecydowanie zbyt cudowny, by nie odbiło się to negatywnie na zdrowiu psychicznym D.D. i Alexa.

Dlatego tak trudno było stanąć pośrodku salonu i powiedzieć: „Mamusia musi na kilka dni wyjechać. Być może nawet na tydzień”.

Podszedł do sprawy sprytnie: w pierwszej chwili nie było fontanny łez. Zamiast tego odegrał rolę dzielnego młodego człowieka. Głowa w górę, ramiona wyprostowane.

– Dobrze, mamusiu. Jeśli musisz to zrobić, żeby złapać złych ludzi… – W tym momencie zadrżała mu dolna warga. Ukląkł na podłodze i objął siedzącą obok chudą Kikę. – Przynajmniej mam ciebie, mała. Wiem, że nigdy mnie nie opuścisz.

Zerknął szybko przez ramię, żeby sprawdzić, czy D.D. ogląda przedstawienie.

Stojący przy ścianie Alex zaczął bić brawo i pogratulował synowi udanego występu. Co sprawiło, że zarówno D.D., jak i Jack spojrzeli na niego spode łba.

– Twoja mama musi wyjechać – złajał syna Alex. – Więc uściskaj ją i przestań starać się o rolę na Broadwayu.

Sześciolatek wydał w końcu dramatyczne westchnienie, wstał i poklepał matkę po plecach.

– Będę za tobą tęsknił – oznajmił ze stoicyzmem. – Codziennie wysyłaj esemesy.

– Nie ogląda za dużo telewizji? – zaniepokoiła się D.D.

Jej mąż wzruszył ramionami.

– Tylu superbohaterów, tak mało czasu.

– Wrócę tak szybko, jak to możliwe – zapewniła syna.

– Jasne. – Jack pociągnął nosem.

Próbowała znaleźć moralne wsparcie u Kiki, naprawdę, u tej butożernej suki, lecz ta odwróciła się do niej zadem.

– Cóż… – westchnęła D.D. – Może chociaż ty będziesz odbierał moje telefony? – zwróciła się do męża.

– Zawsze – zapewnił ją Alex. – Mogę nawet rozmawiać z tobą na FaceTimie.

– Przynajmniej jest ktoś, kto mnie kocha.

Alex objął ją.

– Mali chłopcy potrafią złamać serce – szepnął jej do ucha.

– Rodzicielstwo nie jest dla mazgajów – mruknęła.

Mąż delikatnie ją pocałował.

– Za chwilę mu przejdzie. Dorwij ich, wojowniczko. Obaj jesteśmy z ciebie tacy dumni.

– Trzy do czterech dni – rzuciła. – Góra siedem.

– W federalnym zespole roboczym?

– Zgadza się.

– Złapiesz jakiegoś szubrawca? A może nawet sprowadzisz do domu zbłąkaną duszyczkę?

– Taką mam nadzieję.

– W takim razie nie musisz się nami przejmować. Twoi faceci dadzą sobie radę. Chociaż nie mogę nic obiecać w kwestii telewizji i Frosted Flakes na śniadanie.

Wzruszyła ramionami.

– Lubiłam Frosted Flakes na śniadanie.

– Doskonale, więc to będzie twoja wina.

 

Tak oto D.D. trafiła z powrotem do samochodu i z torbą podróżną na siedzeniu pasażera wracała na komendę, gdzie czekała ją jeszcze jedna trudna rozmowa. Miłość to coś skomplikowanego i potężnego. Może pokonać najsilniejszych, dopaść Bogu ducha winnych, zamieszać w życiu kobiety skoncentrowanej do tej pory wyłącznie na karierze.

Wszystko to wydawało się mieć sens, dopóki do komendy bostońskiej policji nie wmaszerowała Flora Dane z Keithem Edgarem u boku. Jedno spojrzenie na jej spięte ramiona, sprężysty krok i na to, jak na siebie zerkali, starając się na siebie nie zerkać, przypomniało D.D. o tej drugiej stronie miłości. O tej, która nie kwitnie i nie rośnie. I uświadomiła sobie gorzką smutną prawdę, że przez miłość można stracić wszystko.

I często się traci.

ZAPROWADZIŁA FLORĘ I KEITHA do wydziału zabójstw na piętrze. Oboje byli tu już wcześniej i choć chętnie oznajmiłaby, że awans na stopień detektyw sierżant oznacza, że może ich teraz gościć w wielkim gabinecie, to w rzeczywistości w jej klitce z trudem mieścili się dwaj funkcjonariusze. Zabrała więc Florę i Keitha do przeszklonej sali konferencyjnej, która podobnie jak reszta budynku, przypominała bardziej pomieszczenie z firmy ubezpieczeniowej, a nie komendy policji. Biurowe boksy i niebieska wykładzina podłogowa wydziału zabójstw kojarzyły się ze stateczną korporacyjną robotą. Niektórzy detektywi ozdobili ściany krwawymi zdjęciami z miejsc przestępstw i rozpięli przy nich policyjną taśmę – po prostu, żeby nie zwariować. W pracy śledczych poczucie humoru jest koniecznością.

– Oto co już wiemy – zaczęła bez zbędnych ceregieli D.D. – Dwa i pół miesiąca temu w górach w Georgii odkryto szczątki szkieletu.

– W Georgii – powtórzył za nią Keith, posyłając Florze znaczące spojrzenie.

– Dokładniej, w okolicach Niche – ciągnęła D.D. – niewielkiej miejscowości, której mieszkańcy zapewniają noclegi i wyżywienie turystom przemierzającym Szlak Appalachów. Za małej, żeby Jacob założył tam swoją bazę – dodała, spoglądając na Florę.

– Za bardzo by się wyróżniał – potwierdziła dziewczyna. – Kierowca ciężarówki nadużywający narkotyków i odznaczający się brakiem osobistej higieny. Niezbyt pasuje do małego miasteczka.

– Właśnie. Szczątki udało się zidentyfikować. To niejaka Lilah Abenito…

Keith wyciągnął nagle z torby laptop i go odpalił. Oczywiście notatki. D.D. teraz to sobie przypomniała. W trakcie wszystkich ich spotkań stukał w klawiaturę niczym wściekły dzięcioł. Zastanawiała się często, dlaczego Flora, która miała całkiem praktyczne podejście do rozwiązywania problemów, chciała się wiązać z tym informatycznym świrem.

Skończył uruchamiać komputer.

– Lilah Abenito zaginęła przed piętnastu laty – podjęła D.D. – Była jedną z pierwszych ofiar przypisywanych Jacobowi Nessowi. I dlatego agentka specjalna Kimberly Quincy tworzy federalny zespół roboczy, który ma zbadać zabójstwo Lilah Abenito i poszukać kolejnych dowodów przestępczej działalności Jacoba Nessa.

– Co do tej pory wiemy? – zapytała Flora, która nie usiadła; stała, zaciskając palce na oparciu krzesła.

– Niewiele. Ale ponieważ ze względu na powiązania z Jacobem Nessem sprawie nadano priorytet, wszystko zostanie ponownie sprawdzone, w tym także wstępne ustalenia antropolożki sądowej. Tymczasem my – D.D. spojrzała na Florę i Keitha – udamy się jako członkowie zespołu roboczego do hrabstwa Mosley. Naszym zadaniem będzie ponowne zbadanie miejsca, w którym odkryto szczątki… a także pobliskich szlaków, siedlisk ludzkich i tego, co się tam dzieje.

– Domyślam się, że nie można tam dojechać żadną autostradą – mruknęła Flora.

– Nie. Miejscowość leży wysoko w górach, z dala od utartych szlaków. Z pewnością z dala od dróg, którymi mógłby się przemieszczać swoją wielką ciężarówką Jacob Ness.

– Fakt, że szczątki leżały tam od dawna, oznacza, że trudniej będzie znaleźć dowody – zastanawiał się na głos Keith. – Z drugiej strony, piętnaście lat temu Jacob Ness zaczynał dopiero swój morderczy proceder. W związku z tym nie potrafił jeszcze tak dobrze zacierać śladów. Nie udoskonalił swojej techniki.

– To unikalna sposobność – zgodziła się D.D. – Agentka Quincy zaprosiła nas wszystkich do zespołu roboczego. Co jest, o czym nie muszę wam chyba mówić, nie lada honorem dla dwojga cywilów.

– Quincy mnie potrzebuje – stwierdziła bez ogródek Flora. – Nikt nie zna Jacoba tak dobrze jak ja. Nikt inny nie przeżył, żeby opowiedzieć, co go spotkało.

– W grudniu udało mi się całkiem nieźle rozpracować jego komputer – dodał Keith. – W ciągu czterdziestu ośmiu godzin dowiedziałem się więcej niż FBI w ciągu sześciu lat.

Oboje mieli rację i D.D. dobrze o tym wiedziała.

– Dziś wieczorem wylatujemy do Atlanty – poinformowała ich. – Pierwsze zebranie zespołu roboczego odbędzie się jutro z samego rana. Potem natychmiast przystępujemy do pracy.

Keith nie skomentował tego; po prostu zamknął laptop i wstał; najwyraźniej podjął już decyzję.

Co do Flory, to detektyw sierżant Warren wiedziała, że w ogóle się nie zawaha. Dokądkolwiek udał się Jacob Ness, Flora Dane zawsze podążała jego śladem, dając imponujący pokaz siły ducha i zarazem smutne świadectwo kompleksu ocalałej.

– Masz bilety? – zapytała.

– Samolot startuje z lotniska Logan o dwudziestej pierwszej.

– Do zobaczenia na lotnisku.