KrawędźTekst

Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Tytuł oryginału angielskiego Verge. Stories

Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © 2020 by Lidia Yuknavitch

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2021

Copyright © for the Polish translation by Kaja Gucio, 2021

Opieka redakcyjna Jakub Bożek

Redakcja Karolina Iwaszkiewicz

Korekta Justyna Żebrowska, Karolina Górniak-Prasnal

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Cytat z Burzy Williama Shakespeare’a na s. 104 w przekładzie Leona Ulricha; cytat z Hamleta na s. 111 w przekładzie Józefa Paszkowskiego.

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-260-0

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Przyciąganie

Kurierka

Ulicznica

Ogród rozkoszy ziemskich

Obiekt kobiecy (który eksploduje)

Kosmos

Drugi język

Kobieta, która wyraża

Jedenaste przykazanie

Drive-thru

Granica

Kobieta, która odmawia

Strzał

Kobieta, która przeprasza

Mechanika

Drugie przyjście

Bicie

Kobieta, która wychodzi

Jak stracić z oka

Dwie dziewczyny

Podziękowania

Kolofon

Ta książka jest dla Andy’ego Mingo, miłości mojego życia.

Dziękuję, że zawsze znajdujesz mnie w przestrzeniach pomiędzy rzeczami.

Przyciąganie

W wodzie pływaczka czuje się nieważka. Błękit basenu wypełnia jej uszy, unosi ciało i odcina ją od świata. To jej ulubiony stan. Na lądzie oddycha z trudem.

Ponoć nie miała jeszcze dwóch lat, kiedy woda przyciągnęła ją po raz pierwszy. Pewnego popołudnia podczas rodzinnego wyjazdu nad Morze Śródziemne zeszła z pomostu, zanim ktokolwiek zdążył to zauważyć, i wpadła do wody jak kamień. Jej siostra, starsza o pięć lat, wskoczyła za nią i wyciągnęła ją z powrotem na powierzchnię. Uśmiechniętą, wcale się nie topiła. Pływaczka nic z tego nie pamięta – to po prostu barwna rodzinna opowieść.

Tyle że całe jej dzieciństwo jest jak jedna długa opowieść, której nie ma ochoty słuchać. Z tych, od których zaczyna ściskać w piersi.

Woli pływać niż robić cokolwiek innego. Woli codziennie pływać niż przypomnieć sobie choćby jedną chwilę z dzieciństwa. Nie pamięta nawet kształtów budynków w swojej okolicy. Dom to roztrzaskana cegła w jej gardle.

W holu przy drzwiach do jej pokoju wisi jedno rodzinne zdjęcie, zrobione podczas dawno zapomnianego spotkania. Pomiędzy krewnymi o twarzach bez uśmiechu są puste miejsca, w których powinni stać pozostali. Wujek. Kuzynka. Brat albo ciotka. Jak gdyby rodzina po kawałku znikała, ciało za ciałem.

Nie ma na świecie niczego, co kochałaby bardziej niż wodę, może z wyjątkiem twarzy siostry. Czasami w nocy głaszcze zmarszczkę, która pojawia się między jej brwiami, kiedy ma koszmary, co odkąd nadjechały czołgi, zdarza się często. A siostra delikatnie wodzi palcami po małżowinie jej ucha, żeby pomóc jej zasnąć, gdy ze strachu przed ostrzałem z moździerzy do późna nie może zmrużyć oka. Siostra to jej lina ratownicza. Dwie dziewczyny, które trzymają się razem, by przeżyć.

Jej samej nigdy nie śnią się koszmary. Zamiast tego ma wodne wizje. Jak gdyby woda do niej mówiła.

Ruszaj rękami, jakbyś była wolna od grawitacji. Otwórz usta, je śli chcesz, ale nie oddychaj tak, jak na lądzie; zamknij oczy i przypomnij sobie ten błękit, którym można oddychać. A potem je otwórz. Teraz możesz oddychać pod wodą. Wszyscy możemy. Wszyscy to robiliśmy. Zanim zaczął się czas. Teraz pozwól, żeby twoje ciało przestało unosić się na powierzchni i zanurzyło się w wodzie. Kiedy dotrzesz na dno oceanu, dotknij stopami piasku, odzyskaj ciężar i wstań. Teraz możesz iść, dokąd chcesz. Towarzyszą ci rozgwiazdy i żółwie. Tuż obok przepływa elektryczny węgorz wygięty w lit erę S, pokryty żółtymi i niebieskimi cętkami. Spójrz na swoje ręce. Potrafisz wyobrazić sobie płetwy? Rozstaw szeroko palce. Był taki czas, zanim pojawiły się palce, ręce, nogi. Zanim na lądzie rozwinęło się życie. W oceanie nie ma samotności. Jest tylko wodna życiośmierć. Bujna życiośmierć.

W rodzinie powtarzało się jeszcze jedną opowieść – o tym, jak trenerzy zauważyli ją, kiedy młóciła wodę w hotelowym basenie, całkiem sama. Właśnie tak dostała się do drużyny pływackiej. Zanim ziemia się zapadła i z nieba zaczął padać metal. Jeśli gdzieś była woda, ona ją znajdowała. Hotelowy basen w kształcie nerki obok supermarketu, morze na wakacjach, basen na zbombardowanym osiedlu, wypełniony do połowy wodą pełną liści, ziemi i pyłu, a kto wie, może i krwi – ale jej było wszystko jedno. Mogła pływać wszędzie. Pływanie sprawiało, że świat znikał.

Dzięki pływaniu pływaczka czuje się żywa. Mięśnie niosą ją przez wodę, oddech nadaje rytm, serce bije. Jedyne osoby, z którymi czuje więź, to inni pływacy. Nie potrzebują języka, żeby się porozumieć. Pod wodą wszystkie ciała wyglądają na spokrewnione, mają taki sam kształt, poruszają się w tym samym rytmie, przecinają fale, różne i jednakowe zarazem.

Czasami chciałaby pływać cały dzień i całą noc i nigdy nie wracać do domu.

Ale potem przychodzi chwila, kiedy zmienia się wszystko, co wiąże się z basenem i tym, co przeżywała na basenie. Lekcje coraz częściej są odwoływane, na kilka tygodni, ale wciąż piszą do siebie z koleżankami na czacie i rozmawiają o zwykłych sprawach. Dzieciaki zazwyczaj nie zauważają zmian, po prostu chcą spędzać czas z przyjaciółmi, być normalne. Ale są też ostrzeżenia. Zawsze były ostrzeżenia, ale tego dnia mama zabrania jej iść do szkoły i na trening.

Tego popołudnia, gdy ramiona bolą ją od niepływania, z nieba dobiega świst, później zapada ogłuszająca cisza, a potem bomba rozwala prawie cały dach i jedną ścianę basenu. Giną dwie pływaczki, jej koleżanki. Ich bezwładne ciała unoszą się na powierzchni wody, a później toną. Nie zbliżą się już o kolejną długość do swojej przyszłości.

Po tym, jak śmierć wkroczyła w jej życie i zabrała wodę, myśli tylko o tym, by dostać się do morza.

W jej wodnej wizji ocean, który jest pod wszystkimi rzeczami, przelewa się z szumem przez kości i szczątki statków i morskich stworzeń, i ciała mężczyzn i kobiet, i dzieci, i zwierząt, i rafy koralowe kwitnące i umierające, i plastik, i ropę, i dymy wulkanów… wszystko płynie, wszystko jest częścią wszystkiego. Całe cywilizacje obok nowych ławic ryb, nowych gatunków, coraz głębszych znaczeń. Fotosynteza i jej brak, a jednak życie i coraz więcej życia. Pod wodą śmierć rzeczy ustępuje miejsca życiu rzeczy. Nie ma murów ani dróg, ani ogrodzeń, ani państw, ani bomb, tylko cyrkulacja wód, prądy morskie, siła Coriolisa. Fale przyciągane i odpychane przez Słońce i Księżyc. Morze, które do ciebie mówi. Cofa się i wzbiera. Tworzy i niszczy, i odtwarza w nieskończonych falach.

 

Kiedy razem z siostrą wyjeżdżają z kraju, wiedzą już o niebezpieczeństwach tej podróży. Jej rodzice wiedzą. Wszyscy wszędzie wiedzą. Opowieść o tym, jak wyjechać, narodziła się, zanim przyszły na świat. Nocne rozmowy krewnych i kochanków, i przyjaciół, i nieznajomych o rozdarciu w związku z wyjazdem. Jej myśli krążą chaotycznie wokół martwych koleżanek i zbombardowanego basenu, wokół wszystkiego, przez co nie może pływać. Ma takie same pragnienia jak inne dzieci. Chce pływać. Mieć przyjaciół. Chodzić do szkoły. Nie głodować. Nie umrzeć. Zaciska zęby.

Więc kiedy ona i jej siostra wyjeżdżają, wyjazd ma już swoją opowieść. Dołączą do fali innych wyjeżdżających. Dotrą lądem do Turcji, następnie przez Morze Egejskie do Grecji, a z Grecji w dwadzieścia dwa dni do Niemiec. Nieważne, skąd są ci ludzie, skąd pochodzą ich ciała. Liczy się tylko to, że będą podróżować razem, jak nowy organizm, który powstał w chwili wyjazdu, mieszanina języków, lęków i pragnień. Jak nowy gatunek, który wychodzi z wody na brzeg.

Na Morzu Egejskim, o zmierzchu, kiedy ponton zaczyna się chybotać, jak tyle innych na świecie, wszyscy są tak spragnieni, że sól i łuszcząca się skóra oblepiają im twarze i zbierają się wokół ich oczu i ust. Pozostali pasażerowie są nastolatkami, w tym samym wieku co ona i jej siostra, ale też o wiele młodsi; jest dwoje bardzo małych dzieci, trochę starszych. Są wobec siebie zawzięcie życzliwi, okazują sobie gwałtowne współczucie, które może utrzymać ich przy życiu, jeśli tylko nie pozwolą mu zatonąć. Kiedy ponton zaczyna się wywracać, pływaczka przez chwilę myśli, że wygląda jak przekrzywiona fotografia rodzinna, jak gdyby cały świat się przechylił i ludzie zaczęli wypadać z kadru do morza. Przygląda się uważnie ich twarzom, tej rodzinie obcych, a potem znów patrzy na wodę.

Najtrudniejsza część: wszyscy widzą brzeg w oddali, ale ona widzi po ich twarzach, że żadne z nich nie pływa tak dobrze, by do niego dotrzeć.

W swojej wodnej wizji pływaczka czuje przyciąganie.

Niektórzy czują takie przyciąganie, kiedy znajdą się na głębokiej wodzie. Przyciąganie, o którym się nie mówi. Takie przyciąganie przychodzi do ludzi, których życie jest zbyt ciężkie. Ludzi, których życie przełamuje opowieść i zmierza tam, dokąd inni boją się iść. To przyciąganie jest jednocześnie chłodne i ciepłe; oddaje ciało historii; jest jak wody płodowe, tylko silniejsze. Ci, którzy je odczuwają, schodzą trochę niżej, trochę głębiej opadają pod wodę. Rozluźniają ręce i nogi, zamykają oczy i z nadludzkim spokojem wstrzymują oddech. Taki spokój ogarnia tych, którzy jako dzieci wierz yli , że potrafią oddychać pod wodą. Ci, którzy czują to przyciąganie, doświadczają wówczas jednej z dwóch rzeczy. Jedni miotają się aż do wycieńczenia, a następnie, gdy woda wypełnia to, co było ich oddechem, tak jak przed narodzinami, poddają się i nieruchomieją. Przyciąganie żyje w każdym z nas inaczej.

Inni z kolei otwierają oczy pod wodą i nagle czują impuls do działania, znacznie silniejszy niż oddech, i młócąc rękami i kopiąc, wracają na powierzchnię i wielkim haustem wciągają powietrze do płuc. Ci walczą o życie.

Zdejmuje buty. Jej siostra też. Ściąga spodnie. Siostra robi to samo. Zsuwa się do wody. Siostra zsuwa się za nią. Dwie pływaczki, które nauczyły się pływać, zanim umiały chodzić.

Pływaczka mierzy wzrokiem dystans, jej głowa kołysze się na powierzchni morza jak boja. Przeciętny człowiek uznałby go za o wiele za duży – dla reszty pasażerów jest przerażający, jak decyzja, żeby utonąć – ale jej wydaje się jak najbardziej możliwy do pokonania. Odwraca się i patrzy na siostrę. Widzi w jej oczach, że dadzą radę. Unosi się w miejscu, kreśli rękami ósemki, bez wysiłku porusza nogami, jest pewna swojego ciała. Potrafią dopłynąć do życia. Wyciąga dłoń i wygładza jej brwi.

A potem odnajdują liny pontonu i przywiązują je sobie do kostek.

Płyną z fenomenalną pewnością, dają z siebie wszystko, ciągną za sobą pozostałych. Piękne ciała pływaczki i jej siostry, potężne przyciąganie wody pod nimi, przyciąganie oczu i serc tych na pontonie, żywiących nadzieję wbrew nadziei, i przyciąganie wielkiego złego świata, który szaleje wokół nich, przyciąganie do…

Ta opowieść nie ma zakończenia.

To my posyłamy dzieci na morze.

Kurierka

Kiedy Anastazja Radavic miała osiem lat, na pół roku przeszczepiono jej całą lewą dłoń do kostki, tuż nad stopą.

Dłoń obciął kombajn na polu pszenicy. Anastazja pracowała z rodziną na roli od piątego roku życia, więc uważano ją za sprawną robotnicę, ale wystarczyło, że odwróciła wzrok na trzy sekundy, gdy maszyna akurat mijała rządek, w którym razem z innymi dzieciakami pracowała z rękami nisko nad ziemią, i doszło do tragedii. Dłoń była zbyt poharatana, żeby ją przyszyć od razu, więc lekarze przeszczepili ją do kostki, żeby się najpierw zagoiła – dość ryzykowna operacja nawet dla najlepszych specjalistów na świecie. Lekarze w jej stronach byli często przyjezdni, ściągali tu ćwiczyć najnowsze techniki, bo pacjentów nie brakowało, a obostrzeń właściwie nie było. Pół roku później przyszyli dłoń z powrotem do nadgarstka. Potrzeba było kilku operacji, by powróciło do niej czucie, różowiała stopniowo, w miarę jak poprawiało się ukrwienie, aż w końcu Anastazja odzyskała w niej trochę władzy. Ale nigdy nie zapomniała, jak to wyglądało, kiedy dłoń wyrastała z nogi. Dwie części jej ciała złączone ze sobą w sposób, w jaki nigdy nie powinny zostać złączone. Pamiętała, jak leżąc w szpitalnym łóżku, wpatrywała się w tę dłoniostopę i zastanawiała się, czy zdradzają sobie nawzajem sekrety.

Nocami pozostałe dzieci w państwowym szpitalu popiskiwały cicho jak zwierzęta i zasypiały z płaczem, niektóre mniej lub bardziej porzucone. Anastazja spędziła tam wiele miesięcy. Myślała o swojej przytwierdzonej do nogi ręce – kojarzyła jej się z szympansami, z tym, jak biegają, opierając się wierzchem dłoni o ziemię i chwytając się różnych rzeczy stopami, żeby zwiększyć przyczepność. Jej sny zapełniły się naczelnymi; wyobrażała sobie, jak sama biegnie w ten sposób.

Wiedziała ze szkoły, że w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych Rosjanie wykorzystywali makaki w programie kosmicznym Bion. Zapamiętała nawet ich imiona: Abrek i Bion, Wiernyj i Gordyj, Drioma i Jerosza, Żakonia i Zabijaka, Krosz i Iwasza, Łapik i Multik. Nie przeżył tylko Multik, odszedł pod narkozą podczas biopsji.

Spędziła w szpitalu prawie dwa lata i o swojej fascynacji małpami opowiadała każdej pielęgniarce, która chciała jej słuchać. Jedna z nich przemyciła dla niej książkę Jane Goodall, zachodniej prymatolożki – tytuł brzmiał Moje życie z szympansami – i niewielką pluszową małpkę. Anastazja schowała książkę w bezpiecznym miejscu, pod swoim cienkim poplamionym materacem.

Kiedy ręka zagoiła się na tyle, na ile to było możliwe, Anastazja została wypisana do domu. Książkę schowała za paskiem, na plecach. Maskotki – której dała na imię Goodall – nie ukrywała; to była zabawka, nikt nie zwracał na nią uwagi. Anastazja została wysłana do dalekiej ciotki, która zgodziła się ją przyjąć, gdy nie pojawił się nikt z najbliższej rodziny. („Po co mi na gospodarstwie dziewczyna z jedną ręką? – powiedział ponoć jej ojciec. – U nas nic, tylko ciężka praca”). Dołączyła do siedemnaściorga innych dzieci.

Tak się składało, że ta daleka ciotka („Czy na pewno ciotka?” – zastanawiała się Anastazja) zarabiała na życie ciałem. Większość dzieci była jej („Czy na pewno?” – zastanawiała się dziewczynka). Ciotka szczyciła się tym, że żadnego z nich nie zabrała śmierć ani nic innego. Były w różnym wieku, od niemowlęcia przy piersi do czternastoletniego chłopaka. Ale ciotka się starzała, więc nadchodził czas, by rozejrzeć się za nowym przedsięwzięciem.

Anastazja nie wróciła już do szkoły, ale za to szybko zaczęła pobierać nauki w nowym domu. Już pięciolatki dowiadywały się o sprawie, która była niezmiernie ważna dla ich przetrwania – tak przynajmniej mówiła im ciotka. Ciało ludzkie, uczyła, ma osiem narządów, które można przeszczepić do innego ciała: płuca, wątrobę, serce, nerki, trzustkę i jelito cienkie. Tkanki, w tym skórę, kość, ścięgna, chrząstki, rogówki, zastawki i naczynia krwionośne, również się przeszczepia. Niektóre organy, na przykład wątrobę, można oddawać po kawałku. Sperma, mleko, komórki jajowe, włosy. Każda część ciała ma swoją wartość.

Po odliczeniu działki pośrednika do dostawczyni organów trafiało około czterech procent ceny, którą płaci biorca. Niby niedużo, ale pomnożone przez siedemnaścioro pracowników to już coś. Wystarczy, żeby kupić nową lodówkę, piec czy samochód, wystarczy, żeby wszystko raz na zawsze zmienić.

Anastazja szybko odnalazła się w domu ciotki dzięki temu, że nie użalała się nad sobą (zrezygnowała z tego luksusu, kiedy po raz pierwszy zobaczyła, jak ojciec jednym ciosem posyła matkę na drugi koniec pokoju) i zaklepała sobie miejsce do spania w dużym pokoju, tuż przy piecu, we wpuszczonej w kamienną ścianę wnęce, której prawdopodobnie używano dawniej przy gotowaniu albo do trzymania w cieple jedzenia, dzieci, kur czy kto wie, czego jeszcze. Wcisnęła Goodalla w kąt za słomą i zrobiła sobie posłanie ze starych koców i gazet, trochę podobne do gniazd szympansów, o których czytała w książce Jane Goodall. To było dobre miejsce dla dziecka i pluszowej małpki: bezpieczne, ciepłe, blisko drzwi, na wypadek gdyby musiały uciekać.

Dzieci nie wydawały się poruszone jej przybyciem, wchłonęły ją po prostu w swój zbiorowy organizm. Wyjątek stanowił najstarszy chłopiec, Kirył, który uznał, że jest warta jego gniewu – może dlatego, że była nowa i kaleka, z tą ledwie działającą ręką. Dzieci, które idą przez życie w stadzie, potrafią rozpoznać słabszych.

Ulubiona zabawa Kiryła polegała na zabieraniu i chowaniu Goodalla. Z czasem Anastazja nauczyła się szybko znajdować małpkę; wystarczyło zadać sobie pytanie: co zrobiłby z czyjąś ukochaną rzeczą chłopiec, któremu odebrano dzieciństwo i który nigdy nie zaznał miłości? Wymyślane przez niego kryjówki były oczywiste, czasem nawet trochę smutne.

Ale pewnego dnia Goodallowi przytrafiło się coś zupełnie innego. Anastazja szukała go właśnie pod drewutnią, kiedy Kirył wyszedł zza rogu, trzymając małpkę za rękę nad jej głową. Rzuciła się po nią, ale jej nie złapała. Kirył zaśmiał się i zabrzmiało to jak śmiech dziecka, które staje się mężczyzną. A potem wyjął ogromne metalowe nożyce – takie, jakich używają kowale – i przeciął rękę Goodalla w nadgarstku. Stał z dłonią maskotki w uniesionej ręce, a jego usta wyginały się w uśmiechu jak robak. Oddech uwiązł Anastazji w gardle. Pobiegła do okaleczonej małpki i wyciągnęła ją z błota.

Kirył podsunął jej odciętą pluszową dłoń.

– Jak chcesz, możesz mu to przyszyć do stopy.

Rzuciła się po nią.

Kirył włożył sobie dłoń Goodalla do ust i ją połknął.

Anastazja przepowiedziała sobie w myśli imiona małp kosmonautek: Abrek i Bion, Wiernyj i Gordyj, Drioma i Jerosza, Żakonia i Zabijaka, Krosz i Iwasza, Łapik i Multik. Potem, w myśli i w sercu, przysięgła sobie, że zabije Kiryła.

Przyszło jej to bez trudu. Zwykła transakcja, i tyle.

Później pomyślała, że gdyby udało jej się odzyskać dłoń małpki, to rzeczywiście przyszyłaby ją na chwilę do jej nogi, a dopiero później we właściwe miejsce. Byłby to dowód na to, że wszystko można rozebrać i złożyć z powrotem. Zamiast tego po prostu zaszyła rozcięty nadgarstek.

W dniu piętnastych urodzin Kiryłowi urządzono coś na kształt przyjęcia. Bieda i bogactwo przybierają różne kształty. Dzieci pozbawione bezpieczeństwa i wsparcia rodziny stają się czasem śliskie, niepewne i zdziczałe. A jednak w porównaniu z tymi, które doświadczają przemocy lub zaniedbania albo trafiają do sierocińca, można je uznać za szczęśliwe.

Kirył zdmuchnął świeczki na swoim torcie, a potem wstał, żeby wygłosić krótką przemowę. Podniósł koszulę, opuścił nieco spodnie i opowiedział pozostałym o operacji usunięcia nerki, delikatnie wodząc palcami po szwach (według Anastazji wyglądały fascynująco, jak czerwony zamek błyskawiczny) ciągnących się od okolic pępka po żebra na boku. Następnie wskazał na nową zamrażarkę, kupioną za jego nerkę. Ciotka się uśmiechnęła. Dzieci klaskały.

Niezbyt smaczny tort został pokrojony na malutkie kawałki, żeby wystarczyło dla całej siedemnastki, plus Anastazja i ciotka, i jakiś człowiek, którego Anastazja nie znała. Potem wszystkie dzieci chciały zajrzeć do nowej zamrażarki, w której piętrzyły się mrożone mięso, bochenki chleba, warzywa i sery, podobne do kolorowych bloków lodu. Zamrażarka zmieni ich życie. Kiedy można przechowywać jedzenie, żyje się inaczej. Anastazja pomyślała o czerwonej suwakowatej bliźnie Kiryła; przez chwilę wyobrażała sobie, jak wkłada rękę do środka i wyjmuje z jego ciała inne organy, jak gdyby sięgała po jedzenie.

 

Inne dziecko, chłopczyk, mniej więcej ośmioletni – Jegor albo może Ilia, Anastazja czasem ich myliła – uśmiechnęło się i podniosło ramiona, krzycząc: „Tymi rękami! Tymi rękami!”. Bo to on był kurierem. Dostawcą nerki Kiryła. Anastazja wpatrywała się w jego uniesione dłonie, a jej własna zmartwiała ręka zwisała u jej boku.

Pozostałe dzieci zawsze z fascynacją słuchały opowieści kuriera. Lekarz („Czy to na pewno był lekarz?”) położył zakrwawioną nerkę Kiryła na osłoniętych gumowymi rękawiczkami dłoniach kuriera, kurier umieścił ją w lodówce turystycznej wypełnionej drogocennym lodem, a potem biegł i biegł między domami przez zaułki przez dziury w ogrodzeniach pod śmietnikami w nocy do oddalonego o około dwadzieścia siedem minut mieszkania (mierzyli mu czas ileś razy) i trzy piętra po schodach i do ciemnego pokoju, w którym na stole leżała znieczulona ponadsześćdziesięcioletnia kobieta z Florydy, a przy niej stał drugi lekarz („Czy to na pewno był lekarz?”) i czekali na dostawę. Dzieci to najlepsi kurierzy, bo są małe i zwinne i kiedy biegną przez zaułki i slumsy, i odpadki, i śmieci, nikt ich nie zatrzymuje i o nic nie pyta, bo wyglądają jak urwisy przemykające przez noc, czyli dokładnie tak, jak powinny wyglądać. I nie pytają o nic, tylko uciekają.

Dzieci opowiadały sobie też inne historie, siedząc wokół ognia w zimne noce. Kiedy któreś o to poprosiło, inne podnosiło obluzowaną deskę w podłodze i wyciągało stary wycinek z gazety, ostrożnie rozkładało papier, jak jakiś skarb, i czytało na głos. Znali na pamięć całe zdania z tego tekstu; był to artykuł o pewnym człowieku, który żył w Stanach Zjednoczonych i nazywał się Kendrick. „Zginął w tragicznym wypadku w miejscowej szkole”. „Ukryty pod wykładziną”. „Znaleziono ciało”. „Narządy zostały usunięte, puste miejsca wypełniono gazetami”.

Życie dzieci na całym świecie kształtują takie właśnie opowieści, przekazywane albo przeżywane przez dorosłych, którzy lekceważą każdą ludzką wartość. Nie dajcie się schwytać, porwać ani porzucić – uczą się dzieci. Zewsząd mogą na was patrzeć czyjeś oczy. Wasze ciała są warte tyle złota, ile ważą.

Gniew Kiryła i nienawiść Anastazji sięgnęły zenitu w noc jej pierwszego biegu. Kilkanaście razy pokonała tę trasę z przewodnikiem, zawsze w dwadzieścia jeden minut od drzwi do drzwi, w tym osiem minut jazdy samochodem. Raz kierowca się spóźnił – dwadzieścia trzy minuty dwadzieścia pięć minut trzydzieści dwie minuty – Anastazja stała w alejce, przestępując z nogi na nogę i starając się wtopić w kamienną ścianę, i w czterdziestej czwartej minucie otworzyła turystyczną lodówkę, wsunęła kaleką dłoń w niebieską rękawiczkę chirurgiczną, którą miała w kieszeni, wsadziła ją w lód i zaczęła masować nerkę. Nie wiedziała, dlaczego to robi. Po prostu poczuła, że nerka potrzebuje pomocy. Miała w dłoni niewiele czucia, więc mogła trzymać ją w lodzie, dopóki nie dotarli do celu, choć kierowca zerkał przez ramię na tylne siedzenie i pytał: „Twoja ręka, twoja ręka, nie jest ci w nią zimno? Czujesz ją?”. A Anastazja po prostu siedziała i śpiewała cicho do małej nerki, aż zajechali do tego mieszkania i kierowca powiedział lekarzowi („Czy to na pewno był lekarz?”) i mężowi biorczyni – jakiejś Żydówki z Nowego Jorku, która ze względu na wiek była daleko na liście oczekujących na przeszczep – co Anastazja zrobiła.

A mąż tej kobiety z Nowego Jorku siedział na krześle i płakał, bo wiedział, jak ważne potrafią być ręce dzieci.

Wkrótce opowieść o tym, jak Anastazja masowała nerkę, obrosła nimbem swego rodzaju magii. Ludzie zaczęli prosić o tę dziewczynkę, która ma takie święte szczęście do ludzkich organów. Kirył powtarzał historię o swojej nerce i popisywał się blizną, ale jego opowieść nie była już tak interesująca jak kiedyś i szybko o niej zapomniano – została wyparta przez opowieść o dziewczynce, która czule dostarcza narządy wdzięcznym biorcom. W całej Ukrainie i Rosji zaczęto prosić o nią jakby na szczęście. Jak o odrobinę nadziei w mroku.

Ciotka i dom prosperowały.

Kirył zostawiał szczurze i psie gówna we wnęce, w której sypiała Anastazja.

Anastazja śniła o śmierci Kiryła i ćwiartowaniu jego zwłok.

Z książki Jane Goodall w pamięci Anastazji zapisał się zwłaszcza rozdział dotyczący okresu, kiedy badaczka pracowała jako sekretarka w klinice fizjoterapeutycznej. Każdemu pacjentowi dolegało coś innego. Były tam niemowlęta ze szpotawymi stopami, dzieci z polio o wiotkich sparaliżowanych kończynach, nastolatki niknące w oczach z powodu dystrofii mięśniowej lub porażenia mózgowego. Wiele z tych dzieci nie mogło chodzić i miało spędzić resztę życia na wózku inwalidzkim, w szynach ortopedycznych albo kuśtykając o kulach. Były też takie, których choroby jeszcze nie nazwano, takie, które w ogóle nie miały siły w mięśniach, takie, których ręce i nogi ze sobą walczyły. Takie dzieci często uznawano za chore psychicznie i wysyłano do zakładów psychiatrycznych. Jeden z lekarzy podzielił się z Jane zaskakującą historią: pewnego razu opowiedział w którejś z sal dość dorosły dowcip. Kiedy doszedł do puenty, szalone oczy jednej z pacjentek zajaśniały wesołością. Nikt poza nią nie zrozumiał żartu. Lekarz zabrał ją do domu i zaczął jej udzielać prywatnych lekcji. Dziewczynka okazała się bardzo zdolna, nauczyła się mówić i zdała wszystkie szkolne egzaminy.

Anastazja wierzyła w tajemnice dziewczynek. Może wszystkie je miały.

A potem Jane Goodall pojechała do Afryki, żeby badać zachowania szympansów.

Anastazji zaczęły rosnąć piersi.

Kirył wkrótce miał skończyć szesnaście lat, czyli osiągnąć wiek, w którym dzieci są już za duże, by zostać w domu.

Tydzień przed odejściem złapał Anastazję w bocznej uliczce, kiedy wracała po sprzedaży włosów. Chwycił ją za szyję i przycisnął do ściany. Wolną ręką rozpiął spodnie, sięgnął po jej słabszą dłoń i powiedział: „No dalej. Pomasuj mi narząd”. Jego usta wyglądały jak kreska wycięta nożem.

Anastazja znieruchomiała. Przez chwilę zastanawiała się, czy da się gołymi rękami oderwać fiuta od ciała. Słyszała kiedyś o mężczyźnie, który urwał swojej córce ucho. Potem Kirył wzmocnił chwyt na jej szyi i uniósł ją trochę nad ziemię, żeby jej pokazać, że może. Miażdżył jej tchawicę. „To byłaby głupia śmierć” – pomyślała. W myśli, bezgłośnie, przepowiedziała sobie imiona małp: Abrek i Bion, Wiernyj i Gordyj, Drioma i Jerosza, Żakonia i Zabijaka, Krosz i Iwasza, Łapik i Multik. Kirył opuścił ją z powrotem na ziemię i ściskał za szyję, dopóki pozbawioną czucia ręką nie spełniła jego żądania. Oczy zaszły jej łzami, ale patrzyła na niego, nie spuszczała z niego spojrzenia. W końcu to on odwrócił wzrok. Potem doszedł. Potem uciekł. Anastazja napluła na ziemię obok jego nasienia. Spojrzała na swoją dłoń, wytarła ją o ścianę i przez jej ramiona do podstawy czaszki dotarło drobne mordercze pragnienie.

Kiedy skończyła osiemnaście lat, miała już własną grupę złożoną z czterech dziewczynek. Ciotka, czy ktokolwiek to był, przystała na coś w rodzaju franczyzy. Anastazja zarabiała dość, żeby wynająć dla nich pięciu niewielkie wspólne mieszkanie. Spały razem w dużym pokoju. Goodall dostał miejsce na półce nad kominkiem.

Wieczorami siadały przy ogniu i Anastazja czytała dziewczynkom książkę Jane Goodall. Czytała im o tym, jakie szczęście mają osierocone szympansy, które trafiają do rezerwatu. O tym, że niektóre szympansie niemowlęta są sprzedawane handlarzom zwierząt i przemycane za granicę w za małych i celowo niewłaściwie oznakowanych pudłach i często umierają po drodze. O tym, że szympansy sprzedaje się do ogrodów zoologicznych albo zamożnym ludziom jako zwierzęta domowe, i o tym, jak bije się je metalowymi pałkami w ramach cyrkowej tresury. Kiedy dochodziła do części, w której Jane Goodall pisze o laboratoriach badawczych, gdzie małpy żyją w malutkich klatkach i są poddawane eksperymentom medycznym, czytała bardzo wolno – o tym, jak szympansy odczuwają ból i strach, o tym, że mogą doświadczać depresji i większości ludzkich emocji. Od czasu do czasu któraś z dziewczynek spoglądała na Goodalla nad kominkiem.

Na koniec Anastazja przypominała im, że w Stanach Zjednoczonych Ameryki prawie czterysta szympansów wykorzystywanych do badań przeszło na emeryturę i wiele z nich wróciło do bezpiecznego życia w rezerwatach. W Stanach Zjednoczonych, do których wszystkie miały nadzieję kiedyś dotrzeć.

Pewnego popołudnia Anastazja otrzymała specjalne zlecenie, do którego potrzebna była ona sama i jedna dziewczynka. Chodziło o nerkę – w tym akurat nie było nic niezwykłego – ale od tej samej osoby miano też pobrać kawałek wątroby dla innego pacjenta, więc niezbędna była druga kurierka, która pobiegnie w inne miejsce. Poza tym powiedzieli, że dawca przez dwadzieścia cztery godziny będzie potrzebował specjalnej opieki – tylko obserwacja, zapewnili – czegoś w rodzaju całodobowej ciałositterki. Wynagrodzenie było wyjątkowo dobre. Biorca, mężczyzna z Miami na Florydzie, poprosił specjalnie o Anastazję.

Kiedy tylko dotarła na miejsce, zorientowała się, że coś jest nie tak. Czuła to na karku i w kręgosłupie. W budynku nikt nie mieszkał, lampy na klatce schodowej były przepalone, a drewniane ściany cuchnęły pleśnią i zgnilizną. Ze schodów odezwał się jakiś głos:

– Chodź.

Anastazja zawahała się, ale wiedziała, że za te pieniądze obie będą mogły kupić coś więcej niż lodówka czy kuchenka. A może nawet na zawsze się stąd wydostać. Chwyciła rękę dziewczynki zdrową dłonią. Drugą dotknęła noża przywiązanego do uda pod sukienką.

Inne książki tego autora