Kiedy Ciebie nie maTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

– Cześć, Floyd. Tu Laurel. Laurel Mack.

– Pani Mack.

Ten miękki amerykański akcent, taki rozwlekły i płaski.

– A może panna?

– Jestem rozwiedziona.

– A zatem pani Mack. Jak miło panią słyszeć. Jestem naprawdę zachwycony.

– To dobrze. – Laurel się uśmiecha.

– Czy planujemy kolację?

– Tak. Tak sądzę. Chyba że…

– Nie ma żadnego „chyba”. Chyba że ma pani na myśli jakieś określone „chyba”.

Laurel się śmieje.

– Nie, nie myślę o żadnym „chyba”.

– A więc w porządku. Co pani powie na piątek wieczorem?

– Doskonale – mówi Laurel. Nie musi sprawdzać, by wiedzieć, że będzie wtedy wolna. – Cudownie.

– Może wybierzemy się do centrum? Popatrzymy na jasne światła? Czy gdzieś bliżej mnie? Gdzieś bliżej pani?

– Jasne światła dobrze brzmią – odpowiada z zapartym tchem, niemal jak młodziutka dziewczyna.

– Miałem nadzieję, że pani tak odpowie. Lubi pani tajską kuchnię?

– Uwielbiam tajską kuchnię.

– Proszę więc mnie zostawić decyzję. Zarezerwuję gdzieś stolik. Szczegóły przyślę pani później esemesem.

– Och, tak. Jest pan…

– Operatywny?

– Operatywny. Tak. I…

– Fascynujący?

Laurel znów się śmieje.

– Nie to miałam powiedzieć.

– Nie. Ale to prawda. Jestem ekscytującym facetem. Niekończąca się zabawa i przygody. Tak ze mną jest.

– Jest pan zabawny.

– Dziękuję.

– Zobaczymy się w piątek.

– Tak – mówi Floyd. – Chyba że…

Laurel zawsze dbała o wygląd. Nawet w strasznych dniach tuż po zniknięciu Ellie brała prysznic, starannie wybierała ubranie, drogimi korektorami maskowała cienie pod oczami, czesała włosy, dopóki nie zaczęły błyszczeć. Nigdy nie pozwalała sobie na zaniedbanie. W tamtych dniach została jej tylko ona sama.

Zawsze dobrze wyglądała, ale od dawna nie przejmowała się tym, czy jest ładna. Prawdę mówiąc, przestała starać się ładnie wyglądać około roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego piątego, kiedy zamieszkali razem z Paulem. Dlatego w tym momencie to wszystko: jej głupia twarz w lustrze, otwarte kosmetyczki, nerwowy dreszcz, który sprawia, że zamiast eyelinera nakłada na powieki tusz, uważna analiza i okropna złość na siebie, że pozwoliła zestarzeć się twarzy, że nie jest ładna, że nie urodziła się z genami Christy Turlington, jest nowe.

Krzywiąc się, wyciera tusz wacikiem.

– Niech to szlag – mamrocze pod nosem. – Cholera.

Na łóżku za nią leży zawartość szafy. Pogoda dziś jest dziwna. Parno jak na tę porę roku, ale zapowiadane są przelotne opady i silny wiatr. I chociaż ma dobrą figurę – nosi rozmiar dziesięć – wszystkie wyjściowe ubrania pochodzą z czasów, kiedy była po czterdziestce. Są zbyt krótkie, zbyt kwieciste, zbyt mocno odsłaniają ramiona albo pierś. Nic nie pasuje, żadne z nich. W końcu wybiera szary top z długimi rękawami i czarne spodnie z rozszerzanymi nogawkami. Nuda. Ale odpowiednie.

Jest dziewiętnasta pięć. Musi wyjść z domu za dziesięć minut, żeby zdążyć na randkę z Floydem. Szybko kończy makijaż. Nie ma pojęcia, czy wygląda lepiej, czy gorzej, ale nie ma już czasu się tym przejmować.

Przy frontowych drzwiach przystaje na chwilę. Na niewielkiej konsoli trzyma zdjęcia trojga swoich dzieci. Lubi poczucie, że ją witają i żegnają. Bierze do ręki zdjęcie Ellie. Piętnastolatka, październik, ostatni wakacyjny wyjazd przed jej zaginięciem. Byli wtedy w Walii. Twarz jej ogorzała od morskiego wiatru i gry w piłkę na plaży z bratem i siostrą. Ma szeroko otwarte usta, niemal widać tył jej gardła. Na głowie jasnobrązową wełnianą czapkę z ogromnym pomponem. Dłonie schowała w rękawach luźnej bluzy z kapturem.

– Idę na randkę, Ellie – mówi Laurel do córki. – Z miłym mężczyzną. Ma na imię Floyd. Myślę, że by ci się spodobał.

Przesuwa kciukiem po uśmiechniętej twarzy córki, po ogromnym pomponie.

To fantastycznie, mamo – słyszy jej głos. – Tak się cieszę twoim szczęściem. Baw się dobrze!

– Postaram się – odpowiada w pustkę. – Postaram się.

W restauracji, którą Floyd wybrał na ich randkę, panuje nastrojowe światło. Ściany są czarno-złote, meble ciemne, abażury z fioletowych jak ametysty koralików osłaniają halogenowe żarówki. Kiedy Laurel się pojawia, dwie minut spóźniona, Floyd już tam jest. Laurel myśli: on w tym świetle wygląda młodziej, więc ja też muszę wyglądać na młodszą. To jej dodaje pewności siebie, kiedy podchodzi do niego, a on wstaje i całuje ją w oba policzki.

– Wyglądasz bardzo elegancko – mówi.

– Dziękuję – odpowiada Laurel. – Ty też.

Floyd ma na sobie koszulę w czarno-szarą pepitkę i czarną sztruksową marynarkę. Wydaje się, że od ich spotkania zdążył ostrzyc włosy, pachnie drzewem cedrowym i zieloną cytryną.

– Podoba ci się restauracja? – pyta, udając niepewność i nikogo tym nie oszukując.

– Oczywiście, że mi się podoba – mówi Laurel. – Jest cudowna.

– Uff – odpowiada, a ona uśmiecha się do niego.

– Bywałeś tu wcześniej?

– Tak. Ale tylko na lunch. Zawsze chciałem wrócić tu wieczorem, kiedy byłaby ponura, mroczna i pełna ludzi o podejrzanej reputacji.

Laurel rozgląda się, patrząc na gości, większość z nich wygląda, jakby przyszli tu prosto z biura albo na randkę.

– Niezbyt podejrzana – mówi.

– Tak. Zauważyłem. Jestem bardzo rozczarowany.

Laurel się uśmiecha, a Floyd podaje jej menu.

– Jesteś głodna?

– Konam z głodu – odpowiada.

I to prawda. Przez cały dzień była zbyt zdenerwowana, by jeść. A teraz, kiedy się z nim spotkała i przypomniała sobie, dlaczego zgodziła się zjeść kawałek jego ciasta, dlaczego do niego zadzwoniła, dlaczego się z nim umówiła, apetyt jej wrócił.

– Lubisz ostre potrawy?

– Uwielbiam ostre potrawy.

Floyd uśmiecha się do niej promiennie.

– Dzięki Bogu. Naprawdę lubię tylko tych, którzy lubią ostre potrawy. To byłby zły początek.

Przez chwilę przeglądają menu.

Floyd ma mnóstwo pytań: Pracujesz? Masz braci? Siostry? Jakie jest twoje mieszkanie? Masz jakieś hobby? A zwierzątko? A potem, jeszcze zanim podano im drinki:

– Ile lat mają twoje dzieci?

– Och. – Laurel zaciska serwetkę na kolanach. – Dwadzieścia siedem i dwadzieścia dziewięć.

– A niech to! – Patrzy na nią z niedowierzaniem. – Nie wyglądasz na kogoś, kto ma dzieci w tym wieku. Myślałem, że nastolatki, i to co najwyżej.

Laurel we, że to kompletna bzdura. Utrata dziecka dodaje ci lat szybciej niż palenie przez całe życie papierosa za papierosem na plaży.

– Mam prawie pięćdziesiąt pięć lat – mówi. – I na tyle wyglądam.

– Nie, ani trochę – protestuje Floyd. – Oceniłem cię na czterdzieści parę. Wyglądasz doskonale.

Laurel zbywa ten komplement wzruszeniem ramion. To po prostu głupie.

Floyd się uśmiecha, z wewnętrznej kieszeni ładnej marynarki wyjmuje okulary do czytania i wkłada je na nos.

– Możemy zamówić?

Zamówili o wiele za dużo. Dania pojawiają się jedno za drugim, większe niż się spodziewali. Przez większą część wieczoru przestawiają kieliszki i butelki wody i przekładają telefony komórkowe, żeby zrobić miejsce na talerze.

– Czy to już jest to? – pytają siebie za każdym razem, gdy pojawia się nowe danie. – Proszę, powiedz, że to jest to.

Najpierw piją piwo, a potem przechodzą na białe wino.

Floyd opowiada Laurel o swoim rozwodzie z matką starszej córki. Dziewczyna ma na imię Sara-Jade.

– Chciałem dać jej na imię Sara-Jane, a moja była chciała ją nazwać Jade. To był bardzo prosty kompromis. Ja mówię do niej: Sara. Moja była mówi: Jade. Ona sama nazywa siebie SJ. – Wzrusza ramionami. – Możesz nazwać dzieci, jak ci się podoba, a one w końcu robią z tym, co chcą.

– Jaka ona jest?

– Sara? Jest… – Po raz pierwszy Laurel widzi lekki cień przesłaniający swobodne ożywienie Floyda. – Jest wyjątkowa. Jest, hm… – Wygląda na to, że zabrakło mu słów. – No cóż – mówi w końcu. – Chyba po prostu musisz ją poznać.

– Jak często ją widujesz?

– Och, często, całkiem często. Nadal mieszka z moją byłą. Nie dogadują się najlepiej, więc używa mnie jako łodzi ratunkowej. Właściwie głównie w weekendy. Co ma złe i dobre strony. – Uśmiecha się cierpko.

– A twoja druga córka? Jak ma na imię?

– Poppy. – Na wzmiankę o niej twarz mu się rozjaśnia.

– I jaka jest? Bardzo się różni od Sary-Jade?

– O Boże, tak. – Kiwa głową powoli i teatralnie. – O tak. Poppy jest cudowna, no wiesz, ma wybitne zdolności matematyczne, najbardziej ironiczne i złośliwe poczucie humoru, nikomu nie daje wcisnąć sobie kitu. Naprawdę trzyma mnie w ciągłej gotowości, przypomina mi, że nie jestem najważniejszy na świecie. Z łatwością mnie pokonuje, pod każdym względem.

– No, no! Musi być świetna! – mówi Laurel, myśląc, że mógł opisywać jej własną utraconą córkę.

– Jest – potwierdza Floyd. – Mam wielkie szczęście.

– Jak to się stało, że mieszka z tobą?

– No cóż, to skomplikowane. Poppy i Sara-Jade mają różne matki. Mama Poppy była… Nie wiem, to był przelotny związek, który raczej wyszedł poza swoje ograniczenia. Jeśli rozumiesz, co mam na myśli. Poppy nie była planowana. Byłem jak najdalszy od tego. Przez jakiś czas próbowaliśmy być ze sobą jak normalna para, ale to nigdy do końca nam się nie udało. A potem, kiedy Poppy miała cztery lata, jej matka zniknęła.

– Zniknęła? – Serce Laurel zaczyna szybciej bić na to słowo, które jest dla niej tak przepojone znaczeniem.

– Tak. Porzuciła Poppy na moim progu. Wyczyściła swoje konto w banku. Zostawiła dom, pracę. Nikt jej więcej nie widział. – Floyd podnosi kieliszek z winem i z namysłem upija łyk, jakby czekał, że Laurel to skomentuje.

 

Laurel przyciska dłoń do szyi. Nagle czuje, że za tym wszystkim stoi przeznaczenie, że jej spotkanie z tym dziwnie atrakcyjnym mężczyzną nie było tak przypadkowe, jak myślała, że w jakiś sposób rozpoznali u siebie wzajemnie dziwne szczeliny, miejsca dla wyjątkowych osób, które w dramatyczny i tajemniczy sposób zostały z nich wyrwane.

– Coś takiego – wzdycha. – Biedna Poppy.

Floyd przenosi wzrok na obrus, czubkiem palca obraca na nim ziarenko ryżu.

– W rzeczy samej – mówi. – W rzeczy samej.

– Jak myślisz, co się z nią stało?

– Z matką Poppy? – pyta. – Chryste, nie mam pojęcia. Była dziwną kobietą. Mogła wylądować gdziekolwiek. Dosłownie gdziekolwiek.

Laurel patrzy na niego, oceniając stosowność swojego następnego pytania.

– Czy zdarza ci się myśleć, że może ona nie żyje?

Floyd spogląda na nią ponuro i Laurel wie, że posunęła się za daleko.

– Kto wie? – odpowiada Floyd. – Kto wie.

A potem wraca uśmiech, rozmowa toczy się dalej, zamawiają jeszcze po kieliszku wina, znów dobrze się bawią, randka trwa.

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

Po powrocie do domu Laurel idzie prosto do swojego laptopa, wkłada okulary i wyszukuje w Google’u Floyda Dunna. Rozmawiali całą noc, aż personel restauracji bardzo grzecznie poprosił ich o wyjście. Padła delikatna sugestia, by pójść gdzie indziej, Floyd Dunn był członkiem jakiegoś klubu („Żaden z tych szpanerskich – powiedział. – Po prostu bar i kilka foteli, kilku starych pryków popijających brandy i pomrukujących”), ale Laurel nie miała ochoty wracać do High Barnet po godzinach kursowania metra, więc pożegnali się na Piccadilly Circus i Laurel przez całą drogę północną linią siedziała, uśmiechając się głupio, po pijacku, do swojego odbicia w oknie wagonu metra.

Teraz ma na sobie piżamę, a w ustach szczoteczkę do zębów. Ubrania, które zostawiła na łóżku, leżą spiętrzone na fotelu, a kosmetyki nadal są rozrzucone na toaletce. Nie ma siły na praktyczne czynności, chce tylko mocno trzymać się wewnątrz osłony, którą ona i Floyd dziś razem wokół siebie stworzyli, nie pozwolić, by życie wpełzło do niej przez szpary.

W ciągu paru sekund Laurel odkrywa, że Floyd jest nie tylko matematykiem, jak jej powiedział przy kolacji, ale też autorem kilku dobrze przyjętych książek na temat teorii liczb i fizyki matematycznej.

Laurel klika w obrazy w Google’u i przygląda się twarzy Floyda na różnych etapach życia i o różnym wyglądzie. Na niektórych zdjęciach jest wyraźnie młodszy: późna trzydziestka, długie włosy, rozpinana koszula. To fotografia z okładek paru jego pierwszych książek, na której wygląda nieco niepokojąco. Nie jadłaby tego samego kawałka ciasta z mężczyzną, który przypomina samotnego wykładowcę uniwersytetu otwartego z wczesnych lat osiemdziesiątych. Późniejsze zdjęcia ukazują go mniej lub bardziej takim, jaki jest teraz, z lekko zaniedbanymi i ciemniejszymi włosami, w niezbyt eleganckim ubraniu, ale zasadniczo jest to mężczyzna, z którym właśnie była na kolacji.

Chce dowiedzieć się o nim więcej. Chce otoczyć się nim i jego fascynującym światem. Chce znów się z nim spotkać. I znów. A potem myśli o Paulu i o jego Bonny, o drętwym niedowierzaniu, które poczuła, kiedy przyszedł, by ją poinformować, że poznał kobietę i mają zamiar razem zamieszkać. Nie była w stanie pojąć, jak zdołał dotrzeć do takiego miejsca, w którym jest łagodność i motyle w brzuchu, w którym robi się plany i trzyma się za ręce. A teraz to dzieje się z nią i nagle Laurel gorąco pragnie do niego zadzwonić.

Wyobraża sobie, że mówi: „Paul, poznałam fantastycznego faceta. Jest inteligentny i zabawny, i seksowny, i miły”.

I uświadamia sobie, że po raz pierwszy od lat chce porozmawiać z Paulem o czymś innym niż Ellie.

Następnego dnia trwa dręcząca cisza.

W soboty Laurel zwykle spotyka się ze swoimi przyjaciółkami Jackie i Bel. Znają się, odkąd chodziły razem do szkoły w Portsmouth, gdzie były nierozłączną trójką. Jakieś trzydzieści lat temu, kiedy miały nieco ponad dwadzieścia lat i mieszkały w Londynie, Laurel spotkała się z nimi w barze w Soho, a one jej powiedziały, że zrobiły wobec siebie coming out i zostały parą. Potem, po jedenastu latach, kiedy miała czterdzieści parę lat, Bel urodziła dwóch bliźniaków. Właśnie wtedy, kiedy Laurel opuszczała strefę wczesnego rodzicielstwa, one w nią weszły i w latach po odejściu Ellie ich pełen pieluch, plastiku i różowego jogurtu w tubkach dom w Edmonton był dla niej miejscem schronienia.

Ale w ten weekend ich nie było, wyjechały z chłopcami na turniej rugby w hrabstwie Shropshire. Tak więc czuje, jak minuty mijają jedna za drugą, a powietrze w mieszkaniu stoi gęste wokół niej. Słychać, jak sąsiedzi zamykają drzwi, wołają do dzieci, ruszają samochodami, wyprowadzają psy, poczucie osamotnienia narasta i nie ma telefonu od Floyda, nie ma esemesa, a ona jest za stara, o wiele z stara na to wszystko, i gdy nadszedł sobotni wieczór, wybiła to sobie z głowy. To był szalony pomysł. Niedorzeczny. Jest pokiereszowaną kobietą z ogromnym bagażem paskudnych doświadczeń, a Floyd najwyraźniej użył swego niewymuszonego wdzięku, by spędzić wieczór z kobietą, co zapewne mógłby robić każdego wieczoru, gdyby tylko zechciał. I prawdopodobnie siedzi teraz w jakiejś kawiarni, dzieląc się ciastem marchewkowym z kimś innym.

W niedzielę Laurel postanawia odwiedzić matkę. Zwykle robi to w czwartki. Dzięki temu, że co tydzień przeznacza na to ten sam czas, jest mniej prawdopodobne, że znajdzie wymówkę, by tam nie jechać. Ale nie może spędzić kolejnego dnia sama w domu. Po prostu nie może.

Dom opieki, w którym przebywa jej matka, znajduje się w Enfield, w odległości dwudziestu minut jazdy. To nowy budynek z czerwonej cegły z przydymionymi szybami w oknach, żeby nikt nie mógł zajrzeć do środka i zobaczyć druzgocącego obrazu swojej przyszłości. Ruby, jej mama, przeszła trzy udary, ma ograniczone słownictwo, jest na wpół ślepa i ma fragmentaryczną pamięć. Jest również bardzo nieszczęśliwa i zwykle można się spodziewać, że znajdzie słowa na wyrażenie pragnienia, by umrzeć.

Kiedy Laurel pojawia się tam wpół do dwunastej, jej matka siedzi w fotelu. Obok niej stoi talerz z herbatnikami, które wyglądają na owsiane, i kubek mleka, jakby miała cztery lata. Laurel bierze matkę za rękę i głaszcze cienką jak pergamin skórę. Patrzy w jej ciemne oczy i próbuje, jak zawsze, ujrzeć inną osobę, tę, która chwytała ją za jedną rękę i nogę i wrzucała do basenu, kiedy Laurel była mała; która goniła za nią po plaży i zaplatała jej włosy, i przygotowywała jej jajka przysmażone z obu stron tak, by żółtko w środku pozostało płynne, kiedy o nie poprosiła, zobaczywszy takie w amerykańskim telewizyjnym programie kulinarnym. Matka miała nieprzebraną energię, czarne kręcone włosy zawsze wysuwały jej się ze spinek i gumek, nosiła buty na niskich obcasach, żeby móc dobiec do autobusu, przeskoczyć murek i ścigać złodzieja.

Pierwszy udar przeszła cztery miesiące po zniknięciu Ellie i odtąd już nigdy nie była tą samą osobą.

– W zeszłym tygodniu byłam na randce – mówi Laurel do matki.

Matka kiwa głową i ściąga usta w uśmiechu. Usiłuje coś powiedzieć, ale nie może znaleźć słów.

– F-f-f-f… f-f-f…

– Nie przejmuj się, mamo. Wiem, że się cieszysz.

– Fan-tastycznie! – Nagle jej się udaje.

– Tak – mówi Laurel, uśmiechając się szeroko. – Rzeczywiście. Tylko że teraz oczywiście naprawdę się denerwuję, zachowuję się jak nastolatka. Bez przerwy spoglądam na telefon, bo chcę, żeby do mnie zadzwonił. To żałosne…

Jej mama znów się uśmiecha – albo to kopia uśmiechu, na którą pozwala jej uszkodzony mózg.

– Im… Imię?

– Ma na imię Floyd. Floyd Dunn. Jest Amerykaninem. W moim wieku, bardzo mądry, atrakcyjny, zabawny. Ma dwie córki, jedna z nim mieszka, druga jest dorosła.

Matka kiwa głową, wciąż się uśmiechając.

– Ty… ty… ty… ty…

Laurel przesuwa kciukiem po grzbiecie jej dłoni i uśmiecha się zachęcająco.

– Za… za… zadzwoń do niego!

Laurel się śmieje.

– Nie mogę!

Mama kręci głową przecząco i cmoka z dezaprobatą.

– Nie. Naprawdę. To ja zadzwoniłam do niego za pierwszym razem. Już zrobiłam pierwszy krok. Teraz jego kolej.

Mama znów cmoka.

– Myślę – Laurel zastanawia się głośno – że mogłabym wysłać mu esemes, po prostu żeby podziękować. Zasygnalizować, że następny ruch należy do niego.

Mama kiwa głową i chwyta dłoń Laurel w swoje dłonie, ściskając ją delikatnie.

Jej matka uwielbiała Paula. Od pierwszego dnia, kiedy powiedziała:

– Dobra robota, kochanie, znalazłaś dobrego mężczyznę. Teraz bądź, proszę, dla niego miła. Proszę, nie pozwól mu odejść.

A Laurel uśmiechnęła się cierpko i odparła:

– Zobaczymy.

Bo Laurel nigdy nie wierzyła w szczęśliwe zakończenia. A jej mama, która była dobrej myśli, jeśli chodzi o rozstanie Paula i Laurel, zrozumiała to, bo była jednocześnie i romantyczką, i realistką. Co pod wieloma względami było doskonałą kombinacją.

Matka wyciąga rękę, by sięgnąć do torebki Laurel. Wkłada ją do środka, wyjmuje komórkę Laurel i jej podaje.

– Co? – pyta Laurel. – Teraz?

Kiwnięcie głową.

Laurel wzdycha ciężko, a potem pisze kilka słów.

– Obarczę cię pełną odpowiedzialnością – mówi z drwiącą surowością – jeśli to wszystko pójdzie źle.

Potem naciska guzik „Wyślij”, szybko zamyka telefon i wkłada go do torebki, przerażona tym, co właśnie zrobiła.

– Cholera – mówi, przeciągając dłonią po twarzy. – Ty małpo – zwraca się do mamy. – Nie mogę uwierzyć, że mnie do tego zmusiłaś!

A jej matka się śmieje, dziwnym, zmienionym głosem, który wydobywa się z jej gardła zbyt wysoko. Ale to jest śmiech. Odkąd Laurel pamięta, pierwszy, jaki słyszy u matki od bardzo długiego czasu.

Chwilę później dzwoni jej telefon. To on.

ROZDZIAŁ SZESNASTY

Na drugą randkę Laurel i Floyd umówili się we wtorek. Tym razem wybrali miejsce w pobliżu i poszli do erytrejskiej restauracji nieopodal domu Floyda, do której Laurel zawsze chciała się wybrać, ale Paul nigdy się na to nie zgadzał, bo w oknie umieścili informację, że mają trzygwiazdkowy poziom higieny. Floyd jest swobodnie ubrany w ciemnozieloną koszulkę polo pod czarnym swetrem i dżinsy. Laurel ma na sobie dopasowany lniany bezrękawnik, a pod nim białą bawełnianą bluzkę, czarne rajstopy i buty. Włosy spięte z tyłu. Wygląda jak modna zakonnica. Dopóki nie spotkała Floyda, nie zdawała sobie sprawy, jak surowe, niemal jak u osoby duchownej, były wszystkie jej ubrania.

– Wyglądasz cudownie – mówi Floyd, wyraźnie nie dostrzegając oznak targających nią wątpliwości dotyczących stroju. – Jesteś dla mnie zbyt szykowna. Wyglądam przy tobie jak ostatni włóczęga.

– Wyglądasz bardzo ładnie – odpowiada, zajmując miejsce. – Zawsze wyglądasz ładnie.

Jest zachwycona tym, jak swobodnie się czuje. Nie ma nic z tej nerwowości, która towarzyszyła ich pierwszemu spotkaniu w zeszłym tygodniu. Restauracja jest niechlujna i jasno oświetlona, ale Laurel nie przejmuje się tym, jak wygląda, staro czy nie.

Patrzy na jego poruszające się ręce i chce je pochwycić w powietrzu, przytrzymać i przytulić do swojej twarzy. Śledzi wzrokiem ruchy jego głowy, zerka na wachlarzyk zmarszczek uśmiechu wokół oczu, zerka od czasu do czasu na ledwie widoczną kępkę włosów na piersi wynurzających się znad rozpiętego guzika koszulki polo. Pragnie, straszliwie, uprawiać z nim seks i gdy to sobie uświadamia, doznaje takiego wstrząsu, że na chwilę milknie wytrącona z równowagi.

– Dobrze się czujesz, Laurel? – pyta Floyd, wyczuwając jej zakłopotanie.

– Och, Boże, tak. Nic mi nie jest – odpowiada, uśmiechając się, a on się wydaje uspokojony i wracają do rozmowy.

Floyd przemawia ciepło do obsługi, która zdaje się go dobrze znać, i przynosi mu dodatkowe dania i kąski do skosztowania.

– Wiesz co? – mówi Laurel, odrywając kawałek płaskiego chleba i zanurzając go w potrawce z baraniny. – Mój były odmawiał zabrania mnie tutaj z powodu niskiego poziomu higieny.

Przez chwilę czuje się źle, mówiąc lekceważąco o Paulu, malując jego jednostronny obraz przed obcym człowiekiem, kiedy można o nim powiedzieć o wiele więcej.

– Higiena szmigiena, nigdy nie miałem problemów z żołądkiem po ich jedzeniu, a przychodzę tu od lat. Ci ludzie wiedzą, co robią.

 

– A więc od jak dawna tu mieszkasz?

– Och, Boże, od zawsze. Odkąd rodzice wrócili do Stanów. Dali mi trochę pieniędzy, powiedzieli, żeby je ulokować w jakimś zaniedbanym miejscu, byle w centrum. Znalazłem ten dom, był podzielony na kawalerki, po prostu obrzydliwość. Jezu, jak ci ludzie żyli. Martwe szczury. Zatkane toalety. Gówno na ścianach. – Wzdryga się. – Ale to była najlepsza decyzja, jaką kiedykolwiek podjąłem. Nie uwierzyłabyś, ile ten dom jest wart teraz.

Laurel mogła uwierzyć, bo zaledwie parę lat wcześniej sprzedała własny w dzielnicy Stroud Green.

– Myślisz, że kiedyś wrócisz do Stanów?

Floyd kręci głową.

– Nie. Nigdy. To nigdy nie był mój dom. Nigdzie nie czułem się jak w domu, dopóki nie zamieszkałem tutaj.

– A twoi rodzice? Nadal żyją?

– Tak. Jak najbardziej. Byli młodymi rodzicami, więc nadal są całkiem żwawi. A twoi? – pyta. – Wciąż są przy tobie?

– Nie. – Laurel kręci głową. – Tata zmarł, kiedy miałam dwadzieścia sześć lat. Mama mieszka teraz w domu opieki. Jest bardzo słaba. Wątpię, czy za rok o tej porze będzie jeszcze żyła. – A potem uśmiecha się i mówi: – To właśnie ona mi powiedziała, żebym do ciebie zadzwoniła. W niedzielę. Ledwie mówi, całe wieki zajmuje jej sformułowanie zdania, zwykle chce rozmawiać jedynie o umieraniu. Ale powiedziała, żebym do ciebie zadzwoniła. Stwierdziła, że to fantastyczne, że cię poznałam. Dosłownie wcisnęła mi do ręki telefon. To najbardziej… – Spogląda na swoje kolana. – To jest najbardziej matczyna rzecz, jaką zrobiła od dziesięciu lat. Najbardziej ludzka, jaką zrobiła od miesięcy. To mnie wzruszyło.

A wtedy Floyd sięga przez stół i kładzie ręce na jej dłoniach, wpatrując się w nią miłymi szarymi oczami i mówi:

– Niech Bóg błogosławi twoją wspaniałą mamę.

Laurel zaczepia palcami o jego palce i lekko ściska mu dłonie. Jego dotyk jest delikatny i mocny, seksualny, a jednak łagodny. Sprawia, że Laurel czuje to wszystko, czego już nigdy nie spodziewała się poczuć, co zapomniała, że kiedykolwiek czuła. Jego kciuki wędrują w górę po jej nadgarstkach i mijają punkty, w których pulsuje tętno. Czubki palców rysują linie w górę i w dół wewnętrznej strony rąk. Laurel pociąga za delikatne włoski na jego przedramionach, a potem wsuwa dłonie głęboko w miękką wełnę rękawów. Odnajduje łokcie, a jego ręce odnajdują jej łokcie i przez długą, intensywną chwilę trzymają się tak nawzajem poprzez stół, a potem powoli odsuwają się od siebie i proszą o rachunek.

Jego dom jest dokładnie taki sam, jak jej stary dom, znajduje się trzy ulice od miejsca, w którym dawniej mieszkała. To wiktoriański bliźniaczy budynek z frontową ścianą o trójkątnym zwieńczeniu i niewielkim balkonem nad portykiem. Wyłożona płytami ścieżka prowadzi do drzwi wejściowych z witrażami po obu stronach i półokrągłym witrażowym okienkiem na górze. Przed domem jest niewielki kwadratowy ogród, starannie utrzymany, a w jego głębi stoją dwa kosze na śmieci na kółkach. Laurel już wie, jak dom będzie wyglądał wewnątrz, jeszcze zanim Floyd włoży klucze w zamek frontowych drzwi, bo będzie wyglądał tak jak jej własny.

I oto jest, tak jak się spodziewała, wyłożony płytkami korytarz, a na wprost szerokie schody z poręczą zakończoną sążnistym zawijasem. Przed sobą ma pojedynczy drewniany stopień prowadzący do dużej, przestronnej kuchni, z lewej strony drzwi, przez które dostrzega wypełniony książkami pokój, blask bijący z telewizora i dwie nagie stopy skrzyżowane w kostkach. Laurel patrzy, jak stopy się rozłączają i opuszczają na deski podłogi, a potem pojawia się twarz, drobna, nerwowa, z burzą jasnych, niemal białych włosów, półksiężycem licznych kolczyków w uchu i grubymi kreskami niebieskiego eyelinera na powiekach.

– Tata?

Głowa szybko się cofa na widok Laurel w korytarzu.

– Cześć, skarbie. – Floyd odwraca się do Laurel i bezgłośnie wymawia „Sara-Jade”, po czym zagląda przez drzwi. – Jak ci minął wieczór?

– W porządku. – Głos Sary-Jade jest miękki i głęboki.

– A jak Poppy?

– Też w porządku.

– O której poszła spać?

– Och, jakieś pół godziny temu. Wcześnie wróciłeś.

Laurel widzi, jak delikatna głowa lekko się opuszcza, a potem znów podrywa.

– Saro – Floyd odwraca się do Laurel i wyciąga do niej rękę – chciałbym cię komuś przedstawić. – Kieruje Laurel w stronę drzwi i popycha ją lekko przed siebie. – To jest Laurel. Laurel, to jest moja starsza córka Sara-Jade.

– SJ – mówi drobna dziewczyna i powoli wstaje z fotela. Podaje Laurel drobną dłoń i dodaje: – Miło panią poznać. – Potem znów opada na fotel i podwija pod siebie drobne stopy pokryte niebieskimi żyłkami.

Ma na sobie obszerny czarny T-shirt i czarne aksamitne legginsy. Laurel widzi, jaka jest szczupła, i zastanawia się, czy to zaburzenia odżywiania, czy po prostu jest tak zbudowana.

W telewizji nadają jakiś reality show z ludźmi, którzy są na randce w ciemno w jasno oświetlonej restauracji. Na podłodze u stóp SJ stoi pusty talerz z resztkami keczupu i opróżniona puszka dietetycznej coli. Na oparciu fotela leży zgnieciony papierek po czekoladzie Galaxy. Laurel przypuszcza zatem, że ta budowa jest naturalna, i natychmiast wyobraża sobie matkę dziewczyny, jakąś nerwową, maleńką jak skrzat kobietkę z wielkimi oczami, w dżinsach w rozmiarze sześć. Przez chwilę czuje się żałośnie zazdrosna.

– No dobrze – mówi Floyd. – Będziemy w kuchni. Masz ochotę na filiżankę herbaty?

Sara-Jade potrząsa głową, ale się nie odzywa. Laurel idzie za Floydem do kuchni. Jest taka, jak sobie wyobrażała: eleganckie białe drewniane szafki z wielkimi drewnianymi gałkami, ciemnozielona kuchenka, wyspa kuchenna otoczona stołkami. Inaczej niż jej dawna kuchnia, nie jest otwarta na ogródek z tyłu domu. Pod ścianą stoi sosnowy stół z takimiż krzesłami, a na nim leżą stosy gazet i magazynów, stoją dwa laptopy. Różowe futerko jest przewieszone przez jedno krzesło, marynarka przez drugie.

Laurel siada na stołku i patrzy, jak Floyd przygotowuje dla niej herbatę rumiankową, a dla siebie – kawę z ekspresu przelewowego.

– Masz uroczy dom – mówi.

– Dziękuję – odpowiada Floyd. – Chociaż powinnaś wiedzieć, że facet, który tu mieszkał na zapleczu, trzymał nocnik dokładnie w miejscu, w którym siedzisz. A wiem to, ponieważ go tu zostawił, kiedy się wyprowadzał. Nieopróżniony.

– O Boże! – Laurel się śmieje. – To odrażające.

– Mnie to mówisz?

– Wiesz, twój dom jest taki sam jak mój stary. Dokładnie. To znaczy, oczywiście niezupełnie dokładnie, ale ma ten sam rozkład, jest tak samo zaprojektowany.

– Wszystkie te ulice, wszystkie domy były kiedyś nowoczesnym osiedlem zbudowanym w tym samym czasie dla pracowników City. – Podaje jej herbatę i uśmiecha się. – Dziwnie myśleć, że kiedyś ludzie być może będą się zachwycać domami Barratt[7] i desperacko próbować zachować elementy stylu: „Nie dotykaj tego plastikowego gzymsu, jest bezcenny!”.

– „Możesz w to uwierzyć? Ludzie, którzy tu mieszkali, usunęli szafy wnękowe z przesuwanymi lustrzanymi drzwiami!” – mówi Laurel z uśmiechem.

Floyd się śmieje i spogląda na nią ciepło. A potem nagle przestaje się śmiać i przygląda się jej z uwagą.

– Wiesz – mówi – wyszukałem cię w Google’u. Po naszej pierwszej randce.

Uśmiech zamiera na twarzy Laurel.

– Wiem o Ellie.

Laurel mocno ściska w dłoniach kubek i przełyka ślinę.

– Ach tak.

– Wiedziałaś, że to zrobię, prawda?

Laurel uśmiecha się smutno.

– Och, nie wiem, chyba przyszło mi to do głowy. Powiedziałabym coś. Wkrótce. Miałam to zrobić. Po prostu nie wydawało mi się to odpowiednim tematem do rozmowy na pierwszej randce.

– Nie – przyznaje cicho Floyd. – Rozumiem.

Laurel obraca kubek w dłoniach, niepewna, jak się zachować w tej sytuacji.

– Naprawdę mi przykro – mówi Floyd. – Po prostu… – Wzdycha ciężko. – Nie mógłbym… Nie potrafię sobie wyobrazić. A jednak potrafię. Potrafię aż za dobrze i to jest trudne do zniesienia. Nie żeby moje odczucia miały tu jakiekolwiek znaczenie. Ale myśl o… tobie… i twojej córce… to prostu… Chryste. – Wzdycha ciężko. – Przez cały wieczór chciałem coś powiedzieć, bo wydawało mi się to nieuczciwe, że siedzę z tobą i rozmawiamy o błahostkach, podczas gdy wiem to wszystko, a ty nie wiesz, że ja wiem i…

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora