Jestem żoną szejkaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Jestem żoną szejka
Jestem żoną szejka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 60,90  48,72 
Jestem żoną szejka
Audio
Jestem żoną szejka
Audiobook
Czyta Ewa Abart
32,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział II

Piekło, niebo

Do tej pory nie mogę zapomnieć tych ciężkich wrześniowych dni, kiedy w Dubaju ogłoszono trzydniową żałobę narodową. Ja wtedy również pogrążona byłam w przejmującym smutku. Tym razem to trwało za długo. Nie widziałam go od kilku tygodni i było mi coraz trudniej. Przestronne pałacowe sale wypełnione kosztownymi meblami i dodatkami zamiast łagodzić, jeszcze potęgowały moje poczucie przytłaczającego przygnębienia. Samotność, przywdziewając najróżniejsze szaty, szydziła ze mnie, tańcząc na lśniących, białych marmurowych podłogach. Tak bardzo mi go brakowało! Jego czułości, uważnego spojrzenia, szerokiego uśmiechu, rozpalającego dotyku… Upajającej rozkoszy naszego złączenia, a potem, kiedy wpadaliśmy w ramiona Morfeusza, tkliwości nocnego przytulenia.

Dubaj opłakiwał śmierć szejka Raszida ibn Muhammada ibn Raszida al-Maktuma, najstarszego syna emira Dubaju i wiceprezydenta Zjednoczonych Emiratów Arabskich szejka Muhammada ibn Raszida al-Maktuma. Ja łkałam z tęsknoty za moim mężem, którego nie widziałam już od tak dawna. „Salim, błagam cię, nie zostawiaj mnie samej! Przyjdź do mnie, mój jedyny, najdroższy, moje kochanie…” – krzyczałam w rozpaczy, łudząc się, że moje przepełnione miłością prośby swą zaklętą mocą sprowadzą męża do domu. Odpowiadało mi tylko echo przestronnych komnat i zdziwione spojrzenia służby. Pogrążałam się więc w przejmującej żałości, oglądając ceremonie pogrzebowe żegnające dubajskiego księcia.

Oficjalnie trzydziestotrzyletni szejk Raszid zmarł na zawał serca, ale od razu pojawiły się przypuszczenia, które wskazywały na inną przyczynę śmierci. Tajemnicą poliszynela był fakt wieloletniego uzależnienia księcia od narkotyków, nadużywanie sterydów i pobyt w europejskiej klinice odwykowej. Przypuszczano, że prawdziwym powodem zgonu było przedawkowanie narkotyków, bo trudno było uwierzyć, że ten przystojny, wyjątkowo wysportowany, młody mężczyzna zmarł nagle z powodu problemów zdrowotnych z sercem.

Szejk Raszid skończył w Anglii prestiżową szkołę oficerską Royal Military Academy Sandhurst, której absolwentami byli między innymi członkowie brytyjskiej rodziny królewskiej, w tym książę William i książę Harry. Posiadał ogromny majątek osobisty szacowany na prawie dwa miliardy dolarów. Pasjonował się sportem i osiągał w nim spore sukcesy. W dwa tysiące szóstym roku triumfował na rozgrywanych w Katarze igrzyskach azjatyckich. W zorganizowanym na pustyni wytrzymałościowym wyścigu konnym na sto dwadzieścia kilometrów zdobył złoty medal, wygrywając rywalizację indywidualną, a następnie otrzymał drugie złoto w konkurencji grupowej, gdzie triumfował wraz ze swoimi trzema braćmi. Był właścicielem lub głównym partnerem kilku potężnych firm i przewodniczył organizacjom charytatywnym. Kontynuując tradycję rodu Al-Maktum, posiadał wspaniałą stajnię koni wyścigowych, a jego wierzchowce odnosiły spektakularne zwycięstwa. Do pewnego momentu brał aktywny udział w życiu publicznym, zostając nawet prezydentem Komitetu Olimpijskiego Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Posiadał wszystko, o czym tylko może marzyć młody człowiek: tytuł księcia, urodę, niezmierzone bogactwo, wpływy, władzę i możliwość spełniania wszystkich swoich zachcianek. A jednak jakieś tajemne moce ciągnęły go w stronę destrukcyjnych pokus: kokainy, sterydów, nadużywania alkoholu, uzależnienia od seksu i dzikich orgii erotycznych, które podobno wraz ze swoim bratem urządzali w najbardziej luksusowych hotelach w Londynie, korzystając z pochodzących z handlu ludźmi żeńskich i męskich prostytutek z Europy Wschodniej.

Ród Al-Maktum, należący do czołówki najbogatszych monarchii świata i uznawany za jeden z najbardziej liberalnych, hojnych oraz dbających o swój emirat i jego mieszkańców, miał też swoje ciemne sekrety, które czasami wychodziły na światło dzienne. Dotyczyło to na przykład procederu handlu ludźmi i niewolnictwa tysięcy dzieci wykorzystywanych jako dżokeje w wyścigach wielbłądów, który był praktykowany w bogatym emiracie przez trzydzieści lat. Przeciw emirowi Dubaju szejkowi Mohammadowi i jego bratu szejkowi Hamdanowi został wytoczony w dwa tysiące szóstym roku w Stanach Zjednoczonych proces sądowy, w którym oskarżano ich o zachęcanie do porwań, a następnie zniewolenie tysięcy małych chłopców oraz bezpośredni udział w ich wyzysku. Dokumenty sądowe wskazywały, że miliarderzy osobiście wybierali, które zniewolone dziecko dosiądzie ich wielbłąda w indywidualnym wyścigu, kontrolowali nadzorców obozów, gdzie przebywali porwani i więzieni mali chłopcy, oraz osobiście wydawali im rozkazy i czerpali profity z ich pracy. Utrzymywano, że eksploatacja dzieci była tak wielka, że posuwano się nawet do podawania im hormonów hamujących wzrost, a jako dżokeje pracowali zaledwie czteroletni chłopcy, którzy byli preferowani ze względu na ich niską wagę. Jedno z małżeństw, które występowało przeciwko szejkom, twierdziło, że ich syn w wieku dwóch lat został porwany, a następnie stał się ofiarą międzynarodowego handlu ludźmi i został sprzedany jako dżokej wielbłąda oraz pracownik obozu.

Pozew o odszkodowanie przeciwko arabskim szejkom został jednak oddalony, gdyż uznano, że sprawa ta nie leży w gestii amerykańskich sądów. Obrońca w oświadczeniach podkreślał także, że już rok wcześniej dzięki programowi sponsorowanemu przez UNICEF i współpracy rządu ZEA repatriowano setki dzieci, które powróciły do swoich domów w Pakistanie, Sudanie, Mauretanii i Bangladeszu. Rząd ZEA miał przekazać w sumie trzy miliony sześćset tysięcy dolarów na pomoc i odszkodowania dla wykorzystywanych wcześniej dzieci. Wprowadzono również kary więzienia i grzywny pieniężne dla tych, którzy omijali wprowadzone prawo zakazujące zatrudniania dzieci jako dżokejów.

Problem niewolnictwa dzieci wykorzystywanych jako dżokeje wielbłądów nie dotyczył tylko Dubaju, ale również innych emiratów i krajów Zatoki Perskiej. Dane i dokumenty upowszechniane przez organizacje badające to zjawisko były wstrząsające. Mali chłopcy musieli wstawać o trzeciej rano i pracować przez osiemnaście godzin, a ci, którzy nie mogli wytrzymać tak długiego czasu bez snu, poddawani byli wstrząsom elektrycznym. Dzieci, które odmawiały wykonywania poleceń lub zaczynały się bawić, były bite lub torturowane. Skala stosowanych wobec nich okrucieństw była porażająca. Chłopcy byli wieszani za nadgarstki metalowymi łańcuchami na drągu i w spiekocie pustyni ich trenerzy bili ich metalowymi rózgami lub skórzanymi biczami. Dzieci były celowo niedożywione i odwadniane, aby utrzymać ich jak najniższą wagę, bo wtedy wielbłądy, których dosiadały, biegały szybciej. Niektóre z nich dostawały tylko trzy herbatniki z niewielką ilością wody dziennie. Innym podawano brudną i niehigieniczną żywność, gorszej jakości niż ta, którą karmiono wielbłądy. Dzieci spały na piasku pod gołym niebem, żeby zawsze były niedospane i zmęczone. Jeżeli te wszystkie zabiegi nie przyczyniły się do utraty przez nich wagi, zmuszano je do zakładania na głowy metalowych hełmów, które w upale doprowadzały do krwawienia i wycieńczenia organizmu.

Bardzo małe dzieci celowo doprowadzano do okropnego strachu lub bólu, bo wtedy ich przeraźliwy krzyk sprawiał, że wielbłądy pędziły szybciej i wygrywały wyścigi. Drobnych dżokejów przywiązywano do wielbłądów, często jednak pęd ich był tak wielki, że dzieci spadały z nich i ginęły na miejscu pod kopytami galopujących zwierząt. Te, które przeżyły, ale doznały poważnych uszkodzeń ciała, umierały po kilku dniach, gdyż były pozbawione odpowiedniej opieki medycznej. Zdarzało się, że ich właściciele zabijali je, bo już nie nadawały się do pracy.

Pozbawione mebli i elektryczności obozy, gdzie trzymano małych niewolników, były właściwie otoczonymi kolczastymi drutami więzieniami, z których nie było ucieczki. Malutkie dzieci porwane lub sprzedane przez rodziców w swoich rodzinnych wioskach w Pakistanie, Bangladeszu, Indiach lub Sri Lance często nie wiedziały nawet, skąd pochodzą i ile mają lat. Oprócz pracy jako dżokeje chłopcy musieli dodatkowo wykonywać w obozie jeszcze inne czynności, w tym sprzątanie, włączając usuwanie wielbłądzich odchodów, oraz przygotowywanie posiłków dla trenerów. Relacjonowano, że za najdrobniejsze nieposłuszeństwo, takie jak opór przy porannym wstawaniu, próby snu w ciągu długiego męczącego dnia, nieprawidłowo przygotowany posiłek albo płacz z wołaniem o powrót do mamy, chłopców spotykała ciężka kara. Oprócz bestialskiego bicia dzieci mogły być podnoszone do góry i rzucane o ziemię lub przypalane rozżarzonym metalem. Gwałty i brutalne wykorzystywanie seksualne przez trenerów również nie należały do rzadkości.

Mali dżokeje nie mogli nawet marzyć o warunkach bytowych, które w tym samym czasie zapewnione miały wielbłądy. Nieustannie o ich zdrowie troszczyli się najlepsi specjaliści, mający do dyspozycji najnowocześniejszy sprzęt w luksusowych klinikach zbudowanych dla tych zwierząt. Wielbłądy miały specjalne bieżnie, na których mogły chodzić, i baseny, w których mogły się ochłodzić w czasie upałów. Ich pożywienie było starannie wybierane i podawane w odpowiednich godzinach. Otaczał je sztab ludzi, którzy bez ustanku dbali o ich kondycję, wygląd zewnętrzny i dobre samopoczucie. Jeden z internautów, komentując opisy życia wielbłądów, napisał: „Żałuję, że nie jestem wielbłądem”.

Panowała opinia, że ta szokująca dysproporcja traktowania małych dzieci i wielbłądów wynikała z ich ceny. Porwany chłopiec kosztował niewiele, a chłopiec kupowany od rodziców – od trzech do pięciuset dolarów. Wartość jednego wielbłąda mogła natomiast dochodzić do milionów dolarów. Na organizowanych co roku w Abu Zabi konkursach pustynnych wielbłądzich piękności padały kolejne rekordy cen, które szejkowie byli gotowi zapłacić za najbardziej okazałe zwierzęta. Jeden z książąt jednorazowo wydał na wielbłądy pięć i pół miliona dolarów, kupując w tym wielbłądzicę za rekordową sumę dwóch milionów siedmiuset dwudziestu tysięcy dolarów. Właściciele najszybszych i najpiękniejszych wielbłądów, oddając się głęboko zakorzenionej w arabskiej kulturze rozrywce, mogli zbierać wysokie profity za zwycięstwa swoich zwierząt w konkursach piękności i wyścigach. W najpopularniejszych z nich brały udział tysiące wielbłądów, a pula nagród do rozdania mogła wynosić do dziesięciu milionów dolarów, stu luksusowych samochodów, jachtów i wielu sztabek złota, którymi dzielili się szczęśliwi zwycięzcy poszczególnych kategorii. Wygrana w zawodach była uznawana za wielki honor dla każdego właściciela wielbłąda, uczestnicy konkurencji całowali go w nos, wyrażając tym swój respekt dla niego, a jego imię wymieniano w telewizji oraz lokalnej prasie.

 

Jednak za tą kultywowaną przez superbogate naftowe kraje tradycją kryło się cierpienie dziesiątków tysięcy małych niewolników, którzy szmuglowani z biednych wiosek Afryki i Azji Południowej, przez całą dobę w żarze pustyni i warunkach urągających godności ludzkiej, służyli swoim panom dla ich przyjemności. Co z tego, że pod naciskiem opinii międzynarodowej już w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym trzecim roku Zjednoczone Emiraty Arabskie wydały prawo zabraniające zatrudniać dzieci poniżej piętnastego roku życia jako dżokejów, jeśli przepisy te nie były w rzeczywistości egzekwowane. Dopiero wieloletnia, nieustająca silna presja międzynarodowych organizacji walczących o prawa dzieci poskutkowała widocznymi zmianami. W drugiej dekadzie dwudziestego pierwszego wieku wprowadzono zdalnie sterowane maleńkie roboty pełniące funkcję dżokejów. Od tej pory na wyścigach można było zobaczyć galopujące wielbłądy z umocowanymi na nich lekkimi robotami-dżokejami, które sterowane były z jadących na sąsiednim torze samochodów terenowych. Trenerzy obserwowali swoje wielbłądy, wykrzykiwali instrukcje do trzymanego w ręku głośnika i w ten sposób kierowali zwierzętami. Mogli zmusić je do jeszcze szybszego biegu, używając batów, które kontrolowali za pomocą pilotów. Roboty upowszechniły się w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Katarze, Arabii Saudyjskiej, Bahrajnie i Omanie. Powszechne zastąpienie głodzonych i nieludzko wykorzystywanych małych dzieci przez roboty-dżokejów spowodowało, że wyścigi wielbłądów, ten „sport szejków”, jak go popularnie nazywano, przybrał bardziej humanitarne oblicze.

Im dłużej mieszkałam na Bliskim Wschodzie i im więcej jego mrocznych tajemnic odkrywałam, tym większe narastało we mnie przekonanie, że trzeba o nich głośno mówić, aby chociaż w ten sposób uhonorować lata cierpienia istot ludzkich, które nigdy nie miałyby możliwości publicznie wypowiedzieć się w swoim imieniu. I to jest warte towarzyszącego mi ciągle poczucia ogromnego zagrożenia oraz przeraźliwego strachu, który pojawia się przy każdej pisanej linijce.

***

Usłyszałam nieśmiałe pukanie do białych, stylowych drzwi salonu, w którym siedziałam, oglądając telewizję.

– Proszę!

To była Malati, moja hinduska służąca, którą wkrótce po naszym ślubie wybrałam do mojej osobistej obsługi.

– Tak, Malati? – Odwróciłam wzrok od ekranu.

– Madame! Kucharz pyta, na którą ma przygotować kolację. – Hinduska, chociaż pracowała u mnie już ponad dziesięć lat, zawsze zwracała się do mnie cichym, uniżonym głosem. – Gdzie madame sobie życzy, abym ją podała?

Tego rodzaju pytania jeszcze bardziej mnie dobijały. Co z tego, że miałam do wyboru parę jadalni, salonów, a nawet sypialni, gdzie mogłam spożywać moje posiłki, jeśli musiałam robić to sama.

– Nie wiem, Malati. – Poczułam pieczenie pod powiekami. – Powiem ci później.

– Dobrze, madame.

– A jak tam twoja rodzina? – Zawsze starałam się wychodzić poza typowe stosunki ze służbą, polegające tylko na wydawaniu poleceń.

– Dziękuję, madame, dobrze. Ale w naszej wiosce znowu porwali trzech małych chłopców. Rodzice szaleją z rozpaczy. Zgłosili zaginięcie na policję, ale wiadomo, że to nic nie da.

– To przykre. – Pomyślałam, że szajki przemytników hand­lujących dziećmi nadal grasują. I mimo że zrobiono już wiele, żeby uratować dziesiątki dzieci, to było wielce prawdopodobne, że nielegalne obozy dla małych niewolników na pustynnych bezkresach nadal istniały.

– Tak, madame. A co z kolacją?

– Nie wiem, potem ci powiem. Dziękuję, Malati, możesz odejść.

– Dobrze, madame.

Malati zamknęła drzwi, a ja znowu poczułam ten wielki ciężar w klatce piersiowej, który pojawiał się zawsze wtedy, kiedy mąż zostawiał mnie samą. Z biegiem czasu coraz trudniej było mi znosić moje odosobnienie. Kiedy Salim przed laty zrobił to po raz pierwszy, początkowo poczułam zdziwienie, zakłopotanie i wielkie zażenowanie. Wstydziłam się przed służbą, że mąż mnie tak potraktował. Byłam żoną szejka, a nagle zostałam zostawiona bez słowa wyjaśnienia jak przypadkowa kochanka. Pamiętam, że przyjechaliśmy wtedy z kolejnej podróży do Europy. Już w drodze powrotnej, w naszym prywatnym samolocie Salim zachowywał się inaczej niż zwykle.

– Habibi6, co się dzieje? – Próbowałam zrozumieć jego nagłe milczenie. On jednak nadal nic nie mówił, tylko z zaciętą twarzą wpatrywał się w ekran swojego laptopa.

– Salim, proszę cię, powiedz mi, co się stało.

Mój mąż nadal się nie odzywał, więc przysunęłam się do niego bliżej.

– Habibi… – Chciałam się do niego przytulić.

Odsunął się tak raptownie, że przestraszona aż odskoczyłam.

– Salim! – Serce zaczęło mi bić szybciej.

Mąż, nawet na mnie nie patrząc, z wyraźną wściekłością wziął swój laptop i wstał z zamiarem opuszczenia saloniku.

– Habibi! – Złapałam go za ramię.

Salim gwałtownie mnie odepchnął i przeszedł do innej części samolotu, a ja, zupełnie zdezorientowana, wycierałam płynące po policzkach łzy. Zaraz potem przyszła stewardesa, pytając, czy czegoś potrzebuję. Próbując opanować płacz, poprosiłam o wodę z cytryną i wtedy ogarnęło mnie zawstydzenie, że mąż odnosi się do mnie w ten sposób.

To była jedna z trudniejszych sytuacji, z którymi musiałam sobie przez lata radzić – ciągłe wyeksponowanie mojego prywatnego życia, a często też i bardzo osobistych przeżyć na spojrzenia kręcącej się wokół mnie służby i obsługi. Myślę, że często jest tak, że kiedy mierzymy się z jakimś trudnym dla nas problemem, szczególnie gdy wiąże się to dla nas ze zranieniem lub poczuciem krzywdy, to wychodzimy do ludzi, nakładając maski, które nie pozwalają na obnażenie naszego cierpienia. Uśmiechamy się przez niewidoczne łzy, zostawiając zgryzotę w środku, jakbyśmy nie chcieli przyznać się przed otoczeniem do naszego niepowodzenia lub mniejszej czy większej porażki. Załamania przeżywamy w swoim wnętrzu lub z najbliższymi przyjaciółmi. A moje życie, czasami nawet intymne, toczyło się na oczach tak naprawdę obcych mi ludzi. Sprzątająca sypialnię lub zmieniająca pościel służąca bez problemu mogła domyślić się, czy noc była wybuchem szaleństwa, czy nie, podająca nam posiłki służba słyszała większość naszych rozmów, a wożący nas kierowcy dokładnie wiedzieli, gdzie i z kim spędzamy czas.

Po wylądowaniu mąż pierwszy opuścił samolot i nie czekając na mnie, wsiadł do podstawionego samochodu. Ja do pałacu pojechałam sama. Już na podjeździe pojawiła się służba, która wyjęła bagaże i liczne torby z zakupami, po czym zaniosła je do rezydencji. Weszłam do środka i po szerokich, marmurowych białych schodach udałam się na górę do naszej sypialni. Miałam nadzieję, że Salim już tam będzie, odpoczywając po podróży. Mieliśmy taki nasz mały rytuał, który polegał na tym, że po przyjeździe z lotniska i relaksującej kąpieli wchodziliśmy do szerokiego łoża, służące podawały nam odświeżające soki, małe przekąski i kawę, a my, przekomarzając się i żartując, wspominaliśmy najprzyjemniejsze chwile z ostatnich wojaży. Zawsze uważałam, że zwiedzając i poznając świat, podziwiając nowe krajobrazy i architekturę, doświadczając nieznanych dotychczas smaków, kolorów i zapachów, w jakiejś mierze odkrywamy zarazem cząstkę samych siebie. Lubiłam dzielić się z mężem swoimi pierwszymi wrażeniami ze zwiedzanych przez nas krajów, szczególnie w tym specyficznym momencie, kiedy zaraz po powrocie jeszcze trochę byłam pamięcią w tych dalekich miejscach, a jednocześnie mogłam się cieszyć komfortem i atmosferą własnego domu. To było jeszcze przed tym, zanim nasz pałac zaczął kojarzyć mi się z zimną, zamkniętą twierdzą.

Pamiętam mój zachwyt nad zjawiskowym pięknem i mocą oceanu po pierwszej wyprawie na wyspy strefy międzyzwrotnikowej. Po oświadczynach Salima każda plaża była dla mnie swoistą enklawą radości i zapowiedzią miłych wrażeń. Spacerowaliśmy z Salimem po złotym, aksamitnym piasku nad brzegiem lazurowego oceanu, w oddali na tle błękitnego nieba odcinały się cienkie, chylące się ku wodzie pnie palm zakończone ciemnozielonymi pióropuszami liści, a ja z przejęciem wsłuchiwałam się w głęboki pomruk przybywających gdzieś z daleka potężnych fal. A później, kiedy już wróciłam do domu i zanurzyłam się w delikatnej jedwabnej pościeli, wśród niezliczonej liczby większych i mniejszych zdobionych poduszek, ten ocean, majestatyczny w swej nieprzewidywalnej sile, wciąż we mnie falował.

– Salim! Ten szum… pulsujący miarowo jak oddech giganta… dający ukojenie, a jednocześnie owiewający cię swą niezmierzoną, nieposkromioną mocą… To było… fantastyczne… cudowne… I te barwy… zmieniające się o różnych porach dnia… wszystkie odcienie błękitu… i inne kolory… turkusowy, szafirowy, ultramaryna, chabrowy, modry, lapis-lazuli… A w blasku zachodzącego słońca refleksy świetlne mieniące się czerwienią i szkarłatem… Nieskończone piękno natury… – Brakowało mi słów, żeby wyrazić moje zafascynowanie wszechpotężnym żywiołem. – A z drugiej strony… – Położyłam głowę na silnym ramieniu męża. – Ocean potrafi być tak niewyobrażalnie niszczycielski… Jak sobie pomyślę o tym ostatnim katastrofalnym tsunami! Prawie trzysta tysięcy zabitych… Miliony ludzi, którzy stracili dach nad głową i dobytek całego swojego życia… Ocean, początkowo z pozoru spokojny, uderzył nagle z przerażającą siłą wypiętrzonymi na kilkadziesiąt metrów ciemnymi masami rozszalałej wody, rujnując wszystko po drodze…

– Nie myśl o tym teraz. – Salim przytulił mnie do siebie. – Przypomnij sobie te niezwykłe wieczory, które spędziliśmy razem nad kołyszącym się łagodnie oceanem.

– Tak, rzeczywiście było pięknie – przyznałam, przysuwając się jeszcze bliżej męża. – Pamiętasz nasze wspaniałe kolacje w tej wyjątkowo klimatycznej restauracji na plaży? Wyborne owoce morza wybierane wprost z akwarium… Delikatne mięso świetnie podanego homara… Blask świec… Księżyc jaśniejący nad szemrzącymi falami… Salim! – Z wdzięcznością pocałowałam męża w policzek. – Jestem z tobą taka szczęśliwa!

– Isabelle! Twoja radość… – Salim nie próbował nawet ukryć wzruszenia. – Jest… najważniejsza… bezcenna… – Wodził gorącymi ustami po mojej szyi, dekolcie i piersiach.

Przymknęłam powieki, poddając się jego żarliwym pocałunkom i wyrafinowanym pieszczotom. A później zapadłam się w jego ramiona jak w toń najgłębszego oceanu.

***

Tamtej nocy, kiedy wróciłam sama do pałacu po obcesowym potraktowaniu mnie przez męża w samolocie, byłam przekonana, że kiedy jak zwykle znajdziemy się po podróży w naszym małżeńskim łożu, to wszystkie niesnaski szybko pójdą w zapomnienie. Nie spodziewałam się, że Salima nie znajdę nie tylko w naszej sypialni, ale i w całym domu.

– Malati, zapytaj służby, czy baba7 wrócił do pałacu – zwróciłam się do mojej osobistej służącej, pokonując narastające zażenowanie. Nie czułam się komfortowo w sytuacji, kiedy musiałam pytać o mojego męża służbę, bo ja nie wiedziałam, gdzie go mogę znaleźć.

– Dobrze, madame. – Malati opuściła sypialnię.

Próbowałam dodzwonić się do Salima na któryś z jego numerów, ale żaden nie odpowiadał. Rozgoryczenie mocno ścisnęło mój żołądek. Powstrzymywałam cisnące się do oczu łzy i analizowałam nasz pobyt w Portugalii, starając się dociec, co mogło do tego stopnia zdenerwować mojego męża, że potraktował mnie w ten sposób. Ale nic szczególnego nie przychodziło mi na myśl, gdyż wydawało mi się, że spędzaliśmy czas tak jak zawsze. Zwiedzaliśmy ciekawe miejsca, jedliśmy w ekskluzywnych restauracjach, czasami szukaliśmy kameralnych knajpek, w których próbowaliśmy lokalnych potraw, spacerowaliśmy, robiliśmy zakupy… Według mnie nie wydarzyło się nic takiego, co dałoby Salimowi powód do tak aroganckiego zachowania wobec mnie.

Po długiej kąpieli, podczas której pełna rozżalenia czekałam na charakterystyczny odgłos pewnych kroków mojego męża, położyłam się do łóżka w naszej sypialni.

Po chwili usłyszałam pukanie.

 

– Proszę.

Malati przyniosła tacę pełną przysmaków, którą postawiła na małym stoliku.

– Proszę, madame.

– Rozmawiałaś ze służbą? Wiedzą, gdzie jest baba? – zapytałam.

– Tak, rozmawiałam, ale nikt nic nie wie, madame. Żaden ze służących go dzisiaj nie widział.

– Czyli baba nie wrócił z lotniska do pałacu? – Cała ta sytuacja była dla mnie coraz bardziej niezręczna.

– Nie, madame.

– Dziękuję, Malati. – Zamrugałam powiekami, żeby zupełnie się nie rozkleić.

Malati skierowała się w stronę drzwi.

– Poczekaj, Malati. Weź tacę. Nie będę nic jeść. Zostaw mi tylko wodę.

– Dobrze, madame. – Służąca zabrała wszystko oprócz karafki i szklanki.

Odwróciłam się na bok i odruchowo położyłam rękę na poduszce. Jeszcze bardziej dotknęła mnie pustka i brak bliskości ukochanego mężczyzny.

– Salim! – Już nie próbowałam powstrzymywać lecących ciurkiem łez. – Dlaczego mi to robisz?! Przecież wiesz, jak bardzo cię kocham! – wołałam półgłosem w przestrzeń, zaciskając z bezsilności dłoń na poduszce.

Później nie spałam do białego rana, czuwając w pogotowiu na przybycie mojego męża. Miałam nadzieję, że po kilku godzinach złość mu przejdzie i pojawi się w domu, a ja wreszcie dowiem się, co go tak bardzo wzburzyło. Wydzwaniałam do niego bez przerwy, ale na początku odzywały się tylko przeciągłe sygnały nieodbieranego telefonu, a później wiadomości o jego wyłączeniu. O świcie wstałam i z zapuchniętymi od płaczu oczami chodziłam nerwowo od okna do okna, wyglądając powrotu męża. Wtedy przekonałam się, jak bardzo nasz ogromny pałac potrafi być przytłaczający.

Po trzech dniach zobaczyłam podjeżdżającego pod dom mercedesa męża.

– Salim! – Jak szalona pobiegłam na dół, otworzyłam drzwi i wyskoczyłam na zewnątrz.

– Co się stało? Gdzie ty byłeś? – Z trudem powstrzymywałam się, żeby nie rzucić mu się na szyję, bo mój mąż nie lubił jawnego okazywania czułości przy służbie.

Salim nic nie mówił i nawet na mnie nie patrzył. Jego twarz była straszliwie napięta, tylko od czasu do czasu drgał na niej pojedynczy mięsień. Odniosłam wrażenie, że Salim toczy ze sobą jakąś wewnętrzną walkę, jakby do końca nie był pewien, czy powinien wrócić do domu. Ale kiedy już postawił pierwszy krok na najniższym stopniu marmurowych zewnętrznych schodów, wszedł po nich pewnie, a następnie szybko pokonał obszerny hol i skierował się na górę do naszej sypialni. Ja podążałam tuż za nim, znowu czując się nieswojo, bo mimo że służba była przyuczona do powściągliwości i dyskrecji, to kręciła się po pałacu, wykonując swoje obowiązki, a tym samym zakłócając moją prywatność.

– Kochany! Najdroższy! Dlaczego zostawiłeś mnie samą? – W sypialni od razu wpadłam w ramiona męża.

Salim w pierwszym odruchu przytulił mnie mocno do siebie, wyrażając tym gestem swoją ogromną tęsknotę.

– Mój najukochańszy! – Przycisnęłam mokre od łez wzruszenia policzki do jego szerokiej klatki piersiowej. On jednak nagle odsunął mnie od siebie.

– Salim! – Nie mogłam zrozumieć zachowania męża.

– Isabelle! – Ton głosu Salima był lekko zmieniony. – Nie możesz postępować w ten sposób!

– W jaki sposób? – Zdziwiona spojrzałam na męża.

– Niestosowny – odpowiedział szorstko Salim.

– Co masz na myśli?

– To ty nie wiesz?

– Nie.

– To przypomnij sobie, jak zachowywałaś się w Portugalii! – krzyknął na mnie mój mąż.

– W Portugalii?

– Tak, w Portugalii! Twoje postępowanie było nie do przyjęcia!

Milczałam zaskoczona nagłym atakiem męża.

– W Portugalii cały swój czas spędzałam z tobą albo przebywałam sama w pokoju hotelowym, więc chyba nie mogłam zrobić nic złego – powiedziałam po chwili.

Twarz Salima stężała, pokazując, jak trudna była dla niego ta rozmowa.

– A kierowca? – wycedził.

– Jaki kierowca? – Nie zrozumiałam.

– No ten, który odwoził nas na lotnisko! – Salim znowu podniósł głos.

– Kierowca jak kierowca, odwiózł nas i tyle.

– Rozmawiałaś z nim! – Salim wrzasnął oskarżycielsko.

– Ja?! Ja z nim nie rozmawiałam!

– Nie kłam!

– Nie kłamię!

– Kłamiesz! A kto wychwalał przed nim Lizbonę!

– Salim! Ty chyba przesadzasz! To była zwykła grzecznościowa wymiana zdań! Zapytał, jak nam się podobało jego miasto, więc zwyczajnie odpowiedziałam! – Uniosłam się, bo zarzuty męża wydały mi się absurdalne.

– Nie zwracaj się do mnie tym tonem! – rzucił Salim ze złością.

– Salim!

– Milcz, kobieto! – Wzburzenie męża sięgnęło zenitu.

Zastygłam w przestrachu, bo nigdy wcześniej nie widziałam męża tak na mnie rozgniewanego. Salim zaczął chodzić po sypialni tam i z powrotem, od czasu do czasu groźnie na mnie spoglądając. Po paru minutach stanął przede mną i surowo spojrzał mi prosto w oczy.

– Isabelle, twój głos… – na szyi nabrzmiały mu żyły – jest bardzo kobiecy… i nadzwyczaj zmysłowy… twój głos… jest bardzo prowokujący, więc… – przełknął ślinę – …kiedy mówisz, to uwodzisz… tak, bardzo uwodzisz… – powtórzył dobitnie. – Dlatego… – spojrzał na mnie twardo – dlatego nie wolno ci rozmawiać z mężczyznami!

Słuchałam wywodu Salima w osłupieniu, gdyż wydawało mi się, że od momentu ślubu mój kontakt z odmienną płcią był bardzo ograniczony, więc nie widziałam żadnych podstaw do wymówek, które czynił mi mój mąż. Trudno było nazwać rozmowami z mężczyznami wydawanie poleceń kierowcom, ogrodnikowi czy kilku pracownikom fizycznym zatrudnionym w pałacu, zamawianie potraw u kelnerów albo wybieranie towarów u sprzedawców.

– Salim, ale przecież… – Zamierzałam mu powiedzieć, co myślę na ten temat, ale mąż nie pozwolił mi dokończyć.

– Już nic więcej nie mów! Masz mnie słuchać i robić, co ci każę, zrozumiałaś?!

– Tak – odpowiedziałam machinalnie, bo chciałam, żeby ta niepotrzebna awantura jak najszybciej się skończyła.

– To dobrze, Isabelle, to bardzo dobrze – stwierdził Salim i opuścił sypialnię.

Znowu zostałam sama. Czułam się kompletnie rozbita wewnętrznie. Z jednej strony cieszyłam się, że mąż przyjechał do domu, bo całkowity brak kontaktu z nim bardzo mnie frustrował. Z drugiej strony trudno mi było zrozumieć fakt, że potraktował mnie w tak szorstki sposób tylko dlatego, że powiedziałam parę uprzejmych zdań, i to w jego obecności, do wiozącego nas kierowcy. Było mi bardzo przykro z tego powodu. Niestety później przekonałam się, że to nie była najgorsza rzecz, jaka mogła mnie spotkać ze strony mojego męża. Przez następne lata jeszcze niejednokrotnie musiałam mierzyć się z zaskakującymi i ogromnie bolesnymi dla mnie sytuacjami.

***

Żałoba po szejku Raszidzie wmalowywała się w czerń mojej znękanej duszy, która coraz gorzej znosiła kolejne ciosy. Oglądałam relację z uroczystości pogrzebowych odbywających się w wielkim, zbudowanym według klasycznych zasad architektury i sztuki islamskiej meczecie z charakterystyczną kopułą, dwoma minaretami, wewnętrznym rozległym dziedzińcem, kolumnami, arkadami i łukami, przepiękną marmurową posadzką oraz wspaniałą dekoracją wnętrza, wśród której wyróżniał się sufit ozdobiony wzorami geometrycznymi i gwiazdami. Przybyli licznie szejkowie składali zbolałemu ojcu, władcy Dubaju, kondolencje. Mężczyźni podchodzili kolejno do emira, całowali go w oba policzki, nos, czoło lub prawe ramię, wyrażając tym łączenie się z nim w jego smutku. Wyrazy współczucia przekazywali władcy innych emiratów, najwyżsi dostojnicy państwowi oraz elita całego kraju. Zwłoki, ułożone na niezwykle skromnych marach, przykryte flagą Zjednoczonych Emiratów Arabskich w kolorach czerwieni, zieleni, bieli i czerni, z ambulansu do meczetu przenieśli bracia zmarłego. W meczecie nie było kobiet, gdyż islam zabrania im uczestnictwa w pogrzebach.