Samuraje. Triumf i upadek japońskich wojowników

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Samuraje. Triumf i upadek japońskich wojowników

Leonardo Vittorio Arena

Tłumaczenie: Mateusz Kłodecki

Original title: SAMURAI. Ascesa e declino di una grande casta di guerrieri

© 2002 Arnoldo Mondadori Editore S.p.A., Milano

© 2017 Mondadori Libri S.p.A., Milano

Polish translation Copyright © Wydawnictwo RM, Poland 2019

Wydawnictwo RM,

03-808 Warszawa, ul. Mińska 25

rm@rm.com.pl

www.rm.com.pl

Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny) włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy. Wszystkie nazwy handlowe i towarów występujące w niniejszej publikacji są znakami towarowymi zastrzeżonymi lub nazwami zastrzeżonymi odpowiednich firm odnośnych właścicieli. Wydawnictwo RM dołożyło wszelkich starań, aby zapewnić najwyższą jakość tej książce, jednakże nikomu nie udziela żadnej rękojmi ani gwarancji. Wydawnictwo RM nie jest w żadnym przypadku odpowiedzialne za jakąkolwiek szkodę będącą następstwem korzystania z informacji zawartych w niniejszej publikacji, nawet jeśli Wydawnictwo RM zostało zawiadomione o możliwości wystąpienia szkód.

ISBN 978-83-8151-270-1

ISBN 978-83-8151-304-3 (epub)

ISBN 978-83-8151-305-0 (mobi)

Redaktor inicjująca: Aleksandra Żdan

Redaktor prowadząca: Irmina Wala-Pęgierska

Redakcja: Mirosława Szymańska

Korekta: Jacek Ring

Nadzór graficzny i dobór ilustracji: Grażyna Jędrzejec

Projekt okładki: Studio GRAW

Ilustracje: www.ngv.vic.gov.au

Edytor wersji elektronicznej: Tomasz Zajbt

Opracowanie wersji elektronicznej: Marcin Fabijański

Weryfikcja wersji elektronicznej: Justyna Mrowiec

SPIS TREŚCI

WPROWADZENIE

Rozdział I. YOSHITSUNE, ZASZCZUTA BESTIA

Rozdział II. MASASHIGE: PARTYZANT CESARZA GODAIGO

Rozdział III. WROGOWIE NA ŻYCIE I ŚMIERĆ

Rozdział IV. KAMIKAZE NA MORZU

Rozdział V. NOBUNAGA: GŁÓD WŁADZY

Rozdział VI. NAJWIĘKSZY KAMPAKU JAPONII

Rozdział VII. KRONIKA DWÓCH INWAZJI

Rozdział VIII. HERBATKA Z HIDEYOSHIM

Rozdział IX. IEYASU, SUZEREN

Rozdział X. SHIMABARA: CHRZEŚCIJAŃSKA REWOLTA

Rozdział XI. MUSASHI, NADCZŁOWIEK

Rozdział XII. ZEMSTA WOLNYCH LUDZI

Rozdział XIII. OSTATNI SAMURAJ

BIBLIOGRAFIA

GLOSARIUSZ

KALENDARIUM

SZCZEGÓŁOWE KALENDARIUM

Wprowadzenie

Jeżeli samurajom czegokolwiek brakuje, to tylko strachu.

ANONIM

Nie spo­sób wy­obra­zić so­bie hi­sto­rii Ja­po­nii bez sa­mu­ra­jów. Sa­mu­ra­je czy ce­sarz? Al­ter­na­ty­wa nie do po­my­śle­nia. W cią­gu sied­miu­set lat spra­wo­wa­nia rzą­dów sa­mu­ra­je od­ci­snę­li na hi­sto­rii Ja­po­nii pięt­no, któ­re nie pod­da­je się ła­twej, jed­no­znacz­nej in­ter­pre­ta­cji.

Kim byli? Nie­zna­ją­cy­mi stra­chu wo­jow­ni­ka­mi czy po­zba­wio­ny­mi skru­pu­łów po­li­ty­ka­mi, któ­rzy siłą pod­po­rząd­ko­wa­li so­bie cały na­ród i wpro­wa­dzi­li dyk­ta­tu­rę woj­sko­wą? A może po­eta­mi, fi­lo­zo­fa­mi i ma­la­rza­mi, ma­nia­kal­nie przy­wią­za­ny­mi do ce­re­mo­nii pa­rze­nia her­ba­ty i zen, tak bar­dzo z nimi utoż­sa­mia­ne­go, że po­strze­ga­ne­go jako je­den z ich atry­bu­tów?

Od­po­wie­dzi mogą udzie­lić wy­łącz­nie oni sami, dla­te­go w tej książ­ce to wła­śnie im od­da­ję głos, żeby mo­gli ode­przeć naj­bar­dziej sztam­po­we oskar­że­nia i za­prze­czyć kli­szom, któ­re nie od­da­ją im spra­wie­dli­wo­ści.

Od­ma­lo­wu­ję ich ży­cie pry­wat­ne i pu­blicz­ne, uple­cio­ne z in­tryg, zdrad i żą­dzy wła­dzy. Wstrzą­sa­ły nimi ludz­kie, zbyt ludz­kie wa­śnie. Tar­ga­ły nimi ta­kie same emo­cje jak zwy­kły­mi śmier­tel­ni­ka­mi? Tak, a na­wet sil­niej. Na ich ży­cio­we do­świad­cze­nia skła­da­ły się fe­ty­szy­za­cja mie­cza, bra­to­bój­stwa i sek­su­al­ne per­wer­sje, lecz rów­nież udu­cho­wie­nie, es­te­tyzm i... ow­szem, mi­ło­sier­dzie.

Byli wo­jow­ni­ka­mi i słu­żą­cy­mi, zgod­nie z ety­mo­lo­gią sło­wa sa­mu­raj. Na­wią­zu­je do tych ide­ałów Ghost Dog, bo­ha­ter fil­mu Jar­mu­scha o tym sa­mym ty­tu­le: naj­waż­niej­sze jest od­da­nie panu, na­wet je­śli w tym wy­pad­ku cho­dzi o bos­sa yaku­zy, ja­poń­skiej ma­fii. Mię­dzy ko­lej­ny­mi za­bój­stwa­mi po­grą­ża się w lek­tu­rze Ha­ga­ku­re, ko­dek­su mó­wią­ce­go o po­ko­ny­wa­niu sa­me­go sie­bie i za­sa­dach po­stę­po­wa­nia sa­mu­ra­ja.

To wła­śnie ten film za­in­spi­ro­wał mnie do na­pi­sa­nia książ­ki o sa­mu­ra­jach. Chcia­łem zro­zu­mieć Ghost Doga, ale i współ­cze­sny świat, bo na­wet dziś na każ­dym kro­ku mo­że­my znie­nac­ka na­tknąć się na sa­mu­ra­ja. Jak­by wo­jow­ni­cy z Kra­ju Kwit­ną­cej Wi­śni ni­g­dy nie znik­nę­li, jak­by wciąż z pa­sją da­wa­li świa­dec­two epo­ce, któ­ra bez­pow­rot­nie mi­nę­ła.

Pod­ją­łem pró­bę cof­nię­cia się pa­mię­cią do ich hi­sto­rii, ta zaś ści­śle wią­że się z fi­lo­zo­fią. W oczach czło­wie­ka Za­cho­du – jak­że czę­sto krót­ko­wzrocz­nych – peł­ni sprzecz­no­ści sa­mu­ra­je sta­no­wią ucie­le­śnie­nie ja­poń­skiej psy­che. Su­ro­wi i szczo­drzy, bu­dzą­cy po­dziw i wstręt – uka­zu­ją nam ob­li­cze nie­jed­no­znacz­ne, lecz nie schi­zo­fre­nicz­ne. Spójrz­my cho­ciaż­by na Mu­sa­shie­go, naj­bar­dziej au­ten­tycz­ne­go re­pre­zen­tan­ta le­gen­dar­ne­go sta­nu. Na ba­kier z pra­wem, zże­ra­ny am­bi­cją, lecz jed­no­cze­śnie mą­dry i re­flek­syj­ny. Do dziś w Ame­ry­ce i w Eu­ro­pie jego Go­rin-no Sho słu­ży za pod­ręcz­nik do kształ­ce­nia ma­na­ge­rów i re­per­to­rium za­sad suk­ce­su. Cóż, dla Mu­sa­shie­go try­umf ozna­czał po­gnę­bie­nie prze­ciw­ni­ka.

Sa­mu­ra­je, lże­ni lub po­dzi­wia­ni, za­leż­nie od kli­ma­tu da­nej epo­ki. Sa­mu­ra­je prze­ciw­ko bud­dy­stom, lo­ja­li­stom, po­plecz­ni­kom ce­sa­rza, prze­ciw­ko lu­dziom Za­cho­du. Sa­mu­ra­je prze­ciw­ko wszyst­kim. Ku­ro­sa­wa umie­jęt­nie od­ma­lo­wał ich du­cha, skłon­ne­go do ry­wa­li­za­cji, choć nie za­wsze do wal­ki. Sied­miu sa­mu­ra­jów to szkic przed­sta­wia­ją­cy ich tym­cza­so­wy, efe­me­rycz­ny so­jusz z chło­pa­mi. W od­da­li ma­ja­czy wid­mo ligi Ikkō-ikki, wie­lo­kla­so­wej, an­ty­rzą­do­wej for­ma­cji. Lecz rów­nież w Sierp­nio­wej rap­so­dii, te­sta­men­cie ostat­nie­go re­ży­se­ra-sa­mu­ra­ja, ob­ser­wu­je­my za­wsty­dza­ją­cą kon­fron­ta­cję z Ame­ry­ką, któ­ra zresz­tą prze­są­dzi­ła o znik­nię­ciu tej kla­sy spo­łecz­nej. Sa­mu­ra­je nie zo­sta­li po­ko­na­ni przez chry­stia­ni­za­cję, przez ce­sa­rza ani bud­dyj­skich mni­chów-wo­jow­ni­ków; umar­li śmier­cią na­tu­ral­ną, na ana­chro­nizm, w epo­ce, któ­ra już ich nie po­trze­bo­wa­ła. Lecz czy na pew­no? A może to tyl­ko złu­dze­nie? W każ­dym ra­zie gdy toż­sa­mość sa­mu­ra­jów za­czę­ła kru­szeć, usu­nę­li się ze sce­ny bez wiel­kich ba­ta­lii. No, chy­ba że eg­zy­sten­cjal­nych.

Z jed­nej stro­ny kul­tu­ra, z dru­giej sztu­ki wal­ki. Oto dwo­iste dzie­dzic­two sa­mu­ra­jów, wo­jow­ni­ków i ar­ty­stów, na­ukow­ców i stra­te­gów. Ja­poń­scy wo­jow­ni­cy wiel­bi­li chiń­ską li­te­ra­tu­rę, łap­czy­wie po­chła­nia­li kla­sycz­ne księ­gi oraz kro­ni­ki wo­jen­ne. Za­wsze spo­glą­da­li na Sun­zie­go z sza­cun­kiem. W koń­cu to Sztu­ka wo­jen­na po­ka­zy­wa­ła im, jak żyć. Czło­wiek kom­plet­ny nie lęka się sprzecz­no­ści, pie­lę­gnu­je róż­ne umie­jęt­no­ści, dąży do per­fek­cji w każ­dej z nich. Upo­dab­nia to sa­mu­ra­ja do czło­wie­ka Re­ne­san­su. Lecz sa­mu­raj jest po­sta­cią kon­kret­ną, by­naj­mniej nie bez­pł­cio­wą. Ar­che­olo­gicz­na re­kon­struk­cja znie­kształ­ci­ła­by jego rysy.

Czym­że by­ła­by wiel­kość bez sprzecz­no­ści?

A śmierć? Czło­wiek Za­cho­du uwa­ża ją za kres ist­nie­nia cia­ła, sta­ra się od­pę­dzić ją za po­mo­cą roz­pacz­li­wych, acz nie­sku­tecz­nych eg­zor­cy­zmów. Sa­mu­raj nosi ją na ra­mie­niu, wi­dzi ją wszę­dzie do­ko­ła sie­bie od chwi­li otwar­cia oczu o po­ran­ku. To nie me­ta­fo­ra. Sa­mu­raj wie, że jego czas może do­biec koń­ca w każ­dej chwi­li i z tą świa­do­mo­ścią rzu­ca się w wir wal­ki. Czy zwy­cię­ży? Być może. Zo­sta­nie po­ko­na­ny? W ta­kim wy­pad­ku znaj­dzie się wśród po­zo­sta­łych bo­ha­te­rów ty­siąc­let­niej sagi. Ist­nie­je sztu­ka po­no­sze­nia po­raż­ki, uko­ro­no­wa­nie sa­mot­no­ścią. Sep­pu­ku, otwar­cie brzu­cha, przy­wi­lej wy­bra­nych dusz.

Mi­łość, ży­cie, śmierć, na­mięt­no­ści. Sa­mu­ra­je ofe­ru­ją nam każ­de z tych do­znań w wy­mia­rze od­mien­nym od za­chod­nie­go, w wy­mia­rze, któ­ry z tru­dem przy­cho­dzi nam po­jąć, jak ostat­ni przy­czó­łek na Zie­mi, za któ­rym roz­cią­ga się do­mi­nium nie­zna­ne­go. Ja­poń­czy­cy zda­ją nam się dziw­ni, cie­ka­wi, nie­prze­wi­dy­wal­ni. To samo, dzię­ki ich wie­lo­ra­kiej na­tu­rze, do­ty­czy sa­mu­ra­jów.

 

Nie byli me­ta­fo­rą ani nie­istot­nym bądź mar­gi­nal­nym zja­wi­skiem. Ich zdol­ność re­ago­wa­nia na ży­cio­we nie­spo­dzian­ki świad­czy o wła­ści­wej im sile. Sa­mu­ra­je, bo­ha­te­ro­wie hi­sto­rii, ofia­ry hi­sto­rii. Po­gnę­bie­ni kry­zy­sem toż­sa­mo­ści, wiecz­nie żąd­ni wła­dzy. Pa­da­li, lecz nie dali się ujarz­mić. Ugi­na­li się, lecz nie po­zwa­la­li się po­ko­nać. Tacy wła­śnie byli. Tyl­ko tak mo­że­my zro­zu­mieć Mi­na­mo­ta Yoshit­su­ne­go lub Ta­ke­dę Shin­ge­na.

W od­czy­ty­wa­niu hi­sto­rii sa­mu­ra­jów nie do prze­ce­nie­nia jest rów­nież aspekt eg­zo­ty­ki. Sa­mu­ra­je są nam da­le­cy, ale i bli­scy, pro­po­nu­ją wzor­ce ży­cia bar­dziej au­ten­tycz­ne­go, wca­le nie­ko­niecz­nie bru­tal­ne­go czy nie­mo­ral­ne­go. Bez nich Ja­po­nia by­ła­by dziś zu­peł­nie inna.

Sa­mu­ra­je wra­ca­ją. Nie jako zom­bie, lecz żywa, in­spi­ru­ją­ca obec­ność. Po­dob­nie jak Ku­ro­sa­wa, czę­sto od­wo­ły­wał się do nich Mi­shi­ma, naj­bar­dziej „za­chod­ni” z ja­poń­skich pi­sa­rzy. Obaj ar­ty­ści przy­wo­łu­ją sa­mu­ra­jów, lecz ni­g­dy nie trak­tu­ją in­stru­men­tal­nie. Mi­shi­ma, du­cho­wy spad­ko­bier­ca D’An­nun­zia, po­wo­łu­je się na nich nie tyl­ko w twór­czo­ści, lecz rów­nież w ży­ciu. Man­gi do­star­cza­ją jesz­cze in­ne­go świa­dec­twa obec­no­ści sa­mu­ra­jów: po­wo­łu­ją do ży­cia po­sta­cie hi­sto­rycz­ne lub współ­cze­sne, któ­re po­dą­ża­ją śla­dem tych hi­sto­rycz­nych.

Ni­niej­szy wstęp uka­zu­je za­rys pro­ble­ma­ty­ki książ­ki, sta­no­wi swe­go ro­dza­ju pa­no­ra­mę. Pod­sta­wo­wa lek­cja udzie­lo­na przez sa­mu­ra­jów do­ty­czy sfe­ry psy­chi­ki, tego, co głę­biej niż spo­wi­ta we­lo­nem po­zo­rów rze­czy­wi­stość, niż fi­zycz­na wal­ka. Mistrz wśród szer­mie­rzy, Yagyu Ta­ne­mo­ri, uj­mu­je to w na­stę­pu­ją­cy spo­sób: sztu­ka wo­jen­na nie po­le­ga na po­ko­na­niu nie­przy­ja­cie­la, lecz sa­me­go sie­bie. Nic nie mo­gło sil­niej do­tknąć du­szy Mu­sa­shie­go.

A sa­mu­ra­je dzi­siaj? To po pro­stu lu­dzie, któ­rzy dążą do sa­mo­re­ali­za­cji.

Leonardo V. Arena

ROZDZIAŁ I


Yoshitsune, zaszczuta bestia

Zachowuj porządek i czekaj, aż wróg popadnie w rozprzężenie. Bądź spokojny i czekaj, aż wróg się stanie krzykliwy.

Tak się wykorzystuje opanowanie[1].

SUNZI, Sztuka wojen­na

Yoshit­su­ne usły­szał tę­tent ga­lo­pu­ją­cych koni. Za­trzy­mał się na mo­ment, jak­by chciał ode­tchnąć. Ale mu­siał biec da­lej. Tro­pił go za­cie­kły wróg.

Yoshit­su­ne pa­mię­tał lep­sze cza­sy, w jego uszach wciąż brzmiał zgiełk daw­nych bi­tew. Po­ko­nał znie­na­wi­dzo­nych Ta­irów, nie­przy­ja­ciół za­gra­ża­ją­cych jego kla­no­wi. A po­tem? Któż jesz­cze mógł mu za­gro­zić?

Prze­dzie­rał się przez gę­stwi­nę jak ran­ny zwierz. Nie mógł po­zwo­lić, żeby go zna­leź­li. Wy­zna­czo­no na­gro­dę za jego gło­wę i nie bra­ko­wa­ło chęt­nych, żeby na nie­go za­po­lo­wać. Mu­siał za­cho­wać czuj­ność.

Nie wie­dział, do kogo się zwró­cić. Z pew­no­ścią szu­ka­li go wszę­dzie. Kto? Kto pra­gnął tro­feum – jego gło­wy?

Yoshit­su­ne znał od­po­wiedź, ale część jego du­szy wciąż nie chcia­ła w to uwie­rzyć. Jego śmier­tel­nym wro­giem był Yori­to­mo. Ro­dzo­ny brat. Nie­wdzięcz­nik, za­mie­rzał się go po­zbyć jak iry­tu­ją­cej mu­chy, jed­nym ude­rze­niem. I po­my­śleć, że prze­cież go wspie­rał, że bez nie­go klan Mi­na­mo­to ni­g­dy nie prze­jął­by wła­dzy…

Te­raz to wszyst­ko zda­wa­ło się daw­no po­grze­ba­ne. Yoshit­su­ne czuł, że z każ­dej stro­ny czy­ha na nie­go nie­na­wiść bra­ta. Och, nie­na­wiść, jak naj­bar­dziej. Czuł jej tchnie­nie na kar­ku, groź­ba śmier­ci wi­sia­ła nad jego gło­wą. A prze­cież to on, Yoshit­su­ne, mógł rzą­dzić Ja­po­nią, za­sia­dać na miej­scu Yori­to­ma.

Wspo­mniał ostat­nie wy­pad­ki, któ­re zmu­si­ły go do uciecz­ki.

Yori­to­mo nie jest wo­jow­ni­kiem. To ja je­stem praw­dzi­wym sa­mu­ra­jem. On się naj­le­piej czu­je wśród pa­pie­rów i ko­dek­sów. Może i jest świet­nym do­wód­cą, tak, bez wąt­pie­nia, ale sam nie rzu­ca się w bój. Nie jest czło­wie­kiem czy­nu.

Żal ści­snął mu ser­ce. Roz­cza­ro­wa­nie wo­jow­ni­ka było roz­dzie­ra­ją­ce. Spo­dzie­wał się na­gro­dy, a za­miast tego zo­stał wy­gna­ny przez bra­ta. Yori­to­mo ka­zał go upo­lo­wać, bez­zwłocz­nie wy­eli­mi­no­wać ni­czym osza­la­łe zwie­rzę.

Po chwi­li sa­mu­raj po­wró­cił my­śla­mi do bi­twy.

Woj­na Gem­pei do­bie­ga­ła koń­ca, lecz wciąż do­cho­dzi­ło do starć mię­dzy kla­na­mi Ta­ira i Mi­na­mo­to, czy­li mię­dzy sta­rym a no­wym, mię­dzy ka­stą nie­gdyś uprzy­wi­le­jo­wa­nych a no­wy­mi pa­na­mi, do­pie­ro szu­ka­ją­cy­mi for­tu­ny. Yoshit­su­ne gnał swe od­dzia­ły z peł­ną pręd­ko­ścią, parł do przo­du jak bły­ska­wi­ca. W krót­kim cza­sie po­ko­nał dy­stans, któ­re­go przej­ście nor­mal­nie za­bie­ra wie­le dni. Żoł­nie­rze pa­da­li z nóg.

– Wo­dzu, ko­nie po­trze­bu­ją wy­tchnie­nia. Tej nocy nie mo­że­my już da­lej ma­sze­ro­wać.

– Nie mamy wy­bo­ru. Je­ste­ście uro­dzo­ny­mi wo­jow­ni­ka­mi i wie­cie, że przed nami de­cy­du­ją­ce star­cie. Je­śli ko­nie nie wy­trzy­mu­ją, tym go­rzej dla koni. Przy­zwy­cza­imy je do na­sze­go ryt­mu.

Do­wód­ca od­szedł, Yoshit­su­ne zo­stał sam. Cze­kał na wal­kę. Bi­twa zbli­ża­ła się nie­uchron­nie, była nie do unik­nię­cia. Zbyt dłu­go oba kla­ny ob­ser­wo­wa­ły się na­wza­jem, wy­cze­ku­jąc fał­szy­we­go ru­chu prze­ciw­ni­ka. Lecz ża­den z ad­wer­sa­rzy się nie po­my­lił. Trwo­ni­li więc czas i siły w po­mniej­szych utarcz­kach, cza­sem mię­dzy sobą, cza­sem z in­ny­mi kla­na­mi. Po­zor­nie gra nie to­czy­ła się o pa­no­wa­nie nad kra­jem. Tyl­ko Yoshit­su­ne mógł po­ko­nać Ta­irów.

– Tu trze­ba nie lada kunsz­tu. Nasz wróg zda­je się nie­zwy­cię­żo­ny. – Yori­to­mo wy­ra­ził się ja­sno. Na­ka­zał bra­tu rzu­cić do wal­ki wszyst­kie siły. Yoshit­su­ne pod­jął wy­zwa­nie, roz­mó­wiw­szy się wcze­śniej z naj­bar­dziej za­uf­ny­mi do­wód­ca­mi. Znał sztu­kę wo­jen­ną, kie­ro­wał się nie­zwy­kle sku­tecz­ną stra­te­gią.

– Na­le­ży dzia­łać szyb­ko, nie dać prze­ciw­ni­ko­wi zwie­trzyć za­gro­że­nia. A sko­ro wróg nie wy­czu­je nie­bez­pie­czeń­stwa, na­wet się nie zo­rien­tu­je, że wkrót­ce po­stra­da ży­cie.

Ro­zu­mo­wa­nie bez ska­zy; do­wód­cy byli pod wra­że­niem de­ter­mi­na­cji Yoshit­su­ne­go.

– Gdzie sto­ją siły Ta­irów?

– W zam­ku Ichi­no­ta­mi, wo­dzu, na po­gra­ni­czu pro­win­cji Set­t­su i Ha­ri­ma.

– Do­sko­na­le. Za­ata­ku­je­my pod osło­ną nocy.

Była to de­cy­zja god­na wiel­kich stra­te­gów, zna­ją­cych prze­wa­gi ata­ku w ciem­no­ściach, al­bo­wiem tacy do­wód­cy wie­dzą, że w po­dob­nych oko­licz­no­ściach zwy­cię­ski los ła­twiej się do nich uśmiech­nie. I rze­czy­wi­ście, Yoshit­su­ne za­try­um­fo­wał.

Kie­dy wy­brzmia­ły okrzy­ki ra­do­ści, na chwi­lę za­pa­dła głu­cha ci­sza. Nie­zli­czo­ne tru­py wo­jow­ni­ków z obu ar­mii gę­sto za­ście­la­ły pole bi­twy. Ale woj­sko Mi­na­mo­tów od­nio­sło zwy­cię­stwo i tyl­ko to się li­czy­ło. W od­da­li strze­la­ły w nie­bo pło­mie­nie tra­wią­ce za­mek. Noc za­bar­wi­ła się szkar­ła­tem, mrok się roz­pro­szył. Tak­ty­ka blit­zu oka­za­ła się sku­tecz­na.

– Co te­raz? Nie­przy­ja­ciel pierz­cha.

– Szko­da cza­su na po­goń. Na­syć­my się zwy­cię­stwem.

Yoshit­su­ne nie chciał igrać z lo­sem i na­pa­wał się zwy­cię­stwem. Wo­lał za­cze­kać na ko­lej­ną szan­sę, żeby do­koń­czyć znisz­cze­nie kla­nu Ta­ira.


Hi­sto­ria kla­nu Mi­na­mo­to spla­ta się z hi­sto­rią Ja­po­nii. To wła­śnie z tym po­tęż­nym ro­dem wią­że się se­ria mi­tów, któ­re leżą u pod­staw ko­smo­go­nii Kra­ju Kwit­ną­cej Wi­śni. Zwią­zek Mi­na­mo­tów z po­cząt­ka­mi Ja­po­nii jest bez­po­śred­ni i su­ge­styw­ny. Się­ga epo­ki bo­gów i he­ro­sów. No­ca­mi w obo­zo­wi­skach, przy ogniu, sta­ro­żyt­ni opo­wia­da­ją hi­sto­rie i le­gen­dy; znaj­dą się one w o wie­le póź­niej­szych dzie­łach li­te­rac­kich, Ko­ji­ki i Ni­hon-sho­ki. Opi­su­ją stwo­rze­nie rze­czy i bo­ską parę, Iza­na­gie­go i Iza­na­mi. Pierw­szy raz za­ry­so­wu­je się du­alizm: mę­skie i żeń­skie. Pierw­sze bó­stwa za­nu­rzy­ły ko­ra­lo­wą, wy­sa­dza­ną klej­no­ta­mi włócz­nię w wo­dach oce­anu – a więc świat zo­stał stwo­rzo­ny za po­mo­cą bro­ni. Z kro­pli, któ­re spły­wa­ją z włócz­ni, po­wsta­ją wy­spy ja­poń­skie­go ar­chi­pe­la­gu. Naj­waż­niej­sze z nich to Hon­siu, naj­więk­sza, Kiu­siu, Si­ko­ku i Hok­ka­ido, naj­od­le­glej­sza. Oto cen­trum świa­ta. Ro­dzą się rze­ki, drze­wa, góry. Ko­smos na­bie­ra kształ­tu.

Jed­nak opo­wieść o po­cząt­ku to rów­nież opo­wieść o gwał­tach i za­bój­stwach. Bo­ska para jed­no­czy się w związ­ku mał­żeń­skim, da­jąc po­czą­tek no­we­mu ro­do­wi. Ale bóg ognia przy­spa­rza mat­ce wiel­kiej udrę­ki. Oj­ciec za­bi­ja więc krnąbr­ne­go syna. Oto pierw­szy akt prze­mo­cy w hi­sto­rii świa­ta, przy­wo­dzą­cy na myśl śmierć Abla z ręki Ka­ina. Na­stęp­nie Iza­na­gi ru­sza śla­dem żony, któ­ra zstą­pi­ła do pie­kieł. Ni­czym Or­fe­usz pró­bu­je przy­wró­cić ją świa­tłu. Lecz po­no­si klę­skę i po­wra­ca nie­po­cie­szo­ny, szar­pa­ny przez wy­rzu­ty su­mie­nia. Jak­by do­pie­ro w tej chwi­li do nie­go do­tar­ło, że po­zba­wił ży­cia wła­sne­go syna. Nie za­po­mni ob­myć się, do­ko­nu­jąc do­kład­nych ablu­cji, na­śla­do­wa­nych póź­niej przez sa­mu­ra­jów. W ten spo­sób ro­dzą się ry­tu­ały i ce­re­mo­niał.

Pier­wo­rod­ną Iza­na­gie­go i Iza­na­mi cze­ka lep­szy los. Do­bra Ama­te­ra­su, bo­gi­ni słoń­ca prze­śla­do­wa­na przez bra­ta, Su­sa­noo. Ten zo­stał ob­da­rzo­ny okrut­nym cha­rak­te­rem i uwiel­bia ci­skać w sio­strę pa­dły­mi zwie­rzę­ta­mi. Jest to be­stial­skie wy­zna­nie mi­ło­ści. Bied­na, prze­ra­żo­na Ama­te­ra­su pró­bu­je się ukryć. Ucie­ka do ja­ski­ni i świa­tło zni­ka z po­wierzch­ni zie­mi. Wiecz­na noc otu­la świat czar­ną opoń­czą. Za­nie­po­ko­je­ni lu­dzie po­sta­na­wia­ją za­się­gnąć ję­zy­ka, do­wie­dzieć się, o co cho­dzi. Są go­to­wi zro­bić wszyst­ko, co w ich mocy, żeby przy­wró­cić bo­gi­nię do ży­cia i roz­pro­szyć mrok. Zwra­ca­ją się do cy­klo­picz­ne­go bó­stwa, któ­re strze­że se­kre­tu ko­wa­nia mie­czy[2]. Uka­zu­ją bo­gi­ni klej­no­ty i zwier­cia­dło. Ona zaś, wie­dzio­na próż­no­ścią, daje się sku­sić, wy­chy­la się z ja­ski­ni. Od­bi­cie jej pięk­na olśnie­wa ją samą. Spo­glą­da w zwier­cia­dło ko­lej­ny raz i nie może roz­po­znać pięk­ne­go ob­li­cza. Tym­cza­sem wro­ta ja­ski­ni za­my­ka­ją się za jej ple­ca­mi. Świa­tło po­wra­ca na świat.

Ama­te­ra­su otrzy­mu­je w dzie­dzic­twie Zie­mię. Wy­ni­ka to z pra­wa pier­wo­ródz­twa, któ­re nie wy­klu­cza ko­biet. Bo­gi­ni po­sy­ła na Zie­mię swe­go wnu­ka, Ni­ni­gie­go, by prze­pro­wa­dził re­ko­ne­sans i zo­stał jej na­miest­ni­kiem. Wrę­cza mu trzy in­sy­gnia: zwier­cia­dło, klej­no­ty i miecz. To sym­bo­le wie­dzy, wła­dzy i siły – war­to­ści ludz­kie­go świa­ta. Sin­to­izm przej­mie je i bę­dzie krze­wił wśród miesz­kań­ców Kra­ju Kwit­ną­cej Wi­śni.

Jim­mu, wnuk Ni­ni­gie­go, zo­sta­je pierw­szym ce­sa­rzem. Mię­dzy bo­ga­mi a ro­dem wład­ców za­dzierz­gu­je się sil­na więź, któ­ra ni­g­dy nie zo­sta­nie ze­rwa­na. Uzbro­jo­ny w miecz Jim­mu do­ko­nu­je wie­lu he­ro­icz­nych czy­nów, ście­ra się z prze­ciw­ni­ka­mi naj­róż­niej­szej pro­we­nien­cji. Jest nie tyl­ko czło­wie­kiem, lecz rów­nież bo­giem. Wszy­scy sa­mu­ra­je wzo­ru­ją się na nim, tak­że Yoshit­su­ne, ści­ga­ny zwierz. Bo­ska na­tu­ra Jim­mu oraz jego dziel­ne czy­ny będą po­wszech­nie sła­wio­ne przez po­tom­nych. Tra­dy­cja gło­si, że pierw­szy ce­sarz przyj­mu­je re­ga­lia w lu­tym 660 roku p.n.e.

W owej epo­ce świat tęt­ni ży­ciem, każ­de stwo­rze­nie ma du­szę, kami; to sło­wo z cza­sem przy­bie­ra inne zna­cze­nie, „bóg”. Ja­ski­nie, mo­rze, lasy i góry sym­bo­li­zu­ją naj­wyż­szą moc, jak mana na No­wej Ze­lan­dii. Sin­to­izm wchła­nia te kon­cep­cje. Znaj­du­ją one wy­raz w sa­mej na­zwie re­li­gii, któ­ra ozna­cza „dro­gę bo­gów”. Na­tu­ra jest wiel­ka, na każ­dym kro­ku de­mon­stru­je swą po­tę­gę. Sin­to­izm jest ra­czej jej apo­lo­gią niż wi­zją świa­ta. W miej­scach naj­po­tęż­niej­sze­go od­dzia­ły­wa­nia ży­cio­daj­ne­go tchnie­nia wzno­szą się świą­ty­nie i klasz­to­ry, aku­mu­la­to­ry po­zy­tyw­nej ener­gii. Yoshi­to­mo, przed­sta­wi­ciel zna­mie­ni­te­go kla­nu Mi­na­mo­to, wła­śnie w ta­kich miej­scach bę­dzie od­da­wał się re­flek­sji nad przy­czy­na­mi po­raż­ki. Zwró­ci się do swe­go mie­cza z ża­ło­sną prze­mo­wą, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, dla­cze­go za­tra­cił kami w chwi­li pró­by. Sa­mu­raj po­wra­ca pa­mię­cią do przod­ków. Miecz zaś sta­je się prze­dłu­że­niem cia­ła, no­śni­kiem nad­ludz­kiej siły po­cho­dzą­cej od Ama­te­ra­su.

 

Na­stęp­ców Jim­mu spo­wi­ja mgła. Trud­no się z nimi iden­ty­fi­ko­wać, zna­leźć wśród nich bo­ha­te­ra god­ne­go opo­wie­ści. Aż wresz­cie dzie­sią­ty z rodu wzniósł w Ise kom­pleks chra­mów po­świę­co­nych Ama­te­ra­su. Ru­szał w bój z imio­na­mi bóstw na ustach, pra­gnąc zjed­nać so­bie ich przy­chyl­ność. Su­jin, bo tak brzmia­ło jego imię, żył oko­ło 200 roku p.n.e. W kry­zy­so­wych sy­tu­acjach zwra­cał się do sio­gu­na, wiel­kie­go wo­dza, któ­re­go za­da­nie po­le­ga­ło na tłu­mie­niu bun­tów i roz­ru­chów. Tak zro­dzi­ła się ko­lej­na tra­dy­cja – i ta­kie były po­cząt­ki urzę­du sio­gu­na.

Zwią­zek wła­dzy z kla­nem Mi­na­mo­to za­cie­śnił się jesz­cze, kie­dy (w 1192 roku – przyp. tłum.) to wła­śnie czło­nek tego rodu sta­nął na cze­le pierw­sze­go rzą­du woj­sko­we­go. Mowa o Yori­to­mie, któ­ry wy­dał roz­kaz po­chwy­ce­nia swe­go bra­ta-ry­wa­la Yoshit­su­ne­go. Nie na­le­żał do wo­jow­ni­ków, co znacz­nie osła­bia­ło jego au­to­ry­tet. Yoshit­su­ne i Yori­to­mo uzu­peł­nia­li się: je­den był ry­ce­rzem, dru­gi po­li­ty­kiem. Obaj po­słu­gi­wa­li się mia­nem sa­mu­ra­jów.

Yoshit­su­ne ru­szał do wal­ki na grzbie­cie im­po­nu­ją­ce­go czar­ne­go ogie­ra, sym­bo­lu sił pie­kiel­nych. Ist­nie­je drze­wo­ryt, tak su­ge­styw­ny, że oglą­da­ją­cy nie­mal sły­szy rże­nie tej be­stii, pod­czas gdy jej pan swo­bod­nie nią kie­ru­je. Jeź­dziec ma prze­rzu­co­ny przez ple­cy łuk, chro­ni go ko­lo­ro­wa zbro­ja. Twarz zdo­bi wą­sik, gry­mas zdra­dza głód wal­ki. Sa­mu­raj ma przy­tro­czo­ny do pasa miecz. Jest go­tów go użyć.

Żeby od­na­leźć pier­wo­wzór Yoshit­su­ne­go w epo­ce kształ­to­wa­nia się Ja­po­nii, na­le­ża­ło­by za­cze­kać aż do po­ja­wie­nia się Yama­ta Ta­ke­ru, syna ce­sa­rza Ke­iko, na­stęp­cy Su­ji­na. I znów mit zde­rza się z Hi­sto­rią. Yama­to Ta­ke­ru był bru­tal­nym i po­ryw­czym mło­dzień­cem. Pew­ne­go dnia za­bił bra­ta za nie­znacz­ne uchy­bie­nie ety­kie­cie, spóź­nie­nie na ko­la­cję (!). Pu­ści­ły mu ner­wy, ale w grun­cie rze­czy po­zbył się ry­wa­la. Oj­ciec za karę wy­słał go na­tych­miast na Kiu­siu. Sko­ro był taki bo­jo­wy, mógł sta­wić czo­ło hor­dom tam­tej­szych re­be­lian­tów. Syn ru­szył na spo­tka­nie z nie­bez­pie­czeń­stwa­mi i okrył się chwa­łą.

Por­tret przed­sta­wia go z dłu­gi­mi wło­sa­mi sym­bo­li­zu­ją­cy­mi siłę, go­to­we­go bez li­to­ści za­dać prze­ciw­ni­ko­wi po­je­dyn­czy, śmier­tel­ny cios. Yama­to za­kra­da się do wro­gie­go obo­zu, wy­wiódł w pole stra­że. Za­sko­czo­ny bun­tow­nik pró­bu­je do­być mie­cza, lecz bez­sku­tecz­nie. Wnę­trze po­miesz­cze­nia utrzy­ma­ne jest w to­na­cjach ciem­nej czer­wie­ni, któ­ra ko­ja­rzy się z bru­tal­no­ścią mię­dzy­ludz­kich re­la­cji w daw­no mi­nio­nych cza­sach. Pa­pie­ro­wa lam­pa zda­je się zdmuch­nię­ta fu­rią nie­spo­dzie­wa­ne­go ata­ku.

Lecz z cza­sem Yama­to prze­cho­dzi prze­mia­nę. Roz­my­śla nad sen­sem ży­cia. Od­da­je się fi­lo­zo­ficz­nym me­dy­ta­cjom, któ­re w przy­szło­ści sta­ną się nie­zby­wal­nym ele­men­tem na­tu­ry sa­mu­ra­jów. Ła­god­nie­je. Mło­dzie­niec zro­zu­miał war­tość sa­mo­dy­scy­pli­ny. Po­byt wśród bun­tow­ni­ków uświa­da­mia mu, że ży­cie jest su­ro­we i dzi­kie. Zre­zy­gno­wał z im­pe­tu na rzecz roz­sąd­ku. I owa me­ta­mor­fo­za wkrót­ce za­czę­ła wy­da­wać owo­ce. Do ufor­mo­wa­nia jego no­wej toż­sa­mo­ści wal­nie przy­czy­nił się pe­wien dro­go­cen­ny po­da­ru­nek: prze­pysz­ny „Miecz zbie­ra­ją­cych się na nie­bie chmur”.

Opo­wie­ści o ży­ciu Yama­ta róż­nią się szcze­gó­ła­mi: we­dle jed­nych był zde­cy­do­wa­ny i sil­ny, inne opi­sy­wa­ły go jako prze­bie­głe­go i bez­li­to­sne­go. Cza­sem zwy­cię­żał mie­czem, cza­sem for­te­lem. Sa­mu­ra­je nie od­bie­ga­li da­le­ko od tego wzor­ca. Byli mi­strza­mi stra­te­gii i pod­stę­pów, ale tak­że po­je­dyn­ków.

Po­mi­mo try­um­fów Yama­to­wi do­skwie­ra­ła sa­mot­ność, któ­rą ste­reo­ty­po­wo przed­sta­wia się jako je­dy­ną to­wa­rzysz­kę ży­cia sa­mu­ra­jów. Jego osa­mot­nie­nie nie róż­ni się od tego, któ­re przy­pa­dło w udzia­le Yoshit­su­ne­mu. Obu bra­ku­je mi­ło­ści, Yama­to od­czu­wa to nie­zwy­kle doj­mu­ją­co. Sta­wia czo­ło ko­lej­nym wy­zwa­niom, ale żad­ne nie po­zwo­li mu za­znać chwi­li wy­tchnie­nia u boku to­wa­rzysz­ki. Dzie­li więc łoże z mie­czem nie tyl­ko dla­te­go, żeby móc sta­wić czo­ło noc­nym na­past­ni­kom. Spo­ty­ka go tra­gicz­na śmierć, któ­ra uczy­ni zeń ar­che­typ sa­mu­ra­ja po­ko­na­ne­go. Hi­sto­ria zjed­no­czy obu ry­ce­rzy. Yoshit­su­ne bę­dzie ści­ga­ny przez bra­ta i stra­ci przy­ja­ciół, któ­rzy przej­dą na stro­nę nie­przy­ja­cie­la. Yori­to­mo, naj­po­tęż­niej­szy czło­wiek w Ja­po­nii, sku­si ich bez tru­du. Od­izo­lu­je Yoshit­su­ne­go, by ła­twiej go do­paść.

Yama­to to czło­wiek zła­ma­ny, uoso­bie­nie klę­ski; los ni­g­dy się do nie­go nie uśmiech­nął. Jego ży­cie jest oka­le­czo­ne, po­zba­wio­ne celu. Jed­nak on sam nie zda­je so­bie z tego spra­wy, za­tra­ca się w po­ka­zach siły. Lu­bię my­śleć, że za­pi­sał się w hi­sto­rii jako ten, któ­ry nadał imię Ja­po­nii. To w koń­cu nie byle jaka za­słu­ga.


Po śmier­ci Yama­ta Ta­ke­ru mi­to­lo­gicz­na mgła rzed­nie. Wy­ła­nia­ją się z niej ko­lej­ni przod­ko­wie, któ­rzy będą sta­no­wić punkt od­nie­sie­nia dla Mi­na­mo­tów. Naj­mniej­szą jed­nost­ką or­ga­ni­za­cyj­ną jest klan. Wal­ki kla­nów krwa­wo na­zna­czą hi­sto­rię Ja­po­nii. Mi­na­mo­to­wie będą wie­dli prym w tych kon­flik­tach.

W VI wie­ku ród ce­sar­ski to do­mi­nu­ją­cy klan. Wy­wo­dzi się od Ama­te­ra­su, któ­ra le­gi­ty­mi­zu­je jego wła­dzę. Sło­wo sa­mu­rai wciąż jesz­cze nie ist­nie­je lub jego zna­cze­nie po­zo­sta­je roz­my­te. Na pew­no nie ozna­cza jesz­cze ry­ce­rza. Żoł­nie­rze są wer­bo­wa­ni do woj­ska ce­sar­skim roz­ka­zem. Wo­jow­ni­cy nie sta­no­wią od­ręb­nej kla­sy. Straż­ni­cy ce­sar­skie­go pa­ła­cu są na­zy­wa­ni sa­mu­ra­ja­mi, słu­ga­mi ary­sto­kra­tów. Ale nie ist­nie­je ści­słe po­wią­za­nie mię­dzy Ōto­mo, kla­nem za­si­la­ją­cym sze­re­gi owej dru­ży­ny, i kla­nem Mi­na­mo­to. Obie gru­py są sa­mu­ra­ja­mi, lecz z in­ne­go wy­wo­du.

Z cza­sem na sce­nę wkra­cza­ją sio­gu­ni, no­mi­no­wa­ni przez ce­sa­rzy, ile­kroć za­cho­dzi po­trze­ba wy­ko­rzy­sta­nia woj­ska. Ko­lej­ne stu­le­cia nie przy­no­szą wiel­kich zmian. Rów­nież Yori­to­mo, wła­ści­wie Yori­to­mo in pri­mis, zo­sta­nie na­masz­czo­ny na sio­gu­na przez ce­sa­rza.

Choć Ja­po­nia wciąż nie mia­ła sto­li­cy, była już pań­stwem. Jego spój­ność gwa­ran­to­wa­ły trzy atry­bu­ty mocy Ama­te­ra­su: miecz, zwier­cia­dło i klej­no­ty. Prze­po­wied­nia bo­gi­ni spraw­dzi­ła się: każ­dy z nich re­pre­zen­to­wał waż­ny ele­ment ludz­kie­go ży­cia. Sama Ama­te­ra­su oto­czy­ła pań­stwo opie­ką. Któż inny mógł­by więc nieść świa­tu świa­tło?

Kon­flik­ty i star­cia wy­bu­cha­ły z byle przy­czy­ny, kla­ny ska­ka­ły so­bie do oczu z po­wo­du drob­nych nie­po­ro­zu­mień. Każ­dy kon­flikt roz­wią­zy­wa­no z uży­ciem siły. Na­tu­ral­ne jest więc, że czczo­no boż­ka woj­ny. Ten zaś zro­dził się czło­wie­kiem, a przy­naj­mniej zja­wił się w ludz­kim cie­le. A było to tak: ce­sa­rzo­wa Jin­gū wy­da­ła roz­kaz eks­pan­sji na Ko­reę. Wy­pra­wa skoń­czy­ła się klę­ską. Ale w dro­dze po­wrot­nej do oj­czy­zny ko­bie­ta wy­da­ła na świat pięk­ne­go syn­ka. Zna­la­zła więc speł­nie­nie jako mat­ka. Owym sy­nem był Ōjin. Ōjin za­pew­nił dal­sze trwa­nie rodu. Gdy przy­szedł kres jego wo­jen­ne­go ży­cia, spo­tka­ła go na­gro­da: zo­stał wy­nie­sio­ny do ran­gi Ha­chi­ma­na, ja­poń­skie­go boga woj­ny.

Pew­ne­go razu Yoshi­to­mo obo­zo­wał nie­opo­dal po­świę­co­nej mu świą­ty­ni i zwró­cił się doń o po­moc. Wszy­scy sa­mu­ra­je wy­zna­wa­li żar­li­wie kult Ha­chi­ma­na.

W ja­kie tło kul­tu­ro­we wpi­su­ją się czy­ny kla­nu Mi­na­mo­to? Przede wszyst­kim są na­zna­czo­ne dwo­ma epo­ko­wy­mi czyn­ni­ka­mi: chiń­skim dzie­dzic­twem i bud­dyz­mem. Obca re­li­gia do­tar­ła do kra­ju za po­śred­nic­twem Ko­re­ań­czy­ków z Ba­ekje, kró­le­stwa, z któ­rym Ja­poń­czy­cy utrzy­my­wa­li do­bre sto­sun­ki. Po­sło­wie z tego pań­stwa wrę­czy­li ce­sa­rzo­wi por­tret Bud­dy, su­try i trak­ta­ty. Uka­za­li go­spo­da­rzom tru­dy, z ja­ki­mi mu­szą mie­rzyć się wy­znaw­cy kul­tu, lecz rów­nież zwią­za­ne z nim do­bro­dziej­stwa: szczę­ście, do­bro­byt, wy­zwo­le­nie. Ja­poń­czy­cy od razu zwró­ci­li uwa­gę na im­ma­nent­nie ziem­skie aspek­ty bud­dy­zmu i na­gię­li jego dok­try­nę do swo­ich po­trzeb. Żar­li­wa mo­dli­twa po­ma­ga­ła osią­gać po­żą­da­ne cele.