Blizny przeszłościTekst

Z serii: Heartland #7
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Zapraszamy na www.publicat.pl

Tytuł oryginału

Out of the Darkness

Projekt serii

ILONA GOSTYŃSKA-RYMKIEWICZ

Ilustracje na okładce

© Working Partners LTD

© zuzule / fotolia.com

Koordynacja projektu

SYLWIA MAZURKIEWICZ-PETEK

Redakcja

URSZULA HAMKAŁO

Korekta

JANINA GERARD-GIERUT

Redakcja techniczna

ADAM KOLENDA

Copyright © Working Partners Ltd, 2001

Heartland is a trademark of Working Partners Ltd.

Polish edition © Publicat S.A. MMVIII, MMXIX (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

ISBN 978-83-271-5994-6


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


Spis treści

Dedykacja

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Zapowiedź części 8. „Więzy krwi”

Specjalne podziękowania dla Gill Harvey

Nataszy – przyjaciółce Heartlandu

Rozdział 1

Promienie styczniowego słońca połyskiwały złotymi refleksami w kasztanowej sierści małego źrebaka. Klaczka zapatrzyła się w dal i tylko zadrgały jej nozdrza, kiedy usiłowała wywąchać jakiś niesiony z wiatrem zapach. Po chwili jednak zarzuciła łbem, zrobiła zwrot, pognała do matki i zaczęła zapalczywie ssać mleko.

Amy stała przy ogrodzeniu i obserwowała każdy ruch małej klaczy. Źrebię właśnie skończyło pić, podniosło łeb i trąciło nosem swoją matkę, spoglądając na nią bacznym, ciekawym świata wzrokiem.

– Jutrzenka! – zawołała Amy. Klaczka znieruchomiała na moment, nasłuchując, po czym zrobiła kilka kroków do przodu.

– Bardzo dobrze. Chodź tutaj – zachęciła ją Amy. Jutrzenka puściła się kłusem w stronę ogrodzenia. Na widok parskającej z przejęcia klaczki, trącającej jej ramię aksamitnym pyskiem, Amy poczuła ciepło rozlewające się na sercu. Położyła dłoń na grzbiecie źrebaka.

– I kto by pomyślał? – usłyszała za plecami głos Trega. – Ale się zmieniła – dodał chłopak, stając obok Amy.

– Prawda? – potwierdziła radośnie Amy.

Treg miał osiemnaście lat, był trzy lata starszy i znał się na koniach tak samo, jak ona. Dobrze wiedział, jaka trudna była Jutrzenka jeszcze nie tak dawno – przed Gwiazdką nie ufała żadnego człowiekowi. Nie dlatego, że ktoś ją skrzywdził, ale dlatego, że od urodzenia była niezależna i buntownicza. Taką miała naturę. Teraz jednak zbliżała się do Amy z własnej, nieprzymuszonej woli.

Treg wyciągnął rękę i podsunął źrebakowi do powąchania. Jutrzenka trąciła ją pyskiem, wydychając powietrze przez nozdrza.

– Dobra dziewczynka – powiedział cicho.

– Jeszcze tydzień temu wcale by ci na to nie pozwoliła – zauważyła Amy. Dziewczyna opiekowała się klaczką podczas jej choroby. Wtedy zawiązała się między nimi prawdziwa więź. Teraz Amy pilnowała, by Treg, Ben oraz wszystkie pozostałe osoby w Heartlandzie spędzały jak najwięcej czasu ze źrebakiem.

– Przyzwyczaiła się do ludzi – powiedział Treg. – Uważam, że jest już gotowa, żeby stąd odejść. Moglibyśmy zacząć powoli rozglądać się za nowym domem dla niej i dla Melodii.

– Ale przecież dopiero co wyszła z ciężkiej choroby – zaprotestowała Amy. – A poza tym trzeba jeszcze z nią popracować.

– Popatrz na nią, Amy – powiedział cicho Treg. Jutrzenka wyciągnęła pysk, próbując ugryźć rękaw jego kurtki. – Jest już zupełnie zdrowa. I nie tylko toleruje ludzi, ale wręcz jest nimi zafascynowana.

Amy czuła się rozdarta. W tym, co mówił Treg było sporo racji, ale z drugiej strony jej więź z klaczką wydawała się taka świeża i krucha. Nie chciała, by Jutrzenka odchodziła – jeszcze nie teraz.

– Jest jeszcze taka mała, Treg. Może i fascynują ją ludzie, ale to dopiero początek. Musimy być pewni jej zachowania, zanim nie oddamy jej komuś innemu.

Wzruszył ramionami i odwrócił się tyłem. Amy poczuła się nieswojo. Spojrzała przed siebie i zajęła się obserwowaniem wrony lądującej na przeciwległym końcu wybiegu. Jutrzenka też ją zauważyła, bo puściła się biegiem w stronę ptaka, rżąc przy tym z podekscytowania.

– Widzisz? – Amy poczuła się podbudowana. – Jest nieprzewidywalna.

– Amy, ona jest po prostu pełna energii i ty doskonale o tym wiesz. Dobry właściciel z pewnością utrzyma ją w ryzach. Nie możemy zatrzymać Melodii i Jutrzenki, to byłoby wbrew naszym zasadom. Zresztą, ich boks będzie nam potrzebny dla innych koni – takich, które naprawdę potrzebują naszej pomocy.

Skinęła powoli głową. Treg miał rację. W taki właśnie sposób działał Heartland, taki był zamysł mamy, kiedy go zakładała dwanaście lat wcześniej. Dla wyleczonych koni zawsze znajdowano nowy dom, by zrobić miejsce innym.

– Nie mówię, że mamy je zatrzymać – westchnęła. – Ja tylko uważam, że Jutrzenka potrzebuje jeszcze trochę czasu – powiedziała i spojrzała na Treg. Ich spojrzenia spotkały się na chwilę. Odwróciła głowę z zakłopotaniem.

– Nie musimy przecież dzisiaj podejmować decyzji – powiedział po krótkim milczeniu. – Niech zostaną jeszcze na wybiegu, póki świeci słońce.

– Dobry pomysł – zgodziła się Amy. Ruszyli drogą pomiędzy wybiegami, w kierunku podwórza. Minęli dwa inne konie, które trącały pyskami śnieg, szukając pod nim trawy.

– Wprowadzę chyba Cygankę i Jake’a – powiedział Treg, zatrzymując się przy wejściu na wybieg. – Dosyć długo już dzisiaj były na dworze.

– Dobrze – powiedziała Amy. – Wychodzi na to, że mnie przypada w udziale sprzątanie siodłami.

Treg zaśmiał się. Porządki w siodłami były robotą najgorszą z możliwych – choćby się stawało na głowie i tak ciągle brakowało miejsca.

– Miłej zabawy – powiedział. – Jeśli będziesz miała szczęście, to przyjdę później i ci pomogę.

– Jasne – powiedziała ze śmiechem i ruszyła przez podwórze.

Weszła do siodłami i spojrzała na wieszaki, marszcząc przy tym czoło. Na każdym z nich wisiały po dwa, trzy siodła, umieszczone ostrożnie jedno na drugim. Nie było to jednak idealne rozwiązanie. Połowę sąsiedniej ściany zajmowały uzdy, drugą – zdjęcia i medale. W pomieszczeniu stał też stół, służący do czyszczenia sprzęta, z tyłu znajdowały się natomiast skrzynie, uździenice, lonże, ogłowia... Wszystko było co prawda poukładane, ale i tak w siodłami panowała taka ciasnota, że z trudem można było się ruszyć.

Kiedy Amy podnosiła z podłogi siodło, do pomieszczenia wszedł Ben i wrzucił do jednej ze skrzyń sprzęt do czyszczenia.

– I jak ci idzie? – zapytał.

– W ogóle mi nie idzie – odpowiedziała. – Próbuję zorganizować więcej wolnego miejsca. A jak poszły Redowi ćwiczenia?

Red, sześcioletni kasztanek, należał do Bena i był utalentowanym skoczkiem.

– Dobrze. Coraz lepiej skacze – powiedział Ben. – Może zdjęłabyś te zdjęcia i wstążki, zrobiłoby się miejsce na wieszaki do siodeł? – zaproponował, wskazując ręką na sąsiednią ścianę.

– Może tak – odpowiedziała powoli. Przyjrzała się fotografiom – na jednej z nich ona sama na Figaro, na innej Marion – jej mama – na Pegazie, na pozostałych konie, które pojawiały się w Heartlandzie za życia mamy. Amy nie pamiętała nawet niektórych z nich, była wtedy malutka. Teraz, kiedy zabrakło i mamy, i Pegaza, może rzeczywiście należało zrobić tak, jak sugerował Ben i zdjąć zdjęcia ze ściany.

 

– Albo chociaż niektóre – dodał Ben, widząc zamyśloną twarz Amy.

– Nie, nie, to dobry pomysł – uśmiechnęła się szybko. – Dowiem się tylko, co na to Lou i dziadek. No i, czy stać nas na nowe wieszaki.

Weszła do domu i szybko zdjęła buty. W gabinecie siedziała Lou i wpatrywała się w skupieniu w ekran laptopa.

– Cześć – powiedziała Amy, zaglądając przez uchylone drzwi. – Myślałam właśnie o siodlarni. Ben poradził, żebyśmy zdjęli zdjęcia i powiesili nowe wieszaki. To by nam bardzo pomogło – przynajmniej na razie.

– Słucham? – zapytała Lou nieprzytomnie. Zaczęła coś szybko pisać, nie odrywając wzroku od ekranu.

– Nowe wieszaki na siodła – powtórzyła Amy. – W siodlarni jest taki ścisk, że musimy już kłaść siodła jedno na drugim.

– A... dobrze – odpowiedziała Lou po chwili. – To dobry plan. A co do zdjęć, to myślę, że znalazłoby się na nie miejsce gdzieś w domu. Ile kosztują wieszaki?

– Nie wiem. Mogłabyś sprawdzić? – zapytała Amy i podeszła do siostry. – Cieszę się, że ci się podoba twoja nowa zabawka – dodała ironicznie, zaglądając jej przez ramię.

– Zabawka! – zawołała Lou. W przeciwieństwie do Amy, wychowała się w Anglii i za każdym razem, kiedy była oburzona, odzywał się jej brytyjski akcent. Podniosła wzrok, ale widząc rozbawione spojrzenie Amy, sama się uśmiechnęła.

– Moja droga, sama zobaczysz, jaka będzie różnica. Z komputerem wszystkie nudne zlecenia i rachunki zajmą nam dziesięć razy mniej czasu. No i otwiera to przed nami nowe możliwości.

Odwróciła ekran, tak by Amy mogła zobaczyć, co się na nim znajduje.

– To baza danych dostawców słomy i podściółki. Myślałam właśnie nad rodzajem oferty reklamowej. Miałam ci pokazać dopiero, jak poprawię tekst, ale skoro już tu jesteś, to możesz zobaczyć.

– Oferta reklamowa? – zapytała Amy podejrzliwie. – A po co?

– Dla dostawców. Czytałam o naprawdę dobrych nowych podściółkach, które są bardzo łatwe do uprzątnięcia. Dostawcy mogliby wspomnieć o nas w swoich ulotkach, a my dostalibyśmy podściółkę po promocyjnej cenie – wyjaśniła Lou. – No i mielibyśmy darmową reklamę.

– Ale słoma jest całkiem dobra – zaprotestowała Amy. – Od zawsze jej używamy.

– Tak. Ale reklama też by nam wyszła na dobre.

– Hmm... może – zawahała się Amy, która nie podzielała entuzjazmu siostry. Jeśli o nią chodziło, opieka nad końmi była sto razy ważniejsza niż nowy komputer czy reklama, ale wiedziała, że powinna dać szansę siostrze. – No, i może warto byłoby spróbować.

Zadzwonił telefon, więc Lou sięgnęła po słuchawkę.

– Oczywiście, że warto – powiedziała z uśmiechem, zanim odezwała się do słuchawki. – Sama się przekonasz.

Amy odpowiedziała uśmiechem. Tak bardzo chciała wierzyć w słowa siostry. W ciągu ostatnich pięciu miesięcy, od kiedy Lou porzuciła swoją pracę w Nowym Jorku, nie we wszystkim się zgadzały. Stopniowo stosunki pomiędzy nimi zaczęły się poprawiać, a teraz Lou była tak samo częścią Heartlandu, jak Amy czy dziadek. Amy ruszyła w stronę drzwi, po drodze usłyszała jeszcze strzępek rozmowy.

– Bardzo dziękuję za tak szybki odzew – mówiła Lou. – Niedziela nam jak najbardziej odpowiada. Nie ma problemu.

Lou słuchała, co mówi osoba po drugiej stronie słuchawki, po czym powiedziała:

– Wpół do trzeciej? Może być, oczywiście. Bardzo dziękuję i do zobaczenia – to mówiąc, odłożyła słuchawkę i odwróciła się do Amy z uśmiechem i rumieńcem na policzkach.

– O co chodzi? – zapytała Amy.

– Usiądź – odparła Lou. – Muszę ci powiedzieć coś ważnego.

– No... dobrze – zawahała się Amy. – Co to takiego?

– Nowy klient. Znalazłam konia, który wymaga leczenia.

– Nowy koń? – zdziwiła się Amy. – A co rozumiesz przez „znalazłam”?

– No właśnie to, że znalazłam – zaśmiała się Lou.

– Długo myślałam nad tym, że może powinniśmy wyjść naprzeciw ludziom, a nie czekać, aż sami się do nas znoszą. I właśnie mi się to udało.

– Mów! – Amy była zaintrygowana. – To z kim w końcu rozmawiałaś przez telefon?

– Pamiętasz ten wielki pożar w listopadzie? W stadninie niedaleko Baltimore?

– Brookland Ridge – powiedziała Amy, która czytała o tym w gazetach.

– No właśnie. Zadzwoniłam do nich wczoraj, wyjaśniłam, kim jesteśmy i zapytałam, czy nie mają jakichś koni, które potrzebują pomocy.

– Ale to same konie wyścigowe! – wyjąkała Amy.

– No i? To chyba nie stanowi problemu, co?

– No więc... – zaczęła Amy, ale przerwała. – Nie wiem – znaczy, konie wyścigowe bywają bardzo nerwowe.

Mina Lou zrzedła nieco na te słowa.

Amy wzięła głęboki oddech.

– Trzeba było to ze mną wcześniej przedyskutować, Lou – powiedziała, starając się ukryć złość.

– Przepraszam, masz rację. Prawdę powiedziawszy, nie sądziłam, że tak szybko podejmą decyzję – powiedziała Lou i spojrzała w oczy swojej siostrze.

– No dobra, powiedz mi chociaż coś o tym koniu.

Lou milczała przez chwilę.

– Nazywa się Waleczny Książę.

– Waleczny Książę! – zawołała Amy. Ten koń zdobywał same główne nagrody w konkursach trzylatków w minionym sezonie, zdobył też Puchar Hodowców w Plimlico. A potem był pożar i Waleczny Książę stał się bohaterem – uwolnił się, zaalarmował pracownika stadniny i dzięki temu uratował wiele innych koni. Cena, jaką zapłacił za swoje bohaterstwo, była jednak wysoka: ciężko ranny, z poważnymi uszkodzeniami ścięgien już nigdy miał nie brać udziału w wyścigach.

– Co się stało po pożarze? Powiedzieli ci coś na ten temat?

Lou skinęła głową.

– Zawieźli go do specjalistycznej kliniki dla koni, żeby wyleczyć poparzenia, ale tylko tyle mogli tam dla niego zrobić. Ma głębokie blizny i nigdy już nie wróci do zdrowia. Jednak prawdziwy problem tkwi w jego psychice – nikt nie jest w stanie się do niego zbliżyć. Rozmawiałam z jego trenerem, Lukiem Nortonem – jest załamany i nie wie, co robić – wyjaśniła Lou. – Pożar okazał się dla zwierzęcia traumatycznym przeżyciem. Nie potrafią znaleźć lekarstwa na jego zranioną psychikę. Gdybyśmy tylko mogli mu pomóc, właściciel zabrałby go do stadniny hodowlanej, bo taką też ma. Jest bardzo przywiązany do tego konia i nie chce go stracić.

Amy zamyśliła się. Waleczny Książę – niesamowicie byłoby się nim zająć, a jeszcze gdyby udało się jej go wyleczyć... – westchnęła głęboko.

– Będziemy musieli trzymać go osobno, z dała od klaczy – powiedziała.

– A da się to zrobić? – zapytała nerwowo Lou.

– Pogadam z Tregiem.

Widać było, że Lou poczuła ulgę.

– W takim razie, jak najszybciej daj mi znać, co postanowiliście. Bo jeśli coś nie tak, muszę od razu wiedzieć – mają go przywieźć w niedzielę.

Rozdział 2

– Treg! – zawołała Amy, wybiegając na podwórze. – Treg?

Nigdzie nie było widać chłopaka, więc pośpieszyła do tylnej stajni.

– Tu jesteś! – ucieszyła się, zaglądając do boksu Jake’a. Treg odpinał właśnie derkę, którą był przykryty koń, tymczasem w sąsiednim boksie Cyganka skubała z zadowoleniem siano.

– A o co chodzi? – zapytał, zaskoczony naglącym tonem jej głosu.

– Pamiętasz Walecznego Księcia? Tego konia z Brookland Ridge, który został ranny w pożarze? – zapytała szybko.

– Jasne – odpowiedział, ściągając derkę z grzbietu Jake’a. – Dlaczego pytasz?

– Bo istnieje spore prawdopodobieństwo, że przyjedzie do Heartlandu!

– Tutaj? – Treg spojrzał na nią zdumiony.

– Tak. Co o tym myślisz? Lou rozmawiała z jego opiekunem, Lukiem Nortonem. Właściciel chciałby przenieść go do stadniny hodowlanej, ale on jest w strasznym stanie psychicznym. Nikomu nie pozwala się do siebie zbliżyć.

– Wcale się nie dziwię – skomentował Treg. – Ma za sobą traumatyczne doświadczenia. Ale przecież my nie zajmujemy się końmi wyścigowymi, prawda? – zapytał z wahaniem.

Amy doskonale rozumiała jego reakcję. Rasowy koń o nerwowym usposobieniu różnił się znacznie od koni, które zwykle przyjmowali, a poza tym mieli ostatnio sporo pracy.

– Tak, ale z drugiej strony, do tej pory przyjmowaliśmy każdego konia z problemami i nikomu nie odmawialiśmy.

– To prawda – zgodził się Treg. Wyszedł z boksu Jake’a z przewieszoną przez ramię derką. – I w zasadzie nie ma powodu, dla którego powinniśmy odmówić przyjęcia tego konia. Pewnie nie będzie łatwo, ale... – zawiesił głos.

– Więc zgadzasz się, że powinniśmy?

– Chyba tak – powiedział powoli. – Chociaż, trzeba będzie się zastanowić, gdzie go umieścić.

Amy rozejrzała się po stajni. Z każdej strony znajdowało się sześć boksów i dodatkowe sześć w skrzydle.

– Mógłby zamieszkać z tyłu – zasugerowała. – A wokół niego dalibyśmy wałachy. Szybko policzyła w myślach: Figaro, Pirat, Jake, Kryspin, Mecenas, Batalion. No, i jeszcze koń Bena, Red. – Byłby wtedy jeden wolny boks, zostawilibyśmy go obok boksu Walecznego Księcia – żeby oddzielić go od pozostałych koni. Byłby praktycznie sam. Co o tym sądzisz?

– Wydaje się okej – Treg wzruszył ramionami. – Nic lepszego nie wymyślimy, skoro wszystkie pozostałe boksy są zajęte.

– Ale pogadam jeszcze z Benem, dowiem się, czy nie ma nic przeciwko przeprowadzce Reda.

– Ja to zrobię – zaofiarował się Treg. – I jeśli chcesz, wprowadzę Melodię i Jutrzenkę – robi się już zimno.

Wyszli ze stajni. Słońce zeszło nisko i skryło się za białym domem. Na dworze zaczynało szarzeć. Treg ruszył ku wybiegom, Amy poszła do domu. Przez kuchenne okno widać było dziadka rozmawiającego z Lou.

– Dziadku! Lou mówiła ci o Walecznym Księciu? – zapytała, wchodząc do środka.

– Mówiła – odpowiedział z uśmiechem. – Coś nowego dla nas, prawda? – zapytał, przyglądając się Amy uważnie przez zmrużone oczy. – To duża odpowiedzialność. Musisz być pewna, że nie będzie cię to zbyt wiele kosztować. Zwłaszcza, że nie będziemy zapewne narzekać na brak zainteresowania.

– Zainteresowania? – powtórzyła Amy.

– Głównie prasy – wyjaśnił dziadek. – W końcu do tej pory ciągle gościł na łamach gazet.

Amy zdała sobie sprawę z tego, że dziadek ma rację. Powszechnie znana była historia Walecznego Księcia, więc ludzie będą z pewnością ciekawi, jak potoczyły się jego losy.

– Ale to wcale nie wpłynie na to, jak będziemy go traktować. Nie inaczej niż pozostałe konie – powiedziała Amy.

– Nie – zgodził się dziadek. – A przynajmniej, nie powinno wpłynąć. Ten koń potrzebuje pomocy, tak jak inne, jednak może być ci trudno o tym pamiętać. Będziesz pracowała pod presją, Amy.

Słysząc te słowa, Amy poczuła ukłucie strachu. Nie można było przewidzieć, jak trudny okaże się Waleczny Książę, ale przecież już wcześniej radzili sobie z końmi ciężko doświadczonymi przez los. Była pewna, że i tym razem sobie poradzą. Byli potrzebni Walecznemu Księciu. Muszą sobie poradzić.

– Co ty o tym myślisz? – zapytała zaniepokojona Lou. – Jeśli uważasz, że to zbyt trudne, mogę zadzwonić do pana Nortona i odmówić.

– Nie – powiedziała Amy zdecydowanym głosem. – Jestem pewna, że sobie poradzimy. Ogląda na to, że jesteśmy dla niego ostatnią deską ratunku. Weźmiemy go.

– Gdzie ty się podziewałaś od rana? – zapytała Amy szeptem, kiedy Soraya usiadła obok niej w ławce. W poniedziałkowy poranek Sorai nie było w szkolnym autobusie.

– Mam ci coś ważnego do powiedzenia.

– U dentysty – opowiedziała Soraya, uśmiechając się dziwnie krzywo. Nie mogła mówić normalnie, bo jeszcze działało znieczulenie, które sparaliżowało jej pół twarzy. Otworzyła plecak i wyjęła podręcznik do historii. – A dlaczego? Co się stało?

Obserwując jednym okiem nauczyciela od historii, Amy uśmiechnęła się do przyjaciółki.

– Będziemy mieć w Heartlandzie konia wyścigowego.

– Konia wyścigowego! – Soraya otworzyła szeroko oczy ze zdumienia.

Ale ponieważ nauczyciel zaczął się im przyglądać, skinęła tylko głową i zajęła się książkami.

– Potem ci powiem.

Soraya spojrzała na nią z niecierpliwością, ale i ona skupiła się na tym, co nauczyciel pisze na tablicy.

Dopiero po zakończeniu lekcji Soraya miała szansę poznać całą historię. Przyjaciółki wrzuciły książki do plecaków i ruszyły ku wyjściu z klasy.

– Mów szybko – powiedziała Soraya, kiedy tylko znalazły się za drzwiami.

– To Waleczny Książę.

 

– Ten Waleczny Książę? Ten z pożaru?

– Właśnie tak. Jak się okazuje, od czasu wypadku nikt sobie nie może z nim poradzić, więc my go weźmiemy.

Soraya była pod wrażeniem.

– Amy, to niesamowite! – zaczęła.

– Co jest niesamowite? – usłyszały głos za plecami. Był to ich przyjaciel, Matt Trewin, z Ashley Grant u boku. Od czasu przyjęcia gwiazdkowego u Grantów, stosunki z Mattem były dość napięte. Matt zaproponował wówczas Amy chodzenie, a ona poczuła się bardzo niezręcznie – ceniła go jako przyjaciela, ale nic poza tym. A teraz Matt chodził z Ashley, której Amy po prostu nie znosiła.

– Cześć, Matt – przywitała się Soraya.

– No, mówcie, co to za nowina? – powiedział.

Amy bardzo chciała opowiedzieć mu o Walecznym Księciu, ale nie zamierzała nic mówić w obecności Ashley. Matka Ashley prowadziła stadninę zwaną Green Briar – stosowane w niej metody różniły się znacznie od tych, z których znany był Heartland. Ashley nigdy nie przegapiła szansy, by dogryźć Amy lub ją upokorzyć.

– Nic takiego – powiedziała Amy z pozorowaną beztroską. – Kto ma zadanie domowe z biologii? – zapytała, zmieniając temat.

– A co? Potrzebujesz pomocy od Matta? Cóż za niespodzianka! – wtrąciła się Ashley.

Amy popatrzyła na dziewczynę. Matt i Soraya nie mieli nic przeciwko pomocy, kiedy Amy zabrakło czasu na dokończenie lekcji, ale nie powinno to wcale obchodzić Ashley.

– Tak się składa, że zrobiłam – odpowiedziała Amy.

– A więc to jest ta nowina! – zaśmiał się Matt, po czym oddalił się ze swoją nową przyjaciółką. Amy patrzyła zaskoczona w ślad za odchodzącą parą. Nadal nie rozumiała, co Matt widzi w Ashley. Przecież ona jest okropna! Matt jakoś tego jednak nie zauważał.

– Naprawdę zrobiłaś zadanie z biologii? – zapytała Soraya, kiedy odeszli na tyle daleko, że nie mogli jej słyszeć.

– Oczywiście, że nie. Pomożesz mi?

– Pewnie – uśmiechnęła się Soraya. – Zrobimy je w przerwie na lunch.

Ale mimo pomocy Sorai, Amy miała tego dnia problemy z koncentracją. Myślami cały czas wracała do Walecznego Księcia. Jaki on jest? Jak bardzo jest pokiereszowany psychicznie? Próbowała sobie wyobrazić przerażenie zwierzęcia otoczonego przez ogień i aż zadrżała. Dużo czasu musi upłynąć, zanim koń otrząśnie się z takich doświadczeń. Przypomniała sobie wspaniałego ogiera, którego widziała w telewizji w poprzednim sezonie. Teraz z pewnością to już nie ten sam koń. Jaki on jest? Jak będzie na nią reagował? Od czego właściwie powinna zacząć?

Kiedy po południu biegła długim podjazdem w kierunku domu, czuła ulgę, że jest już po lekcjach. Po drodze minął ją samochód, jadący w przeciwną stronę. Przyglądała mu się przez chwilę.

– Lou! – zawołała, wbiegając do kuchni. – Lou! Kto to był?

– Tu jestem! – głos Lou dochodził z salonu.

Amy weszła do środka i z zaskoczeniem zauważyła, że fotele stoją naprzeciwko siebie, a Lou odkłada na półkę albumy ze zdjęciami.

– Co tu się dzieje? – zapytała.

– Mieliśmy tu dziennikarza – odpowiedziała podekscytowana Lou. – Będziemy w „Richmond Post”.

– W „Richmond Post”? – zdziwiła się Amy.

– Uhm. Z powodu Walecznego Księcia.

– Jak oni nas tak szybko znaleźli?

Lou wzruszyła ramionami i zebrała ze stołu puste filiżanki po kawie.

– Pewnie ktoś im powiedział w Brookland Ridge.

– O co pytał ten dziennikarz? Przecież nie mamy jeszcze Walecznego Księcia.

– Różne rzeczy o Heartlandzie. Jak pracujemy. O mamie i o tym, co się stało...

– No to chyba dobrze, nie? – zapytała Amy, biorąc głęboki wdech.

– W każdym razie, nie powinno nam to zaszkodzić – uśmiechnęła się Lou.

* * *

Następnego ranka Amy zajęła się pracą, próbując nie myśleć w ogóle o Walecznym Księciu. Swoje pierwsze kroki skierowała do boksu Melodii i Jutrzenki.

– Witaj, kochana – powiedziała cicho do Melodii, jednocześnie przekładając uzdę przez łeb Jutrzenki. – Zabieram twoją córeczkę na spacer.

Kiedy wyprowadzała klaczkę z boksu, Melodia zarżała nerwowo. Jutrzenka rozglądała się ochoczo dookoła, podekscytowana myślą, że wychodzi na zewnątrz. Amy wyprowadziła ją na podwórze i nakazała się zatrzymać, a źrebak posłusznie wypełnił polecenie. Zaczęła masować klaczkę, prosiła ją też o podnoszenie kopyta. Wiedziała, że kiedy Jutrzenka dorośnie, będzie musiała mieć regularnie czyszczone i podkuwane kopyta, powinna więc przyzwyczajać się do podnoszenia nogi i utrzymywania równowagi na trzech pozostałych. Klaczka z chęcią wypełniała prośby i czule trącała Amy pyskiem.

– Dobra dziewczynka – pochwaliła ją Amy, podnosząc jedno z przednich kopyt źrebaka.

– Jaka jest spokojna! – zauważył Ben, który wyszedł właśnie z paszami.

– Tak – zgodziła się Amy. – Wreszcie nam się udało. Jesteś zajęty?

– Miałem wyjść z Redem, ale to może poczekać. Dlaczego pytasz?

– Pomyślałam sobie, że mógłbyś popracować chwilę z Jutrzenką – wyjaśniła. – Potrzebuje częstszego kontaktu z innymi ludźmi.

– Jasne.

– To świetnie. W zupełności wystarczy dziesięć-piętnaście minut. Lepiej, jeśli w tym czasie zniknę – gdybyś mnie potrzebował, będę w siodłami.

– Dobrze – odpowiedział i chwycił za lonżę. – W razie czego będę cię szukał.

Wchodząc do zapchanej siodłami, Amy zdała sobie sprawę, że nie miała okazji zapytać dziadka o jego zdanie na temat zdjęcia fotografii ze ścian. Koniecznie musi z nim porozmawiać na ten temat. Polerowała właśnie siodło Figara, kiedy na progu pojawił się Treg. Uśmiechnęła się do chłopaka. Przez ostatni tydzień prawie w ogóle się nie widywali, tyle było pracy w Heartlandzie. Teraz wreszcie byli sami.

– Jak idzie? – zapytał Treg cicho.

– Nie najgorzej. Pracowałam z Jutrzenką, teraz Ben się nią zajmuje. Dzisiaj przeprowadzasz konie, prawda? – zapytała i sięgnęła po mydło do czyszczenia siodeł. Kostka wyślizgują się jej jednak z dłoni i upadła prosto u stóp Trega. Chłopak podniósł ją i podszedł bliżej do Amy. Wyjęła mu mydło z rąk, czując, że pokrywa się rumieńcem. Wiedziała, że od czasu Wigilii, kiedy się pocałowali, Treg szuka dogodnego momentu, żeby porozmawiać. Problem polegał na tym, że nie miała pojęcia, co miałaby mu powiedzieć. Treg znaczył dla niej wiele, ale nie była pewna, co konkretnie. Ostatnią rzeczą, na jaką miała ochotę, było naśladowanie koleżanek ze szkoły i bezcelowe łażenie za jakimś chłopakiem.

– Amy... – zaczął Treg.

– Treg, ja... – powiedziała w tej samej chwili Amy. Przerwali oboje i spojrzeli sobie w oczy.

– Jutrzenka chyba ma już dosyć – oboje podskoczyli na dźwięk głosu Bena przy wejściu. – Mam ją zaprowadzić do stajni?

– Nie, ja to zrobię – powiedziała Amy, której wejście Bena i przerwanie rozmowy przyniosło prawdziwą ulgę. – I jak się przy tobie zachowywała? – zapytała, wymijając Trega i wychodząc na podwórze.

– Dobrze. Ale Melodia wygląda na zestresowaną.

Amy odwróciła się – Melodia wyglądała ponad drzwiami boksu, wyciągając szyję, by dojrzeć swoją córkę.

– Nic jej nie będzie – powiedziała. Czuła, że powinna wrócić do siodłami i dokończyć rozmowę z Tregiem, ale coś ją przed tym powstrzymywało. Co będzie, jeśli coś się między nimi popsuje? Wydawało jej się, że tak jak jest w tym momencie – tak, jak to było zawsze – jest najlepiej. Chwyciła Jutrzenkę za uzdę i wprowadziła ją do boksu.

Kiedy w końcu wyszła, Treg prowadził Pirata w kierunku tylnej stajni. Czuła się nieswojo. Żałowała, że nie dokończyła rozmowy, a coś w środku mówiło jej „Wszystko się zmieniło. Nic już nie jest takie samo”. Próbowała odepchnąć od siebie tę myśl, więc szybko pobiegła do siodłami. Miała tyle pracy, pomyśli o Tregu później...

* * *

Przed południem Amy czuła, że głód ściska jej żołądek, poszła więc do kuchni w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Lou rozmawiała właśnie przez telefon, chyba ze Scottem Trewinem, swoim chłopakiem. Scott był bratem Matta i pracował jako weterynarz. Amy podeszła do lodówki i zaczęła wykładać produkty na stół, próbując nie podsłuchiwać.

– To nie tak, Scott – mówiła gorączkowo Lou. – To nie dotyczy ciebie, musisz to zrozumieć Lou i Scott nigdy się nie kłócili, więc Amy czuła się zakłopotana.

– Ale przynajmniej jest to jakiś system – mówiła dalej Lou. – A jeśli zadziała, zastosujemy go wobec każdej osoby. Czemu tak cię to irytuje?

Kładąc na stole szynkę i ser, Amy zauważyła najnowsze wydanie „Richmond Post”. Chwyciła szybko gazetę i zaczęła przerzucać strony w poszukiwaniu artykułu o Heartlandzie. Po chwili Lou odłożyła słuchawkę i usiadła na krześle obok.

– Na czwartej stronie – powiedziała, poirytowana jeszcze rozmową. Zamilkła na chwilę, po czym kontynuowała. – Nie mam pojęcia, dlaczego Scott robi tyle szumu.

– Znaczy... o co konkretnie chodzi? – Amy podniosła głowę znad gazety.

– Wysłałam pisma do wszystkich naszych wierzycieli, informując, że w przyszłości Heartland będzie płacił wszystkie rachunki na koniec miesiąca. Rozumiesz – zwykłe pismo urzędowe. Scott stwierdził, że powinniśmy trzymać się dawnego systemu, więc mu powiedziałam, że dawniej nie było żadnego systemu. A teraz jest i on też jest nim objęty.

– No wiesz – zaczęła ostrożnie Amy – Scott jest naszym weterynarzem od wielu lat.

– Owszem – zdenerwowała się Lou – ale moje rozwiązanie jest praktyczne i skuteczne.

Amy spojrzała na siostrę z powątpiewaniem. Nie była pewna, co powinna powiedzieć, więc wróciła do gazety i w końcu znalazła artykuł, którego szukała.

Ostatnie obstawienie Walecznego Księcia

Od dnia, w którym wielki ogień strawił połowę stadniny Brookland Ridge, zwycięzca wielu gonitw; Waleczny Książę, stał się trudny do okiełznania. Jedyna nadzieja spoczywa na stadninie treningowej Heartland, w której – jak głosi fama – pacyfikowane są nawet najbardziej narowiste konie.

Amy skrzywiła się. Przecież Heartland to coś więcej niż tylko stadnina treningowa, a poza tym bardzo jej się nie podobało określenie „pacyfikowane”. Zdobywanie końskiego zaufania polega na budowaniu więzi, a nie zmuszaniu zwierzęcia do posłuszeństwa. Zaczęła czytać dalej.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?