Pretty Reckless. All Saint High. Tom 1

Tekst
Autor:
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Totalnie słabe. – Bailey prycha.

– Ale widzę, że lubisz czytać. – Wskazuje podbródkiem na stos książek leżących na stoliku w salonie.

Bailey jest molem książkowym. Uwielbia poezję. To kolejny powód, dla którego jest moją wersją 2.0.

– W San Diego jest taka knajpka, w której ludzie czytają wiersze. Miejsce jest całkiem spoko, no i serwują tam najlepszą szarlotkę na świecie. Tam moglibyśmy pójść. I twoi rodzice również.

Wszyscy uśmiechają się jak w reklamie pasty do zębów. Nikt nie zauważa, że Penn zapomniał mnie zaprosić. Z hukiem odstawiam kieliszek z wodą na stół. Jestem ignorowana. Może zachowuję się jak ten chłopiec, który co chwilę wołał o pomoc, a gdy w końcu przyszedł wilk – nikt mu nie uwierzył. Może tak często byłam wredna i zirytowana, że gdy w końcu mam powód do złości, nikogo to już nie obchodzi.

– Ale super – stwierdza Bailey. W tej samej chwili Mel postanawia podejść do propozycji od strony praktycznej.

– Nie masz samochodu, Penn. Codziennie będziesz musiał jeździć do San Diego, więc lepiej nie spieraj się ze mną w kolejnej kwestii.

Penn posyła jej mordercze, wkurzone spojrzenie. Gdybym ja tak na nią spojrzała, nie uszłoby mi to na sucho.

– Czy to ten moment, gdy mówi pani, że chce mi kupić samochód? Bo ja nie jestem żigolakiem.

– Już to zrobiliśmy. – Tata wzrusza ramionami i wkłada do ust kawałek steka. – To nie jest żadne drogie auto. A poza tym w moim ostrzeżeniu zapomniałem zawrzeć również żonę. Ten komentarz o żigolaku niemal przypłaciłeś złamanym nosem.

– Dobra. To powiem inaczej: nie przyjmuję jałmużny. – Penn dźga steka tak mocno, że martwa krowa niemal muczy z bólu.

– Jesteś pewien? – odzywam się zaczepnie. Mieszam wodę, kręcąc kieliszkiem. – Bo wyglądasz i ubierasz się jak ktoś, kto jej potrzebuje.

– Daria – zwraca mi uwagę Mel.

Bailey kręci na mnie głową.

Nie podoba mi się ta sytuacja. Nienawidzę Penna. I pluję sobie w brodę, bo pokazuję swoje prawdziwe oblicze, to sukowate, które w jego obecności jest podszyte niepewnością.

Penn udaje, że mnie nie słyszał, i kradnie brukselkę z talerza Bailey.

– Dzięki Marksowi. – Mała się śmieje. – Nie znoszę brukselki. Dlaczego masz dziurę w koszulce?

Chcę jej powiedzieć, że robi je specjalnie. Że coś oznaczają. Bo on zawsze ma dziurę w koszulce, nieważne, gdzie go widzę i co akurat ma na sobie. Milczę jednak i liczę ziarenka pieprzu na swoim kawałku kurczaka.

Moja siostra i ja nie jesteśmy ze sobą szczególnie blisko.

– Wiąże się z tym pewna historia – odpowiada.

– Jakaś ciekawa? – pyta.

– Innych nie znam.

– Pokażę ci twój nowy samochód, synu – odzywa się tata.

„Synu”.

Przewracam oczami, by się nie rozpłakać.

Marksie, to będzie naprawdę bardzo długi rok.

Rozdział 4

Jesteś piękna jak piosenka

I jak krzyk brzydka

Ale pod tym cudnym ciałem

Kryje się krucha istotka

Chcę się wbić w szczeliny twej duszy

Wyciągnąć z ciebie wszystkie sekrety

Niech rzucone na ziemię skowyczą

A potem będę chłonąć twój wyraz twarzy

Twój ból będzie smakować słodyczą

Daria

Gdy budzę się rano, znajduję na biurku nadgryzione zielone jabłko. Leży na otwartym podręczniku do historii, w którym żółtym markerem podkreślono jedno zdanie: „Kiedy Rzymianie najechali na Brytanię, sprowadzili ze sobą jabłka”.

Mam ochotę rozwalić ten dom ściana po ścianie i krzyczeć, aż padnę.

Ostatecznie postanawiam zrezygnować ze śniadania i udać się prosto do szkoły.

Teraz siedzę na stołówce, staram się oddychać normalnie i przeżyć.

– Artyści nie grają zespołowo. Tylko prawdziwy indywidualista jest w stanie coś stworzyć. Aby stworzyć arcydzieło, musisz być jednocześnie jajeczkiem i plemnikiem. – Blythe stoi na ławce, racząc wszystkich teatralną przemową.

Vaughn siedzi po drugiej stronie pomieszczenia, zupełnie nieświadomy tematu jej wykładu. Jest sam i szkicuje w notesie projekt następnej rzeźby.

Knight ziewa.

– Kurde, Blythe. W twoich ustach nawet seks brzmi jak stypa – stwierdza.

Vaughn nie je. Nigdy. To znaczy na pewno je – inaczej by nie przeżył – ale nie je przy ludziach. Właściwie nie robi wielu rzeczy, które innym ludziom są potrzebne do przeżycia. Myślę, że dlatego w tych murach jest taką legendą. Nie chodzi do łazienki w szkole. Nie ćwiczy na lekcjach wuefu. Jeśli spotyka się z jakąś dziewczyną, ludzie dowiadują się o tym dopiero po ich zerwaniu, gdy szalona suka w ramach zemsty postanawia zniszczyć jego szafkę, biurko lub posiadłość. No właśnie – Vaughn spotyka się z normalnymi, zdrowymi na umyśle dziewczynami i zmienia je w postrzelone wariatki. Ponadto nie chce sobie wybrać jednej ławki ani nie zamierza się udzielać towarzysko. Sądzę, że to zasługa jego popularności. Może siadać, gdzie chce. Zupełnie jakby cały świat należał do niego. Tylko że on nie jest z tego świata.

– A co ty wiesz o artystach? – rzuca Gus, ciskając w Blythe połową swojej kanapki z jajkiem i tuńczykiem. Chłopak siedzi na stole, opierając stopy o ławkę. To obleśne i całkowicie zbędne, ale nie mam nastroju na kłótnię.

Blythe łapie kanapkę. Uśmiecha się, siada i odwija ją z folii.

– Wiem, że mają bardzo sprawne dłonie. W przeciwieństwie do ciebie. – Odgryza kawałek kanapki i przewraca oczami. – Hmm, ale dobre.

Esme okręca na palcu kosmyk kruczoczarnych włosów i strzela balonem z gumy.

– Nie chcę być nieuprzejma, ale zanudzacie mnie na śmierć. Cole, każ Vaughnowi tu przyjść.

Knight jest zajęty rozglądaniem się za Luną, więc odpowiada jej, nawet na nią nie patrząc.

– Cholera. – Klepie się po spodniach, sprawdza kieszenie złotej marynarki od Gucciego. – Nie mogę znaleźć…

– Czego? – Esme mruga powiekami.

– Informacji, od kiedy zacząłem przyjmować od ciebie rozkazy.

Wszyscy wybuchają śmiechem. Nawet ja się uśmiecham.

– No weź, Knighty. My tylko chcemy posłuchać o wakacjach Vaughna we Włoszech. – Blythe odrzuca włosy na plecy i trzepocze rzęsami. Przysięgam, flirtowałaby z księdzem na własnym pogrzebie. Ta jędza jest nieprawdopodobna.

– Proszę cię. Miles z kółka szachowego mógłby się wybrać w kosmos i zaliczyć historyczny przystanek na Słońcu, a ty nadal nie poświęciłabyś mu ani minuty swojego czasu. – Esme wybucha śmiechem. Blythe to jej najlepsza przyjaciółka i wie, jak Ortiz ubóstwia Vaughna Spencera.

– Joł, Daria – krzyczy Gus, a ja odrywam wzrok od sałatki, którą męczę od dziesięciu minut. – Coś ty taka cicha?

A ty chociaż raz jesteś spostrzegawczy.

– Pani Linde się na mnie uwzięła. – Wzruszam ramionami.

I to nawet nie jest kłamstwo. Ta małpa mnie nienawidzi. A ja nie znoszę siedzieć w jej klasie, gdzie moi rodzice zaczęli się bzykać. Poprosiłabym o przeniesienie do innego nauczyciela, ale musiałabym się spotkać ze szkolną pedagog, a ona już próbuje mnie wypytywać o te plotki związane z dyrektorem. Nie chcę, żeby Prichard miał jakieś problemy. Poza tym jest jeszcze Penn, mój wróg numer jeden, mieszkający ze mną pod jednym dachem. Ten rok miał być moim ostatnim luźnym przed studiami, a okazał się katastrofą.

– Chcesz się do czegoś przydać? – Gus oblizuje usta. Czy wspominałam już o tym, że jest obleśny? Och, racja, dosłownie chwilę temu.

– Tobie? – Mierzę go wzrokiem, gładząc się po podbródku. – Tylko jeśli będzie się to wiązać z wielką zmianą wizerunku i dużą dawką pokory z twojej strony.

Gus to umięśniony, typowy amerykański blondyn o szczęce superbohatera i szeroko rozstawionych niebieskich oczach, przez które wygląda jak alpaka. Gdyby to był film z lat dziewięćdziesiątych, byłby czarnym charakterem. Chociaż jak się nad tym zastanowić – już nim jest. Oprócz tego, że zajmuje się zakładami w wężowisku, lubi sypiać z dziewczynami i rzucać je od razu po, przez co nie zyskał przychylności wśród niektórych rodziców. Jeśli ja przypominam jeżozwierza – niebezpiecznego, gdy się go sprowokuje – to on jest kangurem: nieokrzesanym dręczycielem, który nie ma żadnego konkretnego powodu ani celu. Gdy rodzice zabrali nas na wycieczkę do Australii, ostrzeżono nas, żebyśmy uważali w nocy podczas jazdy samochodem na otwartych terenach, bo kangury mają w zwyczaju wskakiwać na drogę i straszyć przejezdnych. Właśnie taki jest Gus. Agresywny i głupi.

Jest miły tylko dla Knighta, swojego ulubionego rozgrywającego, który ratuje większość naszych meczów, i Vaughna, kury znoszącej złote jaja, który pokazuje się w wężowisku co weekend, gotowy zmierzyć się z trzema członkami gangu i myśliwcem.

Ludzie kwitują mój komentarz śmiechem. Przy stole siedzi cała masa futbolistów i cheerleaderek. Knight w końcu zauważa Lunę po drugiej stronie pomieszczenia i schodzi z naszej ławki.

– Na razie, głąby. Wasz widok to zawsze czysta przyjemność. Cóż, poza widokiem sztucznych cycków Esme.

Esme otwiera usta i łapie się za cycki ściśnięte w kolorowej sukience od Dolce & Gabbany. Przesuwa wzrokiem między Knightem a nimi.

Luna Rexroth nie chce z nami siedzieć. Któregoś razu, gdy Knighta nie było, Gus nabijał się z niej przy stole, że nic nie mówi. Nie powstrzymałam go i do tej pory jest mi z tym źle. Ona nie jest tu mile widziana ani nie jest warta kłótni, ale i tak nie zasłużyła na podłe traktowanie.

– Do czego Daria ma się przydać, Gus? – pyta Esme, skubiąc kawałek marchewki, i przenosi uwagę ze swoich sztucznych cycków, które były prezentem od rodziców na osiemnaste urodziny, z powrotem do mnie.

– Podobno Penn Scully ma nam po szkole złożyć wizytę, żeby nas ostrzec przed robieniem jakichś kawałów przed meczem. W zeszłym roku All Saints zniszczyło trawnik na boisku Las Juntas i te spłukane ćwoki tygodniami nie miały gdzie grać. Uznałem, że Daria będzie chciała pobawić się w sędzię, skoro na niego leci.

 

Moje serce zaczyna bić tak szybko i głośno, że czuję je aż w palcach u stóp. Aż za gałkami ocznymi.

Marksie, Marksie, Marksie.

– Na Scully’ego? – Prycham. – Hmm, podziękuję.

– Czy to dlatego krzyczałaś, kiedy Vaughn wbił go w ziemię? – Gus przekrzywia głowę.

– Facet był napruty. Po prostu bałam się, że przez niego Vaughn będzie miał kłopoty.

Gus obrzuca moją twarz jasnym spojrzeniem, a z jego ust nie znika szyderczy uśmieszek. Nachyla się w moją stronę i pstryka mnie palcem w nos.

– Jakoś ci nie wierzę.

– Jak to dobrze, że spełnianie twoich oczekiwań nie jest celem mojego życia. – Pokazuję mu środkowy palec. Ludzie znowu się śmieją. Pewnie z zewnątrz wyglądam, jakbym była w swoim żywiole, ale w środku, pod uroczą letnią sukienką, jestem zupełnie zawstydzona.

– Udowodnij to dzisiaj o trzeciej.

– Pff, mam dzisiaj trening, tępaku. A poza tym również życie.

– Zadaniem cheerleaderek jest wspieranie drużyny futbolowej – odzywa się Esme, tylko po to, by zrobić mi na złość. Nadal ma do mnie żal o to, że zostałam kapitanką drużyny. Tylko że ona we wszystkich próbuje wzbudzać poczucie winy za zjedzenie czegokolwiek innego niż dietetyczna cola. Nikt nie chce, żeby zajmowała się choćby menu na bal na zakończenie szkoły, a tym bardziej drużyną cheerleaderek.

– Nie da rady, señor dupku. – Podkradam jabłko z jego tacy i biorę kęs. Dopiero wtedy dociera do mnie, co zrobiłam.

– Trening cheerleaderek jest o wpół do czwartej. Zdążysz. – Blythe przygryza dolną wargę.

Marksie, mam nadzieję, że dziewczyny wyrastają kiedyś z chęci trzymania strony chłopaków.

– Dobra. Jak chcecie. – Wstaję i biorę swoją czerwoną plastikową tacę. Wychodzę ze stołówki, powstrzymując się od płaczu. Nie mam ochoty stanąć twarzą w twarz z Pennem. Wiem, że to głupie, ponieważ teraz razem mieszkamy i spotkania są nieuniknione, ale nie podoba mi się jego mina, gdy na mnie patrzy. On potrafi przejrzeć mnie na wylot i to mnie przeraża.

Przez resztę dnia czuję się przybita, ale staram się trzymać głowę wysoko i uśmiecham się wymalowanymi błyszczykiem ustami. Nie pomaga mi także, że ja i Blythe przyszłyśmy dzisiaj do szkoły w takich samych sukienkach, przez co nie mogę się pozbyć wrażenia, że mamy również podobny gust co do chłopaków.

Tylko że ja nigdy nie spałam z Pennem.

Pocałował mnie, żeby mi pokazać, że może. A potem zerwał mi z szyi naszyjnik z morskim szkłem i powiedział, że nie zależy mu na moich pierwszych razach.

Z każdym tyknięciem zegara moje serce coraz bardziej się kurczy. Jest jak bomba z opóźnionym zapłonem, a gdy wybija trzecia, dźwięk dzwonka eksploduje w moich uszach. Gus czeka przed moją klasą, opierając się łokciem o framugę drzwi. Na głowie ma czapkę bejsbolową odwróconą tyłem do przodu. Gdy ludzie wychodzą z klasy, strzela balonem z gumy przy ich uszach. Opuszczam pomieszczenie na końcu, a on zagląda mi przez ramię i pociąga nosem.

– Czy to jest klasa, w której ruchali się twoi rodzice?

Skąd wszyscy o tym wiedzą?

Bo wszyscy mają rodziców, którzy też ukończyli tę szkołę. Ludzie gadają. Ludzie zawsze gadają.

– Miejmy to już z głowy.

– Tak, proszę pani. – Odpycha się od framugi i ruszamy razem w stronę wyjścia ze szkoły i bramy.

Próbuję sobie wmówić, że chodzi tu o Penna i najlepiej zrobię, jeśli udam, że się nie znamy. To spotkanie wcale nie musi się skończyć katastrofą. Może to być okazja, by udowodnić Gusowi, że między nami niczego nie ma. Wolę umrzeć niż się przyznać do spotykania z biedakiem z Las Juntas.

Gdy zbliżamy się do bram, zauważam Penna opartego o nowiuteńkiego srebrno-niebieskiego priusa. Przygryzam wargi, żeby nie prychnąć. Tata kupił mu samochód pasujący do ekologa pijącego kawę produkowaną zgodnie z zasadami sprawiedliwego handlu, który uważa, że biały cukier jest równie zły, co czysta heroina. Penn stoi z ramionami skrzyżowanymi na klatce piersiowej i ma na nosie okulary w stylu Jaxa Tellera. Marszczy brwi. W koszulce ma dziurę w okolicach serca, a czarne dżinsy podkreślają to, jaki jest wysoki i wysportowany, szczególnie jak na skrzydłowego. Przy nim Gus wygląda jak czołg (i ma IQ czołgu).

Gus i ja zatrzymujemy się przed Pennem na tyle daleko, by nie było wątpliwości, że to nie jest żadne towarzyskie spotkanie. Mam wrażenie, jakbyśmy dzierżyli miecze. Gus jeszcze nie widział miecza Scully’ego, ale po tym spotkaniu, gdy Penn zapowiedział podbicie mojej ziemi i obalenie moich rządów, jest już na nim moja krew.

– Co tam, pacanie? – Gus wyciąga rękę do Penna, by przybić żółwika.

– Widzę, że przyprowadziłeś obstawę – drwi ze mnie Penn. Ignoruje rękę Gusa, aż ten ją opuszcza. – Zamierza zanudzić mnie na śmierć rozmową o prostownicach do włosów? Czy to jest twoja strategia?

Gus patrzy to na mnie, to na niego, i gwiżdże cicho.

– Kurde. Gdy drugoklasista skopał ci dupę i Daria zareagowała tak emocjonalnie, byłem pewien, że się bzykacie. Serce tej suki nie roztopiłoby się nawet na pustyni.

Przewracam oczami.

– Przecież mieszkamy na pustyni, idioto.

– No właśnie! – Gus porusza brwiami sugestywnie. – No i jak tam, Penn? Jak twoja dziewczyna?

To Penn ma dziewczynę? Przecież wczoraj się ze mną całował. Moje serce zaczyna bić szybciej.

– Nie twoja sprawa – warczy Penn.

– Przejdźmy do rzeczy. Za chwilę mam trening cheerleaderek. – Macham ręką ponaglająco.

– Ta rozmowa ciebie nie dotyczy – wytyka Penn leniwym, beznamiętnym tonem, który doprowadza mnie do szału. – Brama jest w tamtą stronę. – Wskazuje na wyjście z terenu szkoły.

Gus chichocze i klepie Penna po ramieniu. Dobra, dość tego. Zachowywanie się jak dupek jest dopuszczalne do pewnego stopnia, ale tak przy ludziach? To już deklaracja wojny.

– Chyba jednak zostanę. – Tym razem to ja zakładam ramiona na piersi. – Żeby tłumaczyć Gusowi twój język. On nie mówi płynnie w języku białej hołoty.

– Za to ty tak? – Penn znacząco unosi brew.

– Ale ci pocisnął! – Gus wymachuje ręką w powietrzu, śmiejąc się. – Cholera, wy się naprawdę nienawidzicie. Ostro.

No bez kitu.

Nawet nie mam czasu zastanowić się nad swoimi słowami ani ich efektem – od razu wyrywają mi się z ust, bo rozpaczliwie chcę walczyć o swój honor.

– O dziwo, mówię w tym języku płynnie. Twoja siostra mnie go nauczyła. – Uśmiecham się drwiąco.

Na swoją obronę muszę przyznać, że nienawidziłam siebie, jeszcze zanim w ogóle wypowiedziałam te słowa. W tej chwili mam wrażenie, że moje serce jest sitem i właśnie wylewa się z niego cały jad. Nie mogę uwierzyć w to, co właśnie powiedziałam. Kiedy mina Penna zmienia się ze znudzonej we wściekłą, nawet nie jestem zaskoczona. Jego nozdrza falują, pozbywa się maski, mruży oczy w wąskie szparki.

Zakrywam usta ręką. Na twarzy Penna maluje się szaleństwo. Przypomina mi tornado, które zaraz pozrywa dachy i wyrwie drzewa z korzeniami.

– O rany… – Gus strzela balonem z gumy, podnosi bejsbolówkę i przeczesuje palcami blond włosy. Są tak proste i błyszczące, że wyglądają jak wydmy piasku na wietrze. – Penn Scully robi sobie wrogów na wysokich szczeblach, ale nie jestem ani trochę zdziwiony. Co miałeś mi do powiedzenia, Scully? Nie mam całego dnia. Niektórzy z nas muszą trenować. Nie chcę przegrać pierwszego meczu w tym sezonie. – Puszcza do niego oko.

– Zapomnij o sprawie, Bauer. – Penn kręci głową i odpycha się od swojego samochodu. Ma zamiar stąd odejść. I to w gniewie. Przeze mnie. Wsiada do samochodu i wszystko dzieje się jak w zwolnionym tempie.

Mam ochotę krzyczeć i płakać, ale w wężowisku już wykorzystałam pulę publicznych wybuchów. Gus dwukrotnie uderza w dach samochodu Penna i zostawia mojego nowego współlokatora z ostatnim komentarzem:

– Niezła bryka, ziom. Ukradłeś ją jakiejś rozwiedzionej filantropce?

– Twojej matce, Gus. Chociaż ona lubi nieco inny rodzaj jazdy, co nie?

Gus robi się czerwony. Pojęcia nie mam dlaczego. I mnie to nie obchodzi. Oni obaj są debilami.

Obracam się i biegnę w stronę szkoły. Nie mogę tu zostać. Nie mogę tu wytrzymać. Nie mogę oddychać.

Gus krzyczy za mną, że zaczynam się robić dziwna i powinnam przestać spędzać tyle czasu z Luną. Chociaż wcale się z nią nie trzymam. Luna, Knight, Vaughn, Bailey i Lev to zwarta grupa, zawsze się wspierają i nigdy nie przejmują się tym, co myślą inni. Ja się przejmuję wieloma bzdurami. Co za ironia, bo przecież jestem jedną z tych dziewczyn w szkole, której ludzie najbardziej się boją i którą najbardziej gardzą.

Biegnę przez boisko do futbolu w stronę damskiej szatni. Nikogo tam nie ma, bo spóźniłam się na trening. Otwieram drzwi i zamykam się w kabinie. Osuwam się na podłogę i opieram plecami o ścianę z wypisanymi na niej obraźliwymi słowami – część z nich nawet sama napisałam. Przesuwam dłońmi po twarzy. Cholera. Dlaczego musiałam wspomnieć o Vii? Dlaczego jestem taka wredna? Kiedy tam byliśmy, tkwiący we mnie Hulk walił w moją klatkę piersiową pięściami i mówił mi, że nie mogę okazać słabości.

Więc dlaczego czuję się taka słaba?

Wycieram twarz, wypijam całą butelkę wody i otwieram drzwi. W szatni zdejmuję sukienkę, otwieram drzwiczki swojej szafki, wyjmuję strój cheerleaderki i zatrzaskuję je. Nagle obok dostrzegam znajomą twarz.

– Walka czy ucieczka?

Odskakuję i przyciskam się plecami do szafki.

Penn.

– Odbiło ci, Scully?

Stoi w szatni dla dziewczyn w szkole, do której nawet nie chodzi. Cała jego postawa zwiastuje kłopoty i gdyby mój tata dowiedział się, że jesteśmy tu sami, powiesiłby go za jaja na maszcie All Saints, a jego połamane nogi powiewałyby na wietrze jak flaga.

Nie wspominając już o tym, że znowu widzi mnie nago. Prawie nago.

– Odpowiedz.

– Walka. Ja zawsze walczę. To jak, czy twoja dziewczyna wie, że sypiasz z Blythe Ortiz i całujesz się ze mną? – Uśmiecham się słodko, próbując udawać niewzruszoną, ale natychmiast żałuję swojego pytania. Nie powinnam wiedzieć o Blythe ani nie powinnam się przejmować tym, że mnie pocałował.

Penn gwiżdże i kiwa głową.

– Wypytujesz o mnie, co, Daria? Ja cię tylko pocałowałem, żeby udowodnić, że mogę z tobą robić to, na co mam ochotę. A czy ona o tym wie czy nie, nie ma znaczenia, bo ja cię nie chcę. Teraz moja kolej, by zadać pytanie. – Robi krok w moją stronę, przyciskając mnie do metalowych szafek.

Szatnia jest przestronna, a nawet przesadnie luksusowa. Szafki pomalowano pod kolor naszych strojów, na niebiesko i czarno, a nasi bogaci rodzice wydali tysiące dolarów na dizajnerskie chromowane zlewy, przeszklone prysznice i wiszące granatowe ławki.

Wzrok Penna jest tak przeszywający, że na ciele czuję gęsią skórkę. Ale co z tego, skoro on potrafi przejrzeć mnie na wylot? Pod opalenizną, makijażem i maskarą jestem brzydka. Same mięśnie, organy, żyły i nienawiść. Marksie, dlaczego jestem taka pełna nienawiści?

– Czy ty usiłujesz być suką, czy wychodzi ci to naturalnie?

Zarówno jedno, jak i drugie, odpowiada Hulk we mnie. Jestem naturalnie zawistna i małostkowa, ale zachowywanie się jak wredna suka jest moim odruchem bezwarunkowym w sytuacji zagrożenia.

Oczywiście prędzej bym umarła, niż odpowiedziała zgodnie z prawdą. Przesuwam chłodnym spojrzeniem po jego gojącej się twarzy. Wygląda na udręczonego i cudownie niedoskonałego, jak Johnny Depp w filmie Co gryzie Gilberta Grape’a. Gdyby dał mi więcej przestrzeni, odrzuciłabym włosy na plecy, ale jego ciało przyciska się do mojego – stoi jeszcze bliżej mnie niż wczoraj w mojej łazience – więc jeśli się ruszę, to go dotknę. A chcę go dotknąć. I właśnie dlatego się nie ruszę.

– Jeśli chodzi o ciebie? – Obrzucam jego twarz spojrzeniem. – Przychodzi mi to naturalnie, skarbie.

Jego postawa nadal wyraża stoickie znudzenie, więc kontynuuję urażonym tonem:

– Sam zacząłeś, jasne? Gus myślał, że się spotykamy, więc chciał, żebym robiła za mediatorkę. Ale ty się nie mogłeś powstrzymać i musiałeś mnie zaatakować. I co? Miałam tak po prostu stać i się dawać?

– A nie od tego są wszystkie cheerleaderki w All Saints? – Uśmiecha się drwiąco.

– Palant z ciebie.

– A ty jesteś kłamczuchą. To ty na mnie naskoczyłaś.

– Dlaczego miałabym to robić?

 

Prostuję się, moje udo muska jego nogę. Spodnie ma podarte na kolanie, a gdy wcześniej byliśmy na zewnątrz, pod spodem widziałam delikatne blond włosy na jego opalonej skórze. Jestem cholernie pewna, że cały jest boski i wkurza mnie to, że nie mam w głowie jego widoku, gdy jest rozebrany. Bo on doskonale wie, jak wyglądam nago.

– Bo jesteś marionetką popularnych dzieciaków? Bo myślisz, że jesteś jakąś królową, która ma prawo wtykać nos w nie swoje sprawy? Bo cię nienawi…

Miażdżę jego usta w pocałunku, rozpaczliwie próbując go uciszyć. Wiem, że jestem tchórzem i po prostu nie chcę usłyszeć prawdy. Ale zaskakuje mnie to, że on się odwzajemnia. Ujmuje moją twarz w dłonie i oddaje pocałunek. Nie rozumiem tego. Ja się nie całuję z chłopakami, których ledwie znam. Nie całuję się nawet z tymi, których znam dobrze. Całowanie się jest dla mnie bardzo ważne. Choć Penn nie jest do końca obcy. Nosiłam jego wspomnienie przez cały czas w tym naszyjniku z morskim szkłem, a teraz, gdy mi go odebrał, tylko jego uwaga może zaspokoić moją potrzebę bliskości.

Jego spojrzenia. Jego gniew. Jego usta.

– Mój tata cię zabije. – Uśmiecham się przy jego ustach, a on znowu próbuje wcisnąć mi język do ust.

– Nie możesz postawić przed wygłodniałym kotem śmietanki i oczekiwać, że odwróci wzrok.

Jego oddech się rwie, jego ręce są duże, zrogowaciałe, szorstkie, ciepłe i znajome. Przesuwa palcami po mojej twarzy, szyi, włosach, ciągnie za nie, by odchylić mi głowę i przyssać się do miejsca tuż pod żuchwą. Wzdycha, gdy mnie naznacza. Czuję radość w sercu, a w ustach cudowny smak Penna. Słodki i niebezpieczny smak mężczyzny. Wyczuwam świeżo ściętą trawę, kalifornijskie słońce i odrobinę potu, pasty do zębów i żaru. Nasze języki tańczą razem. Już nie jestem pewna, czy czuję się smutna czy szczęśliwa, ale wiem, że zawładnęły mną emocje. Odczuwam wszystko. Żyję. Jestem żywa.

Jego erekcja przyciska się do mojego brzucha, zaczynam się o niego ocierać i wtedy dopada mnie rzeczywistość. Słyszę dźwięk otwieranych drzwi. Najpierw myślę, że naszły nas koleżanki z drużyny, Penn jednak przyciska się do mnie, jakby chciał zasłonić moje półnagie ciało. Szukam jego dotyku i pocałunków, ale wtedy zdaję sobie sprawę, że on nie chce się ze mną całować – tylko mnie osłonić.

Mrugam, próbując się otrząsnąć.

– …mi to wyjaśnić. – Do mojego mózgu przesącza się ostry głos i szybko otwieram oczy.

O Marksie.

Obracam głowę i widzę w drzwiach przytłaczającą sylwetkę dyrektora Pricharda. Jest tu sam, ale wolałabym, żeby cała szkoła patrzyła, jak obmacuję się z kapitanem Buldogów z Las Juntas, niż on. Penn staje przede mną, twarzą do dyrektora, żeby mnie zasłonić. Zamiast przeprosić lub się wytłumaczyć, sięga do tylnej kieszeni spodni, wyciąga z niej gumę, odwija ją i wkłada do ust. Papierek spada na podłogę.

W moich oczach chyba właśnie stał się takim samym kozakiem jak Vaughn i Knight.

– Dyrektorze Prichard… – Czuję, jakbym miała w ustach watę.

Patrzy na moją twarz znajdującą się za plecami Penna, a na jego obliczu maluje się taki gniew, że aż czerwienią mi się policzki. Nie powinnam czuć się jak oszustka, Pricharda i mnie nie łączy nic poważnego, ale ta scena wydaje się jakaś nie na miejscu. Jakby chodziło tu o niewierność.

– Penn Scully. – Cmoka. – Kiedy zaprosiłem cię do naszej drużyny, chodziło mi o tę futbolową, a nie cheerleaderek, a już na pewno nie przypominam sobie, żebym wyrażał zgodę na to, byś urządzał sobie wycieczki po naszej szkole.

– Trzeba było doprecyzować. – Penn strzela balonem z gumy i przeczesuje ręką włosy.

– Proszę się odsunąć od panny Followhill.

– Najpierw proszę odwrócić wzrok – odzywa się Penn.

Ku mojemu zdziwieniu dyrektor odwraca wzrok i skupia go na szafkach po drugiej stronie szatni. Pan Prichard nie jest zbyt miłym facetem, więc muszę szybko załagodzić sytuację.

– To moja wina. – Szybko staję przed Pennem, zanim pogorszyłby sytuację. – To ja go tutaj zaciągnęłam. To był mój pomysł.

Obaj patrzą na mnie zszokowani. Nie przeszkadza mi wzięcie na siebie winy, bo moja reputacja i tak już leży i kwiczy przez to, co robię z dyrektorem, jak pozwalam mu się wykorzystywać. Poza tym naprawdę dręczy mnie poczucie winy po tym, co powiedziałam o Vii.

Chcę wynagrodzić Pennowi to, co zrobiłam jego siostrze. Nie jestem potworem.

– On tu jest, bo sam chciał przyjść. To on odpowiada za swoje dwie nogi – warczy pan Prichard.

– Trzy, jeśli liczyć tę najważniejszą, proszę pana. – Penn drapie się po policzku, jego głos ocieka znudzeniem.

Postawił się Prichardowi. Ten drań jest niemożliwy.

– Właściwie jest tutaj, bo przegrałam zakład i musiałam pocałować bandytę. Poza tym i tak już skończyliśmy. – Prycham, wkładając spódniczkę i krótką bluzkę. Nie mam odwagi podnieść wzroku i sprawdzić ich reakcji. To kłamstwo, ale pomogło mi ono spacyfikować Pricharda i dać mu znać, że Skully nie jest moim chłopakiem. I dzięki temu Penn nie będzie miał kłopotów.

Prichard przygląda się chłopakowi zmrużonymi oczami.

– Nie podoba mi się, jak się do mnie odzywasz, młodzieńcze.

Penn przewraca oczami, jakby drażniło go teatralne zachowanie mężczyzny.

– Penn – rzucam karcącym tonem. Chwytam za jego koszulkę, tuż przy dziurze na sercu, a on mnie odtrąca i dalej gapi się gniewnie na dyrektora. Jest nieustraszony. Wtedy dociera do mnie, że mi się podoba, ale to nie wszystko. Zazdroszczę mu.

– Jeśli jeszcze raz zobaczę cię na terenie mojej szkoły, poinformuję policję.

Dyrektor obraca się, całe jego ciało jest napięte. Biegnę za nim kierowana impulsem. Penn łapie mnie za nadgarstek i przyciska kciuk do mojej tętnicy.

W jego wężowych oczach tli się pytanie, na które jeszcze nigdy nikomu szczerze nie odpowiedziałam.

O co tu, do cholery, chodzi?

– Dostałam od ciebie to, czego chciałam. – Wyrywam mu rękę i ziewam. – Jeśli przyszedłeś tutaj, żeby posprzątać szatnię, mop znajduje się w składziku po drugiej stronie boiska.

Droga do gabinetu dyrektora jest długa i cicha. Kiedy w końcu docieramy do drzwi, Prichard oznajmia, że mam zapomnieć o dzisiejszym treningu.

– Esme zajmie twoje miejsce. Kiedy jej na czymś zależy, potrafi być całkiem bystra. Poza tym my musimy się zająć pewną sprawą.

Zamyka drzwi. Moje serce przyspiesza.

Kliknięcie zamka brzmi tak ostatecznie, jak nigdy wcześniej.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?