Dobry wilkTekst

Z serii: Reportaż
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Mówić językiem zwierząt

W dzieciństwie byłem przekonany, że potrafię porozumieć się ze zwierzętami. Nie chodziło o głaskanie, karmienie czy uczenie ich sztuczek. Wierzyłem, że zwierzęta mają własny język, którego mogę się nauczyć.

Dorastałem w obecności zwierząt. Trzymaliśmy w klatce papużki faliste i nimfy. Mieliśmy też akwarium i kiedy pewnego dnia znalazłem na podłodze wyschniętego bystrzyka neonowego, urządziłem mu uroczysty pogrzeb w ogrodzie naszej szeregówki. Przynosiłem z lasu ranne kwiczoły i pielęgnowałem je w plastikowych pojemnikach po lodach. Marzyłem o szczeniaku husky syberyjskiego, ale nigdy go nie dostałem, bo tata miał uczulenie na zwierzęta futerkowe.

Wiedzę o zwierzętach czerpałem głównie z telewizji. Oglądałem wszystkie programy przyrodnicze. Uwielbiałem obserwować Davida Attenborough, gdy mówiąc teatralnym szeptem, zbliżał się do dzikich goryli górskich. Słuchałem przekonującego, ojcowskiego głosu Arnego Weisego w programie Ett med naturen [W harmonii z przyrodą]. Najlepiej pamiętam miniserial w Telewizji Szwedzkiej (Sveriges Television), w którym fotograf przyrody Jan Lindblad wraz ze swoją partnerką Pią Thörn opiekowali się dwoma tygrysiątkami gdzieś w lasach w Östergötlandzie. Mama i tata, widząc mój zachwyt, podarowali mi książki Lindblada. Dobroduszny mężczyzna w ubraniu koloru khaki stał się moim idolem. Inni chłopcy dorastający w latach osiemdziesiątych fascynowali się być może Diego Maradoną lub Kiss. Moim marzeniem było pojechać z kamerą do dżungli amazońskiej. Kiedy Jan Lindblad w jakimś wywiadzie stwierdził, że umie mówić po „tygrysiemu”, potraktowałem to dosłownie. Byłem pewien, że można się porozumiewać z dzikimi zwierzętami, tak jak robił to Mowgli w Księdze dżungli. Miałem na kasecie magnetofonowej adaptację tekstu Rudyarda Kiplinga w wersji Walta Disneya. Każdemu przewróceniu strony towarzyszył dźwięk dzwoneczka. Słuchałem tego nagrania w kółko i pamiętam, jak płakałem, kiedy taśma w końcu się przerwała. Jeszcze dzisiaj potrafię recytować długie fragmenty tekstu i śpiewać z pamięci wszystkie piosenki.

Kiedy tygrysy Jana Lindblada dorosły na tyle, że nie można ich już było trzymać w umeblowanych pomieszczeniach, zostały przeniesione do zoo w Kolmården. Któregoś lata, chyba w 1984 roku, pojechaliśmy tam całą rodziną, żeby zobaczyć Lillan i Raniego – tygrysy Lindblada. Pamiętam, jak w upale zamykaliśmy okna w naszym volvo, sunąc powoli przez park safari, gdzie lwy, niedźwiedzie i wilki swobodnie przechadzały się wśród samochodów. Pamiętam delfinarium z butlonosami, które robiły sztuczki. Pamiętam wspaniałą przygodę. Gdy po raz pierwszy usłyszałem o ataku wilków w Kolmården, chyba powróciły wspomnienia z dzieciństwa. Identyfikowałem się z zabitą kobietą. Myślałem sobie, że oboje dorastaliśmy w kulcie natury oraz przekonaniu, że wymaga ona szczególnej opieki, od dziecka darzyliśmy zwierzęta głęboką miłością. Nie zostałem co prawda fotografem przyrody tak jak Jan Lindblad, ale w dużej mierze dzięki telewizyjnym dokumentom o zwierzętach, które oglądałem jako dziecko, zostałem dziennikarzem i pisarzem. Programy przyrodnicze stanowią doskonały materiał do nauki o dramaturgii i tworzeniu opowieści.

Zawsze pasjonowało mnie dążenie ludzi do nawiązania bliskiego kontaktu z dzikimi zwierzętami. Być może to wyraz podświadomej tęsknoty za dzieciństwem. Prawdopodobnie jest to również nostalgia za światem dalekim od codzienności Sztokholmu, ucieczka od samotności, jaką niesie ze sobą współczesne miejskie życie. Teraz, kiedy jestem dorosły, najbardziej fascynują mnie dzieła sztuki, filmy, dziennikarstwo i literatura, które zgłębiają granice pomiędzy nami i naszą kulturą a dziką przyrodą. Duże wrażenie zrobiła na mnie wykonana przez Julię Lindemalm dokumentacja fotograficzna ogrodów zoologicznych, która przedstawia ludzi i zwierzęta w sztucznym świecie barier i grubych szyb. Zdjęcia są pełne humoru, a jednocześnie melancholijne i piękne. Spotkanie z naturą zawsze zawiera w sobie element przypadku, mimo że człowiek usilnie stara się skategoryzować, zważyć, wymierzyć, skontrolować i zrozumieć otaczający go świat. Uderzyło mnie, że przedstawiając dziką przyrodę, skwapliwie pomijamy nasz narcyzm, nasze ambicje i żądzę władzy. Film Wernera Herzoga Grizzly Man znakomicie obrazuje szarą strefę pomiędzy ludzką psychiką a nieskończoną, nienaruszoną przestrzenią, którą zwiemy dziką przyrodą. Opowieść o egocentrycznym strażniku niedźwiedzi Timothym Treadwellu i jego tragicznej śmierci na pustkowiu Alaski jest zbudowana z materiału zarejestrowanego przez samego bohatera dokumentu. Jednak zamiast sentymentalnego filmu przyrodniczego Herzog pokazuje nam opowieść o ludzkich marzeniach i porażkach. W rezultacie otrzymujemy najbardziej wstrząsający i poruszający dokument, jaki kiedykolwiek widziałem.

Czasami na widok nieustających wysiłków przedstawienia i kształtowania obrazu przyrody ogarnia mnie śmiech. Film o Kaczorze Donaldzie w dżungli, który miliony Szwedów oglądają w każde święta Bożego Narodzenia, ukazuje tak naprawdę sfrustrowanego reżysera filmów przyrodniczych, dokładającego wszelkich starań, aby sportretować las równikowy na podobieństwo raju z przepięknie śpiewającymi kolibrami. Szyki psuje Donaldowi Ptak Arakuański, który doprowadza go do szału. Inną postacią, która ze wszystkich sił stara się znaleźć w sobie pokłady dzikości, jest brytyjski weterynarz i filozof Charles Foster. Przez sześć tygodni żyje niczym borsuk na pagórku w Walii i jada robaki. Zachęca swoje dzieci, aby znaczyły rewir, załatwiając się na brzegach rzek w Exmoor, tak jak robią to wydry. W poszukiwaniu żywności przeczesuje pojemniki na śmieci w centrum Londynu jak lis, a ludzie myślą, że postradał zmysły. Zawarte w jego książce Jak zwierzę wnikliwe obserwacje dotyczące życia dzikich zwierząt są równie dziwaczne, co genialne. Inne opowieści o stosunku ludzi do egzotycznej fauny są wyłącznie tragiczne. Chris Jones w lutym 2012 roku – kilka miesięcy przed atakiem wilków w Kolmården – opublikował w „Esquire” reportaż o prywatnym zoo w Ohio. Przedstawił w nim losy Terry’ego Thompsona i katastrofalne skutki jego samobójstwa dla niewielkiej miejscowości, w której mieszkał. Terry Thompson kolekcjonował żywe egzotyczne zwierzęta, tak jak inni kolekcjonują samochody czy broń. Weteran wojny wietnamskiej, niegdysiejszy skaut pragnął posiąść na własność dziką naturę. Cierpiał na głęboką depresję i zanim wpakował sobie kulę w głowę, otworzył wszystkie klatki w swoim zoo. Stanowa policja polowała nocą w amerykańskim miasteczku Zanesville i okolicy na wilki, niedźwiedzie grizzly, leopardy, siedemnaście lwów afrykańskich i osiemnaście tygrysów bengalskich. Gdy w końcu znaleźli Terry’ego Thompsona, mężczyzna już nie żył, a jego zakrwawione zwłoki wlókł przez teren posiadłości biały tygrys. Tej nocy policja zastrzeliła jedno po drugim wszystkie zwierzęta z tak zwanej kolekcji dużych egzotycznych osobników. Atak wilków w Kolmården to moim zdaniem kolejna opowieść, w której dzika przyroda stała się wytworem fantazji i konstrukcją psychologiczną.

Nawiązałem kontakt z rodziną ofiary. Spotkałem się z matką i bratem Karoliny w kawiarni w Borås, jej rodzinnym mieście. Dowiedziałem się, że Karolina ukończyła biologię na uniwersytecie i pasjonowała się zwierzętami. Nigdy nie zależało jej na sławie ani znajdowaniu się w centrum uwagi. Była inteligentna, bardzo sumienna i dokładna. Najbardziej interesowały ją słonie afrykańskie, którym poświęciła swoje badania naukowe. Rodzina nie rozumiała, dlaczego piszę tę książkę. Próbowałem wytłumaczyć, że w tragicznej śmierci Karoliny dostrzegam jakąś fundamentalną prawdę o ludzkiej kondycji; że nie był to tylko wypadek przy pracy spowodowany błędnymi procedurami bezpieczeństwa, lecz wydarzenie o znacznie większej wadze.

Odnoszę wrażenie, że mówi ono o czymś niezwykle charakterystycznym dla Szwecji i o tym, jak sami siebie postrzegamy. W naszym własnym wyobrażeniu o sobie – poza tym, że kochamy przyrodę – jesteśmy postępowym i sprawiedliwym społeczeństwem, które nieustannie zmierza ku nowoczesności. Jesteśmy dumni z tego, że mamy najlepsze programy ochrony zwierząt i najbardziej zaawansowane prawo pracy na świecie. Przez dwieście lat, do czasu ataku w Kolmården, żaden szwedzki obywatel nie został zagryziony przez wilka. Dlatego też wydarzenie to przywołuje pamięć Szwecji sprzed Pera Albina Hanssona i jego „domu ludu” (folkhemmet). Czasy, kiedy Szwecja była krajem biednych, niepiśmiennych chłopów żyjących na skraju Europy, nawiedzanych przez głód i epidemie w surowym, zimnym klimacie. Z szacunku dla krewnych ofiary postanowiłem nie zagłębiać się w szczegóły jej śmierci. Możecie mi jednak wierzyć, że z pewnością zabiły ją wilki. To, jaka była Karolina, nie ma właściwie znaczenia. Wypadek mógł się równie dobrze przydarzyć innemu opiekunowi.

Każdy, kto w najmniejszym stopniu interesuje się historią literatury, zna oczywiście prastare symbole i mitologiczne archetypy, które zawiera ta opowieść. Żądne krwi wilki atakujące bezbronną, młodą kobietę są jak wyjęte z ludowych bajek. W historii, w której nowoczesne zoo nagle i nieoczekiwanie traci kontrolę nad stadem drapieżnych zwierząt, jest również pewien element science fiction. Przypomina to Park Jurajski, tyle że zamiast dinozaurów są wilki.

Nieczęsto się zdarza, by wydarzenie ze szwedzkiej prowincji trafiało do zagranicznych mediów. Wypadek na wybiegu dla wilków w Kolmården należał do wyjątków. Donosiły o nim światowe serwisy informacyjne, takie jak BBC, CNN, „Time” i Reuters. Wszystkie odwoływały się do konferencji prasowej, która odbyła się w dniu ataku. Licznie zgromadzeni przedstawiciele mediów usłyszeli z ust dyrektora działu hodowlanego Matsa Höggrena, że kobieta była na wybiegu sama z wilkami, aby – jak to ujął – „spędzać czas ze zwierzętami”. Przewodnicy wilków w ogrodzie zoologicznym regularnie oddają się temu zajęciu. Głęboko poruszony dyrektor mówił w radiowych wiadomościach:

 

– To straszne, jesteśmy wstrząśnięci, myślimy o niej, o jej rodzinie i naszych pracownikach. – Wziął głęboki oddech. – Myślimy również, nawet jeśli to jest na drugim planie, o wilku i jego wizerunku. – W tle słychać trzask aparatów fotograficznych. – W niektórych kręgach wilk nie jest gatunkiem, który ma najwyższe notowania. Zdajemy sobie sprawę, że ponosimy odpowiedzialność za wpływ tego wydarzenia na debatę poświęconą zwierzętom i postępowanie wobec nich.

Ani Mats Höggren, ani nikt inny nie wie, co zaszło na wybiegu, ponieważ nie ma żadnych świadków ani zdjęć z wypadku. W zoo nie zainstalowano monitoringu, co w dzisiejszych czasach jest kuriozalne. Według Matsa Höggrena pracowników zaalarmował fakt, że kobieta nie odbierała radiotelefonu. Natychmiast wszczęto poszukiwania i około jedenastej znaleziono ją martwą na wybiegu.

Zaraz potem na forum internetowym Flashback rozlała się fala spekulacji rodem ze średniowiecza – rzekomi eksperci wypowiadali się, że kobieta była w ciąży, a wilki charakteryzują się wyjątkowym apetytem na ludzki płód. Albo że miała menstruację, co obudziło w zwierzętach żądzę krwi. Kolejny wątek dotyczył faktu, że kobieta znalazła się na wybiegu dla wilków sama. Może miała skłonności samobójcze lub była pod wpływem narkotyków? Albo odprawiała jakiś magiczny rytuał? Wszystkie te spekulacje nie mają żadnego związku z rzeczywistością. Z raportu lekarza sądowego wynika, że w krwi zmarłej kobiety nie było śladów narkotyków, leków czy infekcji. Po prostu trzymała się obowiązujących w swoim miejscu pracy procedur.

Wydarzenie w zoo wywołuje gorące emocje zwłaszcza w kontekście zajadłej debaty na temat wilków. Moja książka nie jest wkładem do dyskusji, która jak zacinająca się płyta powraca regularnie od czasu, gdy na początku lat osiemdziesiątych XX wieku wilki nagle znów się pojawiły w szwedzkich lasach. Sądzę jednak, że rozbieżność stanowisk w podejściu do wilków przyczyniła się do tego, że większość ludzi nie zrozumiała prawdziwego sensu tragedii w Kolmården. Wydaje mi się, że od dyskusji o tym, czy wilk jest niebezpieczny czy nie, zły czy w gruncie rzeczy dobry, ważniejsza byłaby próba wyjaśnienia, jak doszło do tego, że kobieta znalazła się na wybiegu sam na sam z drapieżnikami. Polityczny spór dotyczący wilków utrudnił nam obiektywne spojrzenie na te fascynujące i silne zwierzęta. Dziwne zachowanie kierownictwa Kolmården po wypadku było prawdopodobnie spowodowane drażliwością tematu.

Okazało się mianowicie, że obraz sytuacji przedstawiony przez Matsa Höggrena na konferencji prasowej niezupełnie odpowiada prawdzie. Być może w chaosie, który zapanował po wypadku, dyrektor dostał niepełne informacje. Może był w szoku – to całkowicie zrozumiała ludzka reakcja. W każdym razie wkrótce pojawiły się doniesienia, że ofiara wcale nie miała ze sobą radiotelefonu, jak twierdził Mats Höggren. Poza tym leżała na wybiegu przez ponad dwie godziny, zanim w końcu znaleźli ją koledzy. Wygląda na to, że kierownictwo zoo chciało dać do zrozumienia, że zabezpieczenia wokół i wewnątrz wybiegu były lepsze niż w rzeczywistości. Zacząłem podejrzewać, że istnieją jeszcze inne okoliczności wypadku, które nie zostały podane do publicznej wiadomości.

Najbardziej zaskoczyło mnie określenie „wizerunek wilka”. Używanie terminologii marketingowej do mówienia o jakimś gatunku zwierząt brzmi dziwnie. Wilk nie obiecuje mi, że wpłynie na poprawę mojego życia ani że uczyni mnie bardziej zadowolonym konsumentem. Nie jest uczestnikiem rynku towarów i usług. Wilk żyje w odrębnej materialnej rzeczywistości, gdzie wszystko sprowadza się do przeżycia, a najważniejszą zasadą jest nietrwonienie niepotrzebnie energii. Wilk jest wilkiem. Podczas pracy nad książką miałem okazję wielokrotnie zrewidować swój dotychczasowy punkt widzenia. Bo jeśli ludzie są w czymś dobrzy, to w przypisywaniu dzikim zwierzętom swoich własnych cech. Długo czekałem, by ktoś inny, jakiś dziennikarz śledczy albo badacz wilków, zajął się zagadkowym wypadkiem na wybiegu w Kolmården i przedstawił sensowne wyjaśnienie, jak mogło do niego dojść. Tak się jednak nie stało, więc zacząłem badać sprawę na własną rękę. Kiedy w styczniu 2016 roku prokurator wniósł wreszcie akt oskarżenia, śledztwo zostało upublicznione. Tym samym uzyskałem dostęp do obszernego materiału zgromadzonego przez inspektora kryminalnego Andersa Wallberga. Liczył niemal dwa tysiące stron, na które składały się zapisy przesłuchań wszystkich świadków i opinie ekspertów z całego świata. Z tych informacji stopniowo wyłaniał się obraz Kolmården jako miejsca pracy i jako domu dla stada wilków.

Od czasu gdy latem 2015 roku zabrałem się poważnie do pracy nad tą sprawą, zacząłem sobie przyswajać wszelkie dostępne informacje na temat wilków. Szukałem w bibliotekach i archiwach. Przedzierałem się przez sprawozdania naukowe, oglądałem zdjęcia prasowe i stare programy telewizyjne, słuchałem audycji radiowych. Przede wszystkim przeczytałem mnóstwo książek. Jak na tak płochliwe i rzadkie zwierzę wilk jest niesłychanie szczegółowo opisany. W naszej kulturze narosło wokół niego prawdopodobnie więcej mitów niż wokół jakiegokolwiek innego zwierzęcia. Amerykanin Barry Lopez, jeden z ostatnich wielkich autorów opisujących dziką przyrodę, pisze w książce Of Wolves and Men [O wilkach i ludziach]: „Wilk silnie działa na ludzką wyobraźnię. Przechwytuje twój wzrok i kieruje go z powrotem na ciebie”.

Muszę przyznać, że życie wśród dzikiej natury nie pasjonuje mnie w takim samym stopniu jak innych autorów prac o wilkach. Życie wilków w lesie kojarzy mi się przede wszystkim z zimnem, mordęgą i nudą. W Kolmården najbardziej interesuje mnie gatunek zwierząt znajdujący się poza wybiegiem. Ludzie. Ci z kluczami do okratowanej bramy. Ci poruszający się swobodnie między dwoma światami – wilczym i naszym. Po ataku wilków zacząłem wątpić w szczerość mojego stosunku do natury. Mój kontakt z dziką przyrodą – wyjąwszy kilka górskich wędrówek i leśne przedszkole – ogranicza się do filmów, telewizji i literatury.

Proces ówczesnego dyrektora działu hodowlanego w Kolmården, któremu przysłuchiwałem się jesienią 2016 roku w Norrköping, był czymś więcej niż rozprawą sądową. Ujrzałem w nim obraz naszych urynkowionych i zmedializowanych czasów oraz rolę, jaką odgrywa w nich natura. To dlatego zainteresowałem się historią Kolmården. Uświadomiłem sobie, że nigdy nie zastanawiałem się głębiej nad funkcją ogrodu zoologicznego w naszym laickim społeczeństwie. Uderzyło mnie, że do zoo jeździmy w poszukiwaniu opowieści o początkach życia na ziemi i groźbie mającego niebawem nastąpić upadku. Ogród zoologiczny ma wymiar duchowy, o którym się rzadko wspomina.

Nigdzie nie widać tego wyraźniej niż w wystawianym w Kolmården popularnym musicalu Life [Życie]. Jego bohaterami są delfiny butlonose, które ratują planetę przed zagładą. To spektakl w rodzaju hollywoodzkiego filmu, mnóstwo tam bombastycznej muzyki i zaawansowanych animacji komputerowych. Delfiny pogwizdują melodyjnie i posłusznie demonstrują widzom swoje sztuczki. Zupełnie inaczej wygląda niniejsza opowieść z wilkami w roli głównej. Nie ma podkładu muzycznego, reżyserii ani wyuczonych dźwięków i ruchów. Rozgrywa się w pochmurny dzień, w deszczu i błocie, w otoczeniu surowych nordyckich lasów iglastych. Reakcje zwierząt są nieprzewidywalne. To świat przemocy i dominacji, którego mimo wszelkich wysiłków nigdy nie zrozumiemy. Ta opowieść nie ma szczęśliwego zakończenia, w którym człowiek i natura mogą się wreszcie pojednać i żyć razem w boskiej harmonii. W pogoni za poczuciem maksymalnej bliskości z naturą przekroczono w Kolmården niewidzialną granicę. Nieme porozumienie człowieka ze zwierzęciem dobiegło końca. Nastąpiły chaos i śmierć. Oczy utkwione w kobietę w ostatnich sekundach jej życia były żółte i obojętne.

Wiem, że tego dnia deszcz przestał padać po południu. Wiem, że ogród był otwarty jak zwykle i nikt nie poinformował zwiedzających o tym, co się stało. Znam wszystkie okoliczności wypadku. Ale tym, co mnie naprawdę interesuje, jest to, jak w ogóle mogło do niego dojść. Jak to możliwe, że stado wilków otacza, atakuje i zabija człowieka w sercu najnowocześniejszego kraju na świecie? Chciałem zrozumieć, dlaczego młoda kobieta znalazła się sam na sam z ośmioma dorosłymi samcami wilków. Musi być jakiś powód tej, wydawałoby się, niepojętej decyzji. Dlaczego Karolina zginęła? Tę zagadkę usiłowałem rozwiązać przez ostatnie trzy lata.

Większe, silniejsze, dziksze

Policja zjawia się w Kolmården już pięć minut po telefonie do służb ratowniczych, o 11.22. W pobliżu, zupełnym przypadkiem, znajdował się patrol wezwany do wypadku drogowego. Funkcjonariusze wchodzą przez służbową bramę, którą otwiera im Kjell. Mężczyzna pracuje w zoo od kwietnia 1973 roku, dłużej niż większość jego kolegów. Sporo wie o wilkach, trzymał nawet w domu wilcze szczenięta i karmił je z butelki. Po kilku tygodniach odwiózł je z powrotem do zoo, gdzie dostały osobny wybieg. Potem oswajano je stopniowo z osobnikami w stadzie. Z początku przez kilka godzin dziennie, a kiedy nadeszła jesień, przeniesiono je na wybieg dla dorosłych wilków i stały się częścią grupy. W tamtym czasie składała się tylko z trzech dorosłych samców. Inaczej niż stado z sekcji SPKM, które w dniu wypadku liczyło ich osiem.

Kjell zawsze skrupulatnie przestrzega w pracy rozkładu dnia. Przedpołudniowa przerwa na kawę jest dla niego święta. Kiedy więc kolega mówi mu przez telefon, że na wybiegu w sekcji SPKM doszło do wypadku i byłoby dobrze, gdyby przyszedł, Kjell odpowiada, że nie ma zamiaru się ruszyć. Niech sobie radzą sami. Zaraz po odłożeniu słuchawki żałuje jednak swoich słów i ciężko wzdychając, wstaje od stołu. Czuje, że czeka go długi dzień. Nie zdaje sobie sprawy, jak długi, kiedy poirytowany, że oderwano go od przedpołudniowej kawy, odstawia na miejsce tacę. Nie wie jeszcze, co spotka go za chwilę.

Kjell wskazuje policjantom miejsce wypadku. Usiłuje zachować spokój i opanowanie w sytuacji, gdy naokoło wiele młodszych osób zanosi się płaczem. Pogotowie zabrało Sofie i Marię. Obie były w szoku. Kjell i policjanci w dalszym ciągu znajdują się na zewnątrz wybiegu dla wilków. Jeden z funkcjonariuszy pochyla się do przodu i mrużąc oczy, usiłuje zorientować się w sytuacji. Ze słów służb ratowniczych zrozumieli, że w środku jest ranny człowiek. Zamierzali udzielić pierwszej pomocy, ale widząc okaleczone ciało, szybko dochodzą do wniosku, że to bezcelowe. Robią zdjęcia przez ogrodzenie, co denerwuje Kjella. Wokół wybiegu zaczęli gromadzić się ludzie – koledzy ofiary – i Kjell uważa, że zwłoki należy jak najszybciej stamtąd wynieść. Nie powinny tak leżeć na widoku.

Ale nie on tu decyduje. Wybieg dla wilków jest miejscem wypadku i dowodzenie przejęły siły porządkowe. Policjanci się wahają. Rozmawiają po cichu z pielęgniarką z pogotowia i ratownikami przybyłymi z Krokek. Kjell spogląda przez ogrodzenie. Wilki trzymają się z daleka. Wokół panuje upiorna cisza. Czas mija. Karolina wciąż leży na ziemi wśród korzeni i igliwia. Jest martwa. Co do tego nie ma wątpliwości. Policjanci zaczynają dodatkowo odgradzać wybieg, żeby zasłonić widok.

Kjell nie może wyjść ze zdumienia na widok tej przesadnej ostrożności. Nie może pojąć, dlaczego po prostu nie wejdą do środka i nie zabiorą stamtąd Karoliny. Leży przecież tylko kilka metrów od drzwi zamykających śluzę. Policjanci czekają jednak na instrukcje z centrali. Najwyraźniej nie można zagwarantować, że wybieg dla wilków jest bezpiecznym środowiskiem pracy. Mężczyźni i kobiety, których zadaniem jest ratowanie ludzi z płonących domów lub walka z przemocą i terroryzmem, nie mają odwagi wejść na wybieg, gdzie przebywa osiem oswojonych wilków. Tam, gdzie codziennie wchodzą opiekunowie zwierząt, a klienci zarówno indywidualni, jak i w grupach zorganizowanych czekają w kolejce na wejście. Kjell zawsze uważał zsocjalizowane wilki za bandę niewychowanych szczeniąt, tyle że większych i silniejszych. Przepychają się i rozrabiają, w najgorszym razie można oberwać w nos. Ale żeby były niebezpieczne? W żadnym wypadku. Jak powiedział Tony, jeden z kolegów z pracy: „Bardziej prawdopodobne, że trafi cię piorun, niż że w Szwecji zagryzie cię wilk”.

Jeden z policjantów rozmawia z centralą. Po zakończeniu połączenia prosi Kjella, żeby przyniósł swoją broń myśliwską.

Na wybieg wchodzą po dobrej półgodzinie. Kjell i kilku zatrudnionych w zoo weterynarzy mają ze sobą strzelby, a ratownicy z pogotowia nosze. Kjell z bronią na ramieniu wypatruje wilków. Zwierzęta wciąż trzymają się z daleka. Nawet one czują, że coś tu nie gra. Mężczyzna lustruje wzrokiem wybieg i kątem oka widzi, jak ratownicy umieszczają na noszach zwłoki Karoliny. Przykrywają je żółtym kocem i wynoszą do karetki przez śluzę do podawania pokarmu. Po usunięciu ciała i zagnaniu wilków do zagrody dołączają do policjantów i trzymając się za ręce, przeszukują wybieg. Zaraz za bramą do śluzy znajdują tabliczkę z nazwiskiem i długopis. Na wilgotnej ziemi widać ślady ciągniętego ciała. Utworzony z ludzi łańcuch idzie przez wybieg w prostej linii od bramy wejściowej do śluzy i miejsca, gdzie znaleziono zwłoki. Po drodze zbierają rozsypane części garderoby opiekunki i inne jej rzeczy. Widząc ślady na ziemi, Kjell domyśla się, że Karolina została zaatakowana tuż przy drzwiach, kiedy tylko weszła do wilków. Zdążyła zrobić zaledwie krok lub dwa, zanim zwierzęta powaliły ją na ziemię. Dalsze ślady wskazują, że wilki przeciągnęły ją przez cały wybieg, aż do znajdującej się po drugiej stronie śluzy. Kjell szuka na ziemi kępek włosów. Wyobraża sobie, że jeżeli doszło do walki, zwierzęta mogły wyrwać opiekunce włosy albo ona, usiłując się uwolnić, wyszarpała kłaki sierści. Nie widzi jednak żadnych włosów. Ani śladów krwi. Jeszcze trochę dalej znajdują na wybiegu polar i kalosze Karoliny. Potem spodnie i koszulę. Wilki zdarły z niej całe ubranie. Na ziemi leży służbowa komórka, szary samsung z gumową obudową. Ekran i klawiatura są poprzegryzane. Brakuje baterii i karty SIM. Pewnie wylądowały w żołądku któregoś z wilków, one potrafią połykać najrozmaitsze rzeczy. Ostatnim przedmiotem, który trafi do techników kryminalnych, jest zwinięta karteczka. Karolina coś na niej zapisała, ale deszcz rozmył tusz na papierze.

 

Część zwiedzających zwróciła uwagę na kilka karetek pogotowia opuszczających teren zoo. Ale ci, z którymi tego samego popołudnia przeprowadzano wywiady radiowe, byli zdziwieni. Nie mieli pojęcia o tym, co się działo, kiedy byli w parku.

Stojący za ogrodzeniem wysoki mężczyzna jest w szoku, jego twarz robi się bladoszara. To kolega Karoliny, opiekun zwierząt Thomas. On i Karolina mieli wyjątkową relację z drapieżnikami na wybiegu. Pierwsze osiem miesięcy życia wilki spędziły w domu Thomasa. Wilcze szczenięta potrafią być bardziej uciążliwe niż niemowlęta – Kjell wie z własnego doświadczenia. Trudno mu sobie wyobrazić, jak można nakarmić dziewięcioro szczeniąt w tym samym czasie. Kiedy tylko dziewiąte dostanie jedzenie, pierwsze musi być już głodne. I tak pewnie przez całą dobę.

Kjell nie zna zbyt dobrze tych wilków. Nie pracuje ze zwierzętami już od 1996 roku, kiedy przeszedł do działu technicznego. Nie wie, jak wygląda życie stada. Nie zna dokładnie panującej w nim hierarchii. Wie jedynie, że jego przywódca wabi się Farkas, bo grupę wilków nazwano stadem Farkasa. Trzeba przyznać, że Kjell miał dość sceptyczne nastawienie do pracy kobiet z wilkami. Nie ze względu na masę ciała, ale ze względu na głos. Kobiecy nie wzbudza szacunku wśród zwierząt. Co innego męski – przydaje on mężczyznom autorytetu. Być może Kjell podzielił się z innymi tą opinią. Pewnie nie spotkała się ze zbyt przychylnym przyjęciem. Ale Kjell wie, że jego kolega Willy odszedł z wybiegu w sekcji SPKM, bo nie mógł się pogodzić z panującymi tam metodami pracy. Jego zdaniem za dużo było nadskakiwania i pobłażliwości w stosunku do wilków. Brakowało porządku i dyscypliny. Z Karoliną było inaczej, to wiedział. Trzymała je krótko.

Kierownik techniczny Kjell jest ostatnim człowiekiem, który postawił nogę na wybiegu dla wilków w Kolmården. Kiedy wywieziono ciało Karoliny i zebrano jej rzeczy, zamyka dokładnie okratowane drzwi i przekręca klucz w zamku. Dodatkowo zawiesza na nich łańcuch i zabezpiecza je osobną kłódką, żeby nikt niepowołany nie dostał się na miejsce wypadku. Kierownictwo zoo postanawia zakazać od tej chwili jakiegokolwiek kontaktu ludzi z wilkami w Kolmården. Rezerwacje zostają odwołane, a popularny Bliski Kontakt z Wilkiem skreślony z programu wizyt. Za radą agencji PR-owskiej Springtime, zaangażowanej do rozwiązania sytuacji kryzysowej, zostają wycofane slogany reklamowe parku: „Większy, silniejszy, dzikszy” i „Kolmården – poczuj w całym ciele”. Zakończył się eksperyment, który trwał w ogrodzie zoologicznym w Kolmården ostatnie trzydzieści lat. Kjell, oddalając się od wybiegu, słyszy za plecami, jak jeden z wilków wymiotuje.