Rządy wilków

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2. Nina

2

Nina

Sma­ku­jąc w ustach sło­nawe powie­trze, Nina chło­nęła zgiełk bazaru: nawo­ły­wa­nia han­dla­rzy, jazgo­ta­nie mew nad por­tem w Djer­hol­mie, pokrzy­ki­wa­nia mary­na­rzy na stat­kach. Prze­nio­sła wzrok na szczyt urwi­ska, gdzie nad mia­stem góro­wał Lodowy Dwór o wyso­kich bia­łych murach lśnią­cych jak odsło­nięta kość, i powstrzy­mała prze­szy­wa­jący ją dreszcz. Miło było znów zna­leźć się na otwar­tej prze­strzeni, z dala od klau­stro­fo­bicz­nych cel Bia­łej Wyspy, ale nie mogła się oprzeć wra­że­niu, że pra­stary gmach ją obser­wuje. Wydało jej się, że sły­szy jego szept:

– Wiem, kim jesteś. To nie jest twoje miej­sce.

– Zamknij się, z łaski swo­jej – mruk­nęła.

– Co? – spy­tała Hanne. Szły we dwie nabrze­żem.

– Nic – odparła pośpiesz­nie Nina.

Roz­ma­wia­nie z nie­oży­wio­nymi budow­lami ni­gdy nie jest dobrym zna­kiem. Za długo była sama, nie tylko w Lodo­wym Dwo­rze, ale w ciele Mili Jan­ders­dat, któ­rej twarz i kształty – dzieło for­ma­torki – skry­wały sekret jej praw­dzi­wej toż­sa­mo­ści. Posłała Lodo­wemu Dwo­rowi jesz­cze jedno zło­wiesz­cze spoj­rze­nie. Powia­dano, że jego mury są nie do zdo­by­cia; że nie zmo­gła ich żadna najeźdź­cza armia. Jej przy­ja­ciele sobie pora­dzili: zabrali Fjer­da­nom jeden z ich wła­snych czoł­gów i za jego pomocą wybili w murze otwór. Ale teraz? Czuła się jak mysz, wielka blon­d­włosa mysz zaku­tana w zbyt grube spód­nice i pod­gry­za­jąca fun­da­menty lodo­wej twier­dzy.

Przy­sta­nęła przy stra­ga­nie kra­wiec­kim, któ­rego wie­szaki ugi­nały się pod cię­ża­rem tra­dy­cyj­nych kami­ze­lek i szali noszo­nych z oka­zji Vinetkälli. Wbrew sobie dała się Djer­hol­mowi zauro­czyć od pierw­szego wej­rze­nia. Był schludny w spo­sób, w jaki schludne mogły być tylko fjer­dań­skie mia­steczka: domy malo­wane na różowo, nie­bie­sko i żółto, stło­czone nad wodą i tulące się do sie­bie, jakby chciały roz­grzać się nawza­jem. Więk­szość miast, które widziała (ile ich było? Iloma języ­kami w nich mówiła?), pobu­do­wano wokół rynku albo jed­nej głów­nej ulicy. Djer­holm był inny. W jego żyłach pły­nęła słona woda, a rynek przy­le­gał do morza: z roz­sta­wio­nych na nabrzeżu skle­pów, kra­mów i wozów sprze­da­wano świeże ryby, suszone mięso i cia­sta owi­jane wokół rożna, pie­czone na roz­ża­rzo­nych węglach i opró­szane cukrem. Kamienne sale Lodo­wego Dworu były wynio­słe i zimne; tu, na dole, pano­wały oży­wie­nie i zamęt.

Gdzie­kol­wiek spoj­rzała, dostrze­gała sym­bole Djela – gałę­zie jego świę­tego jesionu, poza­pla­tane w serca i ozdobne węzły z myślą o zimo­wym świę­cie Vinetkälla. W Ravce szy­ko­wano się teraz do święta Sankt Niko­łaja. I do wojny. Ta świa­do­mość cią­żyła jej każ­dego wie­czoru, gdy kła­dła się spać; każ­dego dnia ści­skała ją w gar­dle i wydu­szała oddech z piersi. Jej roda­kom gro­ziło nie­bez­pie­czeń­stwo, a ona nie wie­działa, jak im pomóc. Zamiast tego sie­działa na tyłach wroga, zajęta oglą­da­niem dzier­ga­nych cza­pe­czek i sza­licz­ków.

Obok niej stała Hanne zaku­tana w płaszcz koloru kwia­tów ostu, w któ­rym jej płowa skóra lśniła wła­snym bla­skiem nawet w tak pochmurny dzień jak dzi­siaj. Krótko przy­cięte włosy nakryła ele­gancką weł­nianą cza­peczką, żeby nie­po­trzeb­nie nie zwra­cały uwagi. Nina szcze­rze nie­na­wi­dziła zamknię­tych prze­strzeni Lodo­wego Dworu, ale musiała przy­znać, że Hanne cierpi bar­dziej od niej – ona naprawdę potrze­bo­wała ruchu, biegu, jazdy kon­nej, świe­żych woni śniegu i sosen, przy­tul­nej gościny lasów. Z wła­snej woli towa­rzy­szyła Ninie w Lodo­wym Dwo­rze, ale nie można było mieć wąt­pli­wo­ści, że dłu­gie dni uprzej­mych debat przy nud­nych posił­kach odci­skają na niej swoje piętno. Nawet ta odro­bina wol­no­ści – wycieczka na targ pod okiem rodzi­ców i straż­ni­ków – przy­wra­cała jej błysk w oku i rumieńce na policz­kach.

– Mila! – zawo­łała Ylva. – Hanne! Nie odda­laj­cie się za bar­dzo!

– Jak­by­śmy były dziećmi. – Hanne prze­wró­ciła oczami i wzięła do ręki leżący na wozie han­dla­rza kłę­bek nie­bie­skiej wełny.

Nina obej­rzała się przez ramię. Rodzice Hanne – Jarl i Ylva Bru­mo­wie – znaj­do­wali się dosłow­nie parę jar­dów za ich ple­cami i ścią­gali na sie­bie pełne podziwu spoj­rze­nia: oboje wysocy i szczu­pli, Ylva w cie­płych brą­zo­wych weł­nach, Brum w znie­na­wi­dzo­nym przez Ninę czar­nym mun­du­rze ze srebr­nym wil­kiem drüskelle na ręka­wie. Za nimi szło dwóch mło­dych łow­ców cza­row­nic, dłu­go­wło­sych, gładko ogo­lo­nych blon­dy­nów – dopiero po zakoń­cze­niu szko­le­nia i wysłu­cha­niu słów Djela w dniu święta Hringkälla będą mogli zapu­ścić brody. A potem ruszą rado­śnie w świat, by mor­do­wać gri­szów.

– Tato? Szy­kuje się jakieś przed­sta­wie­nie. – Hanne wska­zała miej­sce przy nabrzeżu, w któ­rym budo­wano wła­śnie pro­wi­zo­ryczną scenę. – Możemy iść popa­trzeć?

– Mam nadzieję, że nie jest to któ­raś z tych ker­cheń­skich trup? – Brum zmarsz­czył lekko brwi. – Z tymi ich maskami i spro­śnymi żar­tami…

Nie­stety nie, pomy­ślała smęt­nie Nina. Tęsk­niła do sza­lo­nych ket­ter­dam­skich ulic. Wola­łaby setkę rubasz­nych, zgieł­kli­wych spek­ta­kli Kome­die Brute od nie­ma­ją­cej końca pię­cio­ak­to­wej fjer­dań­skiej opery, na któ­rej była zmu­szona wysie­dzieć poprzed­niego wie­czoru; gdyby nie Hanne, która co rusz sprze­da­wała jej sójkę w bok, nie­chyb­nie by przy­snęła.

– Nie chrap – wyszep­tała w któ­rymś momen­cie Hanne. Łzy spły­wały jej po policz­kach, gdy despe­racko usi­ło­wała powstrzy­mać się od śmie­chu.

Na widok jej zaczer­wie­nio­nych policz­ków i wil­got­nych oczu matka pokle­pała ją po kola­nie.

– Wzru­sza­jąca histo­ria, nie­praw­daż?

Han­nie nie pozo­stało nic innego jak ski­nąć głową i moc­niej ści­snąć dłoń Niny.

– Ależ Jarl… – zwró­ciła się teraz Ylva do męża. – Jestem prze­ko­nana, że to nie będzie nic zdroż­nego.

– No dobrze – ustą­pił Brum i wszy­scy ruszyli w stronę sceny; han­dlarz wełną był nie­po­cie­szony. – Cho­ciaż zdzi­wi­ły­by­ście się, jak bar­dzo zmie­niło się to mia­sto: zepsu­cie, here­zja, a wszystko tu, w naszej sto­licy. Spójrz­cie. – Wska­zał witrynę sklepu, obok któ­rego prze­cho­dzili. Daw­niej dzia­łał tam rzeź­nik, ale sklep spło­nął, okna były powy­bi­jane, a ściany uczer­nione sadzą. – Dwie noce temu tłum wdarł się do sklepu. Zna­le­ziono dwa ołta­rze: jeden poświę­cony rze­ko­mej Sło­necz­nej Świę­tej, drugi tej… Jak ona się nazywa? Lin­nea od Wód?

– Leoni – popra­wiła go pół­gło­sem Hanne.

Nina sły­szała o napa­dzie na sklep od swo­ich ludzi w Hring­sie, siatce szpie­gow­skiej wal­czą­cej o wyzwo­le­nie gri­szów na tery­to­rium Fjerdy. Towary z jatki wylą­do­wały na ulicy, kre­densy i regały poroz­bi­jano i roz­wle­czono, żeby zna­leźć ukryte reli­kwie: pali­czek z palca Sło­necz­nej Świę­tej i nama­lo­waną przez ama­tora ikonę pięk­nej Leoni z wło­sami zaple­cio­nymi w war­ko­cze, która roz­po­ście­rała ramiona, by wysą­czyć tru­ci­znę z rzeki i oca­lić mia­sto.

– To nawet gor­sze niż po pro­stu odda­wa­nie czci świę­tym – cią­gnął Brum, dźga­jąc powie­trze pal­cem, jakby poczuł się oso­bi­ście przez nie ura­żony. – Ci ludzie twier­dzą, że gri­szo­wie są uko­cha­nymi dziećmi Djela. Że ich moc jest w rze­czy­wi­sto­ści dowo­dem jego bło­go­sła­wień­stwa!

Od tych słów Ninę zakłuło w sercu. Mat­thias tak wła­śnie mówił, tuż przed śmier­cią. Przy­jaźń z Hanne pomo­gła jej zale­czyć tamtą ranę. Ta misja, ten nowy cel też pomo­gły, ale ból nie znik­nął i przy­pusz­czała, że już ni­gdy nie znik­nie. Życie Mat­thiasa zostało skra­dzione, nie miał szans zna­leźć wła­snego celu w życiu.

Zro­bi­łem swoje, naj­droż­sza. Chro­ni­łem cię do samego końca.

Prze­łknęła grudę w gar­dle.

– Hanne? – wykrztu­siła z wysił­kiem. – Mia­ła­byś ochotę na wodę mio­dową?

Wola­łaby wpraw­dzie wino, może nawet coś jesz­cze moc­niej­szego, ale Fjer­dan­kom nie wolno było pić alko­holu – na pewno nie w miej­scu publicz­nym.

Sprze­dawca uśmiech­nął się do nich, ale na widok mun­duru Bruma roz­dzia­wił usta ze zdu­mie­nia.

– Komen­dant Brum! Gorący napój dla pań­skiej rodziny? Coś na pokrze­pie­nie w ten chłodny dzień?

Bar­czy­sty kupiec miał gruby kark i sumia­ste rude wąsy. Wyta­tu­owane na prze­gu­bach dłoni kręgi fal zdra­dzały, że w prze­szło­ści mógł być żegla­rzem. Albo kimś wię­cej.

Patrząc, jak kupiec i Brum podają sobie ręce, Nina doznała oso­bli­wego poczu­cia roz­dwo­je­nia. Bli­sko dwa lata temu, nie­da­leko miej­sca, w któ­rym się teraz znaj­do­wali, wal­czyła z tym czło­wie­kiem. Zmie­rzyła się z dowódcą drüskelle w swo­jej praw­dzi­wej postaci, jako Nina Zenik, z jurdą parem buzu­jącą w żyłach. Nar­ko­tyk pozwo­lił jej sta­wić czoło setce żoł­nie­rzy, uczy­nił ją nie­wraż­liwą na kule i na zawsze zmie­nił jej dar gri­szów: od tam­tej pory posia­dła wła­dzę nad umar­łymi. Oszczę­dziła wów­czas Bruma, ale zdarła mu skalp. To za jej sprawą był dziś łysy, a pod­stawę czaszki oka­lała mu wąska bli­zna, jak gruby, różowy szczu­rzy ogon.

To Mat­thias ubła­gał ją o łaskę – dla swo­jego ludu i dla czło­wieka, który był dla niego jak drugi ojciec. Po dziś dzień nie była pewna, czy dobrze zro­biła, przy­sta­jąc na jego prośbę. Gdyby zabiła Bruma, nie pozna­łaby Hanne, może w ogóle nie wró­ci­łaby do Fjerdy. Może Mat­thias na­dal by żył. Kiedy za dużo roz­my­ślała o prze­szło­ści, zatra­cała się w niej i błą­dziła wśród wszyst­kiego, co mogło być, a nie było – a teraz nie mogła sobie na to pozwo­lić. Mimo fał­szy­wej toż­sa­mo­ści i mistrzow­sko prze­for­mo­wa­nej przez Genyę twa­rzy nie prze­stała być gri­szą, żoł­nierką Dru­giej Armii i ravkań­skim szpie­giem.

Zacho­waj czuj­ność, Zenik, zbesz­tała się w duchu.

 

Brum chciał zapła­cić sprze­dawcy wody mio­do­wej, ale ten odmó­wił przy­ję­cia pie­nię­dzy.

– To pre­zent z oka­zji Vinetkälli, komen­dan­cie. Niech twoje noce będą krót­kie, a twój puchar zawsze pełny.

Od strony sceny dobie­gły wesołe dźwięki fuja­rek i bęb­nów obwiesz­cza­jące począ­tek przed­sta­wie­nia. Kur­tyna poszła w górę, odsła­nia­jąc nama­lo­wane urwi­sko, pod któ­rym roz­ło­żył się malutki targ. Widzo­wie zare­ago­wali entu­zja­stycz­nymi okla­skami: oto mieli przed sobą Djer­holm, mia­sto, w któ­rym się znaj­do­wali, opa­trzone trans­pa­ren­tem Histo­ria Lodo­wego Dworu.

– Widzisz, Jarl? – ode­zwała się Ylva. – Żad­nych beze­ceństw. Porządna, patrio­tyczna histo­ria.

Brum spoj­rzał z roz­tar­gnie­niem na zega­rek.

Na co on tak czeka? – zdzi­wiła się Nina.

Roko­wa­nia pomię­dzy Fjerdą i Ravką trwały, Fjerda nie wypo­wie­działa jesz­cze wojny, ale Nina czuła, że bitwa jest nie­uchronna. Brum będzie do niej parł za wszelką cenę. Prze­ka­zała wszyst­kie infor­ma­cje, jakie udało jej się zdo­być, kiedy pod­słu­chi­wała go pod drzwiami i pod­czas posił­ków, ale to nie wystar­czyło.

Brzęk­nęły czy­nele i roz­po­częła się opo­wieść o Egmon­dzie, małym geniu­szu, który już w dzie­ciń­stwie pro­jek­to­wał i budo­wał nie­zwy­kłe zamki i inne wspa­niałe gma­chy. Akro­baci poroz­cią­gali dłu­ga­śne pasma jedwab­nych nici, two­rząc z nich nie­bo­tyczną rezy­den­cję z mnó­stwem sza­rych iglic i lśnią­cych łuków. Publika kla­skała z zapa­łem, ale aktor o wynio­słym wyra­zie twa­rzy – ary­sto­krata, który nie zamie­rzał pła­cić za swój wymyślny nowy dom – prze­klął Egmonda i młody, przy­stojny archi­tekt został zakuty w kaj­dany i zawle­czony do sta­rego zamku, który stał nie­gdyś na szczy­cie wzno­szą­cego się nad por­tem urwi­ska.

Sce­ne­ria się zmie­niła: Egmond sie­dział w celi, dud­nie­nie bęb­nów zapo­wia­dało nadej­ście potęż­nego sztormu. Błę­kitne jedwabne fale prze­lały się przez scenę, sym­bo­li­zu­jąc powódź: woda pode­szła pod zamek, w któ­rym znaj­do­wali się król i kró­lowa Fjerdy.

Praca szpiega nie spro­wa­dzała się do opa­no­wa­nia języka i przy­swo­je­nia sobie paru lokal­nych zwy­cza­jów, dla­tego Nina znała rów­nież fjer­dań­skie mity i legendy. W tej czę­ści opo­wie­ści Egmond powi­nien dotknąć korzeni drzewa, które roz­sa­dziły ścianę celi, i – czer­piąc z mocy Djela – użyć siły świę­tego jesionu do wzmoc­nie­nia murów zamku, oca­lić króla i kró­lową i poło­żyć fun­da­menty pod budowę potęż­nego Lodo­wego Dworu.

Zamiast tego na scenę wyszły trzy postaci: kobieta oble­czona w czer­wone papie­rowe róże, młoda dziew­czyna w bia­łej peruce, z wień­cem z jele­niego poroża na szyi, i czar­no­włosa kobieta w nie­bie­skiej sukni.

– A to kto? – nastro­szył się Brum.

Zbio­rowe sap­nię­cie, z jakim widzo­wie wstrzy­mali oddech, wyja­śniało wszystko: na scenę wyszły Sankta Liza­beta od Róż, Sło­neczna Święta Alina Star­kov oraz – to było zna­ko­mite posu­nię­cie, zda­niem Niny – Zoya Nazy­alen­sky, burzowa wiedźma.

Każda ze świę­tych poło­żyła jedną dłoń na ramie­niu Egmonda, a drugą przy­tknęła do ściany celi. Poskrę­cane pasma tka­niny miały sym­bo­li­zo­wać roz­ra­sta­nie się i roz­wi­ja­nie jesionu Djela, niczym roz­cho­dze­nie się korzeni pod zie­mią.

– Dość tego! – powie­dział Brum.

Jego pod­nie­siony głos poniósł się nad tłu­mem. Na pozór brzmiał cał­kiem spo­koj­nie, ale Nina wychwy­ciła w nim draż­liwą nutę. Brum ruszył w stronę sceny. Drüskelle podą­żyli za nim, się­ga­jąc po zawie­szone u pasa pałki i bicze.

– Pogoda się psuje – dodał Brum. – Dokoń­czy­cie póź­niej.

– Zostaw­cie ich w spo­koju! – zawo­łał z tłumu jakiś męż­czy­zna.

Gdzieś roz­pła­kało się dziecko.

– Czy to część przed­sta­wie­nia? – zapy­tała skon­ster­no­wana kobieta.

– Powin­ny­śmy iść – powie­działa Ylva, pró­bu­jąc odcią­gnąć Hanne i Ninę od sceny.

Ale gęst­nie­jący tłum napie­rał w prze­ciw­nym kie­runku.

– Rozejść się – pole­cił wład­czym tonem Brum. – Sta­wia­nie oporu będzie karane aresz­tem i grzywną.

Nagle nad por­tem prze­to­czył się grzmot – praw­dziwy burzowy grzmot, nie meta­liczny tur­kot teatral­nych bęb­nów. Ciemne chmury zasnuły niebo tak szybko, jakby zapa­dał zmierzch. Morze ożyło, fale się spie­niły, statki na kotwi­cach się roz­ko­ły­sały.

– Djel się zło­ści – powie­dział ktoś w tłu­mie.

– To święci się złosz­czą! – odkrzyk­nął ktoś inny.

– Rozejść się! – powtó­rzył Brum, prze­krzy­ku­jąc tumult nad­cią­ga­ją­cej burzy.

– Patrz­cie!

Od zatoki pędziła ku nim fala. Rosła z każdą chwilą, ale zamiast roz­trza­skać się o falo­chron, wspięła się na nabrzeże i ściana wzbu­rzo­nej wody zawi­sła nad tłu­mem. Ludzie zaczęli krzy­czeć, a fala jakby skrę­ciła się w powie­trzu i runęła w dół – pro­sto na Bruma i jego żoł­nie­rzy. Oba­liła ich na zie­mię i roz­pra­so­wała na bruku.

Gapie jesz­cze przez chwilę wstrzy­my­wali oddech, a potem zgod­nie wybuch­nęli śmie­chem.

– Jarl! – Ylva rzu­ciła się Bru­mowi na pomoc.

– Zacze­kaj, mamo – powstrzy­mała ją Hanne. – Na pewno wolałby nie oka­zy­wać sła­bo­ści.

– Sankta Zoya! – zawo­łał ktoś. – To ona spro­wa­dziła burzę!

Kil­koro widzów uklęk­nęło.

– Święci! – roz­legł się inny głos – Święci widzą i chro­nią swo­ich wier­nych.

Morze się burzyło, fale wyglą­dały, jakby tań­czyły.

Brum dźwi­gnął się na nogi, czer­wony na twa­rzy i prze­mo­czony do suchej nitki.

– Wsta­wać! – wark­nął, poma­ga­jąc wstać mło­dym pod­ko­mend­nym. W następ­nej chwili wpa­ro­wał w tłum, żeby wywlec poboż­ni­siów za koł­nierz. – Natych­miast wstań­cie z kolan albo aresz­tuję was wszyst­kich za wichrzy­ciel­stwo i here­zję!

– Myślisz, że posu­nę­ły­śmy się za daleko? – spy­tała Hanne szep­tem i ści­snęła dłoń Niny.

– Raczej nie dość daleko – odparła pół­gło­sem Nina.

Samo przed­sta­wie­nie i wielka fala miały tylko odwró­cić uwagę. Akto­rzy wysta­wia­jący sztukę nale­żeli do siatki Hringsy. Fala była dzie­łem akwa­tyka dzia­ła­ją­cego dys­kret­nie z pokładu jed­nego z cumu­ją­cych w por­cie stat­ków. Teraz zaś, kiedy Jarl Brum i jego ludzie wryli się w ciżbę, sprze­dawca wody mio­do­wej – który na samym początku przed­sta­wie­nia skrył się w pobli­skim zaułku – wyko­nał szybki gest rękami, jakby roz­ga­niał chmury.

Słońce wyj­rzało zza chmur, jego pro­mie­nie padły na znisz­czony dwa dni wcze­śniej sklep rzeź­nika. Ściana sklepu z początku wyda­wała się pusta – dopóki kra­marz nie odkor­ko­wał butelki pod­rzu­co­nej mu przez Ninę do wózka. Chmura amo­niaku owio­nęła mur, na któ­rym obja­wiła się nagry­zmo­lona wia­do­mość: Lin­hol­menn fe Djel ner werre peje.

„Dzieci Djela są wśród was”.

To była tania jar­marczna sztuczka, w prze­szło­ści Nina i inne sie­roty wyko­rzy­sty­wali ją do prze­ka­zy­wa­nia sobie taj­nych wia­do­mo­ści – ale, jak nie­dawno nauczyła się w Ket­ter­da­mie, pod­stawą każ­dego dobrego prze­krętu było efek­towne wido­wi­sko. Dookoła niej ludzie gapili się na wypi­sane na ścia­nie słowa, poka­zy­wali pal­cami na morze, które nagle się uspo­ko­iło, i na chmury odpły­wa­jące z powro­tem w dal. Sprze­dawca wody mio­do­wej nie­dba­łym gestem zatarł ręce i wró­cił do swo­jego kramu.

Czy to coś zmieni? Tego nie wie­działa, ale takie i podobne małe cuda wyda­rzały się ostat­nio w całej Fjer­dzie. W Hja­rze uszko­dzona łódź rybacka miała wła­śnie pójść na dno, gdy cała zatoka zamar­zła i żegla­rze bez­piecz­nie wró­cili po lodzie do domu, oca­liw­szy przy tym cały połów. Następ­nego ranka na murze kościoła poja­wił się wize­ru­nek świę­tej latarni mor­skiej Sankt Vla­di­mira.

W Fel­sted mimo chłod­nej aury jabło­nie w sadzie buch­nęły kwie­ciem, jakby muśnięte cie­płym doty­kiem Sankt Feliksa. Oka­zało się, że konary drzew są przy­stro­jone gałąz­kami jesionu: sym­bo­lem bło­go­sła­wień­stwa Djela.

Połowa miesz­kań­ców małego Kje­reku nagle zapa­dła na ospę ogni­stą, co ozna­czało dla nich nie­mal pewny wyrok śmierci. Tyle że następ­nego dnia o świ­cie jeden z gospo­da­rzy doświad­czył wizji: nad mia­stecz­kiem uno­siła się Sankta Ana­sta­sia w wieńcu z jesio­no­wych liści na gło­wie. Miesz­kańcy prze­bu­dzili się zdrowi, bez gorączki i wrzo­dów na skó­rze.

Cuda były dzie­łem Hringsy i szpie­gów Dru­giej Armii. Akwa­tycy skuli zatokę lodem, ale wcze­śniej wywo­łali sztorm, który uszko­dził łódź. Szkwal­nicy ścią­gnęli na Fel­sted wcze­sny przy­mro­zek, a żoł­nie­rze słońca wywo­łali kwit­nie­nie drzew. Agenci Hringsy nie spro­wa­dzili wpraw­dzie ospy na Kje­rek, ale dopil­no­wali, by na miej­scu zna­leźli się soma­tycy, któ­rzy uzdro­wili miesz­kań­ców. Co się zaś tyczy wizji Ana­sta­sii… To naprawdę nie do wiary, jak wiele można zdzia­łać za pomocą rudej peruki i odro­biny teatral­nego oświe­tle­nia.

A potem nie­zwy­kła plaga zaata­ko­wała pół­noc Djer­holmu. Nina nie miała poję­cia, skąd się wzięła, czy była natu­ral­nym zja­wi­skiem, czy dzie­łem jakie­goś zbun­to­wa­nego agenta Hringsy, sły­szała jed­nak plotki o tym, że to zemsta Bez­gwiezd­nego Świę­tego za prze­śla­do­wa­nia reli­gijne i aresz­to­wa­nia doko­ny­wane przez ludzi Bruma.

Z początku wąt­piła, czy ich cuda cokol­wiek zmie­nią; bała się, że wszel­kie ich wysiłki zostaną zlek­ce­wa­żone jak dzie­cinne żar­ciki i do niczego nie dopro­wa­dzą. Tym­cza­sem fakt, że Brum anga­żo­wał coraz więk­sze siły i środki w próbę wyru­go­wa­nia kultu świę­tych, wskrze­sił w niej utra­coną nadzieję.

Komen­dant wró­cił do nich cięż­kim kro­kiem, z twa­rzą wykrzy­wioną w gry­ma­sie gniewu. Trudno go było poważ­nie trak­to­wać, kiedy wyglą­dał jak zmo­kła kura, któ­rej w dodatku w każ­dej chwili może wysko­czyć z buta zabłą­kana ryba. Mimo to Nina spu­ściła głowę i przy­brała obo­jętny wyraz twa­rzy. Brum był w tej chwili nie­bez­pieczny jak gotowa do deto­na­cji mina; co innego być znie­na­wi­dzo­nym, co innego zaś – wyśmie­wa­nym. Ale o to jej wła­śnie cho­dziło: żeby Fjerda prze­stała widzieć w Bru­mie i jego drüskelle ludzi, któ­rych należy się bać, i dostrze­gła, kim są naprawdę – zestra­cha­nymi tyra­nami, któ­rymi należy pogar­dzać, zamiast się im przy­po­chle­biać.

– Odpro­wa­dzę rodzinę do Lodo­wego Dworu – mruk­nął do swo­ich ludzi. – A wy spisz­cie nazwi­ska, wszyst­kie. Wszyst­kich akto­rów i wszyst­kich widzów na placu.

– Ale tłum…

Brum zmru­żył groź­nie oczy.

– Nazwi­ska – powtó­rzył z naci­skiem. – To mi śmier­dzi robotą Hringsy. Jeżeli gri­szo­wie są w mojej sto­licy, cho­dzą po moich uli­cach, chcę o tym wie­dzieć.

Gri­sza mieszka w twoim domu, pomy­ślała z satys­fak­cją Nina.

– Nie szar­żuj – ostrze­gła ją pół­gło­sem Hanne.

– Za późno.

Wsie­dli do prze­stron­nego powozu. Król i kró­lowa poda­ro­wali Bru­mowi jeden z tych nowych, hała­śli­wych pojaz­dów, które nie wyma­gały zaprzę­ga­nia koni, ale Ylva wolała pojazd nie­par­ska­jący czar­nym dymem i nie gro­żący zepsu­ciem się na stro­mym pod­jeź­dzie do Lodo­wego Dworu.

– Po co ci to, Jarl? – zagad­nęła Ylva, gdy otu­lił ich kom­fort aksa­mit­nych sie­dzeń. – Im ostrzej zare­agu­je­cie na te przed­sta­wie­nia, tym śmie­lej będą je wysta­wiali.

Nina spo­dzie­wała się, że Brum wybuch­nie gnie­wem, on jed­nak długo mil­czał, patrząc przez okno na falu­jące w dole szare morze. Kiedy w końcu prze­mó­wił, jego głos był spo­kojny i mia­rowy, a gniew okieł­znany.

– Powi­nie­nem był nad sobą zapa­no­wać – przy­znał i wziął żonę za rękę.

Nina zwró­ciła uwagę, jak silny wpływ miał ten drobny gest na Hanne, dostrze­gła w jej oczach prze­lotny cień wyrzu­tów sumie­nia. Jej samej łatwo było nie­na­wi­dzić Bruma, widzieć w nim wyłącz­nie złego czło­wieka, któ­rego należy znisz­czyć. Był jed­nak ojcem Hanne i w takich chwi­lach jak ta – kiedy był łagodny, roz­sądny, sym­pa­tyczny – zupeł­nie nie wyglą­dał na potwora. Był po pro­stu czło­wie­kiem, który chce dla swo­jego kraju jak naj­le­piej.

– Pro­blem nie ogra­ni­cza się jed­nak do burdy na tar­go­wi­sku – pod­jął znu­żo­nym gło­sem. – Jeżeli ludzie zaczną postrze­gać naszych wro­gów jako świę­tych…

– Mamy prze­cież fjer­dań­skich świę­tych – pod­su­nęła jakby z nadzieją Hanne.

– Ale oni nie są gri­szami.

Nina ugry­zła się w język. Może są, może nie są. Sënj Egmond, wielki archi­tekt, miał się ponoć modlić do Djela, by ten wzmoc­nił fun­da­menty Lodo­wego Dworu dla ochrony przed sztor­mem. Ist­niały jed­nak także inne legendy, takie, w któ­rych modlił się do świę­tych. Nie­któ­rzy wie­rzyli, że doko­ny­wane przez niego cuda nie miały nic wspól­nego z boską inter­wen­cją i były efek­tem dzia­ła­nia daru gri­szów; że Egmond był po pro­stu uta­len­to­wa­nym fabry­ka­to­rem, zdol­nym kształ­to­wać metal i kamień wedle swej woli.

 

– Fjer­dań­scy święci byli praw­dzi­wymi świę­tymi ludźmi – mówił dalej Brum. – Wybrań­cami Djela, nie tam­tych… demo­nów. Ale to nie wszystko. Roz­po­zna­ły­ście trze­cią z tych para­du­ją­cych po sce­nie świę­tych? To była Zoya Nazy­alen­sky, gene­rał Dru­giej Armii. W tej kobie­cie nie ma nic świę­tego ani natu­ral­nego.

– Kobieta jest gene­ra­łem? – zapy­tała Hanne z miną nie­wi­niątka.

– O ile takie coś można w ogóle nazwać kobietą. Jest uoso­bie­niem wszyst­kiego co ohydne i odra­ża­jące. Gri­szo­wie to esen­cja Ravki. Fjer­da­nie wyzna­jący tych fał­szy­wych świę­tych… ślu­bują lojal­ność obcemu pań­stwu, i to pań­stwu, z któ­rym za chwilę będziemy w sta­nie wojny. Dla­tego ta nowa reli­gia sta­nowi poważ­niej­sze zagro­że­nie niż ewen­tu­alna porażka na polu bitwy. Jeżeli stra­cimy tych ludzi, prze­gramy, zanim walka w ogóle się roz­pocz­nie.

Pod warun­kiem, że zro­bię, co do mnie należy, dopo­wie­działa w duchu Nina.

Musiała liczyć na to, że miłość zwy­kłych Fjer­dan do wła­snych synów i córek prze­waża nad nie­na­wi­ścią, jaką żywią wobec gri­szów, i że więk­szość z nich zna kogoś, kto musiał znik­nąć: przy­ja­ciel, sąsiadka, może nawet ktoś z rodziny; kobieta, która porzu­ciła rodzinę i całe dawne życie z obawy przed odkry­ciem jej mocy; chło­piec porwany nocą z domu, pod­dany tor­tu­rom, a następ­nie zamor­do­wany przez sie­pa­czy drüskelle. Może dzięki jej małym cudom Fjerda zyska coś, wokół czego będzie mogła się zjed­no­czyć. Może znaj­dzie powód, by odrzu­cić nie­na­wiść i strach, które od dawna sta­no­wiły broń w rękach Bruma.

– Obec­ność Appa­rata podaje w wąt­pli­wość wszystko, o co wal­czymy – cią­gnął Brum. – Jak mam wyru­go­wać obce wpływy z naszych miast, jeżeli w sercu naszego rządu zasiada here­tyk? My wycho­dzimy na hipo­kry­tów, a on ma szpie­gów w każ­dym kącie.

Ylva się wzdry­gnęła.

– Roz­ta­cza nie­po­ko­jącą aurę – powie­działa.

– To wszystko na pokaz. Ta broda, te ciemne szaty… Lubi stra­szyć kobiety swo­imi dzi­wacz­nymi oświad­cze­niami i cza­je­niem się w naj­bar­dziej zaska­ku­ją­cych miej­scach, ale w grun­cie rze­czy jest zwy­kłym kra­czą­cym pta­szy­skiem. Poza tym potrze­bu­jemy go, jeśli mamy osa­dzić Demi­dova na tro­nie. Popar­cie kapłana będzie dla Ravkań­czy­ków bar­dzo ważne.

– Zala­tuje od niego cmen­ta­rzem – powie­działa Hanne.

– To tylko kadzi­dło. – Brum zabęb­nił pal­cami o półkę pod oknem. – Trudno powie­dzieć, w co naprawdę wie­rzy. Twier­dzi, że król Ravki jest opę­tany przez demony, a święci nama­ścili Vadika Demi­dova na pra­wo­wi­tego władcę kraju.

– Skąd w ogóle wziął się ten Demi­dov? – zacie­ka­wiła się Nina. – Bar­dzo chcia­ła­bym go poznać.

– Dobrze go pil­nu­jemy, na wypa­dek gdyby jakie­muś ravkań­skiemu zabójcy przy­szła ochota go odstrze­lić.

Szkoda, pomy­ślała Nina.

– Naprawdę jest Lan­co­vem? – dopy­ty­wała dalej.

– Ma więk­sze prawo do tronu niż ten bękart Niko­łaj.

Powóz zatrzy­mał się z szarp­nię­ciem i zaczęli wysia­dać. Nim stopa Niny zdą­żyła dotknąć żwiru na ścieżce, żoł­nierz pod­biegł do Bruma i wrę­czył mu zło­żony arkusz papieru. Ninie mignęła kró­lew­ska pie­częć: srebrny wosk i wilk Grim­je­rów w koro­nie na gło­wie.

Brum zła­mał pie­częć i prze­czy­tał list. Kiedy pod­niósł wzrok, serce Niny zamarło. Mimo upo­ko­rze­nia, jakiego doświad­czył w por­cie, Brum pro­mie­niał.

– Już czas – powie­dział.

Ylva uśmiech­nęła się smutno w odpo­wie­dzi.

– Zatem zosta­wisz nas. Co wie­czór będę cze­kała z ser­cem peł­nym lęku.

– Bez obaw. – Brum scho­wał list do kie­szeni mun­duru. – Nie mają z nami szans. To nasz czas.

Miał rację. Fjer­da­nie mieli czołgi. Mieli też jeń­ców – gri­szów uza­leż­nio­nych od parem. Ich zwy­cię­stwo było prze­są­dzone. Zwłasz­cza że Ravka została cał­kiem sama, bez sojusz­ni­ków.

Powin­nam tam być, pomy­ślała Nina. Tam jest moje miej­sce.

– Udaje się pan w daleką podróż? – zapy­tała.

– By­naj­mniej. Milu, nie lękaj się! Aż tak nie­wiele wiary we mnie pokła­dasz?

Odpo­wie­działa wysi­lo­nym uśmie­chem.

– Skądże. Po pro­stu oba­wiam się o pań­skie bez­pie­czeń­stwo, jak my wszyst­kie. Cze­kaj­cie, wezmę wasze płasz­cze, a wy wejdź­cie już do środka, ogrzej­cie się. Powin­ni­ście nacie­szyć się każdą wspólną chwilą przed wyjaz­dem komen­danta.

– Jesteś praw­dzi­wym bło­go­sła­wień­stwem, Milu – przy­znała z czu­ło­ścią Ylva.

Nina wzięła od niej płaszcz, zabrała także okry­cia Hanne i Bruma… i od razu się­gnęła do kie­szeni, do któ­rej komen­dant wło­żył list.

Nad­cią­gała wojna.

Nina musiała powia­do­mić króla.