Zbawiciel

Tekst
Z serii: Sedinum #4
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Paulina poderwała się z fotela, okrążyła biurka i pochyliła się nad plecami Piotra.

– Boże! Rzeczywiście! Zaraz będzie afera na wszystkich portalach. Czekaj! Piotr zamarł w bezruchu.

– Jesteśmy najbliżej! – Paulina spojrzała nerwowo w stronę aneksu naczelnej i rozejrzała się po redakcji. – I chyba nikt tego jeszcze nie wyczaił.

– Bo wszyscy grzecznie pracują – szepnął Piotr. – Lecimy?

– Ale mówimy o tym Przeworskiej?

– Po co? Przecież mogliśmy wyjść kupić sobie ciastko. – Piotr poderwał się z krzesła. – Gdzie masz samochód?

– Daleko. Aż pod trasą. I w dodatku w przeciwnym kierunku.

– To szybciej będzie na piechotę. To jakieś trzysta metrów. – Piotr sięgnął po komórkę i nagle znieruchomiał.

– Raczej sześćset. Dobrze, że mam zwyczajne buty, a nie szpilki. Co jest? – Zauważyła, że Piotr pochylony nad ekranem laptopa w coś się wpatruje.

– Jeśli to jest to, co myślę… – Wskazał palcem powiększony fragment czyjegoś zdjęcia, na którym na tle zatrzymanych w ruchu stalowych pomostów widać było jakąś mieniącą się kolorowo chmurę.

– Chryste! – Paulinę na moment sparaliżowało. – Idziemy!

Oboje rzucili się w kierunku drzwi i po chwili znaleźli się na schodach.

Igor stanął przed wiszącym na ścianie kalendarzem i zamyślił się. Godzinę temu zadzwonił Jarost i zaproponował mu, żeby w poniedziałek wpadł na budowę i wszystko dokładnie obejrzał, a może i dokonał pierwszych pomiarów.

Poniedziałek to był już piąty sierpnia. Siódmego przypływają do Szczecina Johann i całe angielskie towarzystwo, a dwunastego wyruszają w morze. Strasznie mało czasu na wszystko. A Johanna trzeba będzie przecież tutaj jakoś podjąć, zająć się nimi. Może niepotrzebnie się zgodził na tę robotę. Chociaż właściwie to tak naprawdę się jeszcze przecież nie zgodził.

Spojrzał z powątpiewaniem w kierunku leżącej na biurku umowy.

Z korytarza do jego aneksu zajrzała jedna z projektantek.

– Igor, ten inwestor od pałacu pod Koszalinem…

– Co z nim? Miał być piętnaście minut temu!

– Właśnie zadzwonił, że się spóźni, bo jest straszny korek na wjeździe do miasta. Wszystko stoi.

Igor spojrzał na zegar na ścianie. Dochodziła siedemnasta.

– O Boże! Myślałem, że uda mi się dotrzeć dzisiaj do domu przed osiemnastą. A to spotkanie potrwa pewnie ze dwie godziny.

– No to nie masz żadnych szans, chociaż moim zdaniem nie miałeś ich już od początku. – Dziewczyna uśmiechnęła się ironicznie i zasunęła oszklone drzwi.

Igor spojrzał ponownie na kalendarz.

Żeby tak jutro był dwunasty… Dawno już tak się nie cieszył na urlop. Ba, dawno w ogóle nie miał prawdziwego urlopu. Co najwyżej jakieś wypady na kajaki, narty czy inne tego typu rzeczy, najczęściej zamykające się w jakimś nieco tylko dłuższym weekendzie. A teraz trzy tygodnie na Bałtyku. Na tym nieziemskim białym jachcie Johanna.

Białym. Przypomniało mu się przejście dla pieszych pod Pazimem i jasne, ciepło uśmiechnięte oczy Jarosta. Pomachał mu nawet. Czy Jarost i Szymon mieli takie same samochody? Wydawało mu się, że to Rogala jeździ białym pick-upem.

Monika. Miał do niej zadzwonić. Właściwie to nie wiedział, jak postąpić. Nie byli na tyle przyjaciółmi czy specjalnie zażyłymi znajomymi, żeby telefon w takim momencie był w oczywisty sposób usprawiedliwiony. Bał się, że wyjdzie na kogoś, kto szuka sensacji. Ale co tam…

Sięgnął po komórkę i po chwili stał przy oknie, wyglądając na plac przed budynkiem i czekając na połączenie.

– Igor? – Monika odebrała po trzecim sygnale.

– Witam, nie chciałbym się narzucać, ale jeśli potrzebna jest jakaś pomoc, to służę swoją osobą.

– Nie, wszystko jest w porządku – mówiła przybitym głosem. – Jakoś sobie radzimy, ale bardzo ci dziękuję.

– Czy coś już wiadomo?

– Nic kompletnie. – Monika westchnęła. – Policja mnie zbywa. Oni pewnie myślą, że Szymon mnie rzucił. Rzekomo dziewięćdziesiąt procent takich zgłoszeń tak wygląda.

– Podobno rozmawiałaś z nim tydzień temu w sobotę, nic nie zwróciło twojej uwagi? Normalnie się zachowywał?

– Nie rozmawiałam. Kto ci to powiedział? Pisaliśmy tylko na Messengerze. Napisał, że wraca w poniedziałek wieczorem, a jak mu się nie uda, to we wtorek rano.

– Gadałem z Romkiem, bardzo się tym wszystkim martwi. A nie dzwoniłaś do rodziców Szymona?

Na moment zapadła cisza.

– Nie wiem, czy wiesz, ale mamy bardzo złe układy z jego rodzicami. Ja mam. Nie znoszą mnie, nigdy mnie nie lubili, zwłaszcza jego matka. Po ostatniej awanturze dwa lata temu w ogóle zerwałam z nimi kontakt. Dla Szymona to był oczywiście problem, dlatego nigdy nie protestowałam, jak chciał tam jechać czy spędzić z nimi trochę czasu. Poza tym pomagał siostrze. Zawsze kończyło się na tym, że pili całą noc ze szwagrem. – Monika westchnęła ciężko. – Ale nie czepiałam się. Teraz też myślałam, że jest u nich. Zwłaszcza w obecnej sytuacji, gdy ma te kłopoty.

– Może rzeczywiście gdzieś się zaszył.

– Na szczęście w firmie jest Romek. – Monika znowu westchnęła. – Już dwóch kierowników budowy zaczęło do mnie wydzwaniać. Nie wiem, co bym zrobiła bez Romka.

Igor znowu przypomniał sobie łagodny uśmiech Jarosta i jego jasne przyjazne oczy.

Rozmawiali jeszcze przez moment na jakieś neutralne tematy, a potem Igor powtórzył swoją deklarację pomocy i pożegnali się.

Gdy odkładał telefon na stół, przypomniał sobie niespodziewanie słowa Pauliny na temat relacji pomiędzy ludźmi.

Nigdy nie wiadomo…

Paulina zatrzymała się zdyszana na wysokości bramy wjazdowej na teren portu.

– Poczekaj! – krzyknęła do Piotra.

– Już jesteśmy na miejscu, dawaj! – Piotr niecierpliwie przebierał nogami.

– Zaraz wypluję płuca.

– Musisz zacząć chodzić ze mną na zumbę. To lepsze niż jakieś gówniane snobistyczne bieganie. W butach za pół tysiaka.

Paulina podniosła głowę i spojrzała na Piotra wzrokiem, który powinien mu wypalić dziurę na czole.

– Idziemy! – Ruszyła w kierunku budynku straży pożarnej, widocznego już za szpalerem drzew obrastających nasyp mostu.

– O rany! Patrz! – Piotr przystanął, gdy znaleźli się obok narożnika gmachu. Wyszarpnął z wąskich dżinsów komórkę i zaczął filmować.

Pomiędzy nasypem a ścianą budynku przemykała nitka ciepłociągu. Teraz w tym miejscu było gruzowisko pogiętych stalowych belek i kratownic.

– Może przeleziemy tędy, pod tym ciepłociągiem – Piotr skinął ręką w kierunku zwaliska żelastwa – zamiast lecieć naokoło Bytomską.

– Żeby się na nas coś jeszcze zwaliło? – wydyszała Paulina, wskazując głową zwisające ze ścian fragmenty rusztowania. – Poza tym to jest łażenie po miejscu wypadku.

– Jeszcze nie ma policji.

– Ty się bardziej do tabloidu jednak nadajesz, a nie do gazety.

– I tak tam wyląduję, jak Przeworska zostanie z nami jeszcze z miesiąc.

– Ja wyląduję na kozetce.

– Oj, przestań – ofuknął ją Piotr. – Idziemy! Póki co zrobimy zajebisty materiał na nasz portal. Jak wrzucimy to za godzinę, to będziemy pierwsi w mieście.

Piotr, nie czekając, przelazł pod stalową rurą ciepłociągu i ruszył po trawie wzdłuż wiaduktu mostu. Paulina rozejrzała się dookoła siebie i kręcąc głową z niezadowoleniem, poszła za nim.

Obok ciepłociągu leżały fragmenty zniszczonego rusztowania – pogięte stalowe panele, rury, ale także deski oraz kubły z farbą i rozmaite materiały budowlane. Piotr cały czas trzymał przed sobą komórkę.

– Gazeta powinna nam zapewnić kamerki sportowe – rzucił, pokonując stertę żelastwa.

– Jasne! – Paulina starała się trzymać jak najbliżej wiaduktu. – Ciesz się, że cienkopisy i mazaki nam czasem dają.

– Zobacz! – Piotr nagle zamarł.

Przed nimi wyłonił się narożnik budynku, za którym widać było wysokie stalowe filary, na których biegł ciepłociąg, a dalej, zasypaną stalowymi belkami jezdnię na bulwarze Śląskim. Nieco dalej grupa robotników zbierała i rozkładała fragmenty rusztowania. Pod samą ścianą piętrzyła się kupa pogiętych kratownic.

– Co takiego niby? – Paulina wyjrzała zza pleców Piotra.

– Tutaj. – Piotr ze zgrozą wycelował palec w kierunku złomowiska.

Na niektórych kratownicach, ale przede wszystkim na trawie obok i pod stalowymi przęsłami, widać było kolorowy nalot.

Piotr dmuchnął i z najbliższej belki uniósł się w powietrze kłąb barwnych okruchów.

Paulina zmartwiała.

Słychać było hałas stalowego złomu, który robotnicy przekładali z miejsca na miejsce, głośne pokrzykiwania oraz narastający z oddali sygnał nadjeżdżających karetek pogotowia.

– Co wy tu robicie?! – zza narożnika dobiegł ich nagle męski głos.

Na trawie obok jezdni stał mężczyzna w żółtej kamizelce i białym kasku.

– Tu nie wolno włazić! Nie zauważyliście, że był wypadek! Wypierdalać stąd!

– Już idziemy, panie majster. – Piotr podniósł ręce w uspokajającym geście. – Ulica tam dalej jest zastawiona.

– Nie zauważył pan tablic ostrzegawczych?! – Mężczyzna w kasku spostrzegł nagle komórkę w ręku Piotra. – A to co jest? Filmujecie nas?

– Spadamy! – Piotr odwrócił się i złapał Paulinę za rękaw.

– Pierdolone hieny! – Majster ruszył za nimi w pogoń.

Paulina przeskoczyła przez najbliższą hałdę żelastwa, ominęła słup trakcji ciepłowniczej i pognała wzdłuż wjazdu na most. Słyszała tuż za sobą tupot szybkich kroków Piotra.

– Niech ja was dorwę, skurwiele! – Mężczyzna zatrzymał się przy gruzowisku i pogroził im pięścią. – Łajdactwo jebane!

Paulina i Piotr przebiegli cały odcinek nasypu mostu nad Parnicą i zatrzymali się dopiero za pniem drzewa tuż przy schodach prowadzących na chodnik na moście.

– Boże! Ja przy tobie na samo dno dziennikarstwa spadam. Pieprzony paparazzi się znalazł! – Paulina wyjrzała zza drzewa. Ciężko oddychała.

Na szczęście robotnicy z budowy zaniechali pościgu.

– Zobacz! – Piotr sięgnął do kieszeni i wyciągnął garść płatków. – Udało mi się w ostatniej chwili zgarnąć.

 

– I po co ci to? – Paulina oparła się o drzewo. – Zrobisz badania węglem C czternaście? W naszej kuchni redakcyjnej?

– Porównamy, czy to te same rośliny. To może być jakaś informacja.

– Piotruś. – Paulina postukała się palcem w czoło. – Jaka informacja, do diabła? Policja pewnie to zrobi nieco bardziej profesjonalnie od ciebie.

– Jasne – zakpił Piotr. – O ile tylko znajdą odpowiednie zaklęcie w modlitewniku milicjanta katolika.

– Boże! – fuknęła Paulina. – Dlaczego ja cię w ogóle słucham?!

– Jak na razie to tylko my wiemy, że tu także były te płatki kwiatów.

– Wypatrzyliśmy to na fotkach w necie. Pewnie na forach już o tym gadają.

– Dlatego jak najszybciej musimy wsadzić mój film na nasz portal – powiedział Piotr i rzucił się biegiem przez ulicę.

Biurowiec Lastadia Office, gdzie mieściła się redakcja gazety, znajdował się za zakrętem. W miejscu, w którym się zatrzymali, było go już widać. Pomiędzy filarami Trasy Zamkowej majaczył dach biurowca.

– Chryste! – powiedziała Paulina z rezygnacją i ruszyła za Piotrem. – Zabiję w końcu tego gówniarza!

Urszula kątem oka obserwowała, jak Paulina z Piotrem raptem się zerwali i pochyleni nad laptopem tego pętaka zaczęli najwyraźniej coś knuć. A potem nagle zabrali się i gdzieś poszli, z trudem zachowując pozory, że wychodzą sobie ot tak, po śniadanie.

Coś musiało być na rzeczy.

Urszula nie lubiła Pauliny. Tego jej efekciarskiego napuszonego lewactwa, tego zakłamanego feminizmu i pustego żałosnego ateizmu. Nie o to chodzi, że miała coś do ludzi niewierzących oczywiście, ale nie znosiła, jak ktoś się z tym obnosił. Manifestował tę pozbawioną wartości bezideowość.

Nieźle się dobrali z tym chłystkiem. Do gejów też nic nie miała oczywiście, przecież nie była żadną homofobką. Co to w ogóle za określenie? Nienawidziła po prostu tej ideologii, tego wpychania ludziom, że to jest normalne, gdy dwóch facetów sypia ze sobą. Nikomu nie zamierzała zaglądać do łóżka, ale nie życzyła sobie, żeby ktoś tak ostentacyjnie się z tym afiszował. Miała wśród znajomych gejów, o których wszyscy wiedzieli, ale oni nie chełpili się tym, żyli skromnie i samotnie na boku, nie wchodząc ludziom w oczy. I tak powinno być. Każdy dźwiga jakiś krzyż.

Nie była uprzedzona, to śmieszne. Po prostu irytował ją tymi swoimi pompatycznymi, górnolotnymi ekologicznymi bredniami. Prawda była taka, że tacy jak on wycierali sobie gęby prawami zwierząt, wierutnymi bzdurami o ociepleniu klimatu i jakiejś wydumanej, bezglutenowej, hipsterskiej katastrofie ekologicznej, a byli ślepi na prawo naturalne i humanizm. Na człowieka.

Ze złością stuknęła w swój laptop, usiłując skupić się nad tekstem, który pisała na sobotę na ich portal. Wciąż była zła za tę awanturę w środę. Na siebie także, niepotrzebnie dała się sprowokować. Była przekonana, że Piotr celowo nie powiedział jej o tych gównianych kwiatkach i jakichś napisach i oboje specjalnie odczekali aż trzy dni. To prawda, mogła sama zebrać te śmiecie podczas koncertu, ale najpierw była skupiona na muzyce, a potem zbyt wstrząśnięta tym barbarzyństwem, tym świętokradztwem. Niech to sobie brzmi, jak brzmi. Wiadomo, że Paulina by ją wyśmiała, ale przerywanie koncertu w katedrze, niszczenie podniosłego nastroju płynącego z piękna muzyki i przebywania w tym ogromnym wnętrzu pełnym pokory i duchowości, to było dla niej świętokradztwo.

Przewinęła kolejną stronę z kilkuset linków na temat ekoterroryzmu, organizacji ekologicznych i takich tam i otworzyła następną. I nagle wpadł jej w oko pewien tytuł.

Zamarła. Niemożliwe.

Otworzyła link i zaczęła, coraz bardziej podekscytowana, czytać artykuł sprzed kilkunastu miesięcy. A potem otworzyła następny na ten sam temat i jeszcze parę wzmianek. Gdy skończyła, była tak podniecona, że w ogóle nie mogła skupić się na pracy.

Ale to jest przecież prawdziwa bomba! I to ona pierwsza ją odkryła.

Stwierdziła, że musi się przejść i kupić sobie coś słodkiego.

– Idę po pączka – rzuciła do siedzącej najbliżej koleżanki i ruszyła w kierunku wyjścia.

Zwolniła przy biurkach Pauliny i Piotra.

Oczywiście powygaszali monitory i raczej się nie dowie, co ich tak zainteresowało. Miała nadzieję, że nie odkryli tego samego co ona. Ale jakby nawet, to ona pisze na ten temat, Paulina ma się od tego trzymać z daleka. Naczelna tym razem powiedziała jej to chyba bardzo wyraźnie.

Zatrzymała się na moment nad stołem Piotra. Przed monitorem miał rozrzucone w nieładzie kilka kartek z notatnika, na których plątały się jakieś jego różne bazgroły. Zmarszczyła brwi i przechyliła głowę.

Młodzieżowy Strajk Klimatyczny? No proszę, jakie ciekawe skojarzenie.

Uśmiechnęła się do siebie i raźnym krokiem wyszła z redakcji.

Piotr pchnął drzwi do głównej sali redakcji i przepuścił przodem Paulinę.

– Idź pogadaj z Przeworską, ja skoczę do Macieja, żeby ten film obrobił na nasz portal.

Paulina wciąż jeszcze zdyszana po ekspresowym powrocie do redakcji, weszła do środka i ruszyła w kierunku aneksu naczelnej. Na myśl o kolejnym starciu z tą kobietą zrobiło jej się niedobrze.

Aneks był jednak pusty. Paulina zajrzała przez oszklone drzwi, a następnie rozejrzała się po sali. Nigdzie nie było widać szefowej.

– Gdzie jest Przeworska? – zwróciła się do siedzącej najbliżej koleżanki.

– Wyszła jakieś piętnaście minut temu.

– A Ulka?

– Też wyszła. Po pączka.

– A Marcin jest?

Dziewczyna spojrzała w kierunku kuchni.

Paulina nie czekała, aż zastępca naczelnego wyjdzie z kuchni. Zastała go przy ekspresie do kawy.

– Co jest? – spytał, widząc jej nerwowe spojrzenie. – Stało się coś?

– Mamy z Piotrusiem niezły materiał, ale Przeworska gdzieś wyszła.

Marcin pokręcił głową.

– Ja nie jestem od tych spraw, musisz poczekać, aż wróci.

– Będzie za późno. – Paulina podeszła do kolegi i oparła się o szafkę. – Mamy film z zawalenia się rusztowań na budowie niedaleko. Jak nie pójdzie teraz, to za pięć minut wszyscy nas wyprzedzą.

– Co ty? – Marcin spojrzał na Paulinę zdezorientowany. – Zawaliło się rusztowanie? Gdzie? Ktoś zginął?

– Nie wiem. Przyjechały karetki, więc pewnie są ofiary. Ale nie o to chodzi.

– E tam, zwykły wypadek – zbył ją Marcin, zabrał kawę i ruszył do wyjścia. – To może poczekać, serio.

– Marcin! – Paulina pobiegła za nim. – Mamy podejrzenie, że to ma coś wspólnego z wybuchem w katedrze.

Marcin, który miał właśnie zamiar zamknąć jej drzwi przed nosem, zatrzymał się i cofnął do środka.

– Znaleźliśmy na tych zawalonych rusztowaniach takie same płatki kwiatów, jakie były w katedrze. Poza tym na zdjęciach internautów widać je w czasie, gdy lecą rusztowania.

– Jesteś pewna? – Marcin postawił kubek na stole.

– Nawet zabraliśmy garść tego.

– A jeśli rosły tam po prostu jakieś krzaki, a wy robicie aferę? Może katastrofa je zdmuchnęła.

– Tam nie ma żadnych kwiatów ani krzaków z kwiatami. To przecież port.

Paulina zobaczyła przez oszklone drzwi Piotrusia, który wpadł do głównej sali i rozglądał się dookoła. Pomachała w jego kierunku. Dostrzegł ją i wbiegł do wnętrza aneksu Marcina.

– Masz już? – spytała go.

– Maciej właśnie go obrabia. Za pięć minut ma skończyć i możemy wrzucać.

– To jak? – Paulina spojrzała na szefa.

– Pokażcie ten film – polecił Marcin.

Po chwili oparty dwiema rękami o stół wpatrywał się w ekran laptopa Piotra.

– Z tym waszym pieprzeniem mamy to puszczać? – spytał w końcu poirytowany.

– Maciej to właśnie usuwa – zapewnił go Piotr.

– Dobra! Julia mi łeb urwie, ale puszczajcie to. Wrzuć komentarz, że tylko podejrzewamy. – Spojrzał na Paulinę znacząco. – Tylko podejrzewamy, powtarzam, że to może mieć coś wspólnego z prowokacją w katedrze.

Paulina skinęła głową i po chwili oboje z Piotrem wypadli z aneksu naczelnego.

Rozdział 12

sobota 3 sierpnia

późnym wieczorem…

Maleńki ogródek przy restauracji, ogrodzony drewnianym płotkiem i opleciony roślinnością, oświetlony był przez wiszącą nad wejściem latarenkę oraz palące się na stoliku świece. Na rynku panował harmider, z ogródków letnich dochodziły śmiechy i głośne rozmowy. Sierpniowy gorący wieczór dostarczał wszystkim lokalsom i turystom, którzy zapędzili się na tak zwane Stare Miasto, rozkosznej radości nicnierobienia i pozwalał cieszyć się spokojem upływającego wieczoru. Zwłaszcza że to sobota i nie trzeba się było przejmować jutrzejszym kacem. A przynajmniej bez zbytniej przesady.

– Boże! Jak mi tego było trzeba. – Paulina przymknęła oczy i podniosła do ust pękaty kieliszek czerwonego wina.

W drzwiach lokalu pojawił się kelner z tacą pełną dymiących smakowicie pyszności.

– Ale jestem głodny. – Igor cmokną z zadowoleniem, gdy chłopak skończył rozstawiać przed nimi talerze i poszedł do kuchni.

Gdy jedzenie zniknęło już z talerzy, a kieliszki ponownie napełniły się czerwonym winem, Paulina sięgnęła do torebki i wydobyła tablet. Położyła go na stoliku przed sobą i otworzyła przeglądarkę.

– Chyba żartujesz? – Igor spojrzał na nią wzrokiem zranionej łani. – Teraz? Internet?

– Oj nie, chcę ci tylko coś pokazać – powiedziała Paulina niecierpliwie i przeleciała palcem wzdłuż listy maili w swojej poczcie.

– Zobacz, co dostałam. Co o tym sądzisz? – Wyciągnęła w jego kierunku tablet.

Igor przeczytał krótki tekst i przez chwilę wpatrywał się w ekran urządzenia.

– Dziwny jakiś ten mail. Taki trochę szczeniacki.

– W pierwszej chwili też tak pomyślałam, ale potem zaczęłam się zastanawiać. Przecież mit o wyjątkowej przenikliwości i precyzyjnej inteligencji seryjnych morderców i różnych zamachowców tak naprawdę wykreowało kino. W rzeczywistości to zazwyczaj ludzie średnio inteligentni, za to ze sporymi problemami psychicznymi.

– Te kwiatki w katedrze były raczej niepoważne. – Igor wciąż wpatrywał się w tablet. – Wypadek w porcie to zupełnie inna liga. Dwaj faceci wylądowali w szpitalu, jeden w stanie ciężkim ze zmiażdżonymi narządami wewnętrznymi. Jesteś pewna, że tam naprawdę były te kwiaty? Może to jakiś totalny przypadek?

– Nie, nie jestem pewna. Dlatego na portal poszła informacja, że tylko podejrzewamy jakiś związek, ale popatrz sam na te liczby.

– Jakie liczby? – Igor podniósł głowę.

– To jego ostrzeżenie na końcu. Macie dwa dni, a potem czternaście. Mail dostaliśmy w środę rano, tak jak zresztą wiele innych portali i gazet w Szczecinie. Czyli czwartek i piątek, a w piątek był wypadek w porcie.

– Jeśli chodzi o ścisłość, biorąc pod uwagę, że rusztowania runęły jakoś po siedemnastej, to dwa i pół dnia. Nieprecyzyjnie dość. – Igor spojrzał w przestrzeń nad głową Pauliny. – A te czternaście jak liczyć? Od środy?

– Raczej od piątku. Napisał „a potem czternaście”.

– Czyli sobota, niedziela… – Igor otworzył kalendarz w telefonie i zaczął przesuwać palcem po monitorze – …szesnastego sierpnia.

– No tak by wychodziło. – Paulina liczyła dni miesiąca na palcach. – Znowu piątek.

– Czemu tego nie daliście do gazety? – Igor wskazał e-mail na ekranie tabletu.

Paulina się nachmurzyła.

– To nie ja się tym zajmuję. – Opisała pokrótce kulisy zatargu z koleżanką z redakcji. – Nie wiem, kiedy ona zamierza napisać coś na ten temat. Odgrażała się, że zrobi to na czwartek, a jest sobota. Nie mam pojęcia, co ustaliły z Przeworską.

– Może miało iść na piątek, ale po tym, co się stało w porcie, wasza naczelna kazała to przerobić i puścić w poniedziałek?

– Może. Wczoraj już się z nią nie widzieliśmy. Przeworska zniknęła do końca dnia, a Ulka była tak zajęta pisaniem czegoś, że z nikim nie chciała gadać. Może rzeczywiście robiła poprawki?

Paulina sięgnęła po kieliszek.

– A ten cały szyfr? – Zmrużyła oczy. – To w ogóle jest szyfr? Jak myślisz?

– Nie kojarzy mi się to kompletnie z niczym. Jakieś przypadkowe kreski. – Igor w zamyśleniu podrapał się po brodzie. – To znaczy da się dostrzec pewną prawidłowość. Część symboli się powtarza, więc należy zakładać, że jest ich ograniczona liczba. Jakiś kod podstawieniowy?

– Dwie linijki i taka sama liczba znaków. – Paulina postukała palcem w ekran tabletu.

– I kropki w tym samym miejscu. Siedem znaków, kropka i kolejne dwa znaki.

– Mnie się wydaje, że to mogą być po prostu cyfry. Może to współrzędne? Daje nam jakąś podpowiedź?

Igor się roześmiał.

– Kto? Jakiś dzieciak z Młodzieżowego Strajku Klimatycznego?

Paulina westchnęła i pokręciła głową, patrząc na Igora z pobłażliwym uśmiechem.

– Sam powiedziałeś, że katastrofa w porcie to już nie żarty.

 

– Na razie nie mamy pewności, czy to ten sam sprawca. Widziałaś, co było dzisiaj w mediach. Wyłącznie doniesienia o wypadku. Nikt nie powiązał tego z wydarzeniami w katedrze. Oprócz was.

– „Wyborcza” opisała mail od niego już w środę, kilka portali także. A dzisiaj my byliśmy z Piotrem tak naprawdę pierwsi. Może kiedy na miejsce dotarły inne ekipy i policja, to budowlańcy, przenosząc rusztowania, wdeptali kwiatki w ziemię i dlatego nikt nic nie zauważył.

– To jest równie dobrze argument za tym, że jednak oba wydarzenia nie mają ze sobą nic wspólnego. Kwiaty mogły tam się wysypać na przykład z torby któregoś robotnika, który kupił je wcześniej na imieniny babci.

Paulina otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale tylko westchnęła ciężko i wzruszyła ramionami.

– Może masz rację. Może dałam się uwieść entuzjazmowi Piotra w szukaniu sensacji.

– Natomiast ciekawy jest ten nick – powiedział Igor w zamyśleniu i zaczął skubać trochę już przerośniętą brodę.

– Do barbera powinieneś iść. – Paulina potrząsnęła butelką i rozlała resztę wina do kieliszków. – Najlepiej zanim przypłyną Anglicy.

– Tak, tak – mruknął Igor. – Wiesz, co to znaczy?

– „Zbawiciel świata”, Savior of the World, stara angielska pieśń, chyba świąteczna.

– To też w takim razie – przytaknął Igor. – Pojęcia nie mam, skąd ty wiesz takie rzeczy.

Paulina spojrzała na niego z irytacją i sięgnęła po wino.

– A według ciebie co to znaczy?

– Zbawiciel świata. – Sięgnął po tablet i zaczął szukać czegoś w wyszukiwarce obrazów. – Salvator Mundi.

Przesunął do Pauliny tablet, na ekranie widać było fotografię obrazu.

Mężczyzna w intensywnie błękitnej tunice, o hipnotyzującym spojrzeniu, trzyma w lewej ręce przezroczystą kulę, a prawą dłoń unosi do góry ze skrzyżowanymi dwoma palcami w starym, biblijnym geście błogosławieństwa.

– Co to jest? – spytała Paulina, patrząc podejrzliwie na obraz.

– Chrystus oczywiście. A ten portret to chyba najbardziej tajemnicze dzieło sztuki na świecie. Autorstwa Leonarda da Vinci. Rzekomo.

Paulina odstawiła kieliszek i pochyliła się nad tabletem.

– Rzeczywiście jest niesamowity. To spojrzenie budzi autentyczną grozę. – Przekrzywiła głowę, przypatrując się portretowi. – Dlaczego niby jest taki tajemniczy?

Igor się rozpromienił.

– Leonardo namalował go około tysiąc pięćsetnego roku dla swojego protektora, króla Francji Ludwika Dwunastego. Do początku siedemnastego wieku obraz znajdował się w posiadaniu francuskiej rodziny królewskiej i dopiero francuska księżniczka Henrietta Maria wywiozła go do Anglii, gdy w tysiąc sześćset którymś tam wyszła za mąż za Karola Pierwszego. Od tego momentu dalsze losy obrazu są niejasne.

Igor sięgnął po kieliszek z winem i rzucił Paulinie przekorne spojrzenie.

– No mów!

– Niektóre źródła podają, że ponoć był jeszcze w posiadaniu Karola Drugiego, a później przepadł na setki lat i pojawił się niespodziewanie na początku dwudziestego wieku, kupiony na aukcji w Londynie przez angielskiego kupca sir Francisa Cooka za czterdzieści pięć funtów. A potem znowu przepadł.

– Czterdzieści pięć funtów?! Obraz Leonarda?! – Paulina gwizdnęła z niedowierzaniem.

– Jego dokładne dzieje są nieznane. Dopiero na początku dwudziestego pierwszego wieku podjęto próby rekonstrukcji losów obrazu, więc w rzeczywistości nic nie jest pewne. W każdym razie obraz ponownie pojawił się w dwa tysiące piątym w Nowym Orleanie, gdzie w niewielkiej galerii został kupiony za niecałe tysiąc dolców przez dwóch kutych na cztery nogi nowojorskich marszandów jako kopia kopii dzieła Leonarda.

– I co dalej? – Paulina zdenerwowała się, gdy Igor znowu sięgnął po kieliszek. – Skończ wreszcie tę historię, potem będziesz sobie pił!

– Nowi właściciele zlecili renowację obrazu. W owym czasie był bardzo zniszczony i częściowo przemalowany. I to wtedy pewnie ktoś zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem nie jest to oryginał. Obraz trafił do pracowni konserwacji dzieł sztuki na Uniwersytecie w Nowym Jorku. Został dokładnie oczyszczony i odnowiony przez amerykańską konserwatorkę Dianne Modestini. Badania obrazu trwały sześć lat, podczas których został poddany analizom, oględzinom i ekspertyzom najwybitniejszych znawców malarstwa renesansu. I w końcu wystawiono go w dwa tysiące jedenastym w National Gallery jako oryginał Leonarda. To wywołało w środowisku historyków i marszandów sensację, którą można porównać jedynie do wybuchu bomby atomowej.

– Zaraz, zaraz… – Paulina nagle drgnęła. – Przecież ja o tym czytałam, kiedy pisałam swoje artykuły o kradzieżach dzieł sztuki. Kupił go chyba jakiś szejk?

– Najpierw za osiemdziesiąt milionów dolarów kupił go rosyjski oligarcha Dmitrij Rybolowlew, a dopiero pięć lat później, w dwa tysiące siedemnastym, za czterysta pięćdziesiąt milionów dolarów, saudyjski książę Mohammed bin Salman. To najwyższa cena, jaką kiedykolwiek zapłacono za jakikolwiek obraz. Portret miał trafić do budowanego przez szejka w Abu Zabi tak zwanego nowego Luwru.

– Właśnie! – zawołała Paulina. – I potem obraz znowu zaginął.

Igor przytaknął.

– W Abu Zabi go nie wystawiono. I nie przyjechał także do Luwru, na wystawę zorganizowaną z okazji pięćsetlecia śmierci Leonarda. Dzisiaj nikt nie wie, gdzie faktycznie ten obraz się znajduje.

Paulina sięgnęła po kieliszek i wypiła resztkę wina.

– Bardzo ciekawa historia, tylko co to ma wspólnego z absurdalnym mailem jakiegoś domniemanego zamachowca ze Szczecina?

– Może jest miłośnikiem sztuki? – Igor wykrzywił usta z ironią. – A może jest jeszcze jakieś inne znaczenie słów Heiland der Welt niż pieśń religijna i obraz Leonarda?

– Johann! – ucieszyła się Paulina i podniosła wzrok. – Johann na pewno będzie wiedział.

– Może być za późno – mruknął Igor, wzywając kelnera. – Oni mają tu być w środę, a jeśli założymy, że ten wypadek w porcie był kolejnym zamachem…

– To w środę rano powinniśmy dostać następny mail – skończyła Paulina, wciąż przypatrując się niezwykłemu wizerunkowi Chrystusa.

– No właśnie. – Igor przytaknął i sięgnął do kieszeni po portfel. Skinął na kelnera.

W torebce Pauliny zaświergotał nagle telefon. Spojrzała na wyświetlacz.

– Piotruś – szepnęła do Igora, który pytająco uniósł brwi.

Wstała, obeszła drewniany płotek i stanęła na brukowej nawierzchni uliczki przy rynku.

– Coś się stało? – zapytała.

– Przeszkadzam w czymś? Jest po dziesiątej, a słyszę, że jesteś na randce.

– Nie przeszkadzasz. – Paulina skrzywiła się i przycisnęła telefon do ucha. – A co to za łomot? Skąd ty dzwonisz? Ledwie cię słyszę.

– Jestem w klubie. – Piotr prawie krzyczał. – Zajrzyj na nasz portal. Właśnie sam to zauważyłem. Ulka wrzuciła tekst na temat tego maila. Musiała to zrobić dzisiaj po południu, bo rano nic jeszcze nie było. Ta zołza znalazła coś rzeczywiście niezłego. Ale musiała to poprawiać, bo poszło tak, jakby nie zauważyła filmu, który myśmy wrzucili, i wygląda na to, że dopiero później dopisała jakieś bzdety.

– Przeworska znowu nas ochrzani. – Paulina wyciągnęła rękę nad płotkiem i sięgnęła na stolik po tablet.

Nie odrywając telefonu od ucha i słuchając Piotra, zaczęła nerwowo przeszukiwać przeglądarkę. Znalazła w końcu artykuł z dołączonym mailem, o którym przed chwilą rozmawiali.

– O ja dziękuję! – mruknęła i ze zdumienia otworzyła szeroko oczy.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?