Zaczekaj na mnieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Spodobałby się księdzu. Zaćmienie Piątego Słońca. Dużo w nim o azteckich wierzeniach, o końcu świata, o niespotykanej religijności w Meksyku, o ścieraniu się kultur.

– Jest coś czystego w tych słowach, w tej piosence…

– To jest chyba najciekawsze w tej historii. To wiersz indiańskiego poety, który z języka nahuatl przełożył Edward Stachura. Może dlatego tak do księdza trafia?

– Stachura? Nie wierzę…

– Szczerze mówiąc, żaden to dla mnie autorytet. – Kosma powoli się rozkręcał. Brakowało mu radiowego mikrofonu, więc skoro trafił się słuchacz, postanowił wykorzystać sytuację. – Niezbyt szanuję go za postawę życiową, ale nie mnie go oceniać. Warto jednak pamiętać, że miał dryg do języka hiszpańskiego, z którego dość swobodnie tłumaczył na polski.

– Nie wiedziałem…

– Luis Borges, Octavio Paz… I indiańskie podania. Takie jak to z piosenki. Rząd meksykański ufundował mu nawet roczne stypendium, które wykorzystał na poznanie kultury Majów.

– Ciekawe…

– Dziesięć lat później powiesił się w swoim pokoju. Indiański poeta niewiele mu pomógł. – Urwał, po czym się zamyślił. Do końca podróży nie odezwali się już słowem, każdy z nich myślał o czymś innym. A może o tym samym?

Duchowny wysiadł gdzieś po drodze, dziewczyny zebrały się zaraz po nim. Gdy Kosma stanął na peronie warszawskiego dworca, było już lekko po północy. Zbyt późno, żeby dzwonić po Ewę, pomyślał. Na pewno śpi obok Piotrusia. Najchętniej złapałby najbliższy pociąg do Łodzi i zaszył się w swoim pokoju. Chciał to wszystko przetrawić i oswoić, chciał się też porządnie wyspać. Nie czuł się za dobrze, gardło dawało się we znaki. Uporczywe pieczenie i drapanie doprowadzało go momentami do szału. Ale obiecał Ewie, że się odezwie, i nie chciał łamać danego słowa. Zrezygnowany poszedł w stronę postoju taksówek. Jechali w milczeniu. Kierowca musiał mieć niewielki staż w zawodzie, bo w przeciwieństwie do swoich doświadczonych kolegów nawet nie próbował zagadywać pasażera. Kosma był mu za to wdzięczny, co wyraził odpowiednim napiwkiem.

Światła w nowym bloku były w większości wygaszone. Kosma miał do wyboru albo zadzwonić domofonem i poderwać na równe nogi wszystkich w mieszkaniu, albo spróbować esemesem dać znać Ewie, że jest już na miejscu. Wybrał drugą opcję. Nie minęło więcej niż piętnaście sekund, kiedy jego telefon znów zagrał starą piosenkę Waglewskiego. Tym razem odebrał zdecydowanie szybciej.

– Tak?

– Nie ma obaw, że kogoś zbudzisz. Piotrusia nie ma, śpi dziś u kolegi. Wchodź, czekałam na ciebie. – Wbrew temu, co mówiła Ewa Lorenz, jej głos brzmiał, jakby dopiero się obudziła.

Na górze wziął prysznic i przebrał się w dyżurny dres, który zostawił na Sadybie specjalnie na takie okazje.

– Kiedyś zaprosisz tu kogoś i ten męski ciuch będzie, jak by to ująć, dowodem w sprawie! – zaśmiał się, wychodząc odświeżony z łazienki.

– Walić to! Moje mieszkanie i moje prawa. Jesteś głodny?

Nie był, ale nie wypadało mu nie skosztować przygotowanej przez policjantkę kolacji. Uśmiechnął się więc potakująco i usiadł przy oknie w kuchni. Zawsze rywalizowali o to miejsce, swobodnie mieściło tylko jedną osobę. Przy Piotrusiu zachowywali dystans, ale kiedy byli sami, po prostu siadała mu na kolanach. Dziś z trudem się przed tym powstrzymała.

– Musisz być zmęczony. Może nie siedźmy za długo?

– Dobrze, że cię mam…

– Chciałbyś! – Postawiła przed nim dzbanek z herbatą. Zdążyła się już nauczyć, że jedna szklanka mu nie wystarcza, potrzebował ich zwykle więcej.

– Byłem u tej szeptunki, wiesz?

– Wiem, wiem… Lepiej ci teraz?

– Powiedziała, że będzie dobrze. Myślisz, że… – Dalsza część pytania zawisła gdzieś między nimi, niewypowiedziana. Ewa milczała przez chwilę, zbierając myśli. Stanęła za nim, opierając łokcie na jego ramionach, i pochyliła się, przysuwając jednocześnie usta do ucha mężczyzny.

– Posłuchaj, nie znam się na tym – wyszeptała. – Ale wiem, że zasługujesz na kilka szans, nie tylko na jedną. Więc tak, myślę, że będzie dobrze. O to chciałeś zapytać, prawda?

Odsunęła się od niego. Włosy Kosmy pachniały teraz jej szamponem, wcześniej wyczuwała słaby, miodowy zapach świec. Chciała o to zapytać, ale zrezygnowała. Mają sporo czasu, a jeśli nawet usną, to jutro też jest dzień.

– Pościeliłam ci u Piotrusia, ale myślę, że możesz dziś wyjątkowo przyjść do mnie i zdać relację z całej wyprawy.

– Daj spokój, mam co prawda chore gardło, ale inne narządy całkiem sprawne. Zaczniesz mnie molestować, ja się będę coraz słabiej opierać i… hmmm, z opowieści nici.

– Głupek! Idę umyć zęby i czekam na ciebie.

– Normalnie potraktowałbym to jako zapowiedź udanego seksu. A ty każesz mi mówić o starej babie z Podlasia!

– Taka karma. Każdy ma taką babę, na jaką zasłużył.

Każdy ma to, na co zasłużył, powtórzył w myślach i dolał sobie herbaty. Pił tylko earl grey, czasem dorzucając mały plaster cytryny. Po dobrą mieszankę był gotów zjechać pół miasta. To była jedna z jego kilku małych przyjemności. Wstał od stołu i schował resztki kolacji do lodówki, opłukał talerze i wpakował je do zmywarki. Słyszał, jak Ewa wychodzi z łazienki i znika w swojej sypialni. Kiedy do niej wszedł, spała już w najlepsze. Noc była ciepła. Pod cienkim prześcieradłem, którego używała zamiast kołdry, widział zarys jej piersi. Spod materiału wystawało udo; zgasił lampkę i delikatnie poprawił okrycie. Po cichu wycofał się do pokoju obok i położył się na przygotowanym materacu. Łóżko chłopca było dla niego za małe, musiał podkulić nogi. Wiedział, że jeszcze nie zaśnie, był za bardzo zmęczony i przegapił punkt krytyczny. Pstryknął radio w dziecięcym budziku i przez chwilę szukał właściwej stacji. Znalazł taką, w której prowadzący nocny program nie narzucał się słuchaczowi. Leżał nieruchomo, rozmyślając.

Sięgnął wreszcie po telefon. Miał w aparacie kilka zdjęć Matyldy. Jedno z Łodzi, kiedy przyjechała do niego pierwszy raz, z parku Ocalałych. Całowali się wtedy w samochodzie. I kilka z mazurskich ostępów, głównie z posiadłości, którą dla nich kupiła. Wymyślił sobie, że ze starej stodoły zrobią budynek mieszkalny, a w miejscu dotychczasowego domu stanie jej pracownia.

– Co teraz robisz, kochana? – zapytał szeptem. Radio damsko-męskim duetem natychmiast dośpiewało resztę.

Przyjdź pomilczeć ze mną dziś,

tak jak ja, bliźniaczo jesteś bezsenna.

Przyjdź, przetrwajmy razem noc

aż po świt, blady poranek, tu bądź…3

Leżała z szeroko otwartymi oczami. W pokoju unosił się delikatny zapach maleńkich ciałek, którego nie dało się pomylić z żadnym innym. Dzieci spały cicho i spokojnie. Co jakiś czas któreś śmiesznie posapywało. Mogłaby przysiąc, że na ten dźwięk sama strzyże uszami jak czujny zając pod miedzą. Płytkiego snu nie pozbyła się chyba nigdy, odkąd została matką. I tak nie mogła zasnąć. Była pobudzona wewnętrznie, gotowa do skoku…

Przekręciła się na łóżku w taki sposób, żeby widzieć łóżeczka. Za kilka dni znikną z tego pomieszczenia. A może rodzice po jej wyjeździe nic nie zmienią…? Tu, w tym pokoju z szerokim oknem wychodzącym na ogród, czuła się naprawdę bezpiecznie. Zajmowała go, będąc jeszcze dzieckiem, a potem grzeczną nastolatką. Pokój z mamą za ścianą, jej najlepszym przyjacielem, i ojcem, który może nie zawsze akceptował jej wybory, ale wspierał we wszystkim, co sobie wymyśliła. Tu mogła oddychać spokojnie. Miała świadomość, że zawsze ma gdzie wracać. Gdzieś, gdzie oczekuje się jej z niecierpliwością i z jej ulubionym jabłecznikiem na stole…

Jeśli kiedykolwiek zastanawiała się nad słusznością decyzji podjętej kilka miesięcy wcześniej, to teraz miała już pewność, że to właśnie chce zrobić. Wszystko jedno, gdzie będzie, musi nauczyć się żyć bez niego i w końcu przestać uciekać. Wreszcie zdała sobie sprawę, że przed wspomnieniami i przed tą miłością, która tkwiła w niej jak wysokiej jakości bypass, nie było sensu uciekać. Jeśli los pozwolił płynąć jej krwi w tak niezwykły sposób udrożnioną arterią, to zachowa się jak wzorowy, odważny pacjent – zrobi wszystko, żeby nie zmarnować wysiłku włożonego w bądź co bądź nowe życie. I tak do tego podeszła; życie zamiast śmierci, której zbyt długo pozwalała zaglądać do okien…

– Moja droga, wiem, o co cię proszę: żebyś zostawiła miejsce, w którym czujesz się bezpieczna. I wiem też, że dla sukcesu zawodowego nie zapomnisz o tym, co jest w życiu najważniejsze. – Głos Violi był słyszalny w słuchawce tak dobrze, jakby ta stała gdzieś obok, a nie była oddalona od swojej rozmówczyni o parę tysięcy kilometrów.

– Nie poświęcę się teraz pracy w stu procentach, Violu. – Matylda zareagowała zdecydowanie.

– I nie tego od ciebie oczekuję. Chcę, żebyś patrząc mi na ręce, weszła w tryby tej machiny w swoim tempie; zdrowym dla ciebie i dla dzieci. Mój organizm coraz częściej mi przypomina, że nie mam już dwudziestu lat. Ba! Trzydziestu nawet. Zdarza mi się omijać z tego powodu pracownię, rezygnować z intratnych zleceń i nie pojawiać się tam, gdzie zwyczajnie powinnam być.

– Przecież możesz zwolnić tempo. Masz silną pozycję na rynku, jakość! Masz wyrobioną markę, Violu.

– Wszystko się zgadza. – Gdzieś w tle rozmowy Matylda słyszała jakiś nieznany jej śpiew ptaka. – Brakuje mi tylko jednego.

– Tak?

– Następcy.

W słuchawce dało się słyszeć długie westchnienie, a potem chwilę zupełnej ciszy.

– Nie mam komu powierzyć tego, co tworzyłam przez lata. Brak mi kogoś, kto będzie w stanie docenić ten wysiłek. Docenić, dodać coś niezwykłego od siebie i pozwolić mi uwierzyć, że nie zmarnowałam czasu.

W słuchawce znowu zapadło milczenie. Matylda pozwoliła sobie potowarzyszyć malarce.

 

– A jeśli mnie przeceniasz? – zagadnęła w końcu.

– Zapominasz o moim doświadczeniu. Potrafię wyłuskać talenty tak samo dobrze jak oddzielić ziarna od plew. A twoje wykiełkowało już dawno. Wiem, że to rozumiesz.

– Rozumiem – odpowiedziała spokojnie Matylda. – Potrafisz zaskakiwać jak mało kto.

– Nie: kto, ale kogo. Najzdolniejszych – podchwyciła Viola. – W moim domu jest dużo kolorów, ale coraz mniej życia.

– Dobrze to przemyślałaś?

Pytanie na moment zawisło w powietrzu.

– Oddałabym ci klucz do serca światowej mody. Ty musiałabyś go tylko przekręcić. Z moją niewielką pomocą.

– Wiesz, że skończyłby ci się święty spokój?

– A wyglądam na kogoś, kto potrzebuje go w nadmiarze? – Malarka zaśmiała się serdecznie. – Posłuchaj… – zniżyła głos. – Chcę mieć kogoś na stare lata, kogoś, kto patrzy w tę samą stronę. A że byłoby trochę głośniej…?

– Podwójna moc decybeli – weszła jej w słowo Matylda, uśmiechając się do siebie.

– Zagłuszyłyby kroki starości. I samotności…

Propozycja Violi z początku wydawała jej się absurdalna i w pierwszym momencie odrzuciła ją zupełnie. Ale zmiany i perspektywy, nie tylko dla niej, ale i dla dzieci, nie dawały jej spokoju. Nie miała nic do stracenia – oprócz samotnych nocy i dni podobnych do siebie jak dwie krople wody. Chciała żyć, nie tylko oddychać. Jeśli nie podejmując wyzwania, zgodzi się tylko podtrzymywać funkcje życiowe, to równie dobrze mogłaby wyrazić zgodę na odłączenie aparatury już dziś… Nie zgodziła się.

Zanim dowiedziała się, że po raz kolejny zostanie mamą, od dobrych paru miesięcy realizowała w zaciszu mazurskiej pracowni swojej wieloletniej przyjaciółki, Xeni, projekt, dzięki któremu mogła pozwolić sobie na tworzenie własnego miejsca na ziemi. Przez prawie rok przygotowała dziesiątki metrów tkaniny malowanej czasochłonną, ale niezwykle efektowną techniką batikowania dla włoskiej pracowni artystycznej ze słonecznej Lombardii. Miała zaszczyt być mocnym ogniwem międzynarodowego zespołu uznanej włoskiej malarki polskiego pochodzenia. Pani Mancini nauczyła ich starej jawajskiej metody barwienia i zdobienia jedwabiu. Stworzone z tak przygotowanej tkaniny kostiumy miały grać jedną z głównych ról w musicalu wystawianym na scenie mediolańskiego Arcimboldi. Sztuka już na etapie doboru artystów, reżyserów i scenografów wywołała niemałe poruszenie w kulturalnym świecie nie tylko samych Włoch.

Długo oczekiwana premiera przedstawienia odbyła się wiosną tego roku. Jej sukces przeszedł najśmielsze oczekiwania producentów przedsięwzięcia, a pracownia Violi Mancini, chociaż rozpoznawalna od wielu lat, w świecie europejskiej mody zyskała dodatkowy rozgłos, klientelę, a co za tym idzie, masę nowych zamówień. Chociaż Viola już dawno przekroczyła sześćdziesiątkę, musiała po raz kolejny stanąć na wysokości zadania i wyjść naprzeciw potrzebom artystycznego rynku w szerokim znaczeniu tego słowa. Ożywić model swojej pracowni w taki sposób, żeby szła ona z duchem czasu, jak robiła to z powodzeniem do tej pory. Wtedy właśnie w pełni stało się jasne, że signora Mancini potrzebuje kogoś młodszego, zdolnego i zaangażowanego artystycznie równie mocno, jak ona sama. Kogoś, dla kogo pędzle i farby były czymś więcej niż tylko kawałkami drewnianych patyczków czy flakonikami kolorowej cieczy, którą z trudem zmywa się ze ścian, podłogi i rąk. Potrzebowała kogoś zakochanego w kolorach i sztuce.

Matylda oprócz tych dwóch miłości i talentu miała jeszcze słabość do Południa. Od zawsze. Kiedy więc początkowe wątpliwości zdążyły nieco osłabnąć, dostrzegła w tej propozycji szansę dla siebie.

Odnaleziony dzisiaj list od Kosmy zdjął z niej ciężar oczekiwania na obiecujące jutro. Przed sobą miała dziś, a z wczoraj spakowała tylko to, co najlepsze. Oczyścił jej serce z oskarżeń, które uparcie próbowały zawłaszczyć sobie miejsce w jej świadomości. I podświadomości usilnie ściągającej ją na tory działań, co do których słuszności nie była przekonana. Był jak dodatkowy bilet, na którym wreszcie dopisano miejsce siedzące.

Ten prawdziwy leżał teraz spokojnie w szufladzie razem z paszportami jej i dziewczynek. Lot do Mediolanu wyznaczony był na niedzielę. Dokładnie za tydzień.

– Kosma… – szepnęła w noc. Dźwięk jego imienia wciąż wywoływał w niej czułe drżenie, nawet jeśli wypowiadała je tylko w myślach. – Kosma…

Spojrzała za okno. Ciemne, bezgwiezdne niebo i nic poza nim. Usnęła zmęczona.

1 Andrzej Zaucha, C’est la vie – Paryż z pocztówki (sł. Jacek Cygan).

2 Voo Voo, Jestem jak pijany (sł. Edward Stachura).

3 Krzysztof Krawczyk, Katarzyna Nosowska, Bezsenni (sł. Katarzyna Nosowska).

Dzień drugi

Właściwie nie miał się dokąd spieszyć. Co prawda obiecał sobie i lekarzowi, że zgłosi się do ośrodka w ciągu kilku dni, ale był na tyle przezorny, by nie ustalać szczegółów. Zresztą profesor nie nalegał. Przez ostatnie miesiące kilka razy dał się już Kosmie oszukać, więc przy ostatniej wizycie na jego „Będę niebawem” skinął po prostu głową i wrócił do swoich zajęć. Gdyby nie znajomość z teściami pacjenta, dawno straciłby do niego cierpliwość i machnął nań ręką.

Kosma z nudów chciał podjechać do NTV, wykorzystując fakt, że Ewa zbierała się do pracy i mogła go podrzucić do miasta. W połowie drogi rozmyślił się; nie miał w Warszawie za wiele czystych ciuchów na przebranie, a nie wypadało pokazywać się w budynku czołowej stacji telewizyjnej w kraju we wczorajszej garderobie. Stary dres i kilka koszul na zmianę w mieszkaniu policjantki to zdecydowanie za mało. Był flagowym głosem tej stacji; doskonale zdawał sobie sprawę, że jego przedłużająca się absencja w połączeniu z niezbyt świeżym wyglądem mogłaby stać się pożywką dla plotek. Nie było mu to potrzebne, jeśli miał wiązać z tym miejscem jeszcze jakieś nadzieje.

Miał? Sam bił się z myślami.

– Wysadź mnie tu, proszę. – Wskazał ręką na niewielki parking przy starym domu handlowym.

– Nie jedziemy do telewizji? – Ewa zwolniła i wrzuciła kierunkowskaz, posłusznie zjeżdżając na bok. – Nie mam za dużo czasu na wycieczki po mieście.

– Przepraszam, rozmyśliłem się. Sprawdzę coś jeszcze i chyba będę wracał do Łodzi.

– Coś się stało? Jesteś dziś lekko nieobecny. Może za dużo się nawdychałeś u szeptuchy?

– Chcę trochę pomieszkać w domu. Ciągle mnie gdzieś nosi.

– Niech cię zaniesie do szpitala, Kosma. Nie chciałam tego mówić wprost, ale schudłeś, wyglądasz źle, mówisz z coraz większym trudem. Boję się o ciebie.

– Ja też, naprawdę. To nie jest tak, że o tym nie myślę. Ale ona powiedziała, że jeszcze się spotkamy…

– Jaka ona?

– Szeptucha, wczoraj.

– Ocipiałeś? To stara baba żyjąca bez prądu. Namruczała ci jakichś zaklęć i teraz będziesz się tego trzymał?

– Nie mów tak! To jedyne, co mam. Ta nadzieja. Nie rozumiesz tego? – Spojrzał na nią jak zbity pies.

– Nie do końca. Jesteś pod opieką dobrego lekarza, są procedury medyczne, masz wokół siebie ludzi, na których możesz polegać. A ty wyskakujesz ze starą Parasolką?

– Paraskiewą! – poprawił ją odruchowo.

– Spieprzaj. Jeśli nie będziesz się ratował, nie chcemy cię więcej widzieć. Ani ja, ani mój syn, rozumiesz?

Wysiadł bez słowa, a ledwie zdążył sięgnąć po plecak, Ewa ruszyła z piskiem opon. Drzwi trzasnęły głucho, jakby zamykał się jakiś etap ich relacji. Co chciała mu tym powiedzieć? Że to wszystko zabrnęło za daleko? Że będzie musiał określić, jaką rolę odgrywa w życiu jej i Piotrusia? Że ona potrzebuje czegoś więcej niż przyjaźni? Dlaczego właśnie teraz? Czyżby coś przeoczył? Nie było sensu mnożyć pytań; nawet jeśli na część z nich domyślał się odpowiedzi, miał teraz co innego na głowie.

Ruszył w stronę Żółtej Ciżemki, miejsca, w którym los połączył jego i Matyldę wiele miesięcy temu. Zgubiła tam list, on go odnalazł i odpisał, wierząc, że jego autorka poczuje ukłucie podobne do tego, jakie przeszyło jego serce, kiedy trzymał w dłoniach kopertę. Nie pomylił się; odpowiedziała, a później mogli już snuć razem plany na przyszłość. Jak w bajce, z tym tylko zastrzeżeniem, że zapomnieli o złym wilku. Ale wilk wkrótce przypomniał sobie o nim.

Wszedł do lokalu, w którym nie był przez ostatnie pół roku. Niewiele się tu zmieniło: przytulne wnętrze zapewniało przyjemny chłód i sugerowało miejsce idealne na małą kawę w środku dnia. Miał nadzieję, że spotka za barem Izę. Dziewczyna odegrała niemałą rolę w tej historii, stając się po trosze jego powiernikiem, posłańcem i… Tak, spali ze sobą raz czy dwa, bo taki już był. Brał to, co dostawał od życia. A jak chciał więcej, to po to sięgał. Iza była inteligentną i oczytaną młodą kobietą, dla której faceci w jego wieku gotowi byli tracić głowę i wszystko, co tam jeszcze mieli. Jej spodobał się jego urok, połączenie dojrzałości i chłopięcego pierwiastka, który sprawiał, że czuła się przy nim jednocześnie bezpieczna i szczęśliwa. Choć to szczęście mierzyła tylko w chwilach. Poszła z nim do łóżka bez zastanowienia, jakby znali się dłużej niż te kilka tygodni, odkąd trafił do niej przypadkiem. Ufała mu i podobał jej się jego głos. Czego chcieć więcej?

Kosma usiadł przy stoliku i rozejrzał się po lokalu. Przy barze stała nieznana mu brunetka, która widząc nowego klienta, sięgnęła po kartę i podeszła z uśmiechem na twarzy.

– Dzień dobry!

– Dzień dobry. Poproszę o herbatę. I coś na słodko.

– Tarta z wiśniami?

– Kiedyś już to tutaj słyszałem… – Uśmiechnął się pod nosem i dodał: – Tak, poproszę. Czy Iza będzie dziś w pracy?

– Iza? – Dziewczyna powtórzyła imię po cichu. – Ona już tu nie pracuje, proszę pana.

– O, nie wiedziałem. Coś się stało?

– Niestety, nie mogę powiedzieć nic więcej. Proszę wybaczyć, to jej sprawy osobiste. – Zabrała kartę i zniknęła za barem. Kosma siedział, wsłuchując się w szum maszyny przygotowującej wrzątek i stukanie obcasów kelnerki, która układała na tacy filiżankę i talerzyk z ciastem. Na pewno jest nowa, jeszcze nie wie, że w obcasach nie wytrzyma długo.

Stracił ochotę na jedzenie. Kontaktu z Izą nie miał od dawna, w zasadzie odkąd poznał diagnozę, widzieli się tylko raz, kiedy trafił tu pijany. A dziś chciał ją za to przeprosić.

I za wszystko inne też.

Pił z przerwami od tygodnia, a tego dnia od paru godzin, najpierw w parku z jakąś grupką młodzieży, później w popularnym miejscu, gdzie serwowano czystą na kieliszki z grubo rżniętego szkła. Przegryzał z rzadka byle czym, więc alkohol szybko zrobił swoje. Wtedy miał jeszcze cichą nadzieję, że z każdą porcją, jaką wlewa w siebie, kolejny fragment jego gardła przestaje funkcjonować. Że po kawałku wypala nie tylko chorobę, ale i czas, jaki mu pozostał. Nie widział dla siebie ratunku, było mu wszystko jedno. Na dobrą sprawę nie pamiętał, jak dotarł na Bakaliową, a właściwie także po co – powinien już dawno kimać na leżance w mieszkaniu Huba. Póki jeszcze miał taką możliwość; stary kumpel coraz częściej wspominał o konieczności sprzedaży warszawskiego apartamentu. Odkąd przenieśli się z żoną na Mazury, ze stolicą łączyło ich coraz mniej. Kosma pomieszkiwał u nich okazjonalnie, podlewając kwiaty i odbierając pocztę. Niedługo jednak straci tę metę i będzie musiał pomyśleć o czymś zastępczym.

Niedługo? Jeśli dożyję do tego momentu – mruknął do siebie i wtoczył się do lokalu. To nie było miejsce na picie alkoholu, nawet w swoim własnym, sprawdzonym towarzystwie. Mieli dobre bajgle, serwowali świetną kawę i ciasta, można tu było pogadać o polityce, poplotkować… ale uchlać się? Nie tutaj.

Zobaczyła go z daleka i uśmiechnęła się z politowaniem.

Nie mógłbyś przyjść jak normalny biały człowiek? Trzeźwy i pachnący?

A co, Givenchy się ulotnił? – zapytał zaczepnie, pociągając nosem, choć przecież nie chciała wszczynać sprzeczki. Po prostu była zmęczona i miała zamiar w spokoju dokończyć pracę.

Przestań, przyniosę ci coś do picia – powiedziała jakby na potwierdzenie. – Usiądź tam z tyłu, nie będziesz się rzucał w oczy.

Kiedy ja właśnie chcę się rzucać w oczy. I w ogóle! – dokończył głośno, ale grzecznie pomaszerował do wskazanego stolika. Przyszła po chwili i postawiła przed nim wodę z cytryną oraz kubek z herbatą.

Będziesz coś jadł? – zapytała, siadając obok i zdejmując buty. Poruszała palcami i włożyła obuwie z powrotem. Wyglądała na zmęczoną. – Rzadko tu przychodzisz, Kosma. Rzadko się odzywasz.

 

To nie tak. O niczym nie wiesz…

To mi powiedz. Ale nie teraz, kończę niedługo i wtedy pogadamy. Ja też chcę ci coś powiedzieć. Okej?

Okej. Zmykaj do pracy – powiedział, nie patrząc jej w oczy. Podniosła się i wróciła za bar, przy którym robiło się już tłoczno. Kosma posiedział chwilę, wypił małymi łykami mineralną i wsunął banknot pod filiżankę z herbatą. Wyszedł, nie oglądając się za siebie, a jej wzrok wbity w jego plecy parzył go jeszcze z kwadrans. Po drodze zwymiotował w krzakach, brudząc buty i spodnie. Miał dość; w mieszkaniu Huba zwalił się na kanapę i spał prawie dobę. Kiedy się ocknął, miał już pewność. Alkoholem nie załatwi tej sprawy. Ani tej, ani żadnej innej.

Pociąg do Łodzi wlókł się niemiłosiernie i jak na złość dwa razy nieplanowanie stawał po drodze. Kiedy Kosma dotarł na Tymienieckiego, był już głodny, zmęczony i marzył tylko o długiej kąpieli. W kuchni zastał byłą żonę, córkę i psa; nie był pewien, czy ktokolwiek z tej trójki przyjął jego przybycie z radością. Kaśka wpatrywała się w niego pytająco, więc tylko kiwnął głową, że wszystko w porządku. Michalina cmoknęła go w policzek i wróciła do przerwanej opowieści, a Helmut ograniczył się do starannego obwąchania nogawek jego spodni. Był gościem we własnym domu; przez ostatnie miesiące odizolował się tak bardzo, że nawet kiedy chwytał za smycz, Helmut zamiast jak dawniej poderwać się ochoczo, w pierwszym odruchu szukał wzrokiem Michaliny – jakby chciał zapytać, czy wypada iść z tym panem…

– Dobrze, że was widzę razem – zaczął, siadając przy stole. – Jesteście takie piękne i kochane. Kocham was wszystkich. Ciebie trochę mniej… – zwrócił się do Kaśki. – Za to ciebie bezwarunkowo! – Tu złapał za ucho psa.

– Paliłeś coś? – Nagły przypływ dobroci ze strony byłego męża wydał się Kaśce podejrzany. – Wiesz, że nie możesz?

– Nie paliłem, nie piłem, nie używałem! Nie wdychałem niczego prócz dymu z miodowych świec. Musimy sobie takie kupić do domu!

– Gdzie byłeś? – weszła mu w słowo Michalina. – Mógłbyś z uwagi na swój stan informować mnie, że znikasz na dłużej?

– Jasne, teraz znikam w łazience, potrzebuję długiej kąpieli. Mogę?

– Nie rób jaj, tatuś. Wiesz, o czym mówię. Nie udawaj kozaka, bo większe kozaki widziałam u Lasockiego. Mam dosyć obchodzenia się z tobą jak z jajkiem! – Ostatnie zdanie musiała wykrzyczeć, bo zniknął w łazience i odkręcił wodę.

– Nie denerwuj się – powiedziała cicho Kaśka. – Nie chciał ci mówić, ale pojechał na Podlasie, do jakiejś znachorki czy co…

– Do znachorki? – Michalina spojrzała na matkę jak na wariatkę. – Wiedziałaś o tym i go nie powstrzymałaś?

– Najpierw chciałam jechać z nim, później prosiłam, żebyśmy pojechali w trójkę, ale uparł się, że musi sam.

– Stary osioł.

– To jakaś szeptunka, modli się i takie tam.

– Profesor wie?

– Oszalałaś? Nie tylko nie wie, ale też nie może się dowiedzieć, i tak traci cierpliwość. Jeśli stracimy jego pomoc, ojcu nie zostanie już nic.

– Chyba że Kaszpirowski… – podsumowała z przekąsem Michalina.

– Boję się o tym myśleć. – Kaśka odpaliła papierosa i zaciągnęła się głęboko, nie rejestrując nawet, że sama wprowadziła przed laty zakaz palenia w mieszkaniu. Od tego mieli taras.

Nie wariujcie! – warknął przez sen Helmut. Już tam stara Paraskiewa wie, co robi. Mówię wam, będzie dobrze!

– Nie martw się, mamo! – Michalina jakby rozumiała, co pod nosem wymruczał ich mądry irlandzki wilczarz.

– Tak, córeczko, nie będę się martwić.

Od razu lepiej, pomyślał Helmut i machnął ogonem. Może kiedyś tu będzie jeszcze po staremu?

Zamykała pewien rozdział w swoim życiu. Tak przynajmniej zwykło się mówić w takich przypadkach. Tylko że to nie był pierwszy lepszy rozdział; ale dotychczas najważniejszy. I najtrudniejszy. Być może dlatego, że był jednocześnie początkiem i końcem; z dniami, kiedy z niecierpliwością czekała na noc, i z nocami, kiedy modliła się o świt. Z chwilami, o których wcześniej nie śmiałaby marzyć i o których marzyła, żeby jeszcze kiedyś stały się jej udziałem.

Obudziła się przed dziewczynkami. Jej instynkt działał lepiej niż szwajcarski zegarek, regulowany niezmiennie od pół roku z podwójną systematycznością.

Za kilka dni nie będzie za ścianą matki stukającej w kuchni rondelkami i porcelaną oraz ojca szurającego kapciami po parkiecie pamiętającym parę politycznych przemian. Nie czuła się komfortowo z tą myślą. Bezpieczniej byłoby poprosić chłopców o zrobienie od czasu do czasu większych zakupów, samej dopilnować SenSualu; mieć ich wszystkich na wyciągnięcie ręki, chociażby tylko po to, żeby razem pomilczeć.

Nie mogła wiedzieć, co będzie dobre dla niej i dla dziewczynek. Tego nikt nie mógł wiedzieć. Mogła jedynie przeczuwać. A czuła, że tam, w Mantui, w wygodnej willi pani Mancini na włoskiej prowincji, czeka na nią coś obiecującego. Artystycznie – na pewno. O spełnieniu w uczuciach marzyła już tylko ukradkiem, czasami i w taki sposób, żeby przewrotność losu nie miała do tych marzeń dostępu.

W ciepłej ciszy na boso podeszła do łóżeczek. Dzieci nie przejawiały jeszcze oznak wilczego głodu, ale Matylda wiedziała, że to tylko chwilowy wczesnoporanny bezruch. Otworzyła szeroko drzwi balkonowe i wsunąwszy stopy w dyżurne japonki, zeszła do ogrodu po dwóch szerokich stopniach. Stare wiązy, jabłoń i wieloletnie krzewy jaśminu tworzyły zieloną enklawę, odgradzając dom i jego mieszkańców od codziennego zgiełku stolicy. Przyjemny poranny chłód ogrodu studził jej rozgrzane snem ramiona i piersi. Zapewne jeszcze przez wiele tygodni będzie tęsknić za jego świeżymi zapachami i za poranną rosą pod stopami, na którą na południu Europy jak dotąd nigdy nie udało jej się trafić. Kiedy była małą dziewczynką, krzewy musiały być mniejsze, a drzewa mniej rozłożyste. A jednak pamiętała ten ogród jak nieodgadnioną przestrzeń, której długo nie udawało jej się odrzeć z tajemnicy. Teraz wystarczyło zrobić kilka kroków, żeby dojść w jego najdalszą część. Nie znajdowała w nim nic niepokojącego, nic nadzwyczajnego; był przedłużeniem domu, bezpiecznego dzieciństwa, które z ufnością pozwoliło jej wejść w dorosłość. Zamarzyła, żeby kiedyś dziewczynki mogły poczuć to, co ona w tej chwili.

Przytrzymała ręką konar przysadzistej jabłoni. Niegdyś stale się na nim bujała i żeby go dosięgnąć, musiała wysoko podskoczyć. Teraz schylała pod nim głowę. Gdyby nie kwilenie dochodzące zza drzwi balkonowych, pewnie sprawdziłaby, czy stara gałąź utrzyma jeszcze jej ciężar. Dziś zabierała bliźnięta ze sobą do miasta. Logistyczna organizacja takiej wyprawy była dużo trudniejsza niż bujanie się na gałęzi…

– Nie odpowie mu pani? – zapytała okrągła jak księżyc w pełni młoda kobieta znad drobno zapisanej kartki tak, żeby pani Radecka, która zabawiała właśnie grzechotkami gaworzące niemowlęta w zacisznej części sklepu, nie mogła usłyszeć pytania skierowanego do jej córki. – To już trzeci bukiet w tym miesiącu.

– Nie… – odpowiedziała równie konspiracyjnym szeptem Matylda, bardziej rozbawiona rozmarzoną miną swojej pracownicy niż wystraszona tym, że matka może wziąć na poważnie ich wymianę zdań na temat nowych mężczyzn pojawiających się w życiu ukochanej jedynaczki.

– Musi być bardzo romantyczny! – ciągnęła dziewczyna, zatrzymując wzrok na bukiecie wielkich kremowych róż, które swoją wonią przyćmiły aromat kominków zapachowych ustawionych dyskretnie w kilku miejscach salonu.

– Mhmm… – Matylda nie podejmowała wątku pewnego ewidentnie nią zauroczonego dyrektora spalarni odpadów medycznych w dawno zapomnianych już przez nią Dobroszkach, który od jej pamiętnego wywiadu w telewizji śniadaniowej z uporem maniaka próbował ją przekonać, że jest dla niej jedynym kandydatem na towarzysza podróży w drodze do szczęścia. – Jeśli będzie następny, odeślij.

– Nigdy nie dostałam tylu kwiatów naraz. – Usta Niny ułożyły się w podkówkę.

– Jeśli jeszcze dotychczas nic nie zrozumiał – Matylda miała na myśli swój brak reakcji na niecodzienne przesyłki zalotnika – to, moja kochana, i tu rada na przyszłość, facet już niewiele zrozumie, teraz i później, że o wyciąganiu wniosków nie wspomnę. Więc? – Uniosła brwi i spojrzała na dziewczynę z błąkającym się w kąciku ust słabym uśmiechem.