Sieci widma

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Chodziło o płyty ogniochronne. Baltica to dwadzieścia kondygnacji, każda prawie po tysiąc metrów kwadratowych powierzchni użytkowej. – Mariusz spojrzał na nią ze zniechęceniem. – Projekt przewidywał obustronne zabezpieczenie stropów, a także słupów nośnych w garażach podziemnych i na parterze. Nie wspominając nawet o kanałach wentylacyjnych i pionach. Prawie pięćdziesiąt tysięcy metrów kwadratowych.

Ostatnie zdanie wymówił z naciskiem, jakby chcąc, żeby Urszula zapamiętała podaną liczbę.

– Wiesz, że jestem głównym menadżerem tej inwestycji. Dwa miesiące temu szukałem pewnych dokumentów i natknąłem się na to przez przypadek. Specyfikacja obejmowała pięćdziesiąt tysięcy metrów kwadratowych płyt ogniochronnych, z czego połowa musiała spełniać także kryteria określonej nośności. No i znalazłem umowę sprzedaży. Dostawca to jakaś firma z Poznania. Cena, według faktury, była promocyjna i opiewała na pół miliona z hakiem. Zacząłem to sprawdzać…

– Firma z Poznania to chyba…

– Tak, właśnie… – Mariusz uśmiechnął się ironicznie. – To kolega twojego ojca. Na fakturze było zestawienie wszystkich płyt, ale bez szczegółów. Zadałem sobie więc trochę trudu i zacząłem sprawdzać innych dostawców. Przedtem dokładnie przestudiowałem projekt i specyfikacje.

– I co? – nie wytrzymała Urszula, gdy Mariusz na chwilę zamilkł.

– Płyty o wymaganych parametrach kosztują minimum sto dwadzieścia złotych. Więc, jak łatwo obliczyć, metr kwadratowy to koszt około czterdziestu złotych. A biorąc pod uwagę, że część z tych płyt musiała spełniać dodatkowo parametry nośności, więc wypada jeszcze drożej.

Urszula wpatrywała się w Mariusza z napięciem. Czekała, aż mąż skończy, ale już wiedziała, o co mu chodzi.

– Pięćdziesiąt tysięcy metrów kwadratowych płyt ogniochronnych do Baltiki powinno nas kosztować jakieś trzy miliony złotych.

– Mariusz. To bardzo poważne oskarżenie. Jedyne natomiast, co o tym świadczy, to cena na fakturze.

– Ten inspektor, mąż Olgi, Daniel Mróz. Znam oboje jeszcze z czasów, gdy pracowałem jako przedstawiciel handlowy. No więc Daniel zaczął zadawać pytania i zażądał atestów. I wtedy nagle się okazało, że część zestawień materiałowych, które wcześniej podpisywał, była zawyżona. I oskarżono go o wyprowadzanie materiałów z budowy.

– I ty naprawdę podejrzewasz ojca, że wymyślił to wszystko, żeby…

– Baltica ma kłopoty od początku. Koszty budowy wzrosły już prawie o dziesięć procent.

– Ale to nie oznacza, że ojciec chciałby…

– Wiesz, co oznacza moja rezygnacja? Że każdy, kto przejmie obowiązki głównego menadżera tej inwestycji, będzie musiał się pod tym szwindlem podpisać.

– A co jeśli to nie jest wina ojca? Jeśli ktoś go w to wrobił?

– W jaki sposób?

– On sam nie decyduje o każdym zakupie. Tym się nie zajmuje prezes. Może ktoś się po prostu pomylił?

– Powinien więc teraz naprawić, a nie tuszować tę pomyłkę. W dodatku wyrzucając Bogu ducha winnego człowieka pod pretekstem sfabrykowanej kradzieży.

– Pomijając wszystko inne, sama rezygnacja nie zwalnia cię z odpowiedzialności.

Mariusz przez chwilę patrzył na żonę zimnym wzrokiem.

– Dlatego wraz z rezygnacją wręczyłem twojemu ojcu protokół, w którym wykazuję możliwość nieprawidłowości i zalecam wstrzymanie robót do wyjaśnienia.

– Ale… – Urszula zagryzła wargi. Nie mogła sobie wyobrazić, że jej ojciec byłby zdolny do takich przekrętów. Gdzieś w głębi świadomości jednak dobijało się w niej zamknięte na cztery spusty przekonanie, że ojciec nie jest aniołkiem. Ale co innego samemu lawirować na granicy prawa, a co innego oskarżać swoich pracowników o rzeczy, których nie zrobili, i fałszować dokumenty na budowie. Wymiana płyt ogniochronnych na tańsze, pozbawione atestów i o gorszych parametrach, to kryminał. Mariusz musi się mylić. Może to ktoś za plecami ojca uknuł tę całą machloję, a on po prostu nie wiedział, jak się z tego wyplątać. Terminy na Baltice były już napięte jak struny, wisiało nad nimi widmo ogromnych kar umownych…

– W dodatku dzisiaj o nas napisali. – Mariusz podniósł wzrok i spojrzał na nią markotnie. – Wprawdzie ogólnikowo i bez konkretnych zarzutów, ale to wystarczy, żeby zrobił się ferment. Jedna z największych budów w mieście.

– Więc zdecydowałeś, że zostawisz ojca z tym wszystkim samego?

Urszula, już mówiąc te słowa, pożałowała, że w ogóle zaczęła.

Mariusz przez chwilę milczał, po czym zagryzł wargi i wstał. Bez słowa skierował się do wyjścia z kabiny. Trzasnął drzwiami tak mocno, że ze stojącej obok wejścia szafki pospadały klucze i papiery.

*

– Zobacz… – Edward spoglądał w kierunku dwóch szalup ratunkowych, które znajdowały się na tylnym pokładzie.

Stało tam kilka leżaków, zwróconych siedziskami w kierunku rufy promu.

– Chciałaś posiedzieć sobie przy świetle księżyca. – Spojrzał na żonę z uśmiechem. – Księżyc jest. Jest, jak chciałaś.

– Jakoś to miejsce nie jest zachęcające. – Anna obrzuciła krytycznym spojrzeniem kilka pustych leżaków stojących przy balustradzie zaraz za pomarańczowym kadłubem łodzi ratunkowej.

– Nie dogodzisz babie.

– Edwardzie! Nie mów na mnie baba.

– To nie na ciebie. To takie ogólne powiedzonko.

– A może tam pójdziemy? – Anna puściła mimo uszu tłumaczenia męża i wskazała ręką trap wiodący na wyższy pokład. Tuż nad nim wznosiła się masywna sylwetka pomalowanego w niebieskie pasy komina. – Ciekawe, dokąd te schody prowadzą?

– Na zewnętrzny korytarz wzdłuż bakburty. Taki sam jest na sterburcie. Kończy się pewnie wejściem na schody do wnętrza.

– No to chodźmy tam. – Anna skierowała się w kierunku trapu.

Po chwili, trzymając się poręczy, wspinali się na górę.

Otwarty pokład ciągnął się przez całą długość promu. Miał jakieś cztery metry szerokości, a przy relingach wisiały białe beczki tratw ratunkowych. Po prawej stronie, pod ścianą, co kilkanaście metrów stały pojedyncze leżaki. Gdzieś przy końcu widać było grupkę ludzi. Szum rozbijających się o burty fal, wiatr i cichy warkot silników promu zagłuszał dobiegające stamtąd śmiechy i głośną rozmowę.

– Czy tu jest bardziej zachęcająco? – Edward wskazał brodą dwa leżaki. – Jak sądzisz?

– Niech będzie – zgodziła się Anna. – Możemy sobie chwilę posiedzieć.

Morze było bardzo spokojne. Rozlewało się wielką ciemną płaszczyzną po horyzont. Na zachodzie, nad samą linią wody, wisiały ciemne majaczące na granatowym niebie chmury. Księżyc zdołał wydostać się z ich puszystych objęć i pysznił się wygiętym w łuk ostrzem na czarnym tle, na którym tu i ówdzie błyskotliwie migotały gwiazdy.

– Ale ładnie… – Anna oparła się i spojrzała w niebo. – Myślałam, że na morzu będzie zimno.

– Jest dużo chłodniej niż na brzegu, ale fakt, przyjemnie – zgodził się Edward.

Przez chwilę milczeli, wpatrując się w horyzont.

Grupka rozbawionych młodych ludzi weszła w międzyczasie do środka i zrobiło się cicho.

– Poczułeś? – Anna nagle podniosła głowę i rozejrzała się dokoła.

– Co takiego? – Edward otworzył oczy i spojrzał na żonę z ciekawością wymieszaną z irytacją. Co ona znowu wymyśla? Liczył na chwilę spokoju, może nawet na drzemkę.

– Szarpnęło, jakby…

– Moby Dick.

– Oj, nie wygłupiaj się. Naprawdę coś poczułam.

– Kochanie, płyniemy po morzu. Woda morska występuje chwilowo w postaci cieczy, a taki stan skupienia, jak wiesz, jest mało stabilny pod względem mechanicznym.

– Przestań gadać głupoty.

– Anno, prom wykonuje pewne ściśle określone procedury. Pewnie coś tam się akurat włączyło albo wprost przeciwnie, jakiś silnik zredukował moc. Czy coś tam.

– I chyba zwolniliśmy. – Anna znieruchomiała na moment, usiłując wyczuć prędkość statku.

– Po co ty się takimi rzeczami przejmujesz? Jakie to ma znaczenie?

– Pamiętasz, co mówili na początku? Że prom płynie ze stałą prędkością podróżną siedemnastu węzłów. Po co mieliby zwalniać?

– Może akurat wykonują jakiś manewr i musieli zwolnić. Omijają jakąś rafę, ja wiem…

– Rafę? Na Bałtyku?

– No to cokolwiek. Górę lodową.

– W lecie?

– Góry lodowe odrywają się od lodowców i spływają na morza, kolebiąc się na wodzie jak wielkie białe wańki-wstańki.

– To byśmy ją raczej zauważyli?

– Chyba że jest podwodna.

– Większych idiotyzmów już chyba nie wymyślisz. – Anna podniosła się i spojrzała na męża z góry. – Chodź, przejdziemy się wzdłuż tego tarasu.

Edward, rad nierad, dźwignął się z leżaka i ruszył za żoną.

Rozdział 9

Szczecin, poniedziałek,

cztery dni wcześniej…


Piotr w milczeniu, co nie zdarzało mu się zbyt często, wpatrywał się w Paulinę.

– Niemożliwe – wykrztusił w końcu. – I co Paweł na to?

– To samo co ty. – Paulina rzuciła na biurko foldery reklamowe niemieckiej firmy produkującej preparaty do czyszczenia polbruku i opadła na swój fotel. – Patrzył na mnie baranim wzrokiem.

Piotr pokręcił głową niecierpliwie.

– Oj weź, mów!

– No co mam mówić? Sama jestem wstrząśnięta. Jeszcze się zaraz okaże, że byłam ostatnią osobą, która z nim rozmawiała.

– A kiedy go zamordowali? To chyba Baśka pisze o tym?

– Wstępnie szacują, że w piątek w nocy. Zwłoki znaleźli dopiero w niedzielę. Drzwi w mieszkaniu były uchylone przez całą sobotę i w końcu ktoś zdecydował się zajrzeć.

– Portale już coś o tym piszą. – Piotr przesuwał wzrokiem po ekranie. – Ludzie dodają pod spodem, że to przy placu Lotników. Te komunistyczne bloki.

– To socrealizm, ignorancie. Boże…

– Co? – Piotr oderwał wzrok od monitora i spojrzał na Paulinę z niepokojem.

– Wsiadłam do taksówki na placu Grunwaldzkim, a on poszedł dalej. Plac Lotników jest tuż obok. W takim razie prawdopodobnie byłam ostatnią osobą, która go widziała żywego.

 

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.

– Nie licząc mordercy – powiedział cicho Piotr.

– Nie licząc mordercy – przytaknęła Paulina.

– Musisz iść na policję.

– Paweł właśnie dzwoni do znajomego prokuratora, od którego dostał te fotki.

– A na innych zdjęciach? Może ci się jednak wydawało, że to on?

– Dwie fotki są tylko u Pawła. Nie pomyliłam się. Poznałam ten tatuaż i czarny T-shirt…

Paulina przerwała i podniosła wzrok.

– W tym T-shircie był w klubie. Jeśli nie zdążył się nawet przebrać, to morderca musiał wejść do niego zaraz po naszym rozstaniu. Mogła być pierwsza, najwyżej trochę po…

– Tu ludzie piszą o jakiejś pijackiej imprezie. Że ktoś słyszał podobno muzykę i głośne rozmowy. Może po pożegnaniu się z tobą zorganizował sobie towarzystwo? W zasadzie było dość wcześnie. Mogli więc go zabić dużo później i nie byłaś ostatnią osobą, która go widziała.

– W sumie… – Paulina zawiesiła wzrok w przestrzeni. Ta wersja była prawdopodobna. Facet mógł nawet wcześniej, zanim się z nią spotkał, umówić się na jakąś imprezkę przecież. Spiknął się z jakimiś swoimi znajomymi gdzieś obok, a potem wylądowali u niego. Może nie chciał psuć sobie całego piątkowego wieczoru.

– Muszę zadzwonić do Marty – westchnęła. – Pewnie jeszcze dzisiaj będę musiała iść na policję.

– Powiesz im o jego propozycji?

Paulina spojrzała na Piotra z irytacją.

– Oczywiście. Dlaczego miałabym to ukrywać?

– Milion euro to sporo kasy.

– Zwariowałeś!?

– No tak tylko pytam…

– W jaki sposób miałabym zdobyć ten milion euro według ciebie? – Paulina ściszyła głos, widząc, że obok ich biurek przechodzi właśnie jeden z kolegów. – Pomijając nawet kwestię zatajania zeznań.

– Jeśli w następstwie tego morderstwa policja wpadnie na trop mafii, to możliwe, że nagroda będzie już nieaktualna.

– Boże! – Paulina pokręciła głową. – Ty chyba nie uwierzyłeś w te rzeczy?

– No przecież powiedział ci wyraźnie…

– Nic mi nie powiedział wyraźnie. Wszystko miał mi przekazać w sobotę. Wiem tylko, że chodziło o jakiś transport czegoś tam do Rosji. W środę albo w czwartek. Nic ponadto.

– Czyli pojutrze…

– Albo w czwartek.

– Mamy nazwę tej firmy produkującej meble. Mówiłaś coś…

Paulina zagryzła wargi i spojrzała w przestrzeń nad ramieniem Piotra.

Rzeczywiście, facet wspomniał nazwę lewej firmy rzekomo należącej do mafii. Jak to było…

– Cicho – syknął nagle Piotr.

– Co? Czemu? – Zdezorientowana Paulina spojrzała na niego ze zdziwieniem.

– Paweł…

Popatrzyła w ślad za jego wzrokiem. Od strony swojej oszklonej zagrody zbliżał się właśnie szef.

– Rozmawiałem z prokuratorem. – Paweł stanął nad biurkiem Pauliny i położył przed nią żółtą samoprzylepną karteczkę. – Tu masz telefon do zajmującej się tą sprawą policjantki. Bożena Górnik się nazywa. Zadzwoń do niej. Pewnie poproszą cię, żebyś przyjechała od razu.

Pół godziny później Paulina parkowała w ceglanym wąwozie przy Kaszubskiej. Po dwóch stronach wąskiej ulicy wznosiły się ponure gmachy z czerwonej cegły. Najeżone kanciastymi wieżyczkami, kroksztynami, sterczynami, inkrustowane glazurowanymi kształtkami, wyglądały jak zamczyska złej czarownicy z krwawej bajki braci Grimm.

Wydział kryminalny mieścił się w największym gmachu w całym kwartale. Do wnętrza prowadziły drzwi umieszczone w ogromnym półkolistym portalu. Sama architektura budynku zdawała się wołać, żeby porzucili wszelką nadzieję ci, którzy tutaj przychodzą. Ale cała ta dzielnica była mroczna.

Gdyby podzielić miasto na dwie części, a jako linię podziału przyjąć główny wjazd do centrum przez Most Długi i dalej, pnącą się pod górę ulicę Wyszyńskiego, Bramę Portową i Krzywoustego, to część północna byłaby tą jaśniejszą, skąpaną w słońcu i zieleni. To tutaj było Stare Miasto, zamek, Wały Chrobrego, to tutaj były wszystkie muzea, modne knajpy, galerie handlowe, apartamentowce i bulwary nadodrzańskie. Na południe od tej granicy rozciągała się natomiast strefa mroku, z której wyłaniały się nieremontowane od lat kamienice oraz przede wszystkim ogromne, ponure budynki z czerwonej cegły – teraz, tak jak i kiedyś, mieściły się w nich sądy, prokuratura, wydziały policji i wojska. Te dzielnice były od lat niedoinwestowane, pogrążone w mroku odpadających tynków i brudnej, miejscami prawie czarnej, czerwonej cegły. To tutaj przebiegała latami nieremontowana ulica Potulicka, na której zniszczone kocie łby do niedawna jeszcze wyglądały tak, jakby wspominały z tęsknotą ostatniego niemieckiego króla. Przeprowadzony niedawno remont torowiska tramwajowego i nawierzchni poprawił nieco stan drogi, ale dzielnica pozostała tą samą dzielnicą co niegdyś. Położone na jej końcu poprzetykane zachowanymi starymi domami blokowisko dzisiaj, tak jak i kiedyś, nazywano Trójkątem Bermudzkim.

Wszystko, co pozostawiono tutaj bez nadzoru, przepadało bez wieści.

Paulina patrzyła na pochyloną nad klawiaturą kobietę. Sierżant Bożena Górnik zadawała jej pytania i jednocześnie spisywała protokół. Tak przynajmniej Paulinie się wydawało, chociaż równie dobrze policjantka mogła pisać w tym czasie pamiętnik albo prowadzić z kimś rozmowę na czacie. Niektóre pytania padały kilkakrotnie, czasem tylko inaczej sformułowane. Paulina miała nadzieję, że nie jest to objaw braku skupienia, ale jakichś procedur lub wyrafinowanej techniki operacyjnej. Może podejrzany, odpowiadając na to samo pytanie po raz któryś, w końcu zdradza coś ważnego? Nawet podświadomie.

Podejrzana? No fakt. Przecież teoretycznie jest ostatnią osobą, która widziała tego mężczyznę żywego.

Policjantka miała ciemne związane na karku włosy. Ubrana była w szarą luźną bluzkę i zwykłe niebieskie dżinsy. W pokoju oprócz niej przy sąsiednim biurku siedział jeszcze jakiś policjant. Chyba policjant.

Paulina spojrzała na niego dyskretnie. Także ubrany po cywilnemu. Przed czterdziestką chyba. Mógłby zrzucić z dziesięć kilogramów. Wpatrzony w monitor, tak jak koleżanka, nad czymś pracował.

– Która mogła być godzina, gdy wsiadała pani do taksówki? – zapytała kobieta, nie odrywając wzroku od monitora.

– Pierwsza, może trochę po pierwszej.

– Zauważyła pani może, dokąd poszedł ten mężczyzna?

– Tylko tyle, że w stronę placu Lotników. To znaczy…

Paulinie w tym momencie przyszło do głowy, że to jest w zasadzie interpretacja. Rozstała się przecież z facetem na placu Grunwaldzkim. Placu! Owalnym. Teoretycznie mógł skręcić w którąkolwiek z dochodzących do niego ulic albo nawet zrobić kółko i pójść z powrotem do klubu.

– Poszedł placem, przeciwnie do ruchu wskazówek zegara…

Policjantka podniosła wzrok i spojrzała na Paulinę lekko zdezorientowana.

– Słucham?

– No wsiadłam już na placu, zaraz za rogiem od Piłsudskiego, a on poszedł chodnikiem dookoła. – Paulina pomyślała, że w oczach policjantki robi się pewnie coraz bardziej podejrzana. – Ale generalnie w kierunku placu Lotników.

– Pojechała pani do…

– Do domu, już mówiłam.

– Czy ktoś może to poświadczyć?

– Taksówkarz. Jeżdżę zawsze z tą samą firmą…

Paulina przypomniała sobie nagle, że przecież miała przefarbowane upięte wysoko włosy, była mocno umalowana i ubrana w imprezowe ciuchy. W zasadzie taksówkarz mógł jej jednak nie rozpoznać.

– Płaciłam kartą! – przypomniała sobie z ulgą i spojrzała na policjantkę z uśmiechem. – To akurat możecie sprawdzić.

– Pani kartą mógł płacić ktokolwiek.

Kobieta przez chwilę pisała coś na klawiaturze, po czym podniosła wzrok.

Paulina, która poczuła nieprzyjemne ukłucie zupełnie nieuzasadnionego niepokoju, chciała właśnie coś odpowiedzieć, gdy zadzwoniła jej komórka.

Sięgnęła nerwowo do kieszeni i wyciągnęła telefon. Zastrzeżony. Uśmiechnęła się przepraszająco do policjantki i odebrała.

– Dzień dobry, dzwonię z Daleszewa, byłyśmy umówione na dzisiaj wieczór…

– A tak. To aktualne, oczywiście… – Paulina ściszyła głos. – Czy mogłaby pani zadzwonić do mnie za jakąś godzinę? Przepraszam, nie mogę teraz rozmawiać.

Rozłączyła się i spojrzała na sierżant Górnik.

Policjantka oderwała wzrok od monitora.

– Proszę jeszcze raz opowiedzieć, o czym rozmawialiście w klubie. Wszystkie szczegóły. Może powiedział coś, co uznała pani za nieistotne?

Paulina westchnęła i założyła nogę na nogę. Po chwili namysłu opowiedziała ponownie słuchającej jej teraz uważnie kobiecie całą historię spotkania z tajemniczym mężczyzną.

– Na pewno powiedział, że ryzykuje życie? Jest pani przekonana? Mogła się przecież pani zasugerować później zasłyszaną informacją, że został zamordowany.

Paulina zdecydowanie pokręciła głową

– Powiedział, że ryzykuje życie. Pamiętam to na pewno.

– Ja ryzykuję własne życie, więc dla ciebie dwadzieścia procent. To chyba mało nie jest? – Policjantka przeczytała z ekranu. – Tak to dokładnie sformułował?

– No głowy nie dam, czy przytoczyłam to absolutnie precyzyjnie, ale sens na pewno był dokładnie taki.

– Przyjęła pani tę propozycję?

– Zgodziłam się spotkać z nim w sobotę. Miał mi dostarczyć jakieś materiały, ale nie zadzwonił.

– I nie wie pani, o co mogło chodzić?

– Wszystko pani powiedziałam. Chciał, żebym napisała artykuł na temat jakiegoś wielkiego skoku. Z tego, co mówił, zakładam, że było to związane z kradzieżami dzieł sztuki w kilku pomorskich kościołach.

– I nie zadała mu pani żadnych więcej pytań na ten temat? Facet proponuje pani milion euro, a pani po prostu jedzie sobie do domu?

– A co, miałam pojechać za nim, żeby mu ten milion ukraść!? – Paulina w porę powstrzymała gest postukania się palcem w czoło.

– Nie chciała pani dowiedzieć się czegoś więcej? Jako dziennikarkę powinno to panią chyba zainteresować…

– Właśnie jako dziennikarka nie chciałam go spłoszyć. Zadawanie zbyt wielu pytań często może zniechęcić informatora. Poza tym przecież dał mi numer telefonu. Zakładałam, że jak sam nie zadzwoni, to ja się z nim skontaktuję.

Policjantka sięgnęła do klawiatury i spojrzała na ekran.

– No właśnie, ten numer telefonu, który pani od niego dostała… To się nie trzyma kupy, wie pani?

– Jak się nie trzyma kupy?

– My mamy jego telefon. Ale to polska komórka i jej numer nawet w przybliżeniu nie pokrywa się z tym, co pani mi pokazała. Można się pomylić, wpisując numer, ale nie aż tak. To kompletnie inne cyfry, pomijając pomyłki literowe.

– Przecież mógł mieć jeszcze jakiś telefon. Skoro bał się o swoje życie, to może specjalnie na potrzeby kontaktu ze mną kupił sobie prepaid.

– Rzeczywiście to możliwe – beznamiętnie przytaknęła sierżant Górnik. – A te poprzednie artykuły na temat kradzieży zabytków, na które rzekomo powołał się ten mężczyzna?

– Ukazały się w kwietniu w „Dzienniku Szczecińskim”.

– Czy tamte rzeczy pisała pani także w oparciu o uzyskane od kogoś informacje?

– Oczywiście – przytaknęła Paulina i z satysfakcją wymieniła nazwisko jednego z bardziej rozpoznawalnych w tej części kraju policjantów zajmujących się kradzieżami dzieł sztuki.

– No tak. – Policjantka postukała długopisem w biurko i obrzuciła Paulinę niechętnym spojrzeniem. – Chodziło mi raczej o informatorów nieco bardziej podejrzanego pochodzenia.

– To nie były żadne teksty śledcze. Zwykłe artykuły na ten akurat temat. Nie miałam żadnych informatorów.

Policjantka przez moment jeszcze coś robiła przy swoim komputerze, po czym odwróciła się w kierunku stojącej za jej plecami niewielkiej laserowej drukarki. Poczekała, aż urządzenie wypluje dwie kartki, sięgnęła po nie i położyła na stole przed Pauliną.

– Proszę to przeczytać i jeśli nie ma pani żadnych uwag, podpisać.

Paulina pochyliła się nad biurkiem i przez dłuższą chwilę czytała.

Jak na blisko dwie godziny zeznań protokół był zadziwiająco krótki. Pomyślała, że sama po takiej rozmowie napisałaby felieton na kilka stron. Z trudem powstrzymała się przed zasugerowaniem kilku zmian stylistycznych i składniowych i w końcu podpisała się na dole protokołu.

– Czy zamierzacie coś zrobić z tym przerzutem do Rosji? Przecież to mogą być cenne rzeczy. Możliwe, że są tam także dzieła sztuki skradzione na Pomorzu.

– Nie prowadzimy postępowania w tej sprawie. Co miałabym zrobić według pani?

– No nie wiem. – Paulina wzruszyła ramionami. – Skontaktować się z holenderską policją? Służbą celną? Interpolem?

Policjantka uśmiechnęła się protekcjonalnie.

– Żeby przekazać Interpolowi jakieś informacje, musiałabym je mieć, prawda? Na razie mamy tylko zamordowanego mężczyznę, notowanego wprawdzie, ale nieposzukiwanego w żadnej międzynarodowej sprawie. Pomijając wszystko inne, on pani niczego przecież nie zdradził. A przynajmniej pani tak twierdzi.

 

– A ta holenderska fabryka mebli?

– Wie pani, jak wielu pracowników tego typu prywatnych przedsiębiorstw podejrzewa swoich szefów o rozmaite przestępstwa? Od szwindli podatkowych po szmuglowanie narkotyków. To żaden dowód.

– Ale ten trust przecież chyba istnieje? Skoro wyznaczyli nagrodę?

– A wie pani, który to trust? Wiele z takich spraw jest tajnych z uwagi na negocjacje prowadzone z towarzystwami ubezpieczeniowymi. Facet mógł podsłuchać jakąś rozmowę, ale na przykład wyciągnąć z niej zupełnie błędne wnioski. Prawdopodobieństwo tego, że rosyjska mafia przyjeżdża do Szczecina, żeby go sprzątnąć, tylko dlatego, że coś wiedział, jest znikome. Ale oczywiście weźmiemy pod uwagę pani zeznania.

Policjantka sięgnęła po protokół, wepchnęła go do jednej z leżących na biurku teczek i spojrzała na Paulinę.

– Proszę mi zostawić swój telefon i mail. Możliwe, że będziemy chcieli ponownie panią przesłuchać. Jak się pani coś przypomni, to także proszę dzwonić.

Piotr potarł brodę i obrzucił Paulinę krytycznym spojrzeniem.

– Hmm. Teoretycznie rzeczywiście jesteś podejrzana. Mogłaś przecież pójść z nim do domu, licząc na jakieś pikantne – podniósł kilkukrotnie brwi i uśmiechnął się – szczegóły do artykułu. Facet włączył muzykę, zaproponował drinka, to wyjaśniałoby, dlaczego sąsiedzi słyszeli odgłosy libacji. Następnie zaczął się do ciebie przystawiać, żądając dodatkowej gratyfikacji za informacje. Protestowałaś, ale był coraz bardziej natarczywy, zaczęłaś się bronić i sięgnęłaś po nóż. Potem w panice wymyśliłaś całą tę historię z mafią. Nikt nie widział, że się rozstaliście za rogiem, ale za to pewnie pod klubem sporo osób zapamiętało, że z nim wychodziłaś.

Paulina spojrzała na Piotra z rozbawieniem wymieszanym z politowaniem.

Pół godziny temu wróciła do redakcji i nakryła go, jak zamiast pracować nad tekstem o uczuleniach, wertował internet w poszukiwaniu informacji na temat nielegalnego handlu dziełami sztuki.

– Żarty żartami, ale ta policjantka pewnie na poważnie bierze taką wersję pod uwagę.

– Oczywiście. Nie ma w tym nic dziwnego. Sam bym brał. – Piotr pochylił się i ściszył głos. – A co z tym milionem euro? Powiedziałaś jej?

– No przecież, że powiedziałam. Naprawdę myślałeś, że to zataję?

– I co?

– Chyba nie potraktowała poważnie tego wątku. – Paulina krótko streściła Piotrowi rozmowę z policjantką. – Może ona rzeczywiście ma rację. Facet coś tam podsłuchał i na tej podstawie ubzdurał sobie coś na temat jakiejś wielkiej mafijnej akcji.

– A to, że został zamordowany tuż po tym, jak usiłował ci to przekazać?

Paulina wzruszyła ramionami

– Przypadek?

– Ale w kwestii okradzionych kościołów był dość dobrze zorientowany.

– Może to, że brał udział w tych kradzieżach to akurat prawda – westchnęła Paulina.

Po rozmowie z policjantką miała mętlik w głowie. Jak tylko się dowiedziała, że mężczyzna, z którym rozmawiała zaledwie kilka godzin wcześniej, został zamordowany, była przekonana, że wdepnęła w wielką aferę. Ale teraz zaczynała w to wątpić.

Może rzeczywiście zginął w wyniku gangsterskich porachunków, ale niekoniecznie kryła się za tym mafijna zadyma.

Ale jednak policjantka… Jak ona się nazywała? Górnik? Sławomira? Jakoś inaczej… Bożena! Skąd ta Sławomira jej przyszła do głowy? Nieważne…

Może ta Górnik, wiedząc, że Paulina jest dziennikarką, która w dodatku dopiero co napisała głośny artykuł na temat kilku morderstw, specjalnie bagatelizowała ten wątek, żeby jej nie naprowadzić na rzeczywisty kierunek śledztwa? Po tym, jak kilka miesięcy temu namieszała szczecińskiej prokuraturze w prowadzonym przez nią dochodzeniu, stróże prawa mogli być na nią naprawdę uczuleni. Chociaż sierżant Górnik wcale nie dała po sobie poznać, że ją w jakikolwiek sposób kojarzy.

Spojrzała na Piotra. W skupieniu czytał coś na swoim laptopie. Była pewna, że to nie miało nic wspólnego z uczuleniami. A ten gówniany artykulik muszą przecież oddać jeszcze dziś. Będzie musiała mu zaraz o tym przypomnieć. Zdecydowanie nie nadawała się na szefową.

Właśnie zamierzała się odezwać, gdy zadzwoniła jej komórka.

Sięgnęła po telefon i, nie spojrzawszy nawet na wyświetlacz, odebrała. W słuchawce przez chwilę słychać było jakiś szmer, po czym połączenie zostało przerwane.

– Ciekawe… – mruknął Piotr, nie odrywając oczu od ekranu.

Paulina rzuciła mu poirytowane spojrzenie i odłożyła telefon na biurko. Paweł nawet proponował jej telefon służbowy, ale nie chciała mieć dwóch dzwoniących w torebce komórek. Fakt, że po ostatnich publikacjach dostawała mnóstwo rozmaitych wiadomości, powoli zaczynał już ją jednak męczyć i irytować. Nawet zastanawiała się, skąd ludzie mieli jej numer, ale niestety mogli go zdobyć w łatwy sposób. Czasami ktoś się przyznawał, że dostał go od wspólnych znajomych, ale to nie była jedyna możliwość. W czasach gdy, oprócz gazety, pisała dla pewnego portalu, numer jej komórki był podany na stronie. Pewnie w dalszym ciągu można go znaleźć gdzieś pod starymi artykułami.

– Przeglądam właśnie… – Piotr podniósł wzrok. – Twój telefon dzwonił.

– Odebrałam przecież. – Paulina spojrzała na niego z rozdrażnieniem. – Nie musisz przypadkiem zebrać mi tych uczuleniowych materiałów? Nie zdążę tego napisać do szesnastej.

– Już to zrobiłem, jak byłaś na przesłuchaniu. – Piotr podniósł plik kartek i przerzucił na biurko Pauliny. – Tu masz podkreślone rzeczy, które będą pasowały do twojego tematu.

Paulina przekartkowała wydruki i przeleciała wzrokiem po podkreślonych akapitach.

– Na samym dole masz wywody różnych antyszczepionkowców i płaskoziemców, którzy twierdzą, że uczulenia to następstwo eksperymentów z bronią chemiczną oraz środków dodawanych do jedzenia przez Amerykanów, mieszkańców Wysp Owczych albo agentów cywilizacji pozaziemskich.

– Wyspy Owcze to dodałeś od siebie. – Uśmiechnęła się do lekko naburmuszonego Piotra.

– Jak ty jeszcze dodasz coś od siebie, to wyjdzie całkiem dobry tekst – mruknął złośliwie i wykrzywił się do niej błazeńsko.

Paulina westchnęła i pochyliła się nad wydrukami.

– Linki mi też wysłałeś? Co jest ciekawe?

– Tak. Co? – Piotr zmarszczył brwi.

– Powiedziałeś, że coś jest ciekawe. Przeglądałeś to przed chwilą.

– Tak… – Piotr spojrzał na swój monitor. – Przeglądałem różne katalogi skradzionych na Pomorzu dzieł sztuki. W kościołach najczęściej. I to rzeczywiście nie są przypadkowe kradzieże. Układają się w zastanawiające serie. W jednym roku na przykład z kilku po kolei kościołów znikają całe kolekcje rzeźb. Potem rok, dwa lata przerwy i znowu seria rabunków.

– No oczywiście. – Paulina wzruszyła ramionami. – Mówimy o tym od rana. To pewne, że nie robią tego jacyś złodziejaszkowie z sąsiednich wioch.

– Ale mnie wciąż zastanawia to, że ten koleś był tak dobrze zorientowany. Poza tym, jeśli to są zlecenia mafii, to rzeczywiście musiał dla nich pracować. A jeśli pracował dla nich na Pomorzu, co najwyraźniej jest prawdą, to może ten holenderski wątek też jest prawdziwy.

– Ty wciąż o milionie euro?

– Mówiłaś o pięciu milionach.

– Tylko jeden miał być dla mnie.

Paulina przez chwilę patrzyła na Piotra z mieszaniną zniecierpliwienia i ciekawości.

– A konkretnie co teraz przeglądałeś? W tych katalogach?

– Nie tylko w katalogach. Jest w necie do ściągnięcia na przykład taka pozycja „Policja w walce o zabytki”14. Tutaj jest sporo informacji prawnych i lista zaginionych dzieł sztuki ze zdjęciami. Te z miejscowości, o których opowiadał ten twój gangster, też tutaj są.

– Wiem, mam tę książkę. – Paulina pokiwała głową.

– Z tych danych wynika, że takie naprawdę większe kradzieże na zlecenie pojawiły się dopiero w latach dziewięćdziesiątych. – Piotr podniósł wzrok. – Zaczęło się od zrabowania czterech barokowych rzeźb z katedry w Kamieniu Pomorskim, a potem…

– Konkretnie z kościoła w Trzęsaczu – poprawiła go Paulina. – Do Kamienia trafiły dopiero pod koniec dziewiętnastego wieku, gdy kościół zamknięto.

Przeglądała wszystkie te materiały dwa miesiące temu. Nieznane karty z historii słynnego kościoła w Trzęsaczu, który, postawiony pod koniec czternastego wieku dwa kilometry od morza, został ostatecznie u schyłku dziewiętnastego wieku przez morze pochłonięty. Ostatnie nabożeństwo odprawiono w marcu tysiąc osiemset siedemdziesiątego czwartego roku, kiedy klif urywał się już tuż pod północną fasadą.

Większość wyposażenia kościoła wywieziono do katedry w Kamieniu Pomorskim, tylko niewielka część znalazła się w muzeach w Szczecinie i Berlinie. A na początku lat dziewięćdziesiątych rzeźby z ołtarza, którym udało się umknąć przed gniewem Posejdona, bezpowrotnie przepadły, wywiezione pewnej nocy jakimś tajemniczym samochodem, którego światła zniknęły w mroku.

14„Policja w walce o zabytki. Zbiór zagadnień z przeciwdziałania przestępczości przeciwko zabytkom. Katalog zabytków i dzieł sztuki utraconych z województwa zachodniopomorskiego”, autor Marek Łuczak, wydanie z 2011 r.
To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?