ZbawicielTekst

Z serii: Sedinum #4
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Małgorzata Burakiewicz

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Robert Fritzkowski

Korekta: Lilianna Mieszczańska

Wydawnictwo dziękuje Głównemu Urzędowi Geodezji i Kartografii za możliwość skorzystania z zasobów Geoportalu, z których pochodzi fragment mapy użyty na stronie 449

https://www.geoportal.gov.pl

Zdjęcie wykorzystane na okładce

© Eugene Chystiakov/Unsplash

© by Leszek Herman

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2020

Ta książka jest fikcją literacką i wytworem wyobraźni autora.

Wszelkie podobieństwo do realnych osób i zdarzeń jest niezamierzone

i całkowicie przypadkowe.

ISBN 978-83-287-1442-7

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2020

Nawet twarda skorupa góry mięknie, gdy ją podmyje woda, co dopiero słabe serca ludzkie, gdy poddadzą się podszeptom siejącym niezgodę.

przysłowie hinduskie

Spis treści

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Epilog

Podziękowania

Prolog

WTEDY…

Lotnisko wojskowe Faldingworth, hrabstwo Lincolnshire,

16 sierpnia 1944 roku

godz. 18.00

Wieczór tego dnia był wyjątkowo upalny. Jakby na przekór panującej w północnej Anglii aurze, na ciemniejącym przed zmierzchem niebie nie było ani jednej chmury. Lazurowy błękit przechodził na zachodzie w kobalt, wylewając się za horyzont, zza którego już za kilkanaście minut miały rozbłysnąć pierwsze żółte i czerwone refleksy.

Do zachodu słońca zostały niecałe dwie godziny i wszyscy mieszkańcy Lincolnshire szykowali się powoli do snu, ale na pasach startowych ciągnących się wzdłuż pożółkłych pól widać było nerwowe przygotowania.

Z wielkich blaszanych hangarów biegały w tę i we w tę grupy mechaników, pomiędzy dziesiątkami stojących na pasach samolotów uwijały się ekipy pomocników, ciągnięto wózki wypełnione sprzętem i wyposażeniem, a odziane w granatowe mundury załogi szykowały się, by wejść do maszyn.

W słońcu połyskiwało kilkadziesiąt bombowców Avro Lancaster, każdy wyposażony w cztery potężne silniki Rolls-Royce Merlin. Tylko czekały, żeby wzbić się w powietrze.

W Faldingworth stoi, odbudowany z ruiny na początku dziewiętnastego wieku, anglikański kościół pod wezwaniem Wszystkich Świętych, a przy głównej ulicy mieści się stary pub o nazwie Coach & Horses, w którym w czasach drugiej wojny światowej wiele długich wieczorów spędzali piloci i obsługa pobliskiego lotniska.

Złoty okres dla pubu zaczął się pod koniec lata 1943 roku, gdy władze Królewskich Sił Lotniczych zdecydowały się założyć tutaj bazę bombowców i lotnisko wspomagające dla większych wojskowych portów w Lindholme i Ludford Magna. Od 1944 roku było to miejsce stacjonowania polskiego Dywizjonu 300 imienia Ziemi Mazowieckiej, dla którego uczczenia na końcu jednego z pasów startowych stoi do dzisiaj pamiątkowy monument.

Po wojnie to lotnisko, ze względu na swoje położenie na zapomnianej przez Boga i ludzi prowincji, stało się ustronną bazą składową, w której magazynowano broń nuklearną dla sił powietrznych i okrętów podwodnych.

Lotnisko zamknięto ostatecznie w 1972 roku, a przylegające tereny sprzedano na cele magazynowe i przemysłowe.

Jednak w ten ciepły sierpniowy wieczór 1944 roku jeszcze dzielnie służyło Królewskim Siłom Powietrznym, a polscy piloci z Dywizjonu 300 właśnie szykowali się do nocnego lotu nad trzecie co do wielkości miasto ówczesnych Niemiec. W jego granicach znajdowały się bardzo ważne dla nazistowskiej machiny wojennej zakłady – fabryka benzyny syntetycznej, fabryka silników lotniczych, a także port, stocznia i kilka wielkich fabryk amunicji. Niemieckie miasto nie miało żadnych szans, żeby uniknąć swojego losu.

Tego letniego wieczoru na lotnisku panował nerwowy pośpiech. W operacji zaplanowanej przez RAF oprócz polskiej eskadry brało także udział kilkanaście dywizjonów brytyjskich z wielu innych lotnisk północnej Anglii, a także Amerykanie w swoich latających fortecach. Sprzężenie czasowe wspólnego działania było więc bardzo ważne. Pech sprawił, że na lotnisku w Faldingworth akurat tego dnia wystąpiły drobne problemy techniczne, które o kilkanaście minut opóźniły start polskich bombowców.

Eskadra wystartowała dopiero po godzinie osiemnastej. Minąwszy wrzosowiska rozciągające się przed rozlewiskami ujścia rzek Ouse i Trent, znalazła się nad Morzem Północnym. Siedem lancasterów leciało początkowo bardzo nisko, prawie dotykając lśniącymi stalowymi brzuchami fal. Dopiero gdy zaczęło się ściemniać, załogi bombowców poderwały je na bezpieczniejszą wysokość.

Cały odcinek nad Morzem Północnym piloci polskiego dywizjonu lecieli z prędkością znacznie przekraczającą zalecane optimum. Chcieli się zrównać z wyprzedzającymi ich maszynami angielskimi i amerykańskimi. Minąwszy zachodnie brzegi Danii, Polacy nadrobili kilka minut, ale wyrównali opóźnienie dopiero, gdy znaleźli się nad Rugią.

Lecąca owej letniej nocy ze swoją misją eskadra aliantów liczyła czterysta sześćdziesiąt ciężkich bombowców, a na pokładzie każdego z nich znajdowało się kilka ton bomb. Gdy gigantyczny rój stalowych maszyn minął brzegi wyspy, dochodziła godzina dwudziesta pierwsza.

Do celu pozostało już tylko sto kilometrów.

Rozdział 1

poniedziałek 1 lipca

Ulica Zbożowa na Łasztowni zaczyna się u stóp urzędu celnego, który mieści się w jednym z typowych dla Szczecina wielkich budynków wyglądających jak zamczyska z bajek braci Grimm. Gmach postawiony jest na rzucie litery E, ma dziedziniec od strony wyspy i reprezentacyjną elewację od strony Odry. Tam przed wojną znajdował się geometryczny ogród. Dzisiaj jest to początek prawobrzeżnych bulwarów, strefa przewrotnie nazywana wolnościową. Obecnie miejsce to szczególnie upodobali sobie studenci. Przesiadują tutaj w każdy weekend do późnych godzin nocnych i wypijają hektolitry piwa.

Ulica Zbożowa omija urząd celny i biegnie dalej, aż do filarów Trasy Zamkowej, za którą ciągną się zabudowania starej rzeźni miejskiej, z wolna zamieniające się w modną portową dzielnicę z miejską mariną u brzegów. Coś na kształt Docklands w Londynie.

Wzdłuż ulicy Zbożowej, która przed wojną nazywała się nomen omen Spichrzową, do czterdziestego czwartego roku rzędem stały dobrze zachowane renesansowe i barokowe spichlerze. Ich ruiny usunięto ostatecznie pod koniec lat czterdziestych. Teren ten, należący częściowo do miasta, a częściowo do skarbu państwa, jeszcze do niedawna stanowił wielki zaniedbany ugór wykorzystywany od lat na parking.

 

Kilka miesięcy wcześniej całą ciągnącą się wzdłuż ulicy nieruchomość miasto zdecydowało się sprzedać, poprzedzając jednak sfinalizowanie transakcji wykonaniem prac odkrywkowo-konserwatorskich. Nikt nie wiedział tak naprawdę, w jakim stanie są obecnie ściany piwniczne i fundamentowe dawnych spichlerzy, a nawet czy w ogóle coś po nich przetrwało. Nabywca musiał się zatem liczyć z tym, że będzie trzeba zachować pozostałości renesansowych budynków, czy nawet je zrekonstruować. Miasto za wszelką cenę chciało uniknąć nieporozumień w tym zakresie, zwłaszcza że niedługo miały ruszyć prace przy przebudowie układu komunikacyjnego pomiędzy miastem a wyspą, a teren ten znajdował się w bezpośrednim sąsiedztwie.

Biały pick-up przejechał wzdłuż Lastadii, biurowca z czerwonej cegły stojącego przy urzędzie celnym, minął rząd zaparkowanych wzdłuż ulicy samochodów i zatrzymał się przed stalowym ogrodzeniem z paneli, na których zdążyły się już pojawić reklamy i plakaty, a kilku zdolnych streetworkerów pokryło niektóre z przęseł błyskotliwymi z założenia, głupio-mądrymi tekstami usiłującymi uchodzić za graffiti.

Drzwi od strony kierowcy otworzyły się i z samochodu wysiadł mężczyzna mniej więcej pięćdziesięcioletni, z krótkimi szpakowatymi włosami, ubrany w dżinsy i białą koszulę z podwiniętymi rękawami. Rozejrzał się wokół i ciężko westchnął.

Gdy półtora miesiąca temu przyjął zlecenie na zrealizowanie zadania pod nazwą „Prace odkrywkowe i badania konserwatorskie zachowanych fundamentów spichlerzy nr 25, 26 i 27”, wydawało mu się, że nie będzie łatwiejszej roboty. Całkiem dobrze wyceniona praca, która miała polegać na odkopaniu zachowanych ścian, wywiezieniu gruzu i wykonaniu badań konserwatorskich.

Problemy pojawiły się jednak już pierwszego dnia. Ledwie koparka wykonała pierwszy zamach łyżką, okazało się, że pod ziemią, akurat w tym miejscu, przebiega nienaniesiona na plany sieć energetyczna. Kabel niskiego napięcia biegł sobie dwadzieścia centymetrów pod ziemią i urywał się tuż przed chodnikiem. W dodatku był cały czas zasilony. Jeden nieuważny ruch i ktoś mógł się po prostu usmażyć. Kabel był wprawdzie zaizolowany, ale izolacja była już stara i za chwilę mogła się okazać nieskuteczna.

Tak czy siak, odnalezienie właściciela sieci, a potem jej odłączenie i wykopanie cholernego kabla zajęło blisko miesiąc. Cały miesiąc wyrwany z czasu przewidzianego na zakończenie robót. W dodatku z powodu zapisów w umowie przedłużenie kontraktu było absolutnie niemożliwe. A główny wykonawca, duże konsorcjum z Poznania, okazywał coraz większe zniecierpliwienie brakiem postępu prac.

Szymon Rogala musiał skończyć to w terminie. Potrzebował pieniędzy. Wtopił dopiero co prawie sto tysięcy złotych w robotę przy Baltice, wielkim biurowcu w centrum miasta. Z powodu jakichś zaniedbań właściciela inwestycja została wstrzymana, a zarówno nadzór, jak i prokuratura, bo zaszło to aż tak daleko, nie dawały żadnych nadziei na szybkie wznowienie prac i odzyskanie pieniędzy w dającym się przewidzieć terminie.

Miał jeszcze ludzi na dwóch budowach, jakieś drobne podzlecone prace, ale na nich nie był w stanie zarobić tyle, żeby spłacić dłużników z Baltiki.

Spichlerze były, poprawka – wydawało się, że będą – gratką, łutem szczęścia. Ale przecież można się było tego spodziewać, bo ostatnimi czasy szczęście omijało Szymona szerokim łukiem.

Jak tylko zobaczył dzisiaj rano na ekranie komórki nazwisko Pawelczyka, kierownika budowy ze Zbożowej, od razu wiedział, że znowu będą kłopoty. Kolejny kabel niskiego napięcia albo tym razem jakaś pieprzona kanalizacja.

Szymon spojrzał z żalem na stojący na bulwarach nieopodal pawilon modnej restauracyjki. Klienci okupowali ją ostatnio bez umiaru, mimo że nie było tam najtaniej.

To jest dopiero robota. Spokój, dobre jedzenie, a kasa sama spływa.

Wsunął kluczyki do kieszeni i ruszył na tyły parkingu, gdzie znajdowało się wejście na ogrodzony teren budowy. Obok na rozjeżdżonym trawniku stała ogromna wywrotka wypełniona teraz do połowy gruzem.

Pchnął stalową bramkę i znalazł się na terenie rozgrzebanego pobojowiska.

Na dawnym trawniku za parkingiem leżały hałdy wydobytego z wykopów gruzu. Walało się tam jakieś poskręcane żelastwo wyglądające jak spalone resztki pozaziemskich istot z filmów science fiction, fragmenty murów z ceramicznej, nadpalonej i stopionej cegły i pozostałości jakiegoś zmurszałego drewna. U stóp góry śmieci wymieszanych z ziemią ziały odsłonięte częściowo piwnice dawnych budynków. Pierwszy z wykopów, od lewej, był najgłębszy. Widać było ceglane ściany piwniczne, które jakieś trzy metry poniżej poziomu terenu niknęły w gruncie, pokruszone i poszarpane jak przez zęby jakiegoś potwora.

Nieco dalej, oddzielona kilkumetrowym pasem dawnego przejazdu, wyzierała z ziemi ruina kolejnego spichlerza. Całą powierzchnię jego podziemi wypełniała masa brudnej, szarej, skamieniałej pulpy. Podobnie wyglądały odsłonięte korony murów piwnicznych ostatniego z trzech spichrzów. W narożniku środkowego wykopu w wykutej wyrwie pracował jeden z robotników. Dwóch stało na krawędzi muru i przypatrywało mu się z powątpiewaniem.

– Co to jest? – Szymon spojrzał na swojego kierownika budowy z mieszaniną niepokoju i zniecierpliwienia.

– Beton, kurwa! – warknął Pawelczyk.

– Jak to beton?

– No beton! Nie wiesz, co to jest beton? Mieszanka cementu, kruszywa i wody. Cholerny, twardy jak diabli i w dodatku zbrojony tym strupieszałym żelastwem. – Majster machnął ręką w kierunku hałdy śmieci.

Szymon patrzył przez chwilę na swojego kierownika.

– No to co? Młot udarowy i trzeba jechać.

– Taa… – parsknął majster.

– No co taa? Co taa? – żachnął się Szymon. – Potrzebujesz więcej ludzi do skucia tej posadzki?

– Nie o to chodzi.

– Ze trzy dodatkowe młoty mogę ci podrzucić – przerwał mu Szymon. – I ewentualnie zabiorę ze trzech chłopaków z Chopina i tu przywiozę.

– To nie chodzi o brak ludzi.

– A ci dwaj dlaczego właściwie tam stoją, gapią się i nic nie robią? – Rogala ze złością kiwnął głową w kierunku dwóch odzianych w odblaskowe kamizelki mężczyzn. – To po cholerę mam więcej ludzi przywozić?!

– Ja cię proszę, daj mi w końcu dojść do słowa! – huknął kierownik. – Przerywasz mi i przerywasz! Patrz tu! – Wskazał ręką beton pod nogami. – Myśleliśmy początkowo, że to posadzka parteru, ale droga jest pół metra wyżej…

– Zbożowa mogła pójść po wojnie wyżej. Zalali betonem raz, drugi, a potem położyli asfalt na wierzch.

– Też tak pomyślałem – westchnął ciężko kierownik i ukucnął. Pochylił się i wycelował palec w wystające ze ściany pokiereszowane cegły. – Ale patrz tu.

– Co to? – Szymon wychylił się i powiódł spojrzeniem za palcem wskazującym Pawelczyka.

– Strzępia stropów nad piwnicą. – Kierownik podniósł dłoń i zatrzymał ją w powietrzu na wysokości domniemanego stropu. – To tu na oko była posadzka parteru. I to by się zgadzało. – Pochylił się i spojrzał w kierunku widocznego za wykopem fragmentu chodnika przy ulicy Zbożowej.

Szymon przez dłuższą chwilę patrzył to na resztki sklepień, to na chodnik.

– To co to jest? – Wskazał brodą skamieniałą szarą maź.

– Beton, kurwa! Już mówiłem!

– Ale co on robi w tym miejscu?!

Pawelczyk dźwignął się z przysiadu i wytarł ręce o spodnie.

– Najwyraźniej jakieś ruskie głąby, przecież do lat pięćdziesiątych kacapy tu siedziały, wylały do piwnicy spichlerza niepotrzebną albo zanieczyszczoną kupę cementu. Albo i nasi, jak po ruskich zaczął tu urzędować port.

– Myślisz, że cała piwnica jest… – Szymon zbladł. – Ja pierdolę!

– Potem nadziemne ruiny wszystkich spichlerzy rozebrali na cegłę dla Warszawki, a to, co zostało, wyrównali spychaczem – dokończył kierownik budowy i wzruszył ramionami. – I tyle.

– Szefie! – dobiegło nagle od strony narożnika ruin wołanie jednego z robotników. – Pan tu podejdzie!

– Co jest? – Pawelczyk ruszył w kierunku trzech mężczyzn w kamizelkach.

– Pan zobaczy, szefie… – Robotnik, który stał na dnie dziury wyrżniętej młotem udarowym, dziobał ręką powietrze nad ciemną masą wysypującą się z wywierconego otworu.

– Co to jest? – Kierownik ukucnął na brzegu muru i pochylił się. – Ziemia?

Pracownik przejechał rękawicą po ścianie. Na jasnoczerwonym materiale został ciemny ślad. Zdjął rękawicę i dotknął palcem ciemnego żwiru.

– Nie gołymi łapami, durniu! – obsztorcował go Pawelczyk. – Co to jest?

– Węgiel chyba. – Mężczyzna wzruszył ramionami. Powąchał palec. – No węgiel, jak nic.

– No dokładnie, jak mówiłem! – Kierownik podniósł się i spojrzał na zdenerwowanego Szymona. – Ruskie pozbywali się tu pewnie śmieci z portu. Ropa, węgiel, a na końcu wlali beton i po sprawie.

– Ale ten beton to idzie niżej, szefie. – Pracownik założył rękawicę i kopnął leżące pod nogami kawałki. – Jak nic.

– Ile czasu zajęło wam zrobienie tej dziury? – Szymon spojrzał na metrowej głębokości otwór, na którego dnie stał mężczyzna.

– Robimy to od wczoraj. – Robotnik podrapał się po brodzie. – Ale zaczęliśmy po południu – dodał szybko, widząc minę Rogali.

– Jakieś piętnaście na dwadzieścia metrów. – Szymon ze spojrzeniem utkwionym w przestrzeni zaczął liczyć coś w pamięci. – Do tego ze trzy metry głębokości… To kubatura…

– Jakieś dziewięćset metrów – odezwał się obserwujący go Pawelczyk. – Nawet jak tu postawimy ze trzech chłopaków z młotami pneumatycznymi, a to na zmianę przecież trzeba robić, więc z sześciu powinno być, to nie ma co, miesiąc jak w mordę strzelił.

– Ja pierdolę. – Szymon zamknął oczy.

– A ten ostatni spichrz pewnie to samo – dobił go majster, wskazując na wystające z ziemi poszczerbione ściany trzeciego spichlerza.

– A dziobakiem? – Rogala spojrzał na Pawelczyka z nadzieją. Oczami wyobraźni zobaczył wielką koparkę z potężnym dziobem do kruszenia ścian i betonowych stropów.

Kierownik skrzywił się i pokręcił głową.

– To za ciężka maszyna. Rozwali ściany albo, jeszcze gorzej, poprzesuwa je i rozpierdoli pale. To gówno przecież na palach stoi.

– To ja już nie wiem… – jęknął Szymon.

– Ja tam bym powiedział po prostu tym z Doclands Developer, że zmieniły się założenia i że dwa miesiące to za mało.

– Miesiąc! – warknął z rezygnacją Rogala. – Został miesiąc tylko! I to niecały.

– To już w ogóle nie ma o czym gadać.

Przez chwilę stali i wpatrywali się w pozostałości piwnic renesansowych spichlerzy.

– Trudno! – Szymon zmierzwił włosy. – Robimy, co się da. Przywożę dzisiaj sprężarkę i trzy młoty pneumatyczne. Więcej nie dam rady tutaj ściągnąć. Chyba że gdzieś pożyczę.

– Więcej ludzi naraz i tak nie postawimy.

– I trzech chłopaków ściągam z Chopina. Tam jakichś Ukraińców znajdę – mówił Szymon ze wzrokiem wbitym w ziemię.

– To Ukraińców tutaj daj – zaproponował Pawelczyk. – Do napierdalania młotem to nie trzeba budowlanki kończyć.

– À propos, ten cholerny Hirszfeld jest? Czy znowu zawalił? – Rogala rozejrzał się dookoła.

Pawelczyk westchnął i bez słowa pokręcił głową.

– Kurwa! Zabrałem go z portu, bo tam bardziej wymagająca robota, a tutaj tylko, kurwa, kopanie albo walenie młotem za tę samą stawkę, a ta kurwa jebana dalej się opierdala!

– To nie jest zły chłopak. – Majster się zawahał. – Ma kłopoty jakieś.

– Jak wszyscy! I jeszcze to jego bredzenie o prawach pracowniczych. Kiedy był tutaj ostatni raz? – Rogala łypnął na skonsternowanego Pawelczyka.

– Dzisiaj się nie pojawił. Wcześniej przychodził codziennie. Pewnie będzie za godzinę.

– Koniec z tym! Wywalamy go!

– Może porozmawiam z nim jeszcze?

– Nie, Bogdan! – Rogala zniechęcony wykrzywił usta. – Nie będziemy się już z nim cackać. Ja tu kombinuję, skąd wziąć ludzi do roboty, a ten sobie wszystko olewa. Wypierdol go, jak przyjdzie!

Pawelczyk smętnie przytaknął.

– A jeszcze ta cholerna inwentaryzacja i badania konserwatorskie – stęknął Rogala i podrapał się w głowę. – To kolejny miesiąc.

– A gadałeś w ogóle już z kimś? Kto się ma tym zająć?

– Z Flemingiem gadałem. Ale on miał zacząć za jakiś tydzień. Obiecałem mu, że koło dziesiątego lipca będzie mógł wejść ze swoimi ludźmi na inwentaryzację. Nawet zaliczkę mu dałem, żeby się zgodził. – Rogala sapnął. – Ale my do tego czasu stąd nie ruszymy przecież, a jak wszystko się poprzesuwa w czasie, to nie wiem, czy Fleming nadal będzie zainteresowany.

– Fleming?! – jęknął kierownik. – On się zajmuje głównie zabytkami. Będzie się trząsł nad każdą gównianą cegłą. Do Gwiazdki nie wyleziemy z tego gówna.

 

– Nikt inny nie chciał w tym terminie. Wszyscy na urlopach.

Kierownik zdjął kask i przejechał dłonią po spoconej łysinie na czubku głowy.

– Ja ci mówię, że to się wszystko, kurwa, źle skończy.

Rozdział 2

środa 17 lipca

Biała navara przemknęła wąską asfaltową drogą wzdłuż rozlewającej się pomiędzy dwiema wyspami – Pucką i Kępą Parnicką – Odry Zachodniej i zwolniła dopiero przed zakrętem na most nad kanałem. Kiedyś, kiedy jeszcze pływały w nim ryby, nazywany był Rybnym. Navara przetoczyła się przez wąską przeprawę i mijając stojący na przystanku autobus linii 52, pomknęła w głąb wyspy, znacznie przekraczając dopuszczalną prędkość.

Dochodziła ósma, do zachodu słońca zostało jeszcze jakieś półtorej godziny, ale nad miastem powoli zapadał już mrok. Słoneczne dni ustąpiły ostatnio mrocznym i burzowym, więc wieczór pod zaciągniętym chmurami niebem zaczynał się dużo wcześniej.

Szymon rzucił okiem na leżący na siedzeniu pasażera stary brudny chlebak i pomyślał o jego zawartości. Tych kilka dokumentów i planów z niemieckimi pieczątkami i klauzulami najwyższej tajności było czymś tak nieprawdopodobnym, że w zasadzie trudno było się dziwić urzędnikom, że uznali go za szaleńca, albo właściwie nie szaleńca, tylko cwaniaka, który wymyśla niestworzone rzeczy, żeby przedłużyć umowny termin robót.

No i niczego innego nie należało oczekiwać po tych z Doclands Developer. To absurdalne, że w ogóle czegoś się spodziewa po tej podróży do Poznania. Zwłaszcza jak im powie, że roboty należy wykonać bardzo ostrożnie, powoli odsłaniając poszczególne warstwy, żeby nie dopuścić do uszkodzenia, a nie, kurwa, rozpierdalając wszystko ładunkami wybuchowymi.

Boże, kto to wymyślił?

A teraz jeszcze musiał okłamywać Monikę.

Powiedział jej, że jedzie do Poznania i przenocuje tam, bo z samego rana ma spotkanie. W rzeczywistości spotkanie miał w południe, ale ten wieczór i noc były mu potrzebne, żeby wszystko dokładnie obliczyć, zrobić symulacje, określić kolejność…

Posiedzi nad tym, przygotuje wszystko tak, żeby było dokładnie i precyzyjnie zrobione. Racjonalna część jego natury wciąż podpowiadała mu, że jeśli rzetelnie wszystko przedstawi tym z Docklands, to znajdzie w nich sojusznika. Ale podświadomie sam sobie ubliżał, że jest tępym naiwnym debilem. No i już widział ich miny, kiedy powie, że to wszystko potrwa ze dwa miesiące dłużej.

I aż go trzęsło, jak pomyślał o tych skurczybykach z urzędu miasta. Czy to jego wina, że nie było żadnych materiałów i danych na temat spichlerzy? Nie zapewnili jakichkolwiek dokumentów archiwalnych z okresu powojennego. Bo port nic nie dał, kurwa! A to jego wina, że port nic nie dał?! Według umowy miały być proste prace odkrywkowe, a teraz, skurwiele, upierają się, że skoro w umowie nie było żadnych wyłączeń ani niczego na temat rodzaju gruzu, ani innych utrudnień, to znaczy, że to zaakceptował.

Gruzu! Ale nie litego betonu! W dodatku z czymś takim.

Właściwie to powinien dać im nauczkę!

Zostawić wszystko w diabły i zobaczyć, czym to się skończy.

Odkuć się na tym całym cholernym mieście. Na tych oszustach z Baltiki, na tych draniach z zamówień publicznych, tym łajdaku nadzorującym roboty w katedrze, który co chwila, jak z rękawa, wyciągał dodatkowe roboty – nie zostały one wprawdzie ujęte w kosztorysie, ale były rzekomo oczywiste.

Może to jest jakaś myśl.

Szymon kurczowo trzymał kierownicę i zacisnął zęby, a zaraz potem odetchnął głęboko i policzył w myślach do dziesięciu.

Przed samochodem wyrosła przekrzywiona i skrzypiąca na wietrze tablica z nazwą ulicy. Szymon skręcił. Jeszcze tylko jeden odcinek pomiędzy działkami i będzie na miejscu. Domek schowany prawie całkiem w jednym z najdzikszych zakątków wyspy należał jeszcze do jego dziadka, który przesiadywał w tym ustroniu całymi dniami. Przez krótki czas przyjeżdżali tutaj z Moniką, ale ona nie lubiła tego miejsca, twierdziła, że tu jest posępnie, tak się dokładnie wyrażała, posępnie, cokolwiek miało to, kurwa, znaczyć. Po kilku kłótniach chciał nawet to miejsce sprzedać, ale w końcu oboje dali sobie spokój. Ona przestała tu bywać, a on odkrył, że lubi tu niekiedy posiedzieć w samotności. Monika to na szczęście zaakceptowała.

Na małym placyku z jednej strony odgrodzonym wysokim płotem, przez który wylewała się zapuszczona zieleń, stała pojedyncza latarnia. Zaraz za nią była dziczejąca stopniowo droga. Biegła ona w kierunku kolejnego mostu nad kanałem. Za nim, aż do wiaduktu nad Odrą, ciągnęły się grzęzawiska i całe pola nieużytków.

Szymon zaparkował pomiędzy drzewami nad kanałem i ruszył do furtki.

Dom i drewniana altana, jak z amerykańskiego filmu, stały w głębi działki. Altanę sam kiedyś zbudował, myśląc, że fajnie się będzie tutaj relaksować na huśtawce.

Otworzył drzwi i rzucił swoją torbę na kanapę. Stary chlebak położył na stole i wyjął z niego zamknięty w skórzanych okładkach plik dokumentów.

Na każdym z nich groźnie stroszył pióra niemiecki orzeł. Kilka rozkazów, opatrzonych ostrzeżeniami o zachowaniu zasady bezwzględnej tajności, przepustki, papiery, a wszystko ukryte pod kryptonimem tajnej operacji.

Sięgnął po torbę i wyjął z niej skoroszyt. To było wszystko, co udało mu się znaleźć w rozmaitych odtajnionych po wojnie archiwach i co zdołał z nich wydobyć. Prawie nic. Ale dwa dokumenty z lat pięćdziesiątych, odtajnione nie tak dawno, w zupełności wystarczyły. Było do nich dołączone wykonane w czasie wojny zdjęcie, bez podpisów, bez żadnych adnotacji. Nikt, z kim rozmawiał, nie miał pojęcia, czego mogło dotyczyć. Prawdopodobnie ktoś kiedyś, przekładając akta, wsadził je między kartki całkiem przypadkowo, więc ze sprawą mogło nie mieć nic wspólnego.

Podniósł głowę i spojrzał na zegar. Dwadzieścia po dziewiątej. Chwila kontemplowania starych dokumentów trochę mu się przeciągnęła.

Z zewnątrz dobiegł go nagle odgłos silnika. Szymon odwrócił się i wyjrzał przez okno. Za gęstym żywopłotem przesuwał się powoli jakiś samochód, którego światła przedzierały się przez gałęzie krzewów. Na chwilę pojawił się w wąskim prześwicie furtki, przejechał jeszcze kawałek i zatrzymał gdzieś nad samym kanałem.

Stare bordowe kombi. Opel chyba, o ile dobrze rozpoznał kształt. Ktoś z niego wysiadł i po chwili szarpnął już furtką.

Szymon otworzył drzwi i wyszedł na ganek.

Zaskoczony patrzył na idącą w jego kierunku postać.

– A co ty tutaj robisz? – zapytał.

Nad wyspą zapadł już zmrok.

Od strony Odry dobiegał rechot żab i szum rosnących nad brzegiem rosochatych wierzb.