Kiedy Ciebie nie ma

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla Lor

O imieniu postaci Sary-Jade Virtue

Imię Sara-Jade Virtue otrzymałam od prawdziwej Sary-Jade Virtue, zwyciężczyni ubiegłorocznej aukcji Get In Character[1], na której zbierane są fundusze dla działającej w Wielkiej Brytanii fundacji charytatywnej CLIC Sargent. Nawiasem mówiąc, Sara-Jade jest jedną z najwspanialszych, najżarliwszych i najbardziej wpływowych osób w brytyjskiej branży wydawniczej i byłam nadzwyczaj dumna, że mogę użyć jej imienia.

Misją CLIC Sargent jest zmiana sposobu myślenia o tym, co dla młodego człowieka oznacza zdiagnozowanie raka. Ludzie z fundacji uważają, że chore dzieci i młodzież mają prawo do jak najlepszego leczenia, opieki i wsparcia pod każdym względem w czasie ich zmagań z rakiem. I że zasługują na to, by jak najpełniej cieszyć się życiem po zakończeniu terapii.

http://www.clicsargent.org.uk/


PROLOG

Tamte miesiące, miesiące przed jej zniknięciem, były najlepsze. Naprawdę. Po prostu najlepsze. Każda chwila zdawała jej się darem, który mówił: „Oto jestem, kolejna doskonała chwila. Tylko spójrz, dasz wiarę, jaka jestem piękna?”. Każdy ranek oznaczał malowanie rzęs w ożywieniu i motyle w brzuchu, przyspieszony puls, kiedy zbliżała się do szkolnej bramy, rozkwitającą radość, gdy jej oczy go odnajdywały. Szkoła przestała być klatką; to był kipiący życiem, rozświetlony plan filmowy dla jej miłosnej historii.

Ellie Mack nie mogła uwierzyć, że Theo Goodman chciał się z nią umówić. Theo Goodman był najprzystojniejszym chłopakiem wśród jedenastoklasistów, bez wyjątku. Był również najprzystojniejszy w klasie dziesiątej, dziewiątej i ósmej. Jednak nie w siódmej. Żaden chłopak w siódmej klasie nie był przystojny. Wszyscy byli drobnymi dzieciakami o wyłupiastych oczach, w wielkich butach i za dużych marynarkach.

Theo Goodman nigdy nie miał dziewczyny i wszyscy sądzili, że pewnie jest gejem. Jak na chłopaka był dość ładny i bardzo chudy. I naprawdę bardzo, bardzo miły. Ellie od lat marzyła, żeby się z nim spotykać, bez względu na to, czy był gejem, czy nie. Cieszyłaby się nawet wtedy, gdyby została jedynie jego przyjaciółką. Młoda, piękna mama Theo codziennie odprowadzała go do szkoły. Była ubrana w strój gimnastyczny i miała włosy związane w koński ogon. Zwykle zabierała ze sobą małego białego pieska, którego Theo podnosił i całował w pyszczek, zanim delikatnie z powrotem postawił go na chodniku. Potem całował mamę i przechodził przez szkolną bramę. Nie przejmował się, czy ktoś go widział. Nie czuł się zażenowany z powodu puchatego psa ani mamy. Był pewny siebie.

Aż pewnego dnia w zeszłym roku, tuż po wakacjach, nawiązał z nią rozmowę. Tak po prostu. W czasie lunchu, coś o tym czy innym zadaniu domowym, i Ellie, która tak naprawdę nie miała o niczym pojęcia, od razu wiedziała, że nie jest gejem i że z nią rozmawia, bo ona mu się podoba. To było absolutnie oczywiste. I wtedy, tak po prostu, został jej chłopakiem, a ona jego dziewczyną. Wydawało się jej, że to będzie bardziej skomplikowane.

Ale wystarczył jeden zły ruch, jedno drobne zagięcie na osi czasu i wszystko się skończyło. Nie tylko ich miłosna historia, ale wszystko. Młodość. Życie. Ellie Mack. Wszystko się skończyło. Na zawsze. Gdyby mogła cofnąć czas, odwinąć go jak nitkę z motka wełny i nawinąć inaczej, może zobaczyłaby na przędzy supełki, znaki ostrzegawcze. Jeśli spojrzeć wstecz, to było oczywiste od początku. Ale wtedy, kiedy nie miała o niczym pojęcia, nie widziała, że to nadchodzi. Weszła prosto w to z pełną świadomością.

CZĘŚĆ PIERWSZA

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Laurel weszła do mieszkania córki. Nawet w ten stosunkowo jasny dzień było ciemne i sprawiało przygnębiające wrażenie. Okno od frontu zasłaniała okropna plątanina pnączy glicynii, a druga strona mieszkania była kompletnie zacieniona, ponieważ dom był zwrócony w stronę niewielkiego lasu.

Kupno pod wpływem impulsu, tak to było. Hanna właśnie dostała pierwszą premię i chciała ją wydać na coś trwałego, zanim pieniądze się ulotnią. Ludzie, od których kupiła mieszkanie, zapełnili je pięknymi przedmiotami, ale Hanna nigdy nie miała czasu na kupowanie mebli i teraz mieszkanie wyglądało smutno. Jakby należało do rozwodnika, który szuka dla siebie czegoś mniejszego. Fakt, że nie miała nic przeciwko temu, żeby mama bywała tu podczas jej nieobecności i sprzątała, dowodził, że mieszkanie nie było dla niej niczym więcej niż trochę lepszym pokojem hotelowym.

Siłą przyzwyczajenia Laurel ruszyła przez brudny przedpokój Hanny prosto do kuchni, gdzie spod zlewu wyjęła zestaw do sprzątania. Wyglądało na to, że tej nocy Hanna nie spędziła w domu. W zlewie nie było miseczki na płatki śniadaniowe ani kropel mleka na kuchennym blacie, przy powiększającym lustrze na parapecie nie leżał niedokręcony tusz do rzęs. Laurel poczuła na plecach chłód. Hanna zawsze wracała do domu. Hanna nie miała dokąd pójść. Podeszła do torebki, wyjęła telefon i drżącymi palcami wybrała numer córki. Trzymała go w niepewnych dłoniach, kiedy włączyła się poczta głosowa, jak zawsze, kiedy Hanna była w pracy. Aparat wypadł jej z rąk na podłogę, ale trafił na bok buta i nie pękł.

– Cholera – syknęła do siebie, podnosząc telefon i patrząc na niego niewidzącym wzrokiem. – Cholera.

Nie miała do kogo zadzwonić, nikogo, kogo mogłaby zapytać: „Widziałeś Hannę? Wiesz, gdzie jest?”. Jej życie po prostu tak nie funkcjonowało. Nie było w nim żadnych kontaktów. Jedynie maleńkie ludzkie wyspy rozrzucone tu i ówdzie.

Możliwe, pomyślała, że Hanna poznała mężczyznę, ale mało prawdopodobne. Hanna nie miała chłopaka, żadnego, nigdy. Ktoś kiedyś zasugerował teorię, że poczucie winy nie pozwalało jej mieć chłopaka, bo jej młodsza siostra nigdy nie będzie go miała. Tę samą teorię można by zastosować do jej żałosnego mieszkania i nieistniejącego życia towarzyskiego.

Laurel wiedziała, że reaguje przesadnie, a jednocześnie, że nie przesadza. Kiedy jest się rodzicem dziecka, które pewnego ranka wyszło z domu z plecakiem pełnym książek, żeby się uczyć w bibliotece odległej o piętnaście minut drogi, i nigdy nie wróciło, coś takiego jak przesadna reakcja nie istnieje. To, że stała w kuchni swojej dorosłej córki, wyobrażając sobie, jak ta leży martwa w jakimś rowie, skoro nie zostawiła w zlewie miseczki na płatki śniadaniowe, w kontekście jej doświadczenia było absolutnie racjonalne i uzasadnione.

Wpisała w wyszukiwarkę nazwę firmy Hanny i wcisnęła link do numeru telefonu. Centrala połączyła ją z numerem wewnętrznym Hanny i Laurel wstrzymała oddech.

– Hanna Mack, słucham.

Oto był, głos jej córki, szorstki i bezosobowy.

Laurel nie odezwała się, po prostu dotknęła ekranu, by się rozłączyć, i włożyła komórkę z powrotem do torebki. Otworzyła zmywarkę i zaczęła wyjmować z niej naczynia.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ DRUGI

Jak wyglądało życie Laurel dziesięć lat temu, kiedy miała troje dzieci, a nie dwoje? Czy budziła się rano przepełniona radością istnienia? Nie. Dla Laurel szklanka zawsze była do połowy pusta. Potrafiła znaleźć wiele powodów do narzekania nawet w najprzyjemniejszych sytuacjach, a radość z dobrej nowiny skondensować do krótkiej chwili, szybko zakończonej przez jakąś nową uciążliwą troskę. Dlatego budziła się rano z przekonaniem, że źle spała, nawet jeśli tak nie było, martwiąc się, że ma za duży brzuch, że jej włosy są albo zbyt długie, albo zbyt krótkie, że jej dom jest zbyt duży lub zbyt mały, że ma niewiele na koncie w banku, że jej mąż jest zbyt leniwy, dzieci zbyt hałaśliwe albo zbyt ciche, że powinny wyjść z domu, że nigdy nie powinny wychodzić z domu. Budziła się i widziała jasną sierść kota pozostawioną na spódnicy, którą powiesiła na oparciu krzesła w sypialni, brak jednego kapcia, cienie pod oczami Hanny, stos ubrań, które niemal od miesiąca miała zamiar zanieść do pralni chemicznej, rozdarcie w tapecie w przedpokoju, okropny pryszcz na brodzie Jake’a, zapach pozostawionej zbyt długo kociej karmy i kubeł na śmieci, którego najwyraźniej nikt nie zamierzał opróżnić, z zawartością wciśniętą do środka przez leniwe dłonie członków jej rodziny.

Tak właśnie postrzegała kiedyś swoje idealne życie: jako serię brzydkich zapachów i niewypełnionych obowiązków, drobnych zmartwień i niezapłaconych rachunków.

I wtedy pewnego ranka jej córka, jej złota dziewczyna, jej najmłodsza, jej dziecko, jej pokrewna dusza, jej radość i duma wyszła z domu i nie wróciła.

I jak się czuła przez kilka tych pierwszych koszmarnie wolno mijających godzin? Co wypełniało jej umysł, serce, by zastąpić te wszystkie drobne zmartwienia? Przerażenie. Rozpacz. Żal. Groza. Udręka. Chaos. Boleść. Lęk. Wszystkie te słowa, tak melodramatyczne, a jednak niewystarczające.

– Będzie u Theo – powiedział Paul. – Może zadzwonisz do jego mamy?

Już wiedziała, że nie będzie jej u Theo. Ostatnie słowa córki brzmiały:

– Wrócę w samą porę na lunch. Zostało jeszcze trochę tej lasagne?

– Wystarczy dla jednej osoby.

 

– Nie pozwól, żeby Hanna ją zjadła! Albo Jake! Obiecaj!

– Obiecuję.

A potem był odgłos zatrzaskiwanych frontowych drzwi, nagły spadek natężenia dźwięku, kiedy w domu robi się o jedną osobę mniej. Trzeba było napełnić zmywarkę, gdzieś zatelefonować, zanieść lemsip[2] na górę do Paula, którego przeziębienie wydawało jej się przedtem czymś najbardziej irytującym w życiu.

– Paul jest przeziębiony.

Do jak wielu ludzi powiedziała to dzień czy dwa wcześniej? Znużone westchnienie, przewrócenie oczami.

– Paul jest przeziębiony.

Moje brzemię. Moje życie. Żal mi siebie.

Mimo to zadzwoniła do mamy Theo.

– Nie – powiedziała Becky Goodman. – Nie, bardzo mi przykro. Theo był tu cały dzień i nie mieliśmy żadnych wiadomości od Ellie. Dasz mi znać, jeśli będę mogła jakoś pomóc…?

Kiedy popołudnie przeszło w wieczór, kiedy już obdzwoniła po kolei wszystkich przyjaciół Ellie, kiedy była w bibliotece, gdzie pokazano jej nagrania z monitoringu – Ellie zdecydowanie nie była tego dnia w bibliotece – po tym, jak słońce zaszło i dom pogrążył się w chłodnym mroku co chwilę przerywanym wybuchami białego światła, kiedy na niebie błyskały ciche wyładowania elektryczne przechodzącej burzy, w końcu poddała się dręczącemu lękowi, który narastał w niej cały dzień, i zadzwoniła na policję.

Właśnie wtedy po raz pierwszy znienawidziła Paula, tamtego wieczoru, kiedy w szlafroku, boso, pachnący pościelą i zasmarkany, pociągał, pociągał, pociągał nosem, a potem go wydmuchiwał z okropnym bulgotem w nozdrzach, ciężko oddychając ustami, co w jej nadwrażliwych uszach brzmiało jak śmiertelne rzężenie potwora.

– Ubieraj się – warknęła. – Proszę.

Zgodził się, jak zastraszone dziecko, i kilka minut później zszedł po schodach w wakacyjnym ubraniu – bojówkach i jasnym T-shircie. Wszystko źle. Źle, źle, źle.

– I wydmuchaj nos – powiedziała. – Porządnie. Tak, żeby nic nie zostało.

Ponownie wykonał jej polecenie. Przyglądała mu się z pogardą, patrzyła, jak zwija chusteczkę w kulkę i żałośnie, sztywnym krokiem idzie do kuchni, żeby wrzucić ją do kubła.

A potem zjawiła się policja.

A potem to się zaczęło.

To, co nigdy się nie skończyło.

Czasami się zastanawiała, czy gdyby tego dnia Paul nie był przeziębiony, gdyby wrócił z pracy po jej pierwszym telefonie, w wymiętym eleganckim ubraniu, energiczny i gotowy do działania, gdyby usiadł przy niej wyprostowany i wziął ją za ręce, gdyby nie oddychał ustami, nie pociągał nosem i nie wyglądał jak straszydło, czy wszystko byłoby inaczej? Czyby to przetrwali? Czy znienawidziłaby go z jakiegoś innego powodu?

Policja wyszła o dwudziestej trzydzieści. Wkrótce potem Hanna pojawiła się w kuchennych drzwiach.

– Mamo – powiedziała przepraszająco. – Jestem głodna.

– Przepraszam – odparła Laurel, zerkając na zegar na przeciwległej ścianie. – Chryste, tak, musisz umierać z głodu.

Podniosła się ciężko i machinalnie zbadała z córką zawartość lodówki.

– To? – spytała Hanna, wyjmując plastikowy pojemnik z ostatnią porcją lasagne.

– Nie. – Wyrwała go z jej rąk, zbyt gwałtownie.

Hanna spojrzała na nią, mrugając.

– Dlaczego nie?

– Po prostu nie – odparła, tym razem łagodniej.

Przygotowała jej fasolę na grzance, usiadła i patrzyła, jak córka je. Hanna. Jej drugie z trojga dzieci. Trudne. Męczące. To, z którym nie chciałaby się znaleźć na bezludnej wyspie. Przebiegła ją potworna myśl, tak szybko, że ledwie zdała sobie z tego sprawę.

To ty powinnaś była zaginąć, a Ellie jeść fasolę na grzance.

Dotknęła policzka Hanny, delikatnie, wnętrzem dłoni, a potem wyszła z kuchni.

ROZDZIAŁ TRZECI

Wtedy

Pierwsze, czego Ellie nie powinna była robić, to dostać złego stopnia z matematyki. Gdyby więcej pracowała, była bystrzejsza, gdyby nie była taka zmęczona w dniu, kiedy odbywał się test, nie czuła się tak rozkojarzona, częściej ziewając, niż się koncentrując, gdyby dostała A zamiast B+, nic z tego by się nie wydarzyło. Ale gdyby cofnąć się głębiej w przeszłość, przed ten nieudany test z matematyki, to gdyby nie zakochała się w Theo, gdyby zamiast w nim zakochała się w chłopaku, który był beznadziejny z matematyki, który nie dbał o ten przedmiot i wyniki testu, chłopaku pozbawionym ambicji, a najlepiej w żadnym, nie czułaby potrzeby, aby być tak dobra jak on albo lepsza, zadowoliłaby się B+ i po powrocie tego dnia do domu nie błagałaby mamy o korepetytora.

A więc to było tu. Pierwsze zagięcie na osi czasu. Dokładnie w tym momencie, o szesnastej trzydzieści albo coś koło tego, w środowe popołudnie w styczniu.

Wróciła do domu w złym humorze. Często wracała w złym humorze. Nie spodziewała się, że to zrobi. Po prostu się stało. W chwili, gdy ujrzała mamę czy usłyszała jej głos, poczuła się absurdalnie poirytowana, a potem to wszystko, czego nie była w stanie powiedzieć czy zrobić przez cały dzień w szkole – ponieważ w szkole była znana jako Miła Osoba, a kiedy się zdobędzie taką opinię, nie można tego zepsuć – zaczęła z siebie wyrzucać.

– Mój nauczyciel matematyki jest do dupy – oznajmiła, rzucając torbę na siedzisko w holu. – Kompletnie do dupy. Nienawidzę go.

Nieprawda, że nienawidziła jego. Nienawidziła siebie za porażkę. Ale tego nie powiedziała.

Jej mama spytała znad kuchennego zlewu:

– Co się stało, kochanie?

– Właśnie ci powiedziałam!

Nie powiedziała, ale to nie miało znaczenia.

– Mój nauczyciel matematyki jest fatalny. Nie zdam GCSE[3]. Potrzebuję korepetytora. Naprawdę, no wiesz, naprawdę potrzebuję korepetytora.

Wpadła do kuchni i teatralnie opadła na krzesło.

– Nie możemy sobie pozwolić na korepetytora – odparła jej mama. – Może przyłączyłabyś się do kółka matematycznego?

Tu było następne zagięcie na osi czasu. Gdyby nie była takim zepsutym bachorem, gdyby nie oczekiwała, że matka machnie czarodziejską różdżką i rozwiąże za nią wszystkie problemy, gdyby miała choćby minimalne pojęcie o stanie finansów swoich rodziców, gdyby w ogóle obchodziło ją cokolwiek innego poza sobą, rozmowa na tym by się zakończyła. Powiedziałaby: „Okej. Rozumiem. Tak właśnie zrobię”.

Ale tego nie zrobiła. Naciskała i naciskała, i naciskała. Zaproponowała, że zapłaci za to z własnych pieniędzy. Wymieniła przykłady osób z jej klasy, które były znacznie uboższe niż oni, a miały prywatne lekcje.

– Może poprosić kogoś w szkole? – zasugerowała jej mama. – Kogoś z klasy maturalnej? Kogoś, kto to zrobi za kilka funciaków i kawałek ciasta?

– Co?! Mowy nie ma! O Boże, to by było takie żenujące!

I tak zniknęła, wymykając się jak coś śliskiego, kolejna szansa, by się uratować. Straciła ją. I nawet o tym nie wiedziała.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Pomiędzy tym dniem w maju dwa tysiące piątego roku, kiedy Ellie nie wróciła do domu, a chwilą dokładnie sprzed dwóch minut nie pojawił się ani jeden konkretny trop związany z jej zniknięciem. Ani jeden.

Ostatni raz Ellie została zaobserwowana przez kamery ulicznego monitoringu na Stroud Green Road o dziesiątej czterdzieści trzy. Nagrania ukazywały, jak szybko przystaje, by zerknąć na swoje odbicie w samochodowej szybie (na pewien czas przyjęto teorię, że się zatrzymała, by spojrzeć na kogoś w aucie albo powiedzieć coś kierowcy, ale namierzono właściciela pojazdu i potwierdzono, że był na urlopie w czasie, gdy Ellie zniknęła, a jego samochód stał tam zaparkowany). I to wszystko. Jej zarejestrowana droga skończyła się w tym miejscu.

Sprawdzono dom po domu w bezpośrednim sąsiedztwie, przesłuchano znanych pedofili, zebrano nagrania z monitoringu od wszystkich właścicieli sklepów na Stroud Green Road, sprowadzono Laurel i Paula do telewizji na nagranie apelu, który obejrzało około ośmiu milionów ludzi, ale nic nie zaprowadziło ich dalej niż do ostatniego obrazu Ellie patrzącej na swoje odbicie o dziesiątej czterdzieści trzy.

Pracę policji utrudniło to, że Ellie miała na sobie czarny T-shirt i dżinsy. To, że jej śliczne złociste włosy były ściągnięte w luźny koński ogon. To, że jej plecak był granatowy. Że jej tenisówki były zwyczajnymi białymi tenisówkami z supermarketu. Było niemal tak, jakby celowo uczyniła siebie niewidzialną.

Pokój Ellie był przez cztery godziny fachowo, gruntownie przeszukiwany przez dwóch detektywów. Wydawało się, że Ellie nie zabrała ze sobą niczego niezwykłego. Przypuszczalnie mogła wziąć bieliznę, ale nie było szans, żeby Laurel się zorientowała, czy czegoś brakuje w szufladach. Przypuszczalnie mogła wziąć ubranie na zmianę, ale Ellie, jak większość piętnastoletnich dziewcząt, miała o wiele za dużo ubrań, zbyt wiele, aby Laurel je wszystkie pamiętała. Jednak jej skarbonka nadal zawierała kilka ciasno złożonych dziesięciofuntowych banknotów, które wciskała do niej po każdych urodzinach. Jej szczoteczka do zębów nadal była w łazience, dezodorant też. Ellie nigdy nie wychodziła nocować u kogoś bez szczoteczki do zębów i dezodorantu.

Po dwóch latach policja oficjalnie zaprzestała poszukiwań. Laurel wiedziała, co myśleli; myśleli, że Ellie uciekła z domu.

Jak mogli uznać, że Ellie była uciekinierką, skoro nie znalazła się na żadnym zapisie wideo z kamer na jakimkolwiek dworcu kolejowym, przystanku autobusowym, na żadnej ulicy poza tą, na której zniknęła? Zaprzestanie poszukiwań było druzgocące.

Jeszcze bardziej druzgocąca była reakcja Paula na tę wiadomość.

– To raczej koniec, jak sądzę.

Tu był, właśnie tutaj – ostatni gwóźdź do trumny z wyschłymi kośćmi ich małżeństwa.

Dzieci tymczasem przesuwały się coraz dalej, jak pociągi na torze, zgodnie z harmonogramem. Hanna zdała egzamin maturalny. Jake ukończył uniwersytet w West Country, gdzie studiował, żeby zostać dyplomowanym rzeczoznawcą budowlanym. A Paula pochłaniały zabiegi o awans w pracy, kupowanie nowych garniturów, rozmowy o lepszym samochodzie, pokazywanie jej w internecie hoteli i ośrodków wypoczynkowych, które tego lata miały specjalne oferty. Paul nie był złym człowiekiem. Był dobrym człowiekiem. Wyszła za dobrego człowieka, tak jak zawsze zamierzała zrobić. Ale sposób, w jaki radził sobie z potężną wyrwą, którą w ich życiu uczyniło zniknięcie Ellie, pokazał jej, że nie był wystarczająco wielki, wystarczająco silny – nie był wystarczająco szalony.

Rozczarowanie nim było tak drobną cząstką wszystkiego, co czuła poza tym, że ledwie zdała sobie z niego sprawę. Kiedy rok później się wyprowadził, nic to dla niej nie znaczyło, było drobnym zwrotem w jej egzystencji. Wspominając to teraz, niewiele mogła sobie przypomnieć. Wszystko, co zapamiętała z tamtego okresu, to czysta, bezwzględna potrzeba, by kontynuować poszukiwania.

– Czy nie moglibyśmy jeszcze raz sprawdzić dom po domu? – błagała policję. – Minął już rok, odkąd to zrobiliśmy. To chyba wystarczająco długo, żeby pojawiło się coś, czego wcześniej nie znaleźliśmy?

Policjantka się uśmiechnęła.

– Rozmawialiśmy o tym – powiedziała. – Zdecydowaliśmy, że to nie jest dobry sposób wykorzystania środków. Nie teraz. Może za rok lub dwa lata. Może.

Ale wtedy nagle, w styczniu, ni stąd, ni zowąd, zadzwonili z policji i powiedzieli, że w Crimewatch chcą po dziesięciu latach powtórzyć apel. Kolejną rekonstrukcję. Program wyemitowano dwudziestego szóstego maja. Nie przyniosło to nowych dowodów. Żadnych nowych obserwacji.

Niczego nie zmieniło.

Aż do teraz.

Głos detektywa w telefonie brzmiał ostrożnie.

– To może nic nie znaczyć. Mimo wszystko chcielibyśmy, żeby pani przyszła.

– Co znaleźliście? – zapytała Laurel. – Czy to ciało? Co to jest?

– Proszę przyjść, pani Mack.

Przez dziesięć lat nic. A teraz coś było. Chwyciła torebkę i wyszła z domu.

Inne książki tego autora