Kiedy Ciebie nie maTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ PIĄTY

Wtedy

Zarekomendował ją ktoś z tej ulicy. Nazywała się Noelle Donnelly. Ellie wstała na dźwięk dzwonka i wyjrzała do holu, kiedy jej mama otwierała drzwi. Kobieta była dość stara, miała może czterdzieści lat, coś w tym stylu, i akcent, irlandzki albo szkocki.

– Ellie! – zawołała jej mama. – Ellie, chodź i poznaj Noelle.

Miała jasnorude włosy zwinięte z tyłu i zapięte. Uśmiechnęła się do Ellie i powiedziała:

– Dzień dobry, Ellie. Spodziewam się, że masz włączony umysł?

Ellie nie wiedziała, czy to było zabawne, czy nie, więc się nie uśmiechnęła, kiwnęła tylko głową.

– Świetnie – powiedziała Noelle.

Na pierwszą lekcję Ellie urządziły kącik w jadalni – przyniosły z jej pokoju dodatkową lampę, uprzątnęły bałagan na stole, postawiły dwie szklanki, dzbanek z wodą i piórnik w czarne i czerwone kropki. Laurel zniknęła w kuchni, żeby przygotować dla Noelle filiżankę herbaty. Noelle przystanęła na widok kota siedzącego na stołku przy pianinie.

– A to dopiero – powiedziała. – Spora sztuka z niego. Jak ma na imię?

– Teddy – odparła Ellie. – Teddy Bear[4]. Ale w skrócie Teddy.

Jej pierwsze słowa do Noelle. Nigdy ich nie zapomni.

– No tak, widzę, dlaczego go tak nazywacie. Wygląda jak wielki kudłaty niedźwiedź!

Czy ją wtedy polubiła? Nie mogła sobie przypomnieć. Po prostu uśmiechnęła się do niej, położyła dłoń na grzbiecie swojego kota i zacisnęła na jego wełnistym futrze. Kochała go i cieszyła się, że tam był, jak bufor między nią a nieznajomą.

Noelle Donnelly pachniała olejem do smażenia i nieumytymi włosami. Miała na sobie dżinsy i zmechacony sweter w kolorze wielbłądziego beżu, zegarek Timex na pokrytym piegami nadgarstku, zdarte brązowe buty i okulary do czytania zawieszone na szyi na zielonym sznurku. Miała wyjątkowo szerokie ramiona i lekko pochyloną szyję, jakby z garbem z tyłu, a jej nogi były bardzo długie i chude. Wyglądała, jakby spędziła życie w pokoju z bardzo niskim sufitem.

– No cóż – powiedziała, wkładając okulary i szukając czegoś w brązowej skórzanej teczce. – Przyniosłam kilka starych testów GCSE. Za chwilę zaczniemy od jednego z nich i dojdziemy do tego, jakie są twoje mocne i słabe strony. Jednak najpierw może byś mi powiedziała, własnymi słowami, jakie masz problemy. Konkretnie.

Wtedy weszła mama z kubkiem herbaty i ciasteczkami czekoladowymi na talerzyku, szybko i po cichu stawiając to wszystko na stole. Zachowywała się tak, jakby Ellie i Noelle Donnelly były na randce albo odbywały ściśle tajne spotkanie. Ellie chciała powiedzieć: „Zostań, mamo. Zostań ze mną. Nie jestem gotowa być sama z tą nieznajomą”.

Wbiła wzrok w tył głowy matki, kiedy Laurel ukradkiem opuszczała pokój, po cichutku zamykając za sobą drzwi delikatnym, przepraszającym kliknięciem.

Noelle Donnelly odwróciła się do Ellie i uśmiechnęła się. Miała bardzo drobne zęby.

– A zatem – powiedziała, podsuwając okulary na wąskim grzbiecie nosa – na czym stanęłyśmy?

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Świat wydawał się pełen złych znaków, kiedy Laurel jechała tak szybko, jak tylko mogła, nie przekraczając ograniczeń prędkości, w stronę komisariatu policji w Finsbury Park. Ludzie na ulicy mieli ponury, dwuznaczny wygląd, jakby każdy z nich był bliski popełnienia mrocznej zbrodni. Markizy łopoczące na ostrym wietrze przypominały drapieżne ptaki; przydrożne billboardy robiły wrażenie, jakby miały zaraz spaść i ją przygnieść.

Adrenalina usunęła jej zmęczenie.

Laurel nie spała dobrze od dwa tysiące piątego roku.

Od siedmiu lat mieszkała sama; z początku w rodzinnym domu, a potem w mieszkaniu, do którego się przeprowadziła trzy lata temu, kiedy Paul ostatecznie pogrzebał wszelkie szanse na pojednanie, zdoławszy jakoś poznać inną kobietę. Zaproponowała, żeby z nią zamieszkał, a on się zgodził. Laurel nigdy nie zrozumiała, jak to zrobił, jak znalazł w sobie tę zdrową, szczęśliwą część pośród ruin wszystkiego innego. Ale go nie winiła. Bynajmniej. Żałowała, że sama nie może zrobić tak samo; że nie może spakować paru wielkich walizek i pożegnać się ze sobą, życząc sobie wszystkiego dobrego, dziękując za wszystkie wspomnienia, spoglądając na siebie z czułością przez choćby jedną długą chwilę, a potem podnieść głowę i cicho zamknąć za sobą drzwi, gdy poranne słońce, niosąc nadzieję, igrałoby jej we włosach i czekałaby na nią nowa świetlana przyszłość. Zrobiłaby to w mgnieniu oka. Naprawdę.

Jake i Hanna oczywiście też się wyprowadzili. Szybciej niż się spodziewała i wcześniej niżby to zrobili, gdyby dziesięć lat temu ich życie nie wypadło z torów. Miała przyjaciół, których dzieci były w wieku Jake’a i Hanny i nadal mieszkały w domu. Przyjaciele na to narzekali, na otwarte kartony z sokiem pomarańczowym stojące w lodówce, bulwersujące odgłosy uprawianego seksu i hałaśliwe pijackie powroty z nocnych klubów o czwartej nad ranem, które budziły ich psa i zakłócały ich sen. Jakże chciałaby słyszeć, jak któreś z jej dzieci potyka się w domu wczesnym rankiem. Jak kochałaby pozostawione przez nie brudne naczynia i wymięte spodnie dresowe, nadal z majtkami w środku, rozrzucone na podłodze. Ale nie, jej dwójka nie oglądała się za siebie, kiedy tylko dostrzegła sposobność ucieczki. Jake mieszkał w Devon z dziewczyną o imieniu Blue, która nie spuszczała go z oka, i chociaż byli ze sobą dopiero rok, już mówiła o dzieciach, a Hanna mieszkała o milę od Laurel w swoim małym, mrocznym mieszkaniu, pracując w City po czternaście godzin i w weekendy bez żadnego wyraźnego powodu poza satysfakcją finansową. Żadne z nich nie robiło niczego nadzwyczajnego, ale czyje dzieci robiły? Wszystkie te nadzieje i marzenia, rozmowy o balerinach i gwiazdach popu, koncertujących pianistach i naukowcach dokonujących przełomowych odkryć skończyły się na biurze. Wszystkie.

Laurel mieszkała w nowym budynku w Barnet, w mieszkaniu z jedną sypialnią dla niej i jedną dla gościa, z balkonem na tyle dużym, że mieściło się tam kilka donic, stolik i krzesła, z lśniącym czerwienią wyposażeniem kuchni i zarezerwowanym miejscem parkingowym. To nie był dom, jaki chciałaby mieć, ale było tu wygodnie i bezpiecznie.

A czym wypełniała czas teraz, kiedy jej dzieci odeszły? Kiedy jej mąż odszedł? Teraz nawet kota już nie było, chociaż bardzo się dla niej starał wytrwać przy życiu i odszedł, mając prawie dwadzieścia jeden lat. Trzy dni w tygodniu Laurel zajmowała praca w dziale marketingu centrum handlowego w High Barnet. Raz w tygodniu szła odwiedzić matkę w domu opieki w Enfield. Raz w tygodniu sprzątała mieszkanie Hanny. Przez resztę czasu wykonywała rozmaite czynności, udając, że są dla niej ważne, takie jak kupowanie kwiatów w centrach ogrodniczych i dekorowanie nimi balkonu, odwiedzanie przyjaciół, którzy tak naprawdę już jej nie obchodzili, aby pić kawę, której nie lubiła, i rozmawiać o sprawach, które jej nie interesowały. Raz w tygodniu szła na basen. Nie po to, żeby utrzymać formę, ale po prostu dlatego, że zawsze to robiła i nie znalazła wystarczająco dobrego powodu, żeby przestać.

Tak więc dziwnie było po tylu latach wychodzić z domu z poczuciem pilnej potrzeby, misji, czegoś naprawdę ważnego do zrobienia.

Mieli jej coś pokazać. Może fragment kości, strzęp zakrwawionego materiału, zdjęcie nabrzmiałych zwłok unoszących się w mętnych, niedostępnych wodach. Miała się czegoś dowiedzieć po dziesięciu latach bez żadnej wiadomości. Być może zobaczy dowód, że jej córka żyje. Albo dowód, że nie żyje. Ciężar w jej duszy zdradzał przekonanie, że chodzi o to drugie.

Kiedy jechała w stronę Finsbury Park, serce mocno waliło jej w piersi.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Wtedy

Ellie trochę polubiła Noelle Donnelly w czasie tych cotygodniowych wizyt zimą. Nie jakoś bardzo. Ale trochę. Głównie dlatego, że okazała się naprawdę dobrą nauczycielką i teraz Ellie była na czele grupy najlepszych uczniów w swojej klasie i przewidywano, że na egzaminie maturalnym dostanie najwyższą notę. Ale pod innymi względami także: często przynosiła Ellie jakiś drobiazg – kolczyki z Claire’s Accessories, błyszczyk do ust o owocowym smaku, naprawdę ładny długopis.

– Dla mojej najlepszej uczennicy – mówiła.

A jeśli Ellie protestowała, zbywała to:

– Byłam w Brent Cross, no wiesz. To drobnostka, naprawdę.

Zawsze pytała również o Theo, którego spotkała podczas swojej drugiej czy trzeciej lekcji w domu Ellie.

– A jak się ma ten twój przystojny kolega? – pytała w sposób, który powinien być krępujący, ale nie był, głównie ze względu na jej uroczy irlandzki akcent, który sprawiał, że większość z tego, co mówiła, brzmiała śmieszniej i bardziej interesująco niż w rzeczywistości.

– W porządku – odpowiadała Ellie, a Noelle uśmiechała się swoim nieco chłodnym uśmiechem i mówiła:

– Warto się go trzymać.

Egzaminy GCSE zbliżały się coraz bardziej. Był marzec i Ellie zaczynała odliczać do nich czas raczej w tygodniach niż miesiącach. Jej popołudniowe wtorkowe sesje z Noelle nabierały rozpędu, w miarę jak jej umysł rozciągał się i naprężał, z większą łatwością przyswajając twierdzenia i wzory. Lekcje odbywały się w szybkim tempie, dynamicznym rytmie. Dlatego Ellie natychmiast to zauważyła, tę zmianę w nastroju Noelle w pierwszy wtorek marca.

– Dzień dobry, młoda damo – przywitała się, stawiając torebkę na stole i rozpinając zamek. – Jak się miewasz?

– W porządku.

– No cóż, to dobrze. Cieszę się. A jak sobie poradziłaś z pracą domową?

Ellie przesunęła dokończoną pracę domową po stole w stronę Noelle. Normalnie Noelle włożyłaby okulary i natychmiast zaczęła ją oceniać, ale dziś tylko oparła na niej czubki palców i bębniła nimi z roztargnieniem.

 

– Dobra dziewczyna – powiedziała. – Jesteś taką dobrą dziewczyną.

Ellie przyglądała się jej pytająco kątem oka, czekając na sygnał, że ich lekcja zaraz się zacznie. Ale nic takiego nie nastąpiło. Zamiast tego Noelle ślepo wpatrywała się w pracę domową.

– Powiedz mi, Ellie – odezwała się w końcu, zwracając ku niej nieruchome spojrzenie. – Co było najgorszą rzeczą, jaka kiedykolwiek ci się przydarzyła?

Ellie wzruszyła ramionami.

– Co? – ciągnęła Noelle. – Umierający chomik, coś w tym rodzaju?

– Nie miałam chomika.

– Ha, no więc może to. Może nieposiadanie chomika jest najgorszą rzeczą, jaka ci się kiedykolwiek przydarzyła?

Ellie ponownie wzruszyła ramionami.

– Właściwie nigdy nie chciałam mieć chomika.

– A więc czego chciałaś? Czego naprawdę chciałaś i nie wolno ci było tego mieć?

Ellie słyszała w tle włączony telewizor w kuchni, odgłos odkurzacza, którym jej mama sprzątała na górze, siostrę rozmawiającą z kimś przez telefon. Jej rodzina po prostu żyła dalej i nie prowadziła dziwnych konwersacji z nauczycielką matematyki na temat chomików.

– Niczego, naprawdę. Tylko zwyczajnych rzeczy: pieniędzy, ubrań.

– Nigdy nie chciałaś mieć psa?

– Nie bardzo.

Noelle westchnęła i przyciągnęła do siebie pracę domową Ellie.

– No cóż, rzeczywiście masz wielkie szczęście. Naprawdę. I mam nadzieję, że to doceniasz?

Ellie skinęła głową.

– To dobrze. Bo kiedy dojdziesz do mojego wieku, okaże się, że jest mnóstwo rzeczy, których pragniesz, i zobaczysz, że wszyscy inni je dostają, i pomyślisz, no cóż, teraz musi być moja kolej. Z pewnością. I wtedy będziesz patrzeć, jak znikają w zachodzącym słońcu. I nic nie będziesz mogła z tym zrobić. Absolutnie nic.

Na chwilę zapadła niezręczna cisza, a potem wreszcie, powoli, Noelle wsunęła okulary na nos, przewróciła pierwszą stronę pracy domowej Ellie i powiedziała:

– A więc zobaczmy, jak moja najlepsza uczennica poradziła sobie w tym tygodniu.

– Powiedz mi, Ellie, jakie są twoje nadzieje i marzenia?

Ellie jęknęła w duchu. Noelle Donnelly znów była w jednym z tych swoich nastrojów.

– Tylko naprawdę dobrze zdać egzaminy GCSE. I maturalne. A potem pójść na naprawdę dobry uniwersytet.

Noelle zacmokała z dezaprobatą i przewróciła oczami.

– Co jest z wami, młodzi ludzie, i waszą obsesją na punkcie uniwersytetu? Och, te fanfary, kiedy dostałam się do Trinity! Jaka wielka sprawa! Moja matka nie mogła przestać tego rozgłaszać przed całym światem. Jej jedyna córka! A teraz popatrz na mnie. Jestem jedną z najuboższych osób, jakie znam.

Ellie się uśmiechnęła, zastanawiając się, co odpowiedzieć.

– Nie, życie jest ważniejsze niż uniwersytet, panno Mądralińska. Ważniejsze niż dyplomy i kwalifikacje. Mam ich w bród. A popatrz na mnie, siedzę tu z tobą w twoim cudownym ciepłym domu, piję twoją cudowną herbatę Earl Grey, zarabiając nędzne grosze za wkładanie ci do głowy mojej wiedzy. A potem wracam do domu, w którym nie ma niczego. – Odwróciła się gwałtownie i zmierzyła Ellie wzrokiem. – Niczego. Przysięgam. – Następnie westchnęła i uśmiechnęła się, okulary wróciły wyżej na nos, spojrzenie opuściło Ellie i rozpoczęła się lekcja.

Potem Ellie odszukała matkę w kuchni i oznajmiła:

– Mamo, chcę zakończyć korepetycje.

Jej mama odwróciła się i spojrzała na nią pytająco.

– Ach tak? – powiedziała. – Dlaczego?

Ellie zastanowiła się, czy nie powiedzieć jej prawdy. Pomyślała, że powie: „Ona mnie przeraża i mówi naprawdę dziwne rzeczy i naprawdę nie chcę już więcej co tydzień przez godzinę być z nią sama”. Jakże żałowała, że nie powiedziała jej prawdy. Może gdyby powiedziała prawdę, mama mogłaby to wyjaśnić, a wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej. Ale z jakiegoś powodu tego nie zrobiła. Być może pomyślała, że mama uzna to za niemądry argument, by chcieć zrezygnować z lekcji tak niedługo przed egzaminami. A może nie chciała wpędzić Noelle w kłopoty, nie chciała, żeby powstała „sytuacja”. Ale bez względu na to, jakie było jej rozumowanie, powiedziała:

– Naprawdę myślę, że zaszłam już z Noelle najdalej, jak mogłam. Mam wszystkie testy, które mi dała. Mogę po prostu dalej je rozwiązywać. I to ci zaoszczędzi trochę pieniędzy. – Uśmiechnęła się zwycięsko, czekając na odpowiedź matki.

– No cóż, to się wydaje trochę dziwne, tak niedługo przed egzaminami.

– No właśnie. Myślę, że teraz mogłabym wykorzystać ten czas na coś innego. Na przykład na geografię. Naprawdę przydałby mi się dodatkowy czas na geografię.

To była stuprocentowa nieprawda. Ellie była absolutnie najlepsza ze wszystkich przedmiotów. Dodatkowa godzina w tygodniu niczego by nie zmieniła. Mimo to uśmiechnęła się przymilnie do mamy, pozostawiwszy tę prośbę w zawieszeniu, i czekała.

– No cóż, kochanie, decyzja oczywiście należy do ciebie.

Ellie zachęcająco pokiwała głową, podczas gdy wspomnienie pełnych podtekstów słów Noelle, zapach zjełczałego jedzenia i niemytych włosów, wahania nastroju i odbiegające od tematu, nieco niestosowne pytania pulsowały w jej pamięci.

– Skoro jesteś pewna… Miło byłoby nie mieć dodatkowych wydatków – powiedziała matka.

– No właśnie. – Ellie zalała fala ulgi. – Właśnie.

– Dobrze – zgodziła się matka, otwierając lodówkę i wyjmując z niej słoik sosu bolognese. – Jutro do niej zadzwonię. Zawiadomię ją.

– Wspaniale – odparła Ellie lekkim tonem, czując, jak z serca spada jej dziwny, obrzydliwy ciężar. – Dziękuję.

ROZDZIAŁ ÓSMY

Policjant, który przywitał Laurel, był młody i zmęczony, trochę zdenerwowany i miał wilgotne dłonie. Zaprowadził ją do pokoju przesłuchań.

– Dziękuję, że pani przyszła – powiedział, tak jakby istniała inna opcja: „Przepraszam, jestem dziś bardzo zajęta, może w przyszłym tygodniu?”. Ktoś poszedł, by przynieść jej szklankę wody, a chwilę później drzwi znów się otworzyły i wszedł Paul.

Paul, Boże, oczywiście, Paul. Nawet o nim nie pomyślała. Zareagowała tak, jakby to wszystko dotyczyło tylko jej. Jednak najwyraźniej ktoś w komisariacie pamiętał o Paulu. Wpadł do pokoju z opadającymi siwymi włosami, w pomiętym garniturze, ze skórą przesiąkniętą cierpkim zapachem City. Kiedy ją mijał, sięgnął ręką do ramienia Laurel, ale nie była w stanie się odwrócić i go pozdrowić, jedynie zmusiła się do lekkiego uśmiechu przez wzgląd na ludzi, którzy patrzyli na tę scenę.

Zajął miejsce obok niej, przyciskając dłonią krawat, kiedy siadał na krześle. Ktoś przyniósł mu herbatę z automatu. Była zła o herbatę. Była zła o Paula.

– Badaliśmy teren nieopodal Dover – powiedział detektyw, który nazywał się Dane. – Zadzwonił do nas mężczyzna wyprowadzający psa. Jego terier wykopał torbę.

Torbę. Laurel pokiwała głową, gwałtownie. Torba to nie ciało.

Dane wyjął ze sztywnej koperty fotografie formatu dwadzieścia na dwadzieścia pięć centymetrów. Przesunął je po stole w stronę Laurel i Paula.

– Czy rozpoznają państwo któryś z tych przedmiotów?

Laurel przyciągnęła zdjęcia do siebie.

To była torba Ellie. Jej plecak. Ten, który miała przewieszony przez ramię, kiedy wszystkie te lata temu wyszła z domu do biblioteki. Było na nim małe czerwone logo, które stanowiło tak istotny element policyjnego apelu. To była na dobrą sprawę jedyna cecha wyróżniająca Ellie tamtego dnia.

Na drugim zdjęciu był czarny T-shirt, luźny, z łódkowym dekoltem i krótkimi kimonowymi rękawami. Na metce wewnątrz był napis „New Look”. Nosiła go częściowo wsunięty z przodu w dżinsy.

Trzeci był biustonosz: szara dzianina w drobne groszki. Na metce wewnątrz był napis „Atmosphere”.

Czwarte były spodnie. Jasne dżinsy. Na metce wewnątrz był napis „Top Shop”.

Piąte były brudne białe tenisówki.

Szósta była gładka czarna bluza z kapturem z białym troczkiem. Na metce wewnątrz był napis „Next”.

Siódme były klucze do domu. Z małym plastikowym breloczkiem w kształcie sowy, której oczy świeciły, kiedy nacisnęło się guzik na jej brzuchu.

Ósma była sterta zeszytów i podręczników, pozieleniałych i przegniłych od wilgoci.

Dziewiąty był piórnik: w czarne i czerwone kropki, pełen długopisów i ołówków.

Dziesiąta była pojedyncza wkładka higieniczna, napuchnięta i obsceniczna.

Jedenasta była maleńka skórzana torebka pozszywana z fioletowych i czerwonych kawałków, zapinana z trzech stron na suwak z czerwonym pomponem.

Dwunasty był mały laptop, przestarzały i wyglądający na lekko podniszczony.

Ostatni był paszport.

Przyciągnęła bliżej fotografię; Paul pochylił się do niej i przesunęła zdjęcie tak, by leżało między nimi.

Paszport.

Ellie nie wzięła paszportu. Laurel nadal go miała. Wyjmowała go od czasu do czasu z pudełka z rzeczami Ellie i wpatrywała się w widmową twarz córki, myśląc o podróżach, w które ta się nigdy nie wybierze.

Jednak kiedy patrzyła na paszport, zdała sobie sprawę, że nie należał do Ellie.

To był paszport Hanny.

– Nie rozumiem – powiedziała. – To paszport mojej starszej córki. Myśleliśmy, że go zgubiła. Ale… – Spojrzała znów na zdjęcie, palcami dotykając jego brzegów. – …jest tutaj. W torbie Ellie. Gdzie to znaleźliście?

– W gęstym lesie – odparł Dane. – Niedaleko przystani promowej. Jedną z teorii, które rozpatrujemy, jest ta, że ona mogła być w drodze do Europy. Zważywszy na paszport.

Laurel ogarnął gwałtowny gniew, poczucie krzywdy. Szukali dowodu, który poparłby ich długo podtrzymywaną teorię, że Ellie uciekła z domu.

– Ale jej torba – powiedziała. – Z tymi rzeczami, które wzięła ze sobą, wychodząc z domu, kiedy miała piętnaście lat? I mówi pan, że te same rzeczy zabrała, żeby wyjechać z kraju? Po tylu latach? To nie ma sensu.

Dane spojrzał na nią niemal z czułością.

– Zbadaliśmy ubranie. Są na nim ślady intensywnego używania.

Laurel przycisnęła dłoń do piersi, widząc w myślach obraz swojej doskonałej córki, zawsze tak nieskazitelnie czystej, zawsze tak świeżej i pachnącej, która błąka się latami bez przerwy w tym samym ubraniu.

– Więc… gdzie ona jest? Gdzie jest Ellie?

– Szukamy jej.

Czuła, że Paul na nią patrzy, że chce, by nawiązała z nim kontakt i by razem przeanalizowali tę plątaninę informacji. Ale nie mogła spojrzeć mu w oczy, nie mogła dać mu ani cząstki siebie.

– Wiesz… – odezwała się. – Kilka lat po zaginięciu Ellie zostaliśmy okradzeni. Powiedziałam wtedy policji, że pomyślałam, że to Ellie. Rzeczy, które zostały zabrane, brak śladów włamania, poczucie… – Nie chciała mówić o bezpodstawnych przeczuciach. – Musiała wtedy zabrać paszport Hanny. Musiała…

Urwała. Czy to możliwe, że policja od początku miała rację? Że Ellie uciekła? Że planowała ucieczkę?

Ale skąd? Dokąd? I dlaczego?

W tym momencie drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł kolejny policjant. Podszedł do Dane’a i coś mu szepnął do ucha. Obaj spojrzeli na Laurel i Paula. Potem Dane usiadł prosto, poprawił krawat i rzekł:

– Znaleźli ludzkie szczątki.

Ręka Laurel instynktownie odnalazła dłoń Paula.

Ścisnęła ją tak mocno, że poczuła, jak jego kości się wyginają.

Inne książki tego autora