Pretty Reckless. All Saint High. Tom 1

Tekst
Autor:
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 3

Przepełniłaś mnie cierpieniem

Pozwoliłaś, by długo mnie trawiło

A teraz nadeszła pora

Byś spróbowała tego, co sama stworzyłaś

Daria

Przesuwam swój dziennik na brzeg biurka dyrektora Pricharda i cofam się. Mężczyzna nie odrywa wzroku od dokumentów, które czyta. Marszczy brwi. Wycieram spocone dłonie o spódniczkę. Zwilża palec i przewraca stronę broszury. To jego dziwactwo przypomina mi, że jest ode mnie starszy o dwadzieścia lat.

Że źle do tego podchodzimy.

Zaczęłam pisać dziennik w dniu, gdy zrobiliśmy Vii to, co zrobiliśmy. Tamtego dnia dotarło do mnie, że nie jestem zwykłą łobuziarą, ale naprawdę wredną dziewczyną. Od tamtego momentu zapisuję wszystko w swoim notatniku.

Zabieram go ze sobą wszędzie. Jest jak ciemna chmura nad moimi słonecznymi włosami. W nocy trzymam go pod poduszką. W nim skrywają się wszystkie moje wspomnienia, które nie nadawałyby się na Instagram. Rzeczy, o których wie tylko dyrektor Prichard i ja. Na przykład to, jak w wieku piętnastu lat podczas piżama party obcięłam loki Esme przypominające włosy disnejowskiej księżniczki. Albo to, jak namówiłam mamę na adopcję bezdomnego kota tylko dlatego, że Luna chciała go adoptować.

To, jak zniszczyłam Vii życie.

– Tak szybko wróciłaś? – Jego głos brzmi na niemiłosiernie znudzony. To sprowadza mnie na ziemię, przypomina mi, jaka jestem mała i nic niewarta.

Zamiast odpowiedzieć, odwracam się i zamykam drzwi jego gabinetu. Za sobą słyszę cichy stukot długopisu spadającego na dokumenty. Wiem, że w tej chwili odkłada okulary do czytania, bo widziałam to już tysiąc razy.

Dreszcz przebiega mi po kręgosłupie.

Dyrektor Prichard jest bardzo atrakcyjny, tak jak wpływowi mężczyźni mają w zwyczaju. W bardzo uporządkowany, surowy sposób. Jego włosy są jedwabiste i czarne, wpadają niemal w niebieskie tony, jego nos jest ostry jak nóż. Nieustannie marszczy brwi, więc przypomina trochę profesora Snape’a. Nie jest wyjątkowo wysoki ani muskularny – za to smukły i dobrze ubrany, więc mógłby uchodzić za Jamesa Bonda. Mnie i Pricharda łączy pewna przeszłość. Do naszego pierwszego spotkania doszło kilka dni po zniknięciu Vii, kiedy byłam jeszcze w gimnazjum. Nasza szkolna pedagog wyjechała na miesiąc miodowy, więc kiedy się rozpłakałam, nauczycielka wysłała mnie do gabinetu dyrektora. Prichard umiał słuchać, był miły… no i młody. Dał mi chusteczki, wodę i zwolnienie z wuefu na tamten dzień.

Wyznałam mu, że popełniłam okropny błąd i że nie wiem, co powiedzieć mamie. Kiedy zapytał, co się stało, podałam mu swój dziennik. On czytał, a ja wykręcałam palce ze zdenerwowania. Wyznanie tego na głos sprawiłoby, że cała sytuacja wydałaby się zbyt prawdziwa.

Po przeczytaniu pierwszego wpisu odłożył notatnik.

– Dario, czy rodzice cię karzą?

– Nie – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Co to miało wspólnego z Vią? Zaginęła, a to wszystko było moją winą. Chciałam o tym krzyczeć, a jednocześnie zabrać tę tajemnicę do grobu. Miałam nadzieję, że on wskaże mi właściwą drogę.

– Czy w twoim domu obowiązują jakiekolwiek zasady? – Postukał palcami w biurko.

Raczej nie mogłam narzygać siostrze do butów, ale nie obowiązywały żadne pisane zasady ani nic z tych rzeczy. Zamrugałam powiekami zbita z tropu.

– Nie.

– Uważam, że przede wszystkim potrzebujesz – zamilkł, znów postukał palcami o blat, pochylił się – dyscypliny.

I tak zaczęła się nasza historia. Opowieść o Darii i dyrektorze Prichardzie. Kiedy przeniosłam się do All Saints High, on udał się tam razem ze mną. Dla niego był to awans. Dla mnie ulga. Dyrektor Prichard – w All Saints nazywany też Prince Preach ze względu na jego książęce rysy twarzy – jest osobą, do której zwracam się z prośbą o pokutę.

Za każdym razem, gdy czuję się winna, on każe mi zapłacić i wtedy mój ból znika.

– Obróć się twarzą do mnie. – Jego ostry głos sprawia, że dreszcz przebiega mi po kręgosłupie.

Podporządkowuję się.

– Na kolana.

Klękam.

– Pochyl głowę i powiedz to.

– Nazywam się Daria Followhill i to jest mój kościół. Ty jesteś moim księdzem, tobie wyznaję wszystkie grzechy i ciebie proszę o pokutę.


Po wizycie w gabinecie dyrektora pryskam wodą w twarz w łazience i zastanawiam się, jakie są szanse na to, że wyglądam, jakby nic się nie stało.

Wylądowałam u dyrektora, bo dowiedziałam się, że trafiłam na kurs, który kiedyś w All Saints High prowadziła moja mama. Przeraża mnie to, że nie istniałabym, gdyby rodzice nie spotkali się w tym miejscu. I skóra mi cierpnie na myśl, że wszyscy wyobrażają sobie, jak moi rodzice robią to na biurku pani Linde.

Nie pamiętam, kiedy zaczęłam pielęgnować plotki o mnie i dyrektorze Prichardzie, ale pamiętam dlaczego.

– To ty jesteś tym owocem skandalicznego romansu ucznia z nauczycielką? Twój ojciec zapłodnił twoją matkę w ostatniej klasie i jego matka zmusiła go, by ją poślubił?

Pierwszego dnia liceum dziewczyna z ostatniej klasy, która wyglądała jak Regina George z Wrednych dziewczyn, dopadła mnie w łazience. Towarzyszyły jej trzy idiotki, które wyglądały jak gorsze wersje niezbyt ładnych nastoletnich modelek.

Jedna z nich popchnęła mnie na ścianę.

– Suko, nie obchodzi mnie, za kogo się masz. Tutaj jesteś tylko wpadką w spódnicy i jeśli zamierzasz chodzić tymi korytarzami, mając się za lepszą, to zadbamy o to, żeby wszyscy się o tym dowiedzieli – warknęła.

Uniosłam głowę, ocierając z twarzy resztki jej śliny.

– Moi rodzice wzięli ślub, zanim zostałam poczęta. Babci nie podobało się to, że mama i tata są razem. Właściwie nadal ma o to pretensje, więc nie utrzymujemy z nią kontaktu. Widuję się z nią tylko raz do roku, chociaż mieszkamy w tym samym mieście, i mówię ci to nie dlatego, że cię to obchodzi, ale dlatego, że skoro zamierzasz być wredną suką, to lepiej, żebyś przynajmniej była dobrze poinformowana. Jeśli mamy się obrażać, to wytykajmy sobie fakty. Chociaż tobie to i tak już nie pomoże. Przyszłam tu, by rządzić tym miejscem, i wiesz co? Już się czujesz zagrożona.

Wtedy uderzyła mnie w twarz. Obdarzyłam ją uśmiechem, powstrzymując się od płaczu. Bo wiedziałam, że dam sobie radę. Zamierzałam rządzić tą szkołą. Zamierzałam przejąć drużynę cheerleaderek, czy im się to podobało, czy nie. Byłam kiepską baletnicą, ale za to zarąbistą tancerką. Zamierzałam spotykać się z ich chłopakami, nosić takie sukienki jak one, choć na mnie leżące lepiej, prowadzić szybsze samochody. Nikt nie chce stanąć twarzą w twarz ze swoją ulepszoną wersją – ona zawsze jest bardziej bajerancka i ma więcej aktualizacji.

– Lepiej się nie przyzwyczajaj, Followhill. Mamy cię na oku. – Brunetka splunęła na moje pudroworóżowe sandały na szpilce.

Wtedy zrozumiałam, że jest mi potrzebna zbroja chroniąca mnie przed złą sławą rodziców.

Mogłam to osiągnąć tylko w jeden sposób: wywierając odpowiednie wrażenie. Chciałam, żeby te dziewczyny myślały, że jestem twarda, i bały się mnie zamiast mnie dręczyć. Żeby myślały, że bezwzględny dyrektor jest po mojej stronie – albo raczej w tym przypadku nade mną – i ze mną nie zadzierały. Więc sama podsycałam plotki, rozdmuchiwałam je, dodawałam im skrzydeł i pozwalałam lecieć jak motylom wypuszczonym ze słoika.

Jestem bystra, przebiegła i niedoceniana. Nie mówię ludziom wprost, że się z nim spotykam. Po prostu często chodzę do gabinetu dyrektora, a on zawsze mi otwiera, bo podoba mu się to, co jest między nami – jakkolwiek to nazwać.

W połowie korytarza postanawiam zrobić sobie wolne i urwać się z dwóch ostatnich lekcji. I tak są nieobowiązkowe. Piętnaście minut później parkuję swój wiśniowy kabriolet bmw przy fontannie przed moim domem i idę na górę wziąć prysznic. Muszę umyć włosy i odstawić się do kolacji, podczas której rodzice powiedzą mi, że Penn z nami zamieszka. O ile w ogóle mamie uda się go przekonać, by mieszkał ze mną pod jednym dachem. Wtedy przycisnę tego drania i przedstawię mu obowiązujące w tym domu zasady. To ja tu rządzę, nieważne, czy jestem winna, czy nie. Nigdzie nie dostrzegam rovera mamy, co oznacza, że w domu jest pusto. Wchodzę do środka na palcach, upewniam się, że teren jest czysty, a następnie udaję się do łazienki. Rzucam białą miniówkę na podłogę, a zaraz za nią ląduje błękitna krótka bluzka. Ekran mojego telefonu leżącego na marmurowym blacie rozświetla się.

Blythe: Wagary pierwszego dnia szkoły? #buntowniczka

Gus: Miło, że wstawiłaś się za Scullym. Chcesz się szwendać z marginesem społecznym? Spróbuj wziąć się za takiego, który nie jest ZAJĘTY.

Esme: Laska, twoje uda w tej spódniczce wyglądają grubo. Wiem, że masz wyrąbane, ale są jakieś granice. Albo zrezygnuj z tej kiecki, albo z tacosów. Twój wybór :/

Gorąca woda lecąca kilkoma strumieniami koi napięcie, które zbierało się we mnie od dwudziestu czterech godzin. Odchylam głowę, zamykam oczy i jęczę. Poradzę sobie z Pennem. Jestem w końcu królową All Saints High, a on jest tylko zwykłym typem z Las Juntas. Nieważne, co się między nami wydarzyło. Było, minęło.

I nie mogę pozwolić, by mnie to przygniotło.

Wychodzę spod prysznica i staję na dywanie w łazience. Wczoraj zostawiłam różowy ręcznik na podłodze przy drzwiach. Podchodzę do niego, ociekając wodą, i wtedy drzwi się otwierają.

– Bailey! – krzyczę, ale zamiast napotkać wielkie niebieskie oczy i drobną sylwetkę mojej małej siostrzyczki, widzę przed sobą Penna.

Jego ciało wypełnia całe przejście. Chłopak kojarzy mi się z jadowitym pocałunkiem: jest mroczny, grzeszny, nieodparty. Jego jeansy wiszą nisko na biodrach, a z prawej kieszeni wystaje łańcuch na portfel. Ma na sobie czarną koszulkę na ramiączkach, z dziurą na sercu, bo oczywiście musi być depresyjnym dupkiem podobnym do Vaughna. Jego ręce są duże, opalone, umięśnione i żylaste. Fioletowe rany kontrastują z oczami w kolorze mchu. Jego spojrzenie działa na moje ciało niczym bat. Potencjalnie śmiertelne, w tej chwili jednak delikatne. Próbuję się nie skrzywić, chociaż wiem, że uderzenie będzie bolesne. W tym czasie Penn również spija widoki.

 

Moje piersi.

Mój brzuch.

Moje uda.

I to intymne miejsce między nogami, które w tej chwili mocno się zaciska.

Na jego pękniętych ustach w kształcie serca rozciąga się uśmiech. Zawstydzona zakrywam naszyjnik – ze wszystkich rzeczy akurat to.

– O mój Marksie! Penn, wynoś się stąd!

To pierwszy raz, gdy nazwałam go po imieniu. Oficjalnie nie powinnam go w ogóle znać. Jego twarz wciąż niczego nie wyraża. Zaciska rękę na klamce drzwi, jego knykcie są białe na tle opalonej skóry.

Podnosi różowy ręcznik, rzuca go w moją stronę, a ja łapię go drżącymi palcami i owijam się nim ciasno, ukrywając pod nim szkło morskie.

– Podobają ci się widoki? – Odrzucam mokre włosy na plecy. Moja duma ucierpiała. Właśnie zobaczył mnie zupełnie nagą i nawet tego nie skomentował. Moje poczucie winy i dobre intencje znikają zastąpione dziwną potrzebą, by udowodnić mu, kto jest poddanym, a kto królową.

– Nie – stwierdza, pocierając kciukiem dolną wargę. – Nienawidzę tego, co widzę, i nie planuję tego więcej oglądać. Jesteś Daria, jak przypuszczam.

Nadal się nie ruszył, by stąd odejść. Ten facet jest nieprawdopodobny. Jestem tak wściekła, że mogłabym go teraz uderzyć w twarz. Może powinnam. On mi nie odda. Poza tym bolałoby go strasznie, bo już został przerobiony na miazgę.

– Nie udawaj, że się wcześniej nie poznaliśmy. – Wyciągam rękę po szczotkę i zaczynam czesać złote włosy przed lustrem. Równie dobrze mogę zacząć się ogarniać, bo nie zanosi się, żeby ten dupek miał stąd iść.

– Spotkaliśmy się, owszem, ale nigdy nie wymieniliśmy się imionami. Wymieniliśmy co najwyżej płyny ustrojowe – stwierdza. – I dlatego nasuwa się pytanie: skąd, do cholery, znasz moje imię?

– Jakie płyny? Stchórzyłeś i bałeś się pogłębić – mruczę, zastanawiając się, czy naprawdę do tej pory nie znał mojego imienia. W naszych szkołach jesteśmy dość popularni.

Myślę o szkle morskim na łańcuszku i widzę w lustrze, że moja twarz robi się czerwona. Czy wyszłam na idiotkę, ponieważ wzięłam to, co mi dał, zmieniłam to w biżuterię i noszę jak talizman? Obecnie to szkło morskie jest dla mnie jak część ciała. Przypomina mi, że dobrzy ludzie wciąż istnieją.

Tylko już nie mam pewności, czy Penn nadal jest dobry.

Chyba go zepsułam.

Obserwuję go w zaparowanym lustrze, oparta o toaletkę. Wiem, kiedy facet mnie obczaja, a on zdecydowanie tego nie robi. Patrzy na mnie raczej tak, jakby chciał ocenić szkody, które zamierza mi wyrządzić. Wiem, że żywi do mnie głęboką nienawiść, bo gdy ze mną rozmawia, każde jego słowo jest jak ostrze, po każdym czuję dreszcz na plecach. Tylko że ten dreszcz nie dociera do moich stóp, a zatrzymuje się między nogami.

– To nic nie znaczy, Daria. Trzymaj się ode mnie z daleka, a ja również nie będę ci wchodził w drogę.

– A tak w ogóle co ty tutaj robisz? – mamroczę. – Nie powinieneś być teraz w szkole? I nie masz prawa mówić mi, co mam robić. Jesteś tutaj tylko niechcianym gościem. – Prycham pogardliwie.

– Urwałem się, jak ty. – Przesuwa po mnie wzrokiem, jakbym była niczym. Powietrzem. – Zgadzam się: jestem tutaj, ale niechętnie. Twoja matka złożyła mi taką propozycję i byłbym głupi, gdybym jej nie przyjął. Widzę, jak na mnie patrzysz. Och, Skull Eyes… – Znowu używa tego przezwiska, jakby ostatnie kilka lat nie miało miejsca. Robi krok w moją stronę, na jego twarzy pojawia się złośliwy uśmiech. – Tym razem zamierzam cię zniszczyć.

Obracam się w jego stronę oszołomiona. Jedną ręką trzymam się marmurowej umywalki, niepewna, kiedy role się odwróciły. Mówi do mnie tak, jakby on był panem na włościach, a ja tylko służką na jego łasce. Mrużę oczy, próbuję przyjrzeć mu się przez otaczający go mur, ale nie jestem w stanie go ruszyć. Penn Scully wierzy, że mnie posiadł. Mnie. Darię Followhill. Najpopularniejszą dziewczynę w All Saints High. Staram się pamiętać, że jego matka właśnie umarła. Że on tylko się na mnie wyżywa. Że jeszcze rano myślał, że jest bezdomny.

– Nie chcę, żebyś przeniósł się do mojej szkoły – syczę.

Melody z radością złożyłaby wniosek o przeniesienie, a dyrektor Prichard zacząłby się ślinić na myśl, że ktoś taki jak Penn trafiłby do naszej drużyny futbolowej.

– To żaden problem. Jesteście tak do dupy, że wali od was na kilometr.

– I tak pachniemy lepiej niż bieda. Bo jesteś biedny, prawda? Twoja siostra tylko kłamała o tym, jaka jest bogata.

Kiedy ktoś dźga mnie kijem, ja ruszam na niego z czołgiem. Jestem dla niego tak wredna, że aż mnie mdli. Nie cierpię siebie takiej – tego, że staram się komuś dowalić bardziej za wszelką cenę.

– Chcę tylko coś wyjaśnić. – Odkładam szczotkę i trzepoczę rzęsami. – Nie jesteś moim przybranym bratem ani częścią tej rodziny. Jesteś tylko bezpańskim psem, ostatnim z miotu, którego nikt nie chce zaadoptować, ale ostatecznie ktoś go przygarnia z litości.

Penn robi krok w moją stronę, moje serce próbuje wyrwać się z klatki piersiowej. Im bliżej do mnie podchodzi, tym bardziej jestem pewna, że mojemu sercu się to uda. Oczy Penna przypominają mi oczy kobry. Są hipnotyzujące, ale bardzo nieludzkie. Wcześniej takie nie były.

Jego zapach miesza mi w głowie. Mam ochotę wyciągnąć rękę i pogładzić go po twarzy. Pocałować jego rany, żeby się zagoiły. Błagać o jego przebaczenie. Przekląć go. Odepchnąć. Wypłakać mu się w ramię, myśląc o tym, co zrobiliśmy, jak to wszystko się skończyło, jacy się później staliśmy. Bo ja jestem podła, a on pozbawiony uczuć.

W dniu, gdy się pocałowaliśmy, zniszczyliśmy siebie nawzajem.

Kiedy Penn mierzy mnie wzrokiem, czas się zatrzymuje. Mam wrażenie, że na świecie zniknęła grawitacja, a wszystko w kosmosie dryfuje w stronę bezdennej głębi, kiedy łapie mnie za podbródek i unosi mi głowę. Nie mogę oddychać. Chyba nawet nie chcę. Mój ręcznik spada na podłogę, chociaż go zabezpieczyłam. Wtedy dociera do mnie, że Penn zrobił to celowo. Jestem naga. Obnażył moje ciało, duszę i serce. Wszystkie moje mury runęły. Gdzieś w głowie bije mi alarm, odzywają się zahamowania, które chcą walczyć. Próbuję rozszyfrować jego minę. Jest rozbawiony, zirytowany i… coś knuje? Ta mieszanka nie ma sensu.

– Spróbuj ze mną zadrzeć, Followhill, a cię zniszczę.

– Najpierw ja zniszczę ciebie. – Nie jestem w stanie ukryć pożądania w swoim głosie.

Między nami wyczuwam pulsujące napięcie.

– Właściwie masz rację. Podoba mi się to, co widzę. A przynajmniej w jakiejś części. – Przesuwa palce na mój kark, a ja przymykam powieki. Mózg każe mi je natychmiast otworzyć.

To zasadzka, krzyczy alarm. On cię nienawidzi.

– Zdecydowanie podoba mi się to, co widzę. – Jego oddech jest słodki i gorący. Pieści moje ucho, przeszywa mnie dreszcz. Moje sutki się napinają do tego stopnia, że nawet najlżejszy dotyk sprawia, że podniecenie cieknie mi po udach.

Ta sytuacja może się rozwinąć na wiele sposobów, a ja w ogóle nie mam nad tym kontroli.

Jego usta wpijają się w moje. Wydaję okrzyk zaskoczenia, gdy wsuwa mi język do środka. Skupiam na nim całą swoją uwagę i aż mdli mnie przez to, jak bardzo mnie pociąga. Przygryzam jego posiniaczoną dolną wargę i czuję krew, ciepłą i metaliczną. Zaciskam pięści na jego koszulce, ale wyczuwam pod nimi dziurę i wkładam do niej chciwe palce. Penn zaciska dłoń na moim karku, niczym lew próbujący okiełznać lwicę, i pogłębia nasz pocałunek. W naszym drugim pocałunku nie ma żadnego wstydu, wahania czy obietnicy. Już nie jesteśmy tymi samymi dzieciakami. Już nie jesteśmy pełni nadziei. Nasze zęby stukają o siebie, ale my nie zwracamy na to uwagi, nie przestajemy. A jednocześnie mam wrażenie, jakbyśmy nigdy nie odeszli od tamtego kosza na śmieci. Jesteśmy tylko bardziej zachłanni, mądrzejsi i agresywniejsi.

Nikt mnie nigdy wcześniej tak nie całował.

Ani on, ani nikt inny.

Odsuwa ode mnie usta i dopiero po chwili dociera do mnie, co się właśnie stało.

– Największa suka nie powinna mieć najrzadziej spotykanej rzeczy na świecie. Mam nadzieję, że nie zostawiłaś dla mnie wszystkich swoich pierwszych razów, bo wcale mnie one nie interesują – szepcze mi do ucha, a ja gwałtownie otwieram powieki. Penn wkłada coś do kieszeni i cofa się. Obraca się w stronę drzwi. Nawet nie mam szansy mu powiedzieć, żeby się pieprzył lub spadał, bo wbija we mnie oczy ponad ramieniem.

Te wężowe oczy do mnie przemawiają.

Mówią, że on nie chce być moim przyjacielem.

Że jest w pełni gotowy zostać moim wrogiem.

– Miło było cię znowu widzieć, siostrzyczko. – Zatrzaskuje mi drzwi przed nosem.

Zszokowana instynktownie chcę złapać za wisiorek.

Ale go nie mam.


Jak w każdej rodzinie u nas też obowiązuje otępiający rytuał, która rzadko się zmienia i w którym chcąc nie chcąc muszę brać udział.

Kiedy Melody odbiera Bailey ze szkoły, jadą prosto do studia baletu, a tata wraca z pracy koło szóstej. To oznacza, że zostały mi jeszcze jakieś cztery godziny unikania dupka mieszkającego pod moim dachem, a jestem głodna, chce mi się pić i ciągle próbuję się bawić naszyjnikiem, którego już nie mam.

Krążę po pokoju, wysyłam wiadomości Esme i Blythe, a potem postanawiam napisać coś w moim małym czarnym notatniku.

Wpis nr 1298

Grzech: Kiedy usłyszałam, że Penn, ten palant, bierze prysznic, zakradłam się do jego pokoju i zwinęłam mu ołówek (Kto w ogóle jeszcze używa ołówków? Czy on ma pięć lat?). Przesuwałam gumką po łechtaczce i masturbowałam się nim. Potem odłożyłam przedmiot do jego plecaka.

Powód: Dupek wszedł do mojej łazienki celowo, gdy byłam naga. I podobało mi się to.

Gdy kończę pisać z dziewczynami, oglądam Nastoletnie matki i po jakimś czasie zasypiam przed telewizorem. Budzę się, gdy ktoś puka cicho do mojego pokoju. Kolorowe światła obudowy telewizora tańczą na moich ścianach.

– Robaczku, kolacja jest już prawie gotowa – oznajmia Mel śpiewnym głosem zza drzwi.

Osłaniam oczy ramieniem. Nie chcę się z nim mierzyć. A już na pewno nie po tym, jak widział mnie nago, pocałował, podniecił i powiedział, że nie chce mieć ze mną nic wspólnego.

– Już idę – krzyczę. Przebieram się w superkrótkie spodenki i koszulkę na ramiączkach. Zależy mi na wyglądzie, który pokaże mu, że on w ogóle mnie nie rusza, a jednocześnie powie: „To, że się pocałowaliśmy, nie oznacza jeszcze, że cię pragnę, prostaku”.

Mel i Bailey siedzą w kuchni. Siostra kroi warzywa, a mama marynuje pierś z kurczaka. Rozmawiają o balecie. Ignoruję ukłucie w sercu wywołane tym, że czuję się wykluczona, i siadam na stołku przy kuchennej wyspie. Fronty szafek są z kremowego drewna, a granitowe blaty ciemnobrązowe. Wyjmuję z sałatki pomidorka cherry i wrzucam go sobie do ust.

– Hej, Bails. Jak było w szkole?

– Superaśnie. Mam nową nauczycielkę od chemii, która powiedziała, że po szkole mogę korzystać z laboratorium, oczywiście pod jej nadzorem. – Moja siostra błyska aparatem w kolorze tęczy, przypominającym flagę LGBT. Któregoś dnia rozkwitnie jak róża, ale na razie jest zamknięta w sobie. Jej płatki dopiero się otwierają i muszę się z tym pogodzić.

– A jak było u ciebie? – pyta.

Myślę o dyrektorze Prichardzie i ostatniej wizycie w jego gabinecie.

O nowych, upokarzających mnie zajęciach.

O wiadomościach, które co chwilę atakują mój telefon.

– Kozacko. – Błyskam białym uśmiechem. Zaczynam się rozglądać. Próbuję znaleźć Penna na otwartej przestrzeni parteru.

– Czy możesz być tak dobra i zanieść to tacie na taras? – pyta Mel, nie podnosząc głowy.

Biorę od niej talerz z marynowanym kurczakiem i idę na boso w stronę tarasu, ignorując żar, który czuję na policzkach. Śmieję się z goryczą, bo tata i Penn stoją przy grillu. Mel nawet nie wspomniała, że on już tu jest. Tata przewraca steki szczypcami. Zarówno on, jak i Penn trzymają po butelce piwa i chyba ze sobą rozmawiają.

 

Czy tata pije z nim piwo? Po prostu świetnie. Penn ma tylko osiemnaście lat, ale jakoś mnie to nie dziwi. Moi rodzice wierzą, że jeśli nauczysz nastolatki odpowiedzialności podczas picia alkoholu, nie naprują się, kiedy w końcu się do niego dorwą. Ja nigdy nie piję na imprezach. Trzeźwość zapewnia pewną dozę nudy, co jest dla mnie kluczowe, bo muszę utrzymać wredny wyraz twarzy.

Rozsuwam drzwi i przyglądam się im.

– Chłopcy z rozwalonymi knykciami nie powinni przebywać w towarzystwie moich córek, ale moja żona uwielbia opiekować się różnymi stworzeniami, a skoro ja już przestałem być jej projektem, pomyślałem, że będzie fair, jeśli cię uprzedzę – mówi tata zamyślony.

Penn przygląda mu się z ostrożną ciekawością.

– Doceniam pomoc, ale nikt mnie nie musi naprawiać. Wszystko ze mną w porządku.

– Dużo w życiu przeszedłeś – stwierdza tata. – Nie ma nic złego w tym, by w wieku osiemnastu lat mieć problemy.

– Proszę się nie martwić o moje problemy – odgryza się Penn. – Byłbym wdzięczny, gdyby nikt się nie dowiedział, że tu mieszkam. To nie jest teren mojej szkoły, a jestem skrzydłowym w Las Juntas. Stawką jest moje stypendium.

– Ukończenie takiej prestiżowej szkoły jak All Saints wyglądałoby o wiele lepiej na podaniu na studia.

– Już za późno, bym się przeniósł. Poza tym jestem kapitanem przeciwnej drużyny. W życiu bym się nie odnalazł w All Saints High. Jest tam już zresztą jeden skrzydłowy, nawet jeśli to skończony kretyn – zauważa Penn beznamiętnym głosem.

Z mojego gardła wydobywa się chichot, ale próbuję go stłumić. Oni nadal nie wiedzą, że tu jestem. A przynajmniej tak mi się wydaje.

– Rzecz w tym, że teraz mieszkasz pod moim dachem. Zakazuję ci tykać moich córek. I nie prowokuj mnie, chłopcze. Mam krawaty, które są starsze od ciebie. A przy okazji te szczypce – tata zaciska je przed twarzą Penna, który stuka niezapalonym papierosem o udo – nadają się nie tylko do przewracania steków, dzieciaku.

– Bez obrazy, ale jedna z pańskich córek jest dla mnie o wiele za młoda, a druga… po prostu jest, jaka jest. Typowa Daria. – Głos Penna przypomina czarną koronkę zaciskającą mi się wokół szyi.

Tata chyba nie zauważa niebezpiecznej nuty w jego głosie, ale ja ją słyszę. I teraz wiem, że ojciec jest zupełnie nieświadomy mojej obecności, ale Penn wręcz przeciwnie. Miałam usłyszeć jego słowa.

– Co to w ogóle ma znaczyć? – warczy tata.

– Dobrze pan wie.

Penn obraca się w miejscu i posyła mi dyskretny, arogancki uśmiech.

Te oczy widziały mnie nago. Te usta były na mnie tego popołudnia.

A potem kazały mi spadać.

Pamiętam, że Via była piękna, co oczywiście mi przeszkadzało, ale mam wrażenie, że nie była aż taka ładna jak jej brat. Żaden facet nie powinien mieć na mnie takiego wpływu jak on. Nigdy. Nawet gdybym zsumowała wszystkie moje spotkania z przystojnymi chłopakami, efekt wciąż nie umywałby się do tego, jak działa na mnie jedno spojrzenie Penna. Z brzydkiego kaczątka wyrósł czarny łabędź.

– Tchórz – syczy Penn, uśmiechając się zbyt przebiegle jak na nastolatka. Wrzuca papierosa do kosza na śmieci, nie odrywając ode mnie wzroku. Kiedy stał się taki wyniosły?

– Słucham? – Unoszę wyzywająco jedną brew.

– Dzięki za kurczaka, siostrzyczko. – Podchodzi do mnie z piwem w dłoni i zabiera ode mnie tacę z marynowanym mięsem. Specjalnie nazywa mnie siostrzyczką, bo wie, że to mnie wkurza. Przygryzam wnętrze policzka, bo jest tu tata.

– Żaden problem. Czy coś jeszcze mogę dla ciebie zrobić? – pytam słodko.

– Myślę, że zrobiłaś już wystarczająco dużo – oznajmia Penn.

Patrzę na plecy taty i widzę, że jego ramiona drżą od śmiechu. Chyba mu ulżyło, że ze sobą nie flirtujemy.

– Widzę, że już się poznaliście. – Układa steki na talerzu.

– O, tak – odpowiadam. – Penn już zdążył co nieco zobaczyć.


Siedzimy wszyscy przy stole podczas kolacji, jakby świat wcale nie stanął na głowie. Jakby Penn stał się pełnoprawnym członkiem naszej rodziny. Dziobię jedzenie na talerzu. Mama i tata przedstawili nam Penna jako przyjaciela rodziny. Prycham, gdy siostra ściska mu dłoń nad sałatkami i kryształowymi dzbankami z wodą. Wiedzcie, że ta woda to butelkowana deszczówka z Tasmanii. Luksusowa i snobistyczna, zupełnie jak my.

Penn jest otwarty i uprzejmy, chociaż wyraża się jak typowy chłopak ze złej dzielnicy. Mówi niedbale, zdecydowanie i czarująco. Celowo mnie ignoruje. Jego oczy i policzki wciąż są posiniaczone, ale wiem, że za kilka dni urazy znikną, a widok jego zachwycającej, boskiej twarzy będzie mnie zamęczać każdego dnia. Nikt nie komentuje jego stanu ani tego, dlaczego tu jest. I wtedy odzywa się Bailey.

– Co ci się stało? – pyta, uniósłszy głowę znad talerza. Zasłania aparat ręką, gdy mówi.

– Bailey – gani ją mama, a tata w tej samej chwili wzdycha i kręci głową.

Penn posyła jej wyluzowany uśmiech. Patrzę na niego i dostrzegam to, czego wcale nie chcę widzieć: że kiedy nie rozmawia ze mną, w ogóle nie zachowuje się jak palant.

– Wpadłem na drzwi. – Wrzuca brukselkę do ust i przeżuwa.

– Naprawdę? – Bailey wytrzeszcza oczy, przyglądając się jego knykciom.

– A one się zamachnęły i oddały mi jeszcze mocniej.

– Wygląda to okropnie. – Mel stwierdza oczywistość i zjada trochę duszonego szpinaku.

– Żałuj, że nie widziałaś tych drzwi. – Penn się nachyla i patrzy Bailey w oczy. A potem wszyscy poza mną wybuchają śmiechem.

Niemal słyszę przy stole dźwięk przełamywanych lodów. Problem w tym, że są tu dwie góry lodowe. Oni siedzą na jednej, a ja na drugiej, daleko od nich.

Penn odchrząkuje i przeczesuje dłonią włosy.

– Lato nie było dla mnie zbyt łaskawe i musiałem się wyżyć. Drzwi okazały się… twardsze, niż sądziłem, ale dzięki temu trafiłem tutaj.

Przewracam oczami, biorę kawałek kurczaka i maczam go w białym sosie.

– Skoro już jesteśmy przy temacie… – zaczyna Mel, ostrożnie odkładając sztućce na talerz. – Dario, Bailey, Penn ostatnio przeżył trudne chwile. Postanowiliśmy, że będzie tu mieszkać przez cały jego rok szkolny, zanim pójdzie na studia.

– Jego rok szkolny? To mój rok szkolny! I chyba chciałaś powiedzieć „JEŚLI” pójdzie na studia – dodaję, zapominając, że powinnam się zachowywać. On był dla mnie wredny, to dlaczego ja nie mogę być wredna dla niego? Rozumiem, że go skrzywdziłam. Że kilka lat temu zrobiliśmy coś okropnego. Ale on nawet nie dał mi szansy się wytłumaczyć czy przeprosić. Wszyscy poza Pennem patrzą na mnie. On kroi swój stek i przeżuwa soczysty kawałek.

– Sądząc po jego ocenach i wynikach na boisku, zakładam, że Penn dostanie stypendium w Notre Dame i tam będzie studiować. – Melody posyła mi sztuczny uśmiech, jakby chciała mi przypomnieć, że Followhillowie tak się nie zachowują. Nie znosi, gdy zmieniam się w Hulka i robię złośliwa.

– Co się stało? – Bailey krzywi się w stronę Penna.

– Moja mama zmarła – wyjaśnia.

Bailey patrzy na mnie, jakbym to ja ją zabiła. I właśnie sama mam ochotę umrzeć.

– W każdym razie – tata patrzy na mnie, mrużąc oczy – jeśli będziecie chciały, dziewczęta, zgłosić jakieś uwagi, drzwi naszego gabinetu zawsze stoją otworem.

Bailey patrzy na Penna, a potem spuszcza wzrok.

– Zawsze chciałam mieć starszego brata. Czy będziesz nim dla mnie?

Krztuszę się wodą i wypluwam trochę na talerz. Czy ona robi sobie jaja? Przecież ma tylko trzynaście lat! Kto w ogóle mówi coś takiego? Bailey. Bailey tak mówi. Jest na wskroś dobra, jest prawdziwym promyczkiem słońca. Wzorową uczennicą i ukochaną baletnicą mamusi. Ona i Luna w każde wakacje zgłaszają się na ochotniczki, by sprzątać plaże i składać ubrania w charytatywnym lumpeksie.

Penn z łatwością wkradł się do naszego życia i nikt nawet nie zauważył, jak niekomfortowo się z tym czuję. Ani że odkąd usiedliśmy do stołu, on ani razu nawet nie spojrzał w moją stronę.

Penn upija łyk wody.

– Przyjmujesz zgłoszenia na tę posadę?

Przewracam oczami tak mocno, że mogłyby wypaść na talerz. Penn uśmiecha się szeroko zza kieliszka.

– Masz tę pracę. – Oczy Bailey błyszczą. – Moglibyśmy pójść na kręgle!

– Moglibyśmy, ale nie zrobimy tego, bo to słabe – stwierdza z powagą.