Rządy wilków

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Mapa

2  Król-demon

3  Two­rzywo serca świata

4  Podzię­ko­wa­nia

Tytuł ory­gi­nału: Rule of Wolves

Copy­ri­ght © 2021 by Leigh Bar­dugo

Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2021 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Urszula Okrzeja

Korekta: Mag­da­lena Gór­nicka

Ilu­stra­cja na okładce: Nata­lie Souza

Pro­jekt okładki: Ellen Duda

Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Piotr Chy­liń­ski

Mapa: Sveta Doro­sheva

Pro­jekt typo­gra­ficzny: Tomek Laisar Fruń

ISBN 978-83-66712-62-1

Wyda­nie II

Wydawca:

Wydaw­nic­two MAG

ul. Kryp­ska 21 m. 63, 04-082 War­szawa

tel./fax 22 813 47 43

www.mag.com.pl

Wyłączny dys­try­bu­tor:

Dres­sler Dublin sp. z o. o.

ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Maz.

tel. 227 335 010

www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w systeie Zecer firmy Eli­bri

Jeżeli wesp­nie­cie się na urwi­ska w oko­licy Os Kervo, może uda wam się zna­leźć jaski­nię, o któ­rej powia­dają, że nie­gdyś była smo­czym lego­wi­skiem. Wpraw­dzie ist­nie­nie smoka bywa poda­wane w wąt­pli­wość, ale panu­jąca w jaskini wil­goć jest bez­sporna. Kto­kol­wiek ukrad­nie lub znisz­czy tę książkę, spę­dzi w tej jaskini wil­gotną wiecz­ność, drżąc z zimna, jedząc mucho­mory i modląc się o odro­binę smo­czego żaru dla roz­grza­nia.

Dla EDA –

za pomoc w odna­le­zie­niu

mojego miej­sca wśród wil­ków

GRI­SZO­WIE

ŻOŁ­NIE­RZE DRU­GIEJ ARMII

MISTRZO­WIE MAŁEJ NAUKI

SOMA­TYCY

(Zakon Żywych i Umar­łych)

Cia­ło­bójcy

Uzdro­wi­ciele

ETE­RYCY

(Zakon Przy­wo­ły­wa­czy)

Szkwal­nicy

Pie­kiel­nicy

Akwa­tycy

MATE­RIAL­NICY

(Zakon Fabry­ka­to­rów)

Sub­stan­tycy

Alche­mi­ści

Mapa


Król-demon

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1. Kró­lowa Makhi

1

Kró­lowa Makhi

Kró­lowa Makhi Kir-Taban, Zro­dzona z Nie­bios, pocho­dziła z dłu­giej linii kró­lo­wych.

I wszyst­kie one były głu­pie, pomy­ślała. Serce zabiło jej żywiej, gdy czy­tała trzy­mane w dłoni zapro­sze­nie. Gdyby nie ich głu­pota, nie była­bym dzi­siaj w takich tara­pa­tach.

Po jej twa­rzy nie było znać zło­ści. Na policz­kach nie poja­wiły się rumieńce. Była kró­lową i zacho­wy­wała się sto­sow­nie do zaj­mo­wa­nego sta­no­wi­ska: plecy pro­ste, poza ide­alna, nie­wzru­szony wyraz twa­rzy. Palce jej nie zadrżały, cho­ciaż każdy mię­sień w ciele aż się rwał, żeby zetrzeć list na proch.

Król Niko­łaj Lan­cov, Wielki Książę Udovy, Naj­wyż­szy Władca Wiel­kiej Ravki, oraz Księż­niczka Ehri Kir-Taban, Córka Nie­bios, Naj­wznio­ślej­sza Potom­kini rodu Taban, mają zaszczyt zapro­sić Kró­lową Makhi Kir-Taban na cere­mo­nię zaślu­bin, która odbę­dzie się w kaplicy kró­lew­skiej w Os Alcie.

Do ślubu został mie­siąc. Dość czasu, żeby służba Makhi zdą­żyła spa­ko­wać sto­sowne suk­nie i klej­noty, zebrać wierny orszak i przy­szy­ko­wać oddział Tavgha­radu – eli­tar­nej gwar­dii ochra­nia­ją­cej kró­lew­ską rodzinę od cza­sów, gdy pierw­sza Taban zasia­dła na tro­nie. Dość czasu, by dotrzeć na miej­sce – czy to drogą lądową, czy też na pokła­dzie nowego luk­su­so­wego statku powietrz­nego, który nie­dawno zbu­do­wali jej inży­nie­ro­wie.

Dość czasu, by sprytna kró­lowa zdą­żyła wsz­cząć wojnę.

Na razie jed­nak musiała grać swoją rolę na uży­tek mini­strów zebra­nych przed nią w sali rady. Jej matka zmarła zale­d­wie przed mie­sią­cem. Korona mogła wró­cić na skro­nie babki Makhi, ale Leyti Kir-Taban dobie­gała osiem­dzie­siątki i miała ser­decz­nie dość rzą­dze­nia pań­stwem; zamie­rzała prze­nieść się na wieś, zmie­niać zabój­czo przy­stoj­nych kochan­ków jak ręka­wiczki i sku­pić się na hodo­wa­niu uko­cha­nych róż, dała więc Makhi swoje bło­go­sła­wień­stwo i wyco­fała się z życia publicz­nego. Makhi została koro­no­wana dosłow­nie parę dni po śmierci matki – pano­wała więc od nie­dawna, zamie­rzała jed­nak dopil­no­wać, by jej pano­wa­nie trwało jak naj­dłu­żej, a pod­dani żyli spo­koj­nie i dostat­nio. Do tego potrze­bo­wała popar­cia lojal­nych mini­strów, któ­rzy w tej chwili wpa­try­wali się w nią jak w obra­zek. Na ich twa­rzach malo­wało się wycze­ki­wa­nie.

– Nie ma żad­nej oso­bi­stej wia­do­mo­ści od Ehri – zauwa­żyła, roz­siadł­szy się wygod­nie na tro­nie. Poło­żyła liścik na kola­nach. Zmarsz­czyła brwi. – To nie­po­ko­jące.

– Powin­ni­śmy się rado­wać – zauwa­żył mini­ster Nagh.

Miał na sobie ciem­no­zie­loną urzęd­ni­czą mary­narkę z mosięż­nymi guzi­kami, taką samą, jakie nosili inni mini­stro­wie. W klapę wpiął dwa skrzy­żo­wane klu­cze, sym­bol Shu Hanu. Tłu­mek biu­ro­kra­tów przy­wo­dził na myśl las suro­wych drzew.

– Czyż nie na to wła­śnie liczy­li­śmy? – cią­gnął Nagh. – Mał­żeń­stwo pie­czę­tu­jące sojusz mię­dzy naszymi pań­stwami?

Może wy fak­tycz­nie na to liczy­li­ście, pomy­ślała Makhi. Naj­chęt­niej nie wyściu­bia­li­by­ście nosa zza gór.

– Istot­nie – przy­znała z uśmie­chem. – Po to wła­śnie zary­zy­ko­wa­li­śmy wysła­nie naszej dro­giej księż­niczki Ehri do takiego dzi­kiego kraju. Powinna była jed­nak dołą­czyć odręcz­nie pisany list, dać znać, że wszystko w porządku.

Mini­ster Zihun odkaszl­nęła.

– Wasza Nie­biań­ska Wyso­kość, Ehri może nie być szczę­śliwa… – zaczęła. – Może po pro­stu pogo­dziła się z losem. Ni­gdy nie pra­gnęła życia na świecz­niku, a co dopiero życia z dala od jedy­nego domu, jaki kie­dy­kol­wiek znała.

– Pocho­dzimy z rodu Taban. Pra­gniemy tego, co jest potrzebne kra­jowi.

Mini­ster z sza­cun­kiem pochy­liła głowę.

– Natu­ral­nie, Wasza Wyso­kość. Czy mamy przy­go­to­wać odpo­wiedź?

– Sama się tym zajmę – odparła kró­lowa. – To będzie wyraz sza­cunku. Warto dobrze wejść w ten nowy sojusz.

– Dosko­nale, Wasza Wyso­kość – powie­dział Nagh, jakby Makhi wyko­nała wyjąt­kowo udane dygnię­cie.

Z jakie­goś powodu jego apro­bata roz­draż­niła ją bar­dziej niż ewen­tu­alny sprze­ciw.

Wstała. Posłuszni pro­to­ko­łowi mini­stro­wie zgod­nie zro­bili krok w tył. Makhi zeszła z tronu, gwar­dzistki z Tavgha­radu zajęły miej­sca i ruszyły za nią dłu­gim kory­ta­rzem do kom­nat kró­lew­skich. Jedwabny tren jej sukni wzdy­chał i szem­rał na mar­mu­ro­wej posadzce jak któ­ryś z nie­spo­koj­nych dorad­ców. Dokład­nie znała liczbę kro­ków dzie­lą­cych ją od pry­wat­nych apar­ta­men­tów; prze­mie­rzyła tę drogę mnó­stwo razy w towa­rzy­stwie matki, a wcze­śniej babki. Teraz też odli­czała je wstecz – pięć­dzie­siąt sześć, pięć­dzie­siąt pięć – pró­bu­jąc się uspo­koić i oczy­ścić umysł.

Wyczu­wała za ple­cami obec­ność mini­stra Yer­weia, mimo że ryt­miczny tupot butów Tavgha­radu zagłu­szał szu­ra­nie jego miękko obu­tych stóp. Czuła się jak śle­dzona przez ducha. Gdyby kazała gwar­dzist­kom pode­rżnąć mu gar­dło, zro­bi­łyby to bez waha­nia. A potem, gdy byłaby sądzona za mor­der­stwo – w Shu Hanie nawet kró­lową mógł cze­kać taki los – zgod­nie zezna­wa­łyby prze­ciwko niej.

Dotarł­szy do apar­ta­men­tów, prze­szła pod zło­co­nym łukiem i zna­la­zła się w nie­wiel­kim pokoju gościn­nym wyło­żo­nym jasno­zie­lo­nym mar­mu­rem. Odpra­wiła cze­ka­jącą tu służbę i zwró­ciła się do Tavgha­radu:

– Nie prze­szka­dzaj­cie nam.

Yer­wei prze­szedł za nią przez salo­nik i pokój muzyczny aż do wiel­kiego salonu, w któ­rym nie­gdyś Makhi sia­dy­wała u stóp matki i słu­chała opo­wie­ści o pierw­szych kró­lo­wych z rodu Taban, wojow­nicz­kach, które w towa­rzy­stwie wier­nych oswo­jo­nych soko­łów przy­były z naj­wyż­szych Gór Siku­rzoi, by objąć wła­dzę w Shu Hanie. „Taban yenok-yun”, tak je nazy­wano. „Burza, która nie prze­mi­nęła”. To one zbu­do­wały ten pałac, pozo­sta­jący po dziś dzień dzie­łem sztuki i cudem inży­nie­rii, a teraz, przez tę krótką chwilę, ot, zale­d­wie kilka odmie­rzo­nych kro­ków w trium­fal­nym mar­szu rodu Taban, nale­żał do Makhi.

Weszli do Sali Zło­tego Skrzy­dła i od razu poczuła się lepiej. Prze­sy­cona zło­tym świa­tłem kom­nata roz­brzmie­wała szme­rem pły­ną­cej wody. Ciąg iden­tycz­nych smu­kłych łuków obra­mo­wy­wał naj­pierw taras, a potem także widok na wypie­lę­gno­wane żywo­płoty i bul­go­czące fon­tanny w roz­po­ście­ra­ją­cym się w dole kró­lew­skim ogro­dzie. Jesz­cze dalej roz­cią­gały się śliw­kowe sady Ahm­rat Jen z drze­wami usta­wio­nymi w równe sze­regi jak żoł­nie­rze kar­nych puł­ków. W Ravce zapa­no­wała zima, ale tutaj, w Shu Hanie, bło­go­sła­wio­nej kra­inie, na­dal świe­ciło cie­płe słońce.

 

Wyszła na taras. Był jed­nym z wielu miejsc, w któ­rych czuła, że może bez­piecz­nie roz­ma­wiać, z dala od wścib­skich oczu i cie­kaw­skich uszu słu­żą­cych i szpie­gów. Na stole z zie­lo­nego szkła wysta­wiono karafki z winem i pół­mi­sek póź­nych fig. W ogro­dzie dostrze­gła sio­strze­nicę, Akeni, bawiącą się z synem jed­nego z ogrod­ni­ków. Makhi już posta­no­wiła, że jeżeli z żad­nym z kró­lew­skich fawo­ry­tów nie uda jej się spło­dzić córki, to wła­śnie Akeni pew­nego dnia odzie­dzi­czy po niej tron. Nie była naj­star­szą z dziew­czy­nek w rodzie Taban, za to z całą pew­no­ścią była wśród nich naj­by­strzej­sza. Wła­ści­wie to dziwne, zwa­żyw­szy że jej matka miała w sobie tyle głębi co pła­ski talerz.

– Cio­ciu Makhi! – zawo­łała z dołu Akeni. – Zna­leź­li­śmy pta­sie gniazdo!

Syn ogrod­nika nie mógł się zwró­cić wprost do kró­lo­wej, nawet na nią nie spoj­rzał. Stał bez słowa obok przy­ja­ciółki, wbi­ja­jąc wzrok w swoje sfa­ty­go­wane san­dałki.

– Tylko nie doty­kaj­cie jajek! – ostrze­gła ich Makhi. – Może­cie popa­trzeć, ale nie doty­kaj­cie.

– Nie dotknę ich. Chcesz kwia­tek?

– Przy­nie­ście mi żółtą śliwkę.

– Ale śliwki są kwa­śne!

– Przy­nie­ście mi śliwkę, a ja opo­wiem wam bajkę.

Makhi odpro­wa­dziła wzro­kiem dzieci, które pognały pod mur oka­la­jący ogród od połu­dnia. Owoce wisiały wysoko na drze­wach; zerwa­nie ich wyma­gało czasu i pomy­sło­wo­ści.

– To dobre dziecko – ode­zwał się Yer­wei. Stał pod jed­nym z łuków za jej ple­cami. – Choć może nieco zbyt ule­głe, żeby być dobrą kró­lową.

Makhi udała, że go nie sły­szy.

– Księż­niczka Ehri żyje – dodał.

Zła­pała karafkę i zrzu­ciła ją z tarasu na dół, gdzie naczy­nie roz­trza­skało się na kamien­nych pły­tach.

Zerwała zasłony z okien i paznok­ciami podarła je na strzępy.

Zato­piła twarz w jedwab­nych podusz­kach i wrza­snęła.

Nie zro­biła żad­nej z tych rze­czy.

Rzu­ciła zapro­sze­nie na stół i zdjęła z głowy masywną koronę, wykutą z czy­stej pla­tyny i wysa­dzaną szma­rag­dami; od jej cię­żaru zawsze bolał ją kark. Odło­żyła ją obok fig i nalała sobie wina. Powinni się tym zająć słu­żący, ale w tej chwili nie miała ochoty ich oglą­dać.

Yer­wei wyśli­znął się na taras i bez pyta­nia poczę­sto­wał się winem.

– Twoja sio­stra nie powinna żyć – powie­dział.

Księż­niczka Ehri Kir-Taban – uko­chana przez lud, uwiel­biana z powo­dów, któ­rych Makhi ni­gdy nie potra­fiła zro­zu­mieć. Nie była mądra, ładna ani inte­re­su­jąca; umiała tylko się mazać i przy­gry­wać na kha­tu­urze, a mimo to wszy­scy ją ubó­stwiali.

Ehri miała zgi­nąć. Co poszło nie tak? Makhi wszystko sta­ran­nie zapla­no­wała, powinni mieć z głowy zarówno króla Niko­łaja, jak i księż­niczkę Ehri, a wina za ich śmierć miała spaść na Fjerdę. Pod pre­tek­stem pomsz­cze­nia śmierci uko­cha­nej sio­stry Makhi zamie­rzała następ­nie wma­sze­ro­wać do pozba­wio­nego króla i steru kraju, zgar­nąć gri­szów, wcie­lić ich do pro­gramu two­rze­nia kher­gu­udów i wyko­rzy­stać Ravkę jako bazę, w któ­rej popro­wa­dzi wojnę z Fjerdą.

Dobrze wybrała swoją agentkę: Mayu Kir-Kaat nale­żała do oso­bi­stego Tavgha­radu księż­niczki Ehri. Młoda i uta­len­to­wana wojow­niczka nie tylko świet­nie wła­dała sza­blą, ale – co waż­niej­sze – była podatna na naci­ski. Jej słu­żący w woj­sku brat-bliź­niak znik­nął bez śladu. Rodzi­nie powie­dziano, że zgi­nął w walce, ale Mayu domy­śliła się prawdy: został wybrany do tego, by stać się kher­gu­udem; przy­jęty do pro­gramu Żela­zne Serce, miał stać się sil­niej­szy i bar­dziej śmier­cio­no­śny, choć zara­zem mniej ludzki. Mayu bła­gała, by go zwol­nić, zanim przej­dzie osta­teczną prze­mianę, i przy­wró­cić do zwy­kłej służby woj­sko­wej.

Kró­lowa Makhi wie­działa, że pro­ce­dura prze­miany w kher­gu­uda – wzmoc­nie­nia kości stalą gri­szów albo przy­twier­dze­nia mecha­nicz­nych skrzy­deł do ple­ców – jest bole­sna. Cho­dziły jed­nak słu­chy, że pro­ces jest bar­dziej zło­żony; że pod­dani mu żoł­nie­rze zostają prze­mie­niani na różne strasz­liwe spo­soby; że pod­czas prze­miany kher­guud traci jakąś klu­czową cząstkę sie­bie, tak jakby ból wypa­lał z niego to, co czy­niło go czło­wie­kiem. Oczy­wi­ście Mayu Kir-Kaat nie chciała, żeby jej brat podzie­lił ten los. Byli bliź­nię­tami, keb­ben; łączyła ich naj­bliż­sza z moż­li­wych więzi. Mayu była gotowa ode­brać życie sobie i kró­lowi, byle tylko oca­lić brata.

Makhi odsta­wiła kie­li­szek i zamiast wina nalała sobie wody. Pod­czas zbli­ża­ją­cych się wyda­rzeń musiała zacho­wać trzeź­wość myśle­nia. Mamka powie­działa jej kie­dyś, że też miała mieć brata–bliź­niaka, ale chłop­czyk przy­szedł na świat mar­twy.

– Pożar­łaś jego siłę – wyszep­tała mamka.

Już wtedy Makhi wie­działa, że pew­nego dnia zosta­nie kró­lową. Co by było, gdyby jej bra­ci­szek uro­dził się żywy? Kim by wtedy była?

Teraz nie miało to żad­nego zna­cze­nia.

Król Ravki żył i miał się dosko­nale. Jej sio­stra rów­nież.

Źle się stało – tyle że kró­lowa nie miała pew­no­ści, jak bar­dzo źle. Czy Niko­łaj Lan­cov wie­dział o spi­sku? Czy Mayu stra­ciła zimną krew i zdra­dziła księż­niczce Ehri praw­dziwy plan? Nie. Nie­moż­liwe. Makhi nie chciała w to wie­rzyć. Więź keb­ben była na to zbyt silna.

– To zapro­sze­nie wygląda jak pułapka.

– Więk­szość mał­żeństw jest pułap­kami.

– Oszczędź mi swo­jego poczu­cia humoru, Yer­weiu. Jeżeli król Niko­łaj wie…

– Może cokol­wiek udo­wod­nić?

– Ehri może być cał­kiem roz­mowna. Wiele zależy od tego, co ona wie.

– Twoja sio­stra to łagodna dusza. Nie uwie­rzy­łaby, że jesteś zdolna do takiego pod­stępu, a już z całą pew­no­ścią nie powie­dzia­łaby złego słowa prze­ciwko tobie.

– W takim razie wyja­śnij mi to! – Makhi ude­rzyła dło­nią w stół, przy­ci­ska­jąc zapro­sze­nie do blatu.

– Może się zako­chała? Podobno król potrafi być cza­ru­jący.

– Nie bądź śmieszny.

Ehri zajęła miej­sce Mayu w Tavgha­ra­dzie, a Mayu prze­brała się za księż­niczkę. Mayu miała zbli­żyć się do króla Niko­łaja, zamor­do­wać go, a następ­nie ode­brać sobie życie. Z punktu widze­nia księż­niczki Ehri na tym sprawa miała się zakoń­czyć. Jed­nakże pod­czas póź­niej­szego zamie­sza­nia nale­żało się spo­dzie­wać pokaź­nej liczby ofiar śmier­tel­nych i rolą Tavgha­radu było dopil­no­wa­nie, żeby Ehri zna­la­zła się wśród nich; gwar­dzistki dostały wpraw­dzie przy­dział do ochrony księż­niczki, ale pod­le­gały tylko i wyłącz­nie kró­lo­wej. Mini­stro­wie nie mieli o niczym poję­cia. Co zatem poszło nie tak?

– Musisz przy­jąć zapro­sze­nie – pouczał ją Yer­wei. – Wszy­scy mini­stro­wie tego ocze­kują, to urze­czy­wist­nie­nie ich pla­nów poko­jo­wych. Uwa­żają, że powin­naś być zachwy­cona.

– Twoim zda­niem nie byłam dosta­tecz­nie zachwy­cona?

– Wyglą­da­łaś tak samo jak zawsze: kró­lowa ide­alna. Tylko ja dostrze­głem sygnały.

– Zda­rza się, że ludzie, któ­rzy widzą za dużo, tracą oczy.

– Zda­rza się rów­nież, że kró­lowe, które są prze­sad­nie nie­ufne, tracą tron.

Odwró­ciła się gwał­tow­nie w jego stronę.

– Co chcesz przez to powie­dzieć?

Tylko Yer­wei znał prawdę, i to prawdę wykra­cza­jącą poza szcze­góły planu zamor­do­wa­nia ravkań­skiego króla i sio­stry Makhi. Peł­nił rolę oso­bi­stego medyka jej matki i babki i był obecny przy łożu śmierci tej pierw­szej, kró­lo­wej Keyen Kir-Taban, Zro­dzo­nej z Nie­bios, gdy ta wybrała na swoją następ­czy­nię nie Makhi, lecz Ehri. Kró­lowa z rodu Taban miała pełne prawo wska­zać dzie­dziczkę tronu, ale nie­mal zawsze zaszczyt ten przy­pa­dał naj­star­szej córce. Tak było przez setki lat, a prze­zna­cze­niem Makhi było zosta­nie kró­lową. Uro­dziła się do tej roli, a potem została do niej wycho­wana. Siłą dorów­ny­wała gwar­dzist­kom z Tavgha­radu, świet­nie jeź­dziła konno i była zna­ko­mi­tym stra­te­giem, pod­stęp­nym niczym pająk. Mimo to jej matka wybrała Ehri – łagodną, słodką, kochaną, wiel­bioną przez lud Ehri.

– Obie­caj mi – powie­działa matka. – Obie­caj, że usza­nu­jesz moją wolę. Przy­się­gnij na Sześć Żoł­nie­rek.

– Obie­cuję – odparła szep­tem Makhi.

Yer­wei sły­szał to wszystko. Wśród dorad­ców matki wyróż­niał się naj­dłuż­szym sta­żem i Makhi nie miała w grun­cie rze­czy poję­cia, jak długo stąpa po ziemi. Wyglą­dał, jakby w ogóle się nie sta­rzał. Spoj­rzała wtedy na niego, spoj­rzała w te wod­ni­ste oczy w pomarsz­czo­nej twa­rzy, zasta­na­wia­jąc się, czy powie­dział matce o dziele, które wspól­nie pod­jęli, o pota­jem­nych eks­pe­ry­men­tach i naro­dzi­nach pro­gramu kher­gu­udów. Wszystko to prze­pa­dłoby, gdyby Ehri zasia­dła na tro­nie.

– Ale Ehri wcale nie chce rzą­dzić… – pró­bo­wała opo­no­wać.

– Tylko dla­tego, że zawsze spo­dzie­wała się, że ty będziesz kró­lową.

Makhi ujęła dłoń matki w swoją.

– Powin­nam nią być – powie­działa. – Uczy­łam się. Tre­no­wa­łam.

– Nikt nie wpoił ci łaska­wo­ści. Żaden nauczy­ciel nie nauczył cię miło­sier­dzia. Masz serce żądne wojny, nie wiem dla­czego.

– Mam sokole serce – odparła z dumą Makhi. – Serce Shu Hanu.

– Masz sokolą wolę. To nie to samo. Przy­się­gnij mi, że zro­bisz, o co pro­szę. Pocho­dzisz z rodu Taban. Pra­gniemy tego, co jest potrzebne kra­jowi. A ten kraj potrze­buje Ehri.

Makhi nie pła­kała, nie pró­bo­wała się spie­rać. Po pro­stu zło­żyła przy­sięgę.

A potem matka wydała ostat­nie tchnie­nie. Makhi pomo­dliła się do Sze­ściu Żoł­nie­rek i zapa­liła świece zmar­łym kró­lo­wym z rodu Taban. Ucze­sała się i przy­gła­dziła jedwab sukni. Wkrótce będzie musiała przy­brać błę­kit, kolor żałoby. A miała co opła­ki­wać: w jed­nej chwili stra­ciła matkę i koronę.

– Powiesz Ehri? – zapy­tała Yer­weia. – Czy ja mam to zro­bić?

– O czym?

– Matka…

– Nic nie sły­sza­łem. Cie­szę się, że nie cier­piała.

Tak zawarli pakt nad sty­gną­cym cia­łem matki. I tak naro­dziła się nowa kró­lowa.

Teraz Makhi oparła się o balu­stradę i zacią­gnęła ogro­do­wymi aro­ma­tami – wonią jaśminu i słod­kich poma­rań­czy. Wsłu­chała się w śmiech sio­strze­nicy i syna ogrod­nika. Przej­mu­jąc należną sio­strze koronę, nie spo­dzie­wała się, jak nie­wiele pro­ble­mów to roz­wiąże; nie prze­wi­działa, że będzie musiała stale rywa­li­zo­wać z miłą, niczego nie­świa­domą Ehri. Tylko jedno mogło poło­żyć kres jej cier­pie­niu.

– Pojadę na ślub sio­stry – zde­cy­do­wała. – Ale naj­pierw muszę wysłać wia­do­mość.

– Co zamie­rzasz? – Yer­wei pod­szedł bli­żej. – Zda­jesz sobie sprawę, że twoi mini­stro­wie prze­czy­tają list, nawet jeśli go opie­czę­tu­jesz?

– Nie jestem głu­pia.

– Można być nie­mą­drym, nie będąc głu­pim. Jeżeli… – Yer­wei urwał w pół słowa.

– Co się stało? – zdzi­wiła się Makhi.

Spoj­rzała w tym samym kie­runku co on. Cień padł na sad śliw­kowy za pała­co­wym murem. Spo­dzie­wała się zoba­czyć sta­tek powietrzny, ale niebo było puste. Cień tym­cza­sem rósł, roz­le­wał się jak plama i pędził w ich stronę. Dotknięte prze­zeń drzewa waliły się na zie­mię, ich gałę­zie czer­niały, a potem zni­kały bez śladu. Po jego przej­ściu zosta­wały smużki dymu i popie­lata zie­mia.

– Co to takiego? – spy­tał z zapar­tym tchem Yer­wei.

– Akeni! – zawo­łała kró­lowa ile sił w płu­cach. – Akeni, zejdź z drzewa! Złaź i wra­caj tutaj, natych­miast!

– Ale ja zbie­ram śliwki! – odkrzyk­nęła ze śmie­chem dziew­czynka.

– Powie­dzia­łam: natych­miast!

Akeni nie się­gała wzro­kiem za mury, nie widziała nad­cią­ga­ją­cej bez­gło­śnie fali zagłady.

– Straż! – zawo­łała kró­lowa. – Pomóż­cie jej!

Było już jed­nak za późno. Cień prze­śli­znął się nad murem, czer­niąc złote cegły, i opadł na śliwę, jakby czarny całun otu­lił Akeni i syna ogrod­nika i uci­szył ich śmiech.

– Nie! – krzyk­nęła Makhi.

– Kró­lowo… – ode­zwał się naglą­cym tonem Yer­wei. – Powin­naś stąd iść.

Ale nisz­czy­ciel­ski cień znie­ru­cho­miał przy skraju fon­tanny, jego skraj ryso­wał się na ziemi wyraź­nie jak gra­nica przy­pływu na plaży. Wszystko, czego tknął, stało się szare i mar­twe; wszystko, co leżało poza nim, pozo­stało zie­lone, bujne i pełne życia.

– Akeni… – zaszlo­chała Makhi.

Tylko wiatr jej odpo­wie­dział, powiał znad sadu i roz­snuł ostat­nie blade macki cie­nia. Został jedy­nie słodki zapach kwia­tów, szczę­śli­wych, niczego nie­świa­do­mych, zwró­co­nych ku słońcu.