Kiedy Ciebie nie ma

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Wtedy

Co będziemy robili latem? Theo, którego głowa spoczywała na kolanach Ellie, odwrócił do niej twarz i uśmiechnął się.

– Nic – odparł. – Nie róbmy kompletnie nic.

Ellie odłożyła książkę i przyłożyła dłoń do policzka Theo.

– Mowy nie ma – powiedziała. – Chcę robić wszystko. Wszystko, co nie jest powtarzaniem, nauką i studiowaniem. Chcę latać na paralotni. Możemy to zrobić? Możemy polecieć na paralotni?

– A więc w zasadzie twój plan na wakacje to umrzeć? – Theo się roześmiał. – Jesteś bardzo dziwna.

Delikatnie uderzyła go pięścią w policzek.

– Nie jestem dziwna. Po prostu jestem gotowa latać.

– Dosłownie?

– Tak, dosłownie. Och, i mama mówi, że jeśli chcemy, możemy na parę dni skorzystać z letniskowego domku babci.

Theo spojrzał na nią rozpromieniony.

– Poważnie? Tylko my?

– Możemy też zabrać paru przyjaciół.

– A może tylko my? – Skinął głową wyczekująco, żartobliwie i Ellie się roześmiała.

– Tak, chyba tak.

To było sobotnie popołudnie, maj, tydzień przed egzaminami. Znajdowali się w pokoju Ellie, robiąc sobie przerwę w powtarzaniu materiału. Na zewnątrz świeciło słońce. Kot Teddy Bear leżał obok nich i powietrze było pełne pyłków kwiatowych i nadziei. Mama Ellie zawsze mówiła, że maj jest jak piątkowy letni wieczór: wszystko, co dobre, leżało przed tobą, promienne i lśniące, i czekało, by je przeżyć. Ellie czuła, jak to do niej woła z drugiej strony ciemnego tunelu, którym były egzaminy; czuła ciepłe noce i długie dni, lekkość związaną z faktem, że nie trzeba nic robić ani nigdzie być. Myślała o tym, co mogłaby robić, kiedy już zamknie ten rozdział swojego życia, o książkach, które mogłaby czytać, o piknikach, o wesołych miasteczkach i wyprawach na zakupy, o wakacjach i imprezach. Pod wpływem tych myśli na chwilę zaparło jej dech; oszołomiły ją i sprawiły, że poczuła ucisk w żołądku i serce jej zatańczyło.

– Nie mogę się doczekać – powiedziała. – Nie mogę się doczekać, kiedy już będzie po wszystkim.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Śledztwo w sprawie włamania do domu Laurel tych kilka lat temu niczego nie przyniosło. Policja nie znalazła żadnych odcisków palców, kontrola zapisów z kamer wideo z dwóch godzin, które Laurel spędziła poza domem, nie wykazała ani śladu obecności kogokolwiek, kto pasowałby wyglądem do Ellie. Ani do żadnej innej nastolatki, skoro już o tym mowa. Złodziej zabrał stary laptop, starą komórkę Paula, trochę pieniędzy schowanych w szufladzie z bielizną Laurel, parę srebrnych świeczników w stylu art déco, ślubny prezent od pewnych bardzo bogatych ludzi, z którymi już się nie przyjaźnili, oraz ciasto, które Hanna upiekła poprzedniego dnia i które stało na kuchennym blacie, czekając na polukrowanie.

Nie zabrali niczego z biżuterii Laurel, w tym jej ślubnej obrączki i pierścionka zaręczynowego, które przestała nosić kilka miesięcy wcześniej i które leżały na widoku na komodzie w jej sypialni. Nie zabrali Maca, nowszego i cenniejszego od laptopa, który ukradli, i nie wzięli jej kart kredytowych, które trzymała w szufladzie w kuchni, aby ich nie skradziono, gdyby została napadnięta na ulicy.

– Możliwe, że zabrakło im czasu – powiedział jeden z policjantów, którzy zjawili się pod jej drzwiami dziesięć minut po tym, jak po nich zadzwoniła. – Albo kradli na zamówienie i wiedzieli, co mogą sprzedać i komu.

– To wygląda dziwnie – stwierdziła Laurel, ramionami mocno obejmując się za brzuch. – Mam wrażenie… nie wiem. Moja córka zaginęła cztery lata temu. – Podniosła wzrok i zmierzyła ich nieustępliwym wzrokiem. – Ellie Mack. Pamiętacie?

Wymienili spojrzenia, a potem znów popatrzyli na nią.

– Poczułam ją – powiedziała, wiedząc, że brzmi, jakby była szalona, i nie przejmując się tym. – Kiedy weszłam do domu, poczułam obecność mojej córki.

Kolejny raz wymienili spojrzenia.

– Czy którejś z jej rzeczy brakuje?

Laurel pokręciła głową, a potem wzruszyła ramionami.

– Nie sądzę. Byłam w jej pokoju i wszystko tam wygląda dokładnie tak jak przedtem.

Zapadła cisza, kiedy policjanci niezdarnie przestępowali z nogi na nogę.

– Nie widzieliśmy wyłamanych zamków ani wybitych okien. Jak włamywacz dostał się do środka?

Laurel powoli zamrugała.

– Nie wiem.

– Czy któreś z okien było otwarte?

– Nie, ja… – Nawet nie przyszło jej to na myśl. – Nie sądzę.

– Czy zostawia pani klucz na zewnątrz?

– Nie. Nigdy.

– U kogoś z sąsiadów? Albo przyjaciół?

– Nie. Nie. Jedynie my mamy klucze. Ja, mój mąż i nasze dzieci.

Kiedy te słowa wyszły z jej ust, poczuła, że serce zaczyna jej mocno bić, a dłonie wilgotnieją.

– Ellie – powiedziała. – Ellie miała klucz. Kiedy wyszła i zaginęła. W plecaku. A co, jeśli…?

Spojrzeli na nią wyczekująco.

– A co, jeśli wróciła? Skądkolwiek była? Może była zdesperowana? To wyjaśniałoby fakt, że zostało zabrane tylko to, na czym nam nie zależy. Wie, że nie lubię tych świeczników. Zawsze mówiłam, że któregoś dnia zabiorę je do Antiques Roadshow[5], bo prawdopodobnie były warte fortunę. I ciasto!

– Ciasto?

– Tak. Na blacie w kuchni stało czekoladowe ciasto. Upiekła je moja córka. Moja druga córka. Chodzi mi o to, że… Co za włamywacz zabiera ciasto?

– Głodny włamywacz?

– Nie – stwierdziła Laurel. Jej teoria szybko zmieniła się w fakt. – Nie. To Ellie. Ellie by je zabrała. Uwielbiała ciasta Hanny. Najbardziej ze wszystkich, były… – Urwała. Zanadto się spieszyła i zrażała ludzi, którzy tu byli, żeby jej pomóc.

Nikt z sąsiadów nie zauważył niczego niezwykłego: większości z nich nawet nie było w domu w czasie włamania. Żaden z przedmiotów skradzionych z domu nigdy nie został odnaleziony. I to było wszystko. Kolejny ślepy zaułek. Kolejna ziejąca wyrwa w życiu Laurel.

Mimo to przez lata pozostawała blisko domu na wypadek, gdyby Ellie znów wróciła. Przez lata za każdym razem, kiedy wracała po krótkiej nieobecności, pociągała nosem pod drzwiami, szukając zapachu zaginionej córki. Właśnie w tamtym czasie ostatecznie utraciła kontakt z pozostałymi dziećmi. Nie miała im nic do zaofiarowania, a one dorastały zmęczone czekaniem.

Trzy lata temu Laurel ostatecznie przestała wierzyć w kolejny powrót Ellie do domu. Pogodziła się z tym, że to było zwyczajne włamanie i że musi zacząć znów żyć, w nowym miejscu. Trzy lata temu ostatni raz wyszła z pokoju zaginionej córki i zamknęła za sobą drzwi z kliknięciem tak cichym, że nieomal ją zabiło.

Przez trzy lata starała się usunąć Ellie ze swoich myśli na tyle, na ile była w stanie. Skrępowała swoje życie nowymi rutynowymi czynnościami, ściśle i mocno, jak kaftanem bezpieczeństwa. Przez trzy lata uwewnętrzniała swoje szaleństwo, nie mówią o nim nikomu.

Ale teraz szaleństwo wróciło.

Wsiadła do samochodu, który zostawiła w pobliżu komisariatu, i kiedy zaczęła go wycofywać, zatrzymała się na chwilę, by wessać szaleństwo, wessać je tak głęboko, jak tylko mogła.

Ale wtedy pomyślała o kościach swojej córki, które w tym momencie były wkładane do plastikowych torebek przez obcych ludzi w lateksowych rękawiczkach i wszystko znów wybuchło, i wypełniło ciszę jej samochodu straszliwym krzykiem, gdy raz po raz, bez przerwy, waliła pięściami w kierownicę.

Potem zobaczyła Paula, po drugiej stronie ulicy, jak szedł do swojego samochodu z tragicznie zwieszoną głową i opuszczonymi ramionami. Zobaczyła, że na nią spojrzał, i ujrzała szok w jego oczach, kiedy zdał sobie sprawę z jej furii. Ruszyła i odjechała najszybciej, jak mogła.

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Wtedy

Od ich ostatniej lekcji Ellie nie myślała zbyt wiele o Noelle Donnelly.

Według jej matki Noelle była „trochę zirytowana”. Powiedziała, że gdyby miała świadomość, że jej czas z Ellie zostanie skrócony, być może nie podjęłaby się tej pracy, a teraz nie ma go czym wypełnić, i tak naprawdę jeszcze nie skończyły, bla, bla, bla. Kiedy Ellie powiedziała, że źle się z tym czuje, matka to zlekceważyła.

– Nic nie szkodzi – powiedziała. – Myślę, że to po prostu osoba, która się obraża. Nic jej nie będzie. I na pewno znajdzie kogoś, kto zapełni jej ten czas tak niedługo przed egzaminami. Złapie ją jakiś spanikowany w ostatniej chwili rodzic.

Ellie poczuła się uspokojona i usunęła Noelle Donnelly z tej cząstki umysłu, która zajmowała się tym, co tu i teraz. W tu i teraz było więcej spraw, niż mogło się pomieścić.

Właściwie trwało to chwilę, zanim w ogóle przypomniała sobie Noelle Donnelly, kiedy zobaczyła ją na głównej ulicy w czwartkowy ranek w połowie maja.

Szła do biblioteki. Jej siostra gościła w domu przyjaciółkę, która miała naprawdę głośny, naprawdę irytujący śmiech. Ellie potrzebowała trochę ciszy i spokoju. A także książki o dziewiętnastowiecznych przytułkach i warsztatach dla ubogich.

A więc z perspektywy czasu mogłaby winić przyjaciółkę siostry z głośnym śmiechem, że była tam akurat w tym momencie, ale nie chciała tego robić. Wzajemne obwinianie się czasami mogło być wyczerpujące. Przez wzajemne obwinianie się można oszaleć… Te wszystkie najdrobniejsze konsekwencje, każda dróżka, która rozdziela się na milion innych dróżek za każdym razem, kiedy lekkomyślnie wybierasz jedną z nich, i zabiera cię w podróż, z której nigdy nie odnajdziesz drogi powrotnej.

Na widok Ellie na twarzy Noelle pojawił się trudny do określenia uśmiech. Przez ułamek sekundy Ellie przeszukiwała zakamarki pamięci, wydobyła z niej to, czego potrzebowała, po czym odwzajemniła uśmiech.

– Moja najlepsza uczennica! – przywitała ją Noelle.

 

– Cześć!

– Jak leci?

– W porządku! Wspaniale! Matematyka idzie mi naprawdę dobrze.

– No cóż, to doskonale.

Mimo że było ciepło i sucho, Noelle włożyła płaszcz przeciwdeszczowy w kolorze khaki. Rude włosy zaczesała do tyłu i przypięła szylkretowymi spinkami. Na nogach miała tanie czarne tenisówki, a na ramieniu trzymała kremową płócienną torbę.

– Jesteś gotowa na wielki dzień?

– Tak, absolutnie – odparła Ellie, trochę przesadzając, by nie dać Noelle możliwości zganienia jej za przerwanie korepetycji.

– We wtorek, tak?

– Tak. O dziesiątej rano. Potem za tydzień następny test.

Noelle skinęła głową, nie spuszczając wzroku z oczu Ellie.

– Wiesz co? – powiedziała. – Pracując z innymi uczniami, korzystałam z pewnego testu. Wszyscy mówią, że był niezwykle pomocny. I pocztą pantoflową doszły mnie słuchy, że ma bardzo wiele wspólnych elementów z tegorocznym. Jeśli chcesz, mogę dać ci kopię.

NIE, krzyczała do siebie Ellie z najdalszej głębi umysłu. NIE. NIE CHCĘ TWOJEGO TESTU. Ale tu i teraz ta Ellie, która tego lata chciała szybować na paralotni i stracić dziewictwo, która wieczorem wybierała się na pizzę, a jutro rano miała się spotkać ze swoim chłopakiem, ta Ellie powiedziała:

– Och, racja. Tak. To mogłoby się przydać.

– Pozwól, że pomyślę – odparła Noelle, dotykając ust palcem wskazującym. – Mogłabym wpaść dziś wieczorem. Będę wtedy w pobliżu.

– Świetnie – zgodziła się Ellie. – Tak, byłoby świetnie.

– Albo… No wiesz, może jednak lepiej… – Spojrzała na zegarek, a potem szybko rzuciła okiem za siebie. – Mieszkam tutaj.

Wskazała boczną ulicę.

– Dosłownie cztery domy dalej. Może wejdziesz do mnie teraz? To zajmie dziesięć sekund.

W ten czwartkowy ranek na ulicy panował ruch. Ludzie mijali je z obu stron. Później Ellie myślała o nich wszystkich, zastanawiała się, czy zauważyli, zastanawiała się, czy gdzieś w czyjejś głowie pozostało nietknięte wspomnienie dziewczyny z plecakiem, w czarnym T-shircie i dżinsach rozmawiającej z kobietą w płaszczu przeciwdeszczowym w kolorze khaki i z kremową torbą na ramieniu. W takich chwilach wyobrażała sobie rekonstrukcję wydarzeń w Crimewatch. Kogo zaangażowaliby do jej roli? Prawdopodobnie Hannę. W tym czasie były prawie tego samego wzrostu. A rudowłosa policjantka ubrana na tę okazję w ohydny zielony płaszcz udawałaby Noelle.

– Czy ktoś z państwa był tam – zapytałby później Nick Robinson, mrużąc oczy przed kamerą – w czwartek rano dwudziestego szóstego maja? Czy ktoś widział rudowłosą kobietę w średnim wieku, która rozmawiała z Ellie Mack? Stały na Stroud Green Road przed sklepem z darami z Czerwonego Krzyża. Było około dziesiątej czterdzieści pięć. Być może pamiętają państwo pogodę tego dnia. Nad Londynem przeszła wtedy burza z piorunami. Czy ktoś widział kobietę w zielonym płaszczu idącą z Ellie Mack w stronę Harlow Road?

Obraz zmieniłby się w jakieś ziarniste nagranie z ulicznego monitoringu pokazujące Ellie i Noelle, które idą razem Stroud Green Road – Ellie wyglądałaby na drobną i bezbronną, kiedy skręcała za ostatni róg, kierując się ku swojemu przeznaczeniu jak skończona idiotka.

– Proszę – powiedziałby Nick. – Jeśli ktoś z państwa pamięta cokolwiek z tego ranka, jeśli widzieliście Ellie Mack na Harlow Road, prosimy o kontakt. Czekamy na wasz telefon.

Ale tamtego ranka nikt nie widział Ellie. Nikt nie zauważył, jak rozmawia z kobietą o rudych włosach. Nikt nie widział, jak idzie z nią w stronę Harlow Road. Nikt nie widział, jak Noelle Donnelly otwiera drzwi małego zaniedbanego domu, przed którym kwitło drzewo wiśni, i odwraca się do Ellie, mówiąc:

– No chodź, wejdź do środka.

Nikt nie widział, jak Ellie przechodzi przez drzwi. Nikt nie słyszał, jak się za nią zamykają.

ROZDZIAŁ DWUNASTY

W słoneczne popołudnie w końcówce leniwej złotej jesieni Paul i Laurel pochowali resztki szczątków swojej córki. Pochowali jej kości udowe, piszczele i większą część czaszki.

Według raportu kryminalistycznego przejechał ją jakiś pojazd, a połamane ciało zostało potem przeciągnięte w głąb zalesionego terenu, zakopane w płytkim grobie i pozostawione dla zwierząt, które rozwlekły jej kości po lesie. Psy przez wiele dni krążyły wokół miejsca, gdzie na nie natrafiono, w poszukiwaniu pozostałych fragmentów ciała, ale już nic więcej nie udało się znaleźć.

W miejscowych warsztatach policja sprawdziła zapisy dotyczące samochodów, które miały uszkodzenia na wysokości, która mogłaby wskazywać na zderzenie z ciałem. W okolicy rozesłano również ulotki z pytaniem, czy ktoś nie przypomina sobie autostopowiczki, pasażerki autobusu, młodej kobiety z granatowym plecakiem; czy nie zatrzymała się w waszym hotelu, waszym domu, czy nie natrafiliście na nią śpiącą pod gołym niebem, czy poznajecie tę twarz, tę piętnastoletnią dziewczynę, tę dwudziestopięcioletnią kobietę, której wizerunek został komputerowo wygenerowany? Rozesłano zdjęcia świeczników Laurel. Czy ktoś je sprzedał, widział, kupił? Ale nikt się nie zgłosił. Nikt niczego nie widział. Nikt niczego nie wiedział. Po dwunastu tygodniach intensywnych działań wszystko znów ucichło.

A teraz Ellie była martwa. Możliwość przestała istnieć. Laurel była sama. Jej rodzina się rozpadła. Nie zostało nic. Dosłownie nic.

Aż do dnia, miesiąc po pogrzebie Ellie, kiedy Laurel spotkała Floyda.

CZĘŚĆ DRUGA

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Laurel podaje dwufuntową monetę dziewczynie, która umyła jej włosy.

– Dziękuję, Dora – mówi, miło się uśmiechając.

Potem wręcza fryzjerce pięciofuntowy banknot i mówi:

– Dziękuję, Tania, to wygląda świetnie, naprawdę. Bardzo ci dziękuję.

Zanim wyjdzie, jeszcze raz spogląda na swoje odbicie w wysokim na całą ścianę lustrze. Ma włosy blond do ramion, lśniące i sprężyste. Zupełnie nie reprezentują tego, co jest pod nimi. Gdyby był w tej dzielnicy ktoś, komu mogłaby zapłacić osiemdziesiąt funtów, aby wymodelował jej psychikę tak, by stała się lśniąca i sprężysta, zrobiłaby to. I zostawiłaby więcej niż pięć funtów napiwku.

Jest wietrzne jesienne popołudnie. Jej włosy wydają się miękkie jak jedwab, kiedy wiatr owiewa je wokół jej głowy. Zrobiło się późno i Laurel jest głodna. Stwierdza, że nie może czekać, aż wróci do domu, by coś zjeść, więc otwiera drzwi do kawiarni trzy wejścia dalej od jej fryzjerki i zamawia kanapkę z opiekanym serem i bezkofeinową cappuccino. Je szybko, a ser spływa z chleba nierównymi strużkami, które kapią jej na brodę. Przykłada do niej papierową serwetkę, żeby wytrzeć tłuszcz, kiedy do kawiarni wchodzi mężczyzna.

Jest średniego wzrostu, przeciętnie zbudowany, około pięćdziesiątki. Krótko ostrzyżony, siwiejący na skroniach, wyżej z rzednącymi i ciemniejszymi włosami. Ma na sobie dżinsy w dobrym gatunku, porządną koszulę, sznurowane buty, okulary w szylkretowych oprawkach: tak ubrałby się Paul. Jakiekolwiek uczucia żywiła teraz do Paula – a są sprzeczne i okropnie niejasne – musi przyznać, że on zawsze wygląda wspaniale.

Laurel odkrywa, ku swojemu zaskoczeniu, że jest niemal zachwycona mężczyzną stojącym w drzwiach. Ma coś w sobie: powściągliwą dumę i pewien – śmiała twierdzić – błysk w oku. Przygląda się, jak mężczyzna staje w kolejce do lady i dostrzega więcej szczegółów: płaski, ale miękki brzuch, ładne dłonie, jedno ucho odstające nieco bardziej. Nie jest przystojny w tradycyjnym znaczeniu tego słowa, ale roztacza wokół siebie aurę człowieka, który już dawno zaakceptował swoje fizyczne ograniczenia i całkowicie skupił się na swojej osobowości.

Zamawia kawałek ciasta marchewkowego i czarną kawę – jego akcent jest trudny do określenia, być może to Amerykanin albo cudzoziemiec, który nauczył się angielskiego od Amerykanów – a potem niesie je do stolika obok niej. Laurel zapiera dech. Nie wyglądało na to, że zauważył, jak się w niego wpatrywała, a jednak w kawiarni pełnej wolnych stolików wybrał ten, który stał najbliżej niej. Ogarnia ją panika, ma wrażenie, że być może podświadomie, mimowolnie, sprowokowała jego zainteresowanie. Nie chce jego zainteresowania. Nie chce niczyjego zainteresowania.

Siedzą tak przez pewien czas, obok siebie. On na nią nie patrzy, ani razu, ale Laurel czuje emanującą z niego pewnego rodzaju intencję. Mężczyzna bawi się smartfonem. Laurel powoli, mniejszymi kęsami kończy swoją kanapkę z serem. Po chwili zaczyna myśleć, że być może to sobie uroiła. Dopija kawę i zbiera się do wyjścia.

I wtedy:

– Ma pani piękne włosy.

Odwraca się, zaskoczona jego słowami i mówi:

– Och…

– Naprawdę piękne.

– Dziękuję. – Jej dłoń bezwiednie wędruje do włosów. – Właśnie wyszłam od fryzjera. Zwykle nie wyglądają tak dobrze.

Mężczyzna się uśmiecha.

– Próbowała pani kiedyś tego ciasta marchewkowego?

Laurel kręci głową.

– Jest naprawdę fantastyczne. Chce pani spróbować?

– Nie, dziękuję, ja… – Śmieje się nerwowo.

– Proszę posłuchać, mam czystą łyżeczkę, tutaj. – Przesuwa ją po stoliku w stronę Laurel. – Proszę. Nie dam rady zjeść wszystkiego.

W tym momencie promień słońca przecina kawiarnię, jasny jak światło pochodni. Pada na łyżeczkę, która rozbłyskuje. W cieście są wcięcia, które zrobił widelec mężczyzny. Ta chwila jest dziwnie intymna i instynktowną reakcją Laurel jest chęć, by się wycofać, wyjść. Ale kiedy patrzy na iskierki lśniące na srebrnej łyżeczce, czuje, że coś zaczyna się w niej otwierać. Coś takiego jak nadzieja.

Podnosi łyżeczkę i odcina kawałeczek ciasta z końca, którego on nie dotykał.

Nazywa się Floyd. Floyd Dunn. Podaje jej rękę i mówi:

– Miło panią poznać, Laurel Mack. – Uścisk ma mocny i ciepły.

– Skąd pochodzi pański akcent? – pyta Laurel, przyciągając krzesło do jego stolika, czując, jak słoneczny promień ogrzewa tył jej głowy.

– Och – mówi, przyciskając lekko do ust papierową serwetkę. – Lepiej zapytać, skąd nie pochodzi. Jestem synem bardzo ambitnych Amerykanów, którzy szukali pracy i pieniędzy, jeżdżąc po całym świecie. Cztery lata w Stanach. Dwa w Kanadzie. Kolejne cztery w Stanach. Cztery w Niemczech. Rok w Singapurze. Potem trzy w Wielkiej Brytanii. Rodzice wrócili do Stanów. Ja zostałem tutaj.

– Więc mieszka pan tu długo?

– Mieszkam tu od – przymyka oczy, obliczając – trzydziestu siedmiu lat. Mam brytyjski paszport. Brytyjskie dzieci. Brytyjską byłą żonę. Słucham The Archers[6]. Jestem w pełni zasymilowany.

Uśmiecha się, a Laurel się śmieje.

Nagle uświadamia sobie, co robi. Siedzi po południu w kawiarni, rozmawiając z obcym mężczyzną i śmiejąc się z jego żartów. Jak to się stało, akurat dziś? Ze wszystkich dni, z setek czarnych dni, które minęły, odkąd Ellie odeszła? Czy właśnie to daje zamknięcie? Czy tak się dzieje, kiedy w końcu pogrzebiesz swoje dziecko?

– A pani mieszka gdzieś tutaj? – pyta.

– Nie – odpowiada Laurel. – Nie. Mieszkam w Barnet. Ale kiedyś tu mieszkałam. Przeprowadziłam się kilka lat temu. Stąd fryzjerka. – Wskazuje głową salon kilka wejść dalej. – Mam totalną fobię na tym punkcie. Nikomu innemu nie pozwalam dotknąć swoich włosów, więc wędruję tutaj co miesiąc.

– No cóż… – Przygląda się jej włosom. – Wygląda na to, że warto.

Jego ton jest flirciarski i Laurel musi zadać sobie pytanie, czy Floyd jest dziwny, czy nie. Jest? Czy jest w nim coś osobliwego, troszkę pokręconego? Czy ona nie potrafi odczytać sygnałów ostrzegawczych? Czy zamierza ją okantować, zgwałcić, uprowadzić, prześladować? Czy jest szalony? Czy jest zły?

Zadaje sobie te ciche pytania na temat wszystkich ludzi, których poznaje. Nigdy nie była ufna, nawet zanim jej córka zniknęła i po dziesięciu latach okazało się, że nie żyje. Paul zawsze mówił, że potraktował ją jak długoterminowy projekt. Nie chciała za niego wyjść aż do czasu, gdy Jake zaczął chodzić, bo się bała, że z jego strony to tylko fascynacja i wystawi ją do wiatru przed urzędem stanu cywilnego. Ale w ostatnim czasie zadaje te pytania jeszcze częściej. Bo wie, że najgorsza możliwa wersja wydarzeń spełnia się częściej, niż można by się spodziewać.

Jednak teraz patrzy na tego mężczyznę o szarych oczach, siwych włosach, gładkiej skórze, w ładnych butach i nie może znaleźć w nim niczego niewłaściwego. Poza tym, że z nią rozmawia.

– Dziękuję – odpowiada na jego komplement.

Potem odsuwa krzesło w stronę własnego stolika, chcąc wyjść, ale również chcąc, by ją poprosił, żeby została.

 

– Musi pani iść? – pyta Floyd.

– Tak – odpowiada, próbując wymyślić coś, co musi zrobić. – Idę zobaczyć się z córką.

Nie idzie zobaczyć się z córką. Nigdy nie widuje swojej córki.

– Och, ma pani córkę?

– Tak. I syna.

– Po jednym.

– Tak – mówi, a serce przeszywa jej ból, gdy zaprzecza istnieniu swojej nieżyjącej córki. – Po jednym.

– Ja mam dwie córki.

Laurel kiwa głową i zakłada torbę na ramię.

– Ile mają lat?

– Jedna dwadzieścia jeden, druga dziewięć.

– Mieszkają z panem?

– Dziewięcioletnia tak. Dwudziestojednoletnia mieszka ze swoją mamą.

– Ach tak.

– To skomplikowane. – Uśmiecha się.

– Czyż wszystko takie nie jest? – Odpowiada mu uśmiechem.

A wtedy Floyd odrywa róg gazety leżącej na stoliku obok niego, wyjmuje długopis z kieszeni marynarki i mówi:

– Proszę. Naprawdę miło mi się z panią rozmawiało. Ale zbyt krótko. Bardzo bym chciał zaprosić panią na kolację. – Zapisuje numer telefonu na skrawku papieru i podaje go jej. – Proszę do mnie zadzwonić.

Proszę do mnie zadzwonić.

Z taką pewnością siebie, tak zwyczajnie, tak bezczelnie. Laurel nie potrafi sobie wyobrazić, jak człowiek może się zachować w ten sposób.

Bierze ten kawałek papieru i zwija go w palcach.

– Tak – mówi. – No cóż, być może.

Floyd się śmieje. Ma zadbane zęby.

– „Być może” mi wystarczy. „Może” wystarczy.

Laurel szybko wychodzi z kawiarni, nie oglądając się.

Tego dnia robi coś, czego jeszcze nigdy nie zrobiła. Wpada do Hanny bez zapowiedzi. Wyraz twarzy jej córki na widok matki stojącej w progu to w dziewięćdziesięciu procentach szok, a w dziesięciu niepokój.

– Mama?

– Cześć, kochanie.

Hanna spogląda za siebie, jakby gdzieś w jej pobliżu znajdował się widoczny powód obecności matki.

– Wszystko w porządku?

– Tak. Nic mi nie jest. Tylko… Byłam w pobliżu i uświadomiłam sobie, że dawno cię nie widziałam.

– Widziałam się z tobą w niedzielę.

Hanna zajrzała, żeby przynieść jej stary laptop, ale nie przekroczyła progu.

– Tak. Wiem. Ale to było, no cóż, to nie było, jak należy.

Hanna przestępuje z jednej bosej stopy na drugą.

– Chcesz wejść?

– Byłoby miło, kochanie, dziękuję.

Hanna ma na sobie spodnie dresowe i obcisły biały T-shirt ozdobiony z przodu słowem „Cheri”. Hanna nigdy nie była wielką znawczynią stylu. Preferuje czarny kostium z Banana Republic do pracy i tani strój sportowy po domu. Laurel nie wie, co ona nosi na wieczór, bo nigdy razem nie wychodzą wieczorami.

– Masz ochotę na filiżankę herbaty?

– Dla mnie trochę za późno na herbatę.

Hanna przewraca oczami. Nie ma cierpliwości do wrażliwości Laurel na kofeinę, uważa, że matka to wszystko wymyśla, żeby ją zirytować.

– No cóż, ja zrobię sobie kawę. A co dla ciebie?

– Nic, naprawdę. Niczego nie potrzebuję.

Patrzy, jak jej córka krąży po swojej małej kuchni, otwiera i zamyka szafki. Język jej ciała jest stonowany i powściągliwy, i Laurel się zastanawia, czy kiedykolwiek były sobie bliskie.

– A więc gdzie byłaś? – pyta Hanna.

– Słucham?

– Powiedziałaś, że byłaś w pobliżu.

– Ach tak. Właśnie. Byłam u fryzjera. – Znów dotyka włosów, czując, jak parzy ją to niewinne kłamstewko.

– Ślicznie wyglądają.

– Dziękuję, kochanie.

W kieszeni ma skrawek gazety z nagryzmolonym numerem telefonu i imieniem „Floyd”. Dotyka go teraz, kiedy mówi.

– Wydarzyło się coś zabawnego – zaczyna.

Hanna rzuca jej pełne lęku spojrzenie. To samo, które rzuca jej za każdym razem, kiedy Laurel zaczyna rozmowę o czymkolwiek, tak jakby bała się, że zostanie wciągnięta w coś, z czym nie jest zdolna poradzić sobie emocjonalnie.

– Pewien mężczyzna dał mi swój numer telefonu. Zaprosił mnie na kolację.

Wyraz lęku zmienia się w przerażenie i Laurel czuje, że zrobiłaby wszystko, zapłaciłaby każdą cenę, oddałaby wszystko, żeby odbywać teraz tę rozmowę z Ellie, a nie z Hanną. Ellie pokrzykiwałaby radośnie i promieniała, rzuciłaby jej się w ramiona i mocno ją uścisnęła, powiedziałaby, że to fantastyczne, cudowne, niesamowite. Ellie zrobiłaby to wszystko.

– Oczywiście nie zamierzam do niego zadzwonić. Oczywiście że nie. Ale to mi dało do myślenia. O nas. O nas wszystkich. O tym, że poruszamy się obok siebie jak osobne wyspy.

– No cóż, tak. – W głosie Hanny pobrzmiewa nuta oskarżenia.

– Minęło już tyle czasu. A jednak nadal nie wiemy, jak znów stać się rodziną. Tak jakbyśmy wszyscy utkwili. Utkwili w tamtym dniu. Spójrz na siebie. – W chwili, gdy wypowiada te słowa, wie, że są całkowicie niewłaściwe.

– Co takiego? – Hanna prostuje się i rozsuwa palce. – Co ja?

– Jesteś fantastyczna, oczywiście, że jesteś, a ja jestem bardzo dumna z ciebie i z tego, jak ciężko pracujesz, i ze wszystkiego, co osiągnęłaś. Ale czy nigdy nie czujesz się… Czy nie uważasz, że to jest trochę jednowymiarowe? Nie masz nawet kota.

– Coś takiego! Kota? Mówisz poważnie? Jak, do cholery, mogłabym mieć kota? Nie ma mnie dniami i nocami. Nigdy bym go nie widywała, ja…

Laurel wyciąga rękę do córki.

– Zapomnij o kocie – mówi. – Dałam go jako przykład. Chodzi mi o to, czy oprócz tych wszystkich przepracowanych godzin jest coś jeszcze? Jakiś inny wymiar? Przyjaciel? Mężczyzna?

Córka patrzy na nią, mrugając powoli.

– Dlaczego pytasz mnie o mężczyzn? Wiesz, że nie mam dla nich czasu. Nie mam czasu na nic. Nie mam czasu nawet na tę rozmowę.

Laurel wzdycha i muska dłonią tył szyi.

– Po prostu kilka razy, kiedy tu ostatnio sprzątałam, zauważyłam, że w nocy nie było cię w domu – mówi.

Hanna się czerwieni, a potem krzywi.

– Och, myślałaś, że mam chłopaka?

– No tak. Zastanawiałam się.

Hanna uśmiecha się protekcjonalnie.

– Nie, mamo – mówi. – Niestety nie. Nie ma chłopaka. Są, no wiesz, przyjęcia, drinki, takie sprawy. Czasem zostaję na noc u przyjaciół. – Wzrusza ramionami i znów zaczyna skubać suche skórki przy paznokciach.

Laurel mruży oczy. Przyjęcia? Hanna? Język ciała Hanny jest niejednoznaczny i Laurel jej nie wierzy. Ale nie naciska. Zmusza się do uśmiech i mówi:

– Ach tak. Rozumiem.

Hanna się rozluźnia i pochyla w jej stronę.

– Jestem jeszcze młoda, mamo. Będzie czas na mężczyzn. I na koty. Po prostu nie teraz.

Ale co z nami, Laurel chciałaby zapytać, kiedy nasze życie przestanie tak wyglądać? Kiedy znów staniemy się rodziną? Kiedy którekolwiek z nas będzie się naprawdę śmiać czy naprawdę uśmiechać bez poczucia winy?

Ale nie pyta o to. Sięga przez stół, bierze Hannę za rękę i mówi:

– Wiem, kochanie. Naprawdę wiem. Po prostu tak bardzo chcę, żebyś była szczęśliwa. Żebyśmy wszyscy byli szczęśliwi. Chcę…

– Chcesz, żeby Ellie wróciła.

Laurel spogląda na Hannę zaskoczona.

– Tak – odpowiada. – Tak. Chcę, żeby Ellie wróciła.

– Ja też – mówi Hanna. – Ale teraz już wiemy. Wiemy, że ona nie wróci i będziemy musieli po prostu się z tym pogodzić.

– Tak – odpowiada Laurel. – Tak. Masz absolutną rację.

Jej palce znów odnajdują w kieszeni skrawek papieru. Pociera go i przechodzi ją dreszcz.

Inne książki tego autora