Ostatni pocałunekTekst

Z serii: Pierwszy i ostatni #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Prolog

Tego niedzielnego popołudnia po moich siedemnastych urodzinach Amber czule żegnała się z Robem, nie spiesząc się zbytnio. Całowali się i gruchali w drzwiczkach jego kabrioletu, a ja stałam przy krawężniku, nerwowo poruszając kolanem i martwiąc się, że spóźnimy się na autobus, jeśli zaraz nie pobiegniemy na dworzec. Martwiłam się, że moja matka dowie się, jak spędziłyśmy moje urodziny – baraszkując z bogatym „wujkiem” Amber w jego miłosnym gniazdku. Jakoś zniosłabym jej gniew, ale strasznie się bałam, że może mi zabronić spotykać się z Amber. Właśnie w ten weekend zaczęłam odkrywać własną seksualność. Po raz pierwszy poczułam się zmysłowo. Po raz pierwszy doświadczyłam prawdziwego pożądania. Nagle w moim życiu pojawiły się możliwości. Nie chciałam wracać do tego, co było kiedyś.

– Amber… – Chciałam ją delikatnie ponaglić, ale nie potrafiłam ukryć niepokoju. Jej imię było jednocześnie modlitwą i przekleństwem.

Gwałtownie obróciła ku mnie głowę, uniesieniem brwi dając mi poznać, że nie życzy sobie, by ją poganiać. Ten grymas pozostał na jej twarzy tylko kilka sekund, potem jej rysy złagodniały, a usta wygięły się w figlarnym uśmiechu.

– Emily – zawołała cukierkowym tonem. – Nie sądzisz, że Rob zasługuje na porządnego buziaka za wszystko, co dla nas zrobił?

– Jasne, że tak – odparłam równie słodko, choć byłam pewna, że większość tego wszystkiego zrobił dla siebie. Nie żebym narzekała. Dobrze się bawiłam, a on kupował nam ładne rzeczy, dla których warto było mu obciągnąć i nabawić się bólu mięśni ud. – Tylko że autobus…

Albo nie dosłyszała, albo nie przejmowała się czasem, bo przywołała mnie kiwnięciem głowy.

– Chodź się pożegnać, Em. Pocałuj go.

Słysząc to, poczułam, jak serce zaczyna mi walić, policzki płoną, a między udami rozlewa się żar, i to nie tylko dlatego, że pragnęłam tego ostatniego pocałunku. Obawy, że spóźnimy się na autobus osłabły, więc zrobiłam trzy kroki, które mnie od nich dzieliły, i uniosłam podbródek, by dotknąć ustami jego ust i językiem musnąć czubek jego języka, zanim przesunęłam nim wzdłuż jego górnej wargi.

– Jezu, Em. Autobus zaraz odjedzie. Musimy biec – powiedziała Amber przekornym tonem, niezbicie świadczącym, że przez cały czas doskonale zdawała sobie sprawę z moich udręk.

Złapała mnie za rękę i odciągnęła od naszego „wujka”. Pomachała mu jeszcze raz, zanim zerwałyśmy się do biegu, dopadając autobusu w chwili, kiedy drzwi już się zamykały. Zajęłyśmy miejsca z tyłu. Ledwo złapałyśmy oddech, zaraz znowu go straciłyśmy w niekontrolowanym ataku śmiechu.

– Jest świetny, co nie? – zapytała, gdy wreszcie się uspokoiłyśmy, ale zanim zdążyłam odpowiedzieć, dodała: – Wiedziałam, że ci się spodoba. Chyba się nie obraziłaś, kiedy zaczęłam się tam rządzić, nie? Gdy kazałam ci pocałować Roba na pożegnanie?

– Nie, skąd. Podobało mi się, że mam go pocałować. – Poczułam się tak, jakbym kłamała, a przynajmniej nie mówiła całej prawdy. Podobało mi się wszystko, co razem robiliśmy w ten weekend, cała nasza trójka. Każde nowe doświadczenie. Jednak ten ostatni pocałunek podobał mi się tak bardzo nie tylko dlatego, że był dotykiem dwojga ust, zespoleniem wilgotnych, jędrnych języków, ale po części też dlatego, że Amber kazała mi to zrobić… w połowie dla żartu, w połowie z miłości.

Nie po raz pierwszy uświadomiłam sobie swój pociąg do uległości. W ciągu kilku miesięcy, odkąd poznałam Amber, uzmysłowiła mi ona moje pragnienie podporządkowania się.

Zadowalania. Oddania się.

Jednak tym razem jej rozkaz ożywił też moje upodobania seksualne. Coś we mnie obudziła – głęboko ukrytą bestię o ogromnym apetycie na zmysłowość, rozpaczliwie potrzebującą pieszczot ze strony żywiciela, u którego stóp klęczy.

To właśnie wtedy zaczęłam rozumieć, kim się stanę i jaką rolę odegra w moim życiu Amber – będzie moją pierwszą panią, a ja będę pragnęła ją zadowolić.

1

Odruchowo ruszyłam naprzód, napędzana siłą, której nazwanie współczuciem, ciekawością lub powinnością byłoby nadmiernym uproszczeniem. Przykucnęłam obok Reeve’a i ujęłam w dłonie bezwładny nadgarstek Amber. Byłam obecna ciałem, pozornie zachowując się, jak przystało na zatroskaną przyjaciółkę, ale mój umysł zasnuwała mgła. Nadal czułam na sobie woń seksu, a echo orgazmów, które przed chwilą przeżyłam z Reeve’em, wciąż rozbrzmiewało w moim ciele, jak najsubtelniejsze drgania kamertonu.

I jeszcze to wyznanie Reeve’a… Dał mi do zrozumienia, że mnie kocha i wie, co łączyło mnie z Amber. Dlatego poczułam się wstrząśnięta, jeszcze zanim stanęłam twarzą w twarz z wcielonym duchem.

Ona powinna nie żyć.

W głowie miałam mętlik. Czułam ulgę. I bałam się, bardziej niż trochę.

Otaczał mnie gwar. Wszyscy mówili o Amber, ale nie docierał do mnie sens wypowiadanych słów. Rejestrowałam tylko jednostajny szum głosów i ledwo słyszalne kwilenie, jeszcze słabsze, niż kiedy tylko ją ujrzałam. Choć wydawała się nieprzytomna, dręczące ją cierpienie było tak potężne, że aż przedzierało się przez barierę snu.

Reeve próbował skłonić Amber do otwarcia oczu, klepiąc ją po twarzy dłonią, którą jeszcze tego samego wieczoru mnie pieścił, którą wkładał mi do ust i do cipki. Troska wyryta na jego twarzy i żarliwy ton, jakim do niej przemawiał, próbując ją ocucić, przypominały mi nasze wspólne, najintymniejsze chwile.

– Emily. To ty – wyszeptała Amber.

W jednej chwili cała moja uwaga skupiła się na niej. Wróciła mi świadomość – jej samej, jej ciężkiego stanu, całego tego szaleństwa, które rozpętało się z jej powodu. Świadomość, że teraz Reeve wiedział już ponad wszelką wątpliwość, że jego Amber była też moją Amber.

– Tak, to ja. – Głaskałam jej rękę, zmuszając się, by nie zerkać na jej podbite oczy, posiniaczony nos, poszarzałą skórę. Została zmaltretowana. Była chuda jak szczapa, a gdy ujęłam jej nadgarstek, przekonałam się, jak bardzo jest kruchy. Zacisnęłam wokół niego palce i wyczułam puls, silniejszy niż mogłam się spodziewać po tym leżącym przede mną szkielecie. To nie mogła być ta pewna siebie, tryskająca energią kobieta, którą kiedyś znałam, choć przecież nie mógł to być nikt inny. Czułam, jak przytłaczają mnie poczucie winy i żal. W gardle drapało mnie tak, jakbym nałykała się piasku.

Ona potrzebowała jednak mojej siły, a ja byłam dobrą aktorką. Dlatego wysoko uniosłam głowę i kojącym głosem powiedziałam:

– Jestem tu.

Opuchnięte i zakrwawione wargi nie pozwalały jej się uśmiechnąć, ale kąciki ust uniosły się lekko.

– To naprawdę ty – mówiła, oddychając z trudem. – Joe powiedział, że ty go przysłałaś. Na ratunek. Ja…

Zerknęłam na Joego za mną, a Amber dostała takiego ataku kaszlu, że na pewno zgięłaby się wpół, gdyby uniesienie głowy nie było dla niej zbyt wielkim wysiłkiem.

– Oszczędzaj siły. Położymy cię do łóżka, aniele. – Reeve skinął na swoich ludzi.

Anioł. Czy tak właśnie ją nazywał, czy był to po prostu wyraz czułości stosowny do chwili? Tak czy owak, brzmiało to bardzo intymnie. Zupełnie jakbym była świadkiem czyjejś sceny miłosnej.

– Potrzebuję paru rzeczy z gabinetu – powiedział Jeb do jednego ze strażników. – Kroplówkę i moją torbę. W sejfie są środki przeciwbólowe.

Wydawał kolejne polecenia, a ja wstałam, aby ustąpić miejsca Reeve’owi, który wziął Amber na ręce. Odwróciłam się do Brenta, zarządcy rancza.

– Nie powinniśmy wezwać lekarza? – Byłam pewna, że Jeb jest dobry w swoim fachu, ale był przecież weterynarzem.

Brent pokręcił głową.

– Jeb ma odpowiednie kwalifikacje, a nie chcemy wzbudzać niepotrzebnego zainteresowania.

Zaczęłam protestować, ale wtedy Amber krzyknęła, natychmiast przyciągając moją uwagę. Reeve trzymał ją na rękach, zwrócony ku schodom, ale zatrzymał się i obrócił, aby mogła mnie widzieć.

– Zaraz do ciebie przyjdę, Amber – obiecałam. – Tylko zamienię słowo z Joem, a ciebie w tym czasie położą do łóżka.

Kiwnęła głową, jej powieki opadły, jakby były zbyt ciężkie, by mogła utrzymać je otwarte.

Spojrzałam na mężczyznę, który trzymał ją w swoich ramionach. Który jeszcze przed chwilą był moim mężczyzną – teraz nie byłam już tego taka pewna. Miał kamienny, nieprzenikniony wyraz twarzy, ale kiedy na mnie spojrzał, pokój zawirował. W jego oczach kłębiło się tyle niejasnych i intensywnych emocji, że nie byłam w stanie stwierdzić, co czuje, a jedynie, że czuje bardzo wiele. I że chce się tym ze mną podzielić. Mimo że teraz było już jasne, jak wiele przed nim ukrywałam.

Ścisnęło mnie w piersi i odwróciłam wzrok, przełamując to intensywne porozumienie. Nie potrafiłam tego znieść. Odwróciłam się do Joego, zdając sobie sprawę, że Reeve stał tak jeszcze przez kolejną sekundę, zanim zabrał Amber na górę.

Całą uwagę skupiłam na Joem. Zobaczyłam go, gdy tylko weszłam do pokoju, jeszcze zanim zauważyłam poturbowaną dziewczynę na rękach Reeve’a, ale nie miałam okazji mu się przyjrzeć. Teraz obrzuciłam go uważnym spojrzeniem, szukając obrażeń poniesionych podczas ratowania Amber. Gdy niczego takiego nie znalazłam, spytałam:

– Nic ci się nie stało?

– Jestem wykończony, ale poza tym w porządku.

Odetchnęłam z ulgą.

– Mówiłam, że ona żyje.

Joe stłumił śmiech.

– Mówiłaś.

Na początku tak było, upierałam się, że Amber żyje, dopóki nie pokazał mi raportu z autopsji niezidentyfikowanej kobiety, której opis pasował do Amber i która, tak jak moja przyjaciółka, miała na ramieniu tatuaż w kształcie litery V. Ten sam raport znalazłam w e-mailu do Reeve’a, kiedy przeszukiwałam jego komputer, i wtedy na dobre straciłam nadzieję, że Amber jeszcze żyje.

 

– Jak to się…? – Nawet nie byłam pewna, jak zadać to pytanie. – Jakim cudem?

Przeczesał włosy dłonią.

– Nie wiem. Myślę, że to była celowa zmyłka. – Z wyrazu jego twarzy wyczytałam, kogo o to podejrzewał: Reeve’a Sallisa. Joe nigdy mu nie ufał i miał ku temu powody. Reputacja Reeve’a była w najlepszym razie podejrzana. Pięć lat temu jego dziewczyna Missy zginęła w tajemniczych okolicznościach, gdy przebywała z nim na jego wyspie na Pacyfiku. Oczyszczono go z wszelkich podejrzeń, ale mój znajomy Chris Blakely, który przyjaźnił się z Missy, opisał jej związek z Reeve’em jako burzliwy. Był przekonany, że to Reeve ją zabił, a niedawno zasugerował to nawet w wywiadzie telewizyjnym.

Sama nie wiedziałam już, w co wierzyć. Reeve zapewniał mnie, że nie miał nic wspólnego z jej śmiercią, a choć nie mogłam mu do końca ufać, uznałam, że nie ma to znaczenia. Skoro Amber wróciła, miałam mniej powodów, by wątpić w jego słowa.

Najwidoczniej Joe pozostał sceptyczny. W trakcie wielomiesięcznego śledztwa znalazł jeszcze więcej obciążających dowodów. Dowodów, które łączyły Reeve’a z grecką mafią i siatką handlarzy kobietami, w której sidła, zdaniem Joego, wpadła Amber.

Przypomniałam sobie jej sińce i zadrżałam. Wyglądało na to, że Joe miał rację.

– Co się stało? – spytałam go. Nie chciałam, ale musiałam się tego dowiedzieć. – Gdzie ją znalazłeś?

– U Vilanakisa.

Michelis Vilanakis, mafioso, typ spod ciemnej gwiazdy. Mogłam się spodziewać, że właśnie to nazwisko usłyszę. To w jego towarzystwie ostatnio widziano Amber. Reeve’a też coś z nim łączyło – widziałam ich na zdjęciach z różnych imprez i czytałam e-maile, które Vilanakis do niego wysłał.

– Zrobiłeś nalot na jego dom w Chicago i uratowałeś ją? Czy…? – Nie dokończyłam pytania, niezdolna wyobrazić sobie, co się naprawdę wydarzyło.

– Właściwie to miałem szczęście. – Pokręcił głową, by wyrazić własne niedowierzanie. – Prawdziwy łut szczęścia. Śledziłem Michelisa przez trzy dni, zanim ją zobaczyłem. W pierwszej chwili nawet nie zdawałem sobie sprawy, kim ona jest. Siedziałem w samochodzie i obserwowałem dom, kiedy nagle wybiegła, bardzo czymś poruszona. On wybiegł za nią, Emily, chwycił ją za włosy i szarpnął z taką siłą, jakby chciał skręcić jej kark, przysięgam. A potem rzucił się na nią. Skurwiel okładał ją po twarzy, a ona broniła się i krzyczała. Nie wiem, dlaczego jej krzyk nikogo nie zaalarmował.

Zemdliło mnie.

– Może jego sąsiedzi cholernie się go boją i nie reagują na to, co się dzieje. – Tam, gdzie dorastałam, wszyscy przymykali oczy na wszystko. Nikt nie mówił o handlarzu narkotykami, który mieszkał obok. Nikt nie zainteresował się mną, gdy moja pijana matka leżała nieprzytomna na podwórku przed domem. Nikt nie interweniował, kiedy Amber i ja paradowałyśmy w nowych ubraniach od znanych projektantów, a w naszych portmonetkach w niewyjaśniony sposób pojawiała się gotówka.

– Pewnie tak. Zostawił ją w takim stanie na podjeździe. Nie wiem, czy porzucił ją tam na pewną śmierć, czy planował wrócić i załatwić ją później. Zgarnąłem ją stamtąd i odjechałem.

– Dlaczego nie zawiozłeś jej do szpitala? Albo na policję? – Rozumiałam opory ludzi Reeve’a, ale Joe miał więcej wiary w tego rodzaju instytucje.

– Chciała jechać tylko tutaj i nigdzie indziej. Nalegała i była wystraszona. Kiedyś już była u lekarza, pamiętasz? Wtedy też była posiniaczona, a jednak jakimś cudem z powrotem wylądowała u swojego oprawcy. Nie wiedziałem, komu mogę zaufać. Więc przywiozłem ją tutaj.

Przechylił głowę i uważnie mi się przyjrzał.

– Nie spodziewałem się, że spotkam tu ciebie.

– Tak, cóż… – Wynajęłam Joego, aby zbadał sprawę zniknięcia Amber, ale nie zawsze byłam wobec niego szczera co do własnego węszenia. W tej chwili nie miałam ochoty wyjaśniać okoliczności mojego pojawienia się na ranczu Reeve’a w Wyoming. – A skąd pomysł, żeby tam jej szukać? I skąd wiedziałeś, że jednak żyje?

– Nie wiedziałem. Nie śledziłem go z jej powodu.

Zmarszczyłam czoło.

– Więc dlaczego…?

Spojrzał na mnie tak, jakby nie mógł uwierzyć, że muszę o to pytać. Ale musiałam. Chciałam, aby to powiedział.

I powiedział.

– Szukałem ciebie.

Wytrzymał moje spojrzenie, a w jego oczach dostrzegłam uczucie. Jego twarz była dla mnie znacznie czytelniejsza niż twarz Reeve’a, choć równie trudno było mi znieść to, co dostrzegałam w każdej z nich – z zupełnie różnych powodów.

Spuściłam wzrok.

– Dziękuję, Joe. Za znalezienie jej. Za przywiezienie jej tutaj.

Nie byłam w stanie podziękować mu za to, co dla mnie zrobił. Naraził się na niebezpieczeństwo, mimo że go zbywałam i nie chciałam współpracować. Mimo że wpakowałam się w całą tę przeklętą sytuację wbrew jego niezliczonym ostrzeżeniom. Nie zasługiwałam na jego troskę. Nie potrafiłam przyjąć jej z wdzięcznością.

Zrobił krok w moją stronę.

– Emily, powinnaś wiedzieć o jeszcze jednym. – Czekał, aż podniosę wzrok, i dopiero wtedy ciągnął: – Tatuaże. Dowiedziałem się, co znaczą.

– Te z literą V? – Oprócz Amber i tamtej niezidentyfikowanej kobiety widziałam taki jeszcze na ciele jednego z pracowników Reeve’a w Los Angeles. – Czyli to nie jest tylko inicjał nazwiska Vilanakis? Myślałam, że to symbol powiązań z mafią. Jak tatuaż członków gangu.

– Owszem, pochodzi od Vilanakis. Ale tego tatuażu nikt nie robi sobie dobrowolnie. Jest jak piętno. Każdy, kto go nosi, należy do Michelisa. – Aby upewnić się, że rozumiem, wyjaśnił: – Jako niewolniczy sługa.

– To nielegalne. – Idiotyczna uwaga, jakby mafię obchodziło prawo… Poczułam ucisk w gardle. – Co to w ogóle znaczy? Uciekła. Jest bezpieczna. Prawda?

– Mam wrażenie, że Michelis znakuje ludzi, kiedy uznaje, że w ciągu całego życia nie będą w stanie spłacić zaciągniętego u niego długu. A jeśli to prawda, jeśli Amber ma wobec niego tak poważne zaległości, to on… – Urwał, słysząc kroki.

Chciałam dowiedzieć się więcej, ale kiedy się odwróciłam, zobaczyłam zbliżającego się Reeve’a. Natychmiast zapomniałam o znakowaniu i sługach owładnięta plątaniną emocji na jego widok. Między nami pozostało wiele niejasności. Amber i Joe skomplikowali wszystko jeszcze bardziej.

– Ona chce się z tobą widzieć, Emily – powiedział Reeve, wbijając wzrok w Joego. – Jest w apartamencie obok twojego. – Odprawił mnie, nie pozostawiając miejsca na sprzeciwy.

Naprawdę chciałam być teraz z Amber, więc skinęłam głową i ruszyłam na górę, choć wiedziałam, że istnieje ryzyko, iż Joe ujawni wszystkie moje sekrety. Ale może nadszedł już czas, żeby tak się stało.


Nawet jeśli wcześniej o mnie pytała, przestała o tym myśleć, zanim weszłam na górę. Teraz w głowie miała już tylko jedno: potrzebowała środków przeciwbólowych. Była bez koszuli, a na jej klatce piersiowej i ramionach widać było liczne siniaki, niektóre żółtawe i wyblakłe, inne znacznie świeższe. Jedną stronę tułowia pokrywało kilka zaognionych, prawie czarnych plam. Jeb uciskał je, kiedy weszłam do pokoju, a chociaż wydawało się, że robił to delikatnie, nawet taki dotyk przyprawiał Amber o łzy.

Podbiegłam do niej, złapałam ją za rękę i pogłaskałam po włosach, ale ona cierpiała tak bardzo, że nie byłam pewna, na ile moja obecność jej pomaga. Jeb dokończył badanie linii żeber, zanim na mnie spojrzał.

– Emily, czy mogłaby pani zejść na dół, do kuchni, i przynieść kilka okładów z lodu? Jeśli znajdzie się parę woreczków mrożonego groszku czy czegoś innego, też się nadadzą.

– Jasne. Złamane? – Sama miałam kiedyś złamane żebra. Wiedziałam, jaki to ból.

– Myślę, że tylko pęknięte. Ale nie podoba mi się jej oddech. Najchętniej podałbym jej tlen, żeby nie złapała zapalenia płuc.

– W głównym biurze mamy trochę tlenu na sytuacje awaryjne – wtrącił Brent. – Zadzwonię na dół i każę przynieść. Emily, kompresy lodowe znajdziesz w małej zamrażarce w spiżarni.

Pochyliłam się i pocałowałam Amber w czoło.

– Trzymaj się. Wkrótce poczujesz się lepiej.

Ścisnęła moją dłoń, abym wiedziała, że mnie słyszy, choć w jej obecnym stanie na pewno trudno było jej w to uwierzyć.

W drzwiach minęłam się z mężczyznami, których Jeb posłał po różne akcesoria, a kiedy wróciłam z kompresami, Amber już podłączono kroplówkę. Płyn spływał do żyły na nadgarstku. Miała zamknięte oczy. Albo już spała, albo właśnie zasypiała, więc jej nie przeszkadzałam. Wręczyłam Jebowi kompresy, a potem usiadłam na małej, dwuosobowej kanapce stojącej w pobliżu łóżka i tylko bezsilnie patrzyłam.

Właściwie byłam wdzięczna za tę bezsilność. Ze wszystkich skomplikowanych uczuć, które tak bardzo mi ciążyły, bezsilność była najłatwiejsza do zniesienia. Dobrze ją znałam.

Wrócił Brent. Przyniósł zbiornik z tlenem i pulsometr. Razem z nim przyszedł Reeve, który przysiadł na drugim oparciu kanapy. Wspólnie przyglądaliśmy się, jak Jeb i Brent podłączają Amber do aparatury. Nie rozmawialiśmy i nie patrzyliśmy na siebie. Napięcie brzęczało w powietrzu jak uwięziona w zamkniętym pokoju mucha. Wiele bym wtedy dała, aby się dowiedzieć, o czym on myśli i co czuje. Czy był skupiony na niej tak bardzo, jak mi się wydawało? Czy raczej jego myśli krążyły wokół nas, tak jak moje?

Im dłużej tam siedziałam, nieświadoma jego myśli i uczuć, tym bardziej wzrastał mój niepokój.

Tuż po trzeciej Jeb skinął na nas, aby wyjść z nim na korytarz i się naradzić.

– No i? – spytał niecierpliwie Reeve.

Choć zamknął za sobą drzwi, Jeb mówił szeptem.

– Jest głównie posiniaczona. Żebra są poobijane, ale to raczej tylko pęknięcia. Ma zwichnięty nadgarstek i wstrząs mózgu, wszystkie te urazy z czasem ustąpią.

Reeve potarł kark i kiwnął głową, przyjmując to sprawozdanie do wiadomości.

– Kiedy się obudzi – powiedział Brent – może chcieć jakiegoś dopingu, jeśli wiesz, co mam na myśli. Pamiętam, że lubiła biały proszek.

Reeve pokręcił głową.

– Joe, facet, który ją tu przywiózł, uważa, że już tego nie bierze. Jest prawie pewny, że teraz przerzuciła się na opiaty.

Więc to o tym rozmawiał z Joem. Troszczył się o Amber i byłam mu za to wdzięczna. Ale też egoistycznie rozczarowana, gdy zrozumiałam, że nie wypytywał o mnie.

Jeb uniósł brwi i zastanawiał się przez chwilę.

– Heroina?

Reeve znowu pokręcił głową.

– Kodeina. Może oksykodon. Poważnie oberwała, ale podobno błagała o pigułkę co dwie godziny.

– Dał jej coś? – spytał Jeb.

– Trochę vicodinu. Mówi, że podawał go zgodnie z zaleceniami, żeby złagodzić jej ból. Ostatnią dawkę dostała jakieś cztery godziny temu.

Jeb przeliczył coś w myślach, po czym zadowolony z wyniku powiedział:

– Dodałem jej do kroplówki trochę morfiny i czegoś na sen. Trzeba będzie przypilnować czasu i podawać jej tylko to, czego będzie potrzebował jej organizm, a nie tego, o co poprosi. Rano się zorientuję, czy uda mi się zdobyć trochę metadonu.

Brent poklepał Reeve’a po plecach.

– Sprawdzę ochronę, upewnię się, że jesteśmy przygotowani, na wypadek, gdyby…

– Nie przyjdzie jej tu szukać – przerwał mu Reeve.

– Jesteś pewien? Po tych jego ostatnich wyczynach?

Reeve zawahał się, zanim powtórzył:

– Nie przyjdzie tu. Ale dodatkowa ochrona to dobry pomysł.

Przeszedł mnie dreszcz na myśl o tym, co Joe powiedział o tatuażu Amber. Ale ufałam, że Reeve potrafi właściwie ocenić zagrożenie. Twierdził, że Vilanakis nie pojawi się na ranczu, wierzyłam mu. Dodatkowa ochrona nigdy nie zaszkodzi, ale nie było się czego obawiać.

Gdy Brent się oddalił, Reeve jeszcze raz zwrócił się do Jeba:

– Co jeszcze trzeba dzisiaj dla niej zrobić?

Pokiwałam głową, żałując, że sama nie zadałam tego pytania.

– W tej chwili już nic. – Jeb spojrzał na zegarek. – Prawdopodobnie przez jakiś czas będzie nieprzytomna. Myślę, że powinniście się teraz przespać. Zostanę z nią do rana, na wypadek gdyby się obudziła.

– Ja mogę wziąć pierwszą zmianę. – I znowu Reeve mnie ubiegł. Ta propozycja trafiła w mój czuły punkt, o istnienie którego nawet się nie podejrzewałam. Pewnie dlatego, że sama chciałam być u jej boku.

 

Cóż, jeśli on zamierzał przy niej zostać, to ja też.

Ale Jeb zaoponował:

– Lepiej ja zostanę pierwszy. Chcę tu być w razie jakiejś nieoczekiwanej reakcji na leki albo gdyby jej się pogorszyło.

Reeve zawahał się, ale ustąpił.

– Znajdź mnie, jeśli coś się zmieni.

– Jasne, szefie.

– W takim razie zobaczymy się za parę godzin. – Nie obdarzywszy mnie nawet spojrzeniem, odwrócił się na pięcie i ruszył do sypialni.

Jeb rzucił mi cierpki uśmiech i wrócił do pokoju Amber, zostawiając mnie na korytarzu samą.