Felietony zza hołdy

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


© Copyright by Grzegorz Strzelczyk, 2021

© Copyright for this edition by Wydawnictwo W drodze, 2021

Redaktor prowadząca – Justyna Olszewska

Redaktor – Katarzyna Kolska

Korekta – Monika Simińska

Redakcja techniczna – Józefa Kurpisz

Projekt okładki i layoutu – Krzysztof Lorczyk OP

Fotografia na okładce – Michał Łuczak

Fotografia (s. 2) – Nathan Dumlao | unsplash.com

ISBN 978-83-7906-507-3 (wersja elektroniczna)

Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze sp. z o.o.

Wydanie I

ul. Kościuszki 99

61-716 Poznań

tel. 61 852 39 62

sprzedaz@wdrodze.pl

www.wdrodze.pl

Konwersja

Epubeum

Spis treści

1  Kilka słów wstępu

2  Krótka historia pewnego rozczarowania

3  Mickiewicz versus Orzeszkowa

4  I have a dream

5  Nie tylko papież

6  Teologia wyzwolenia

7  Egzorcystów dmuchanie na zimne

8  Theological fiction

9  O braku związku gołębia z kontemplacją

10  Postny kłopot z hiperbolą

11  Sporty ekstremalne

12  Kilka słów o stanach skupienia

13  Oni

14  Rzecz o środkach

15  Fale i powiewy

16  Przed szkodą?

17  Po ptokach

18  Analogia wiary

19  Niedobory

20  Żeńskokatolicki?

21  Uzasadnienia

22  Wiarygodny

23  Po leku

24  Zabezpieczenia

25  Zamykanie Tatr

26  Towarzysze potrzebni od zaraz!

27  Jak trwoga, to na chwilkę do Boga

28  Pisane z bobrami na głowie

29  Uświetniacze

30  Patrząc na lwy

31  Ortograficzne rozterki Ślązaka

32  Jestem sfrustrowanym teologiem

33  Przemijanie górniczego Śląska

34  Dlaczego nie tęsknię za waszbretem

35  Regres katechezy parafialnej

36  Wynokwianie

37  Basen

38  Heretycy

39  Eklezjologia urazowa

40  Po szkodzie?

41  Geltak a kwestia gender

42  O seminariach i pewnym pożytku z kamienia

43  Przykrywanie Lutra

44  Ćmok

45  Musi godać

46  Dronowa zgroza

47  Laudato si’ i EZT

48  Fusbalorze

49  Danè

50  Pierona!

51  Trowa

52  Fronkanie

53  Bez chechranio

54  Za nieskoro

55  Trza rzykać

56  Felieton bez śląskich wyrazów. Za to o celibacie

57  Król jest nagi

58  Farski pies lecom

59  Farorzu, co to bydzie?

60  Pyrlik i żelozko

61  Na wiyrchu

62  Ponbóczek nie robi na akord…

63  Fuzekle a sprawa zmartwychwstania

64  Ćwiczenia z sakramentologii kreatywnej

65  Rychtujmy się

66  Krauza w kontekście parafialnym

67  Fyrlok

68  Żadło

69  Tak to Ponbóczek wymyślył…

70  Ordnung!

71  O Autorze


Kilka słów wstępu

Pisanie felietonów to niełatwa sztuka. Pisanie felietonów o Kościele – to prawdziwa akrobacja. Bo felieton wymaga bardzo wprawnego pióra, błyskotliwej myśli i puenty, która zostanie z czytelnikiem na dłużej. Nie każdy to potrafi. A Kościół… Hmmm… też nie jest wdzięcznym tematem. Nawet można by powiedzieć, że od jakiegoś czasu jest tematem bardzo niewdzięcznym. Pod warunkiem, że chcemy mu się uczciwie przyjrzeć i zobaczyć nie tylko to, co w nim wzniosłe i wspaniałe, ale też to, co doskwiera, zawstydza i wyłazi spod dywanu.

Zaproszenie ks. Grzegorza Strzelczyka do pisania felietonów na łamach miesięcznika „W drodze” okazało się strzałem w dziesiątkę, a jego Śląska prowincja jest od ośmiu lat stałą i lubianą przez czytelników kolumną. Śląska jest nie tylko z nazwy, Ślązakiem jest też autor, który między wersami w niezwykle udany sposób przemyca śląską godkę.

Przede wszystkim jednak Grzegorz Strzelczyk jest księdzem bardzo poważnie traktującym swoje kapłaństwo, wybitnym polskim teologiem, naukowcem, wykładowcą, a od jakiegoś czasu proboszczem parafii w Tychach. Zaglądam czasem jednym okiem na parafialnego Facebooka i zazdroszczę parafianom takiego farorza.

Czytając w ubiegłym roku jeden z jego felietonów, z żalem pomyślałam sobie o jego jednomiesięcznym życiu. Nikt pewnie do tych tekstów nie wraca. Nikt nie przypomina sobie, o czym był felieton w lipcu, w marcu czy w styczniu. A szkoda! Bo jest to bardzo ciekawa, porywająca i niezwykle pouczająca opowieść o Kościele – takim, o jakim wielu z nas marzy: uczciwym, rozumnym, prawdomównym, wrażliwym na drugiego człowieka, po prostu ewangelicznym. Autor w niezwykle prosty i jednocześnie trafny sposób diagnozuje to, co nas w Kościele boli, obnaża to, co w nim słabe, co często oburza, z czym nie potrafimy sobie poradzić. I wytrąca nas z błogiego spokoju. Bo Kościół, o którym pisze ks. Grzegorz Strzelczyk, to wspólnota ludzi wierzących, odpowiedzialna za siebie, za innych i za wiarę, która nie jest tylko pamiątką po rodzicach, ale sposobem życia.

 

Pomyślałam więc, by dać tym felietonom drugi oddech, by zebrać je i wydać w formie książki. Nie był to łatwy wybór – z ponad setki świetnych tekstów wybrałam kilkadziesiąt, moim zdaniem, najlepszych. Choć niektóre z nich pisane były już osiem lat temu, wciąż zastanawiają swoją aktualnością, ba, nawet proroczym tonem. Chciałoby się zapytać: Skąd ten Strzelczyk to wiedział? Wiele się przez te osiem lat w naszym życiu zmieniło. Świat nie jest już ten sam, my jesteśmy inni. Inny jest też Kościół. Lecz, niestety, życie pokazuje, że nie wyciągamy wniosków z porażek, nie uczymy się na błędach, jakbyśmy się uparli, żeby przed szkodą i po szkodzie tkwić po pachy w głupocie.

Jestem pewna, że każdy, kto chwyci po tę książkę raz, będzie do niej wracał. Choć z pewnością nie jest to lektura na jeden wieczór. Przeciwnie: wymaga rozmyślnego czytania i refleksji. A może nawet podyskutowania, spierania się, dialogu na argumenty. Bo przecież Felietony zza hołdy to książka o naszym Kościele – czasem ułomnym, grzesznym, przemądrzałym, zachłannym i ślepym. Ale jednak naszym. Bożym, Jezusowym, ludzkim. O Kościele, za którym tęsknię. I w który wciąż bardzo mocno wierzę.

Katarzyna Kolska

Krótka historia pewnego rozczarowania

To pierwszy tekst cyklu Śląska prowincja, więc wypada się przywitać i wytłumaczyć z jego nazwy. Cóż – pochodzę z Piekar Śląskich, które zdecydowanie zasługują na miano prowincjonalnego śląskiego miasteczka. A i z Katowicami, w których mieszkam, w pewnym sensie nie jest inaczej – leżymy sobie w pewnym oddaleniu od głównego nurtu spraw, którymi żyje centrum. I odnosi się to chyba zarówno do rzeczywistości społeczno-politycznej, jak i kościelnej. Nie ukrywam, że dobrze mi z tym rodzajem dystansu, który daje prowincjonalność. Może dlatego, że pozwala na planowe nienadążanie za aktualnościami, przegapianie newsów. Mieszkając na prowincji, nie trzeba zabierać głosu natychmiast i w każdej sprawie – bo i tak nikt nie pyta. Stereotyp? Być może. Ale łatwo to sprawdzić – zapraszam na Śląsk, mieszkania na prowincji też są stosunkowo tanie.

Drugie (i ostatnie) z wyjaśnień wstępnych: z wykształcenia i zamiłowania jestem księdzem teologiem, i to jeszcze teologiem systematykiem. Takim od budowania głównie teoretycznych systemów. To prowadzi do nieuchronnego wewnętrznego starcia z moimi śląskimi korzeniami, z ich – równie stereotypowym co w przypadku prowincjonalności – praktycznym zacięciem i pewną niechęcią do abstrakcyjnego dyskursu. W pewnym sensie zatem jestem bytem w stanie permanentnej polemiki z samym sobą. Gdyby się to w tekstach ujawniło, proszę o wyrozumiałość. A teraz już do rzeczy.

Jeśli czytają państwo ten tekst, to znaczy, że nie było końca świata. Oczywiście dla uproszczenia pomijam – możliwą przecież – wersję, że nasze wyobrażenia o nowym świecie po powtórnym przyjściu Chrystusa są dość nieadekwatne i jednak miesięczniki będą się dalej ukazywały w jakiejś mocno zmienionej formie. Zatem końca świata nie było. I jestem do głębi tym faktem rozczarowany. Dodać jednak trzeba, że moje rozczarowanie nie ma zupełnie nic wspólnego z zapowiedziami wynikającymi z kończącego się kalendarza Majów, które – przynajmniej na poziomie anegdot – opanowały zbiorową wyobraźnię ostatnich tygodni. Jestem rozczarowany, bo Chrystus ciągle jeszcze nie przyszedł.

Przyznaję się – to nie jest jakieś głębokie, rodzące depresję rozczarowanie. Raczej rodzaj ciągłego stanu lekkiego niezadowolenia. Jak wówczas, gdy czeka się na przesyłkę z drugiego końca świata (wysłaną niestety zwykłą pocztą) i kolejny raz się okazuje, że jeszcze nie nadeszła. Jeszcze nie dziś. Ten rodzaj rozczarowania brzęczy przeważnie nutą zniecierpliwienia, trochę jak mucha zimową porą znienacka przebudzona.

Zdaje się jednak, że większość moich sióstr i braci w wierze nie podziela zbyt żywo tego rozczarowania. Zwykle jest dokładnie przeciwnie. Jeśli się nie mylę w ocenie, większość chrześcijan trwanie świata w nienaruszonej formie co ranek wita i żegna co wieczór, jeśli nie ze świadomym zadowoleniem, to raczej bez odczucia zawodu. Albo zatem ja sam jestem ofiarą moich teologicznych obsesji (czego niestety wykluczyć się nie da), albo jakaś część ewangelicznego orędzia ulotniła się z codziennej świadomości chrześcijan.

Nie lubię być ofiarą, spróbuję zatem obronić drugą z hipotez. I chyba nie będzie to trudne. Wystarczy bowiem przyjrzeć się niektórym fragmentom wyznania wiary, by stwierdzić, że wyczekiwanie końca nie jest w chrześcijaństwie opcjonalne. Bo w każdą niedzielę wyznajemy, że Chrystus „powtórnie przyjdzie w chwale” i wtedy „królestwu Jego nie będzie końca”. A do tego jeszcze deklarujemy, że „oczekujemy wskrzeszenia umarłych”, które wówczas ma nastąpić. Jeśli z perspektywy Credo spojrzeć na praktykę naszej pobożności, to dobrze nie jest. Wprawdzie jakaś chwila wyglądania i przyzywania powtórnego przyjścia Pana nam się zdarza – narzucona przez liturgię – pod koniec roku liturgicznego i w adwencie, ale prawie natychmiast zastawiamy ją szopką i zagłuszamy kolędami.

Teologiczne zwierzę we mnie ciągnie teraz w stronę dogłębnej analizy przyczyn i skutków takiego stanu rzeczy. Zamiast dogłębnej będzie krótka: kiedy w miarę upływu czasu obietnica Pana się nie spełniała, chrześcijanie odzwyczajali się od jej aktywnego oczekiwania (rozczarowanie – przyznajmy – nie jest stanem przyjemnym i psychologiczny mechanizm obronny jakoś sobie z nim musiał poradzić). A potem jeszcze gorliwi pasterze wpadli na pomysł, że strasząc sądem i potępieniem, można łatwiej uzyskać skutek w postaci poprawnego prowadzenia się wiernych, niż rozbudzając w nich pragnienie upodobnienia się do Chrystusa. Koniec końców – paruzji prawie nikt już żywo nie przyzywa. Przynajmniej na śląskiej prowincji tak jest. A szkoda.

Styczeń 2013

Mickiewicz versus Orzeszkowa

Pierwsze miesiące każdego roku są u mnie zwykle naznaczone konsumowaniem książek, które świątecznym cudem wpadły mi w ręce. A mieszkanie na śląskiej prowincji ma też taki plus, że czasem trzeba udać się do stolicy, co oznacza kilka godzin spędzonych w pociągu i gwarancję albo niezapomnianych przygód (kto jeździ – wie), albo – na szczęście coraz częściej – możliwość poczytania. Do pociągu nie lubię brać szczególnie wymagających lektur, dlatego padło ostatnio na wywiad rzekę z Robertem Górskim z Kabaretu Moralnego Niepokoju. Autor przyznaje, że zdecydowanie bliżej jest mu do polskiej tradycji romantycznej niż do idei pozytywistycznej pracy u podstaw. Zaraz pomyślałem, że mam dokładnie odwrotnie. Czy aby nie jest to związane z moim śląsko-prowincjonalnym pochodzeniem? Ostatecznie przyczyny mojej preferencji są tutaj mniej istotne. Pewnie na sądzie ostatecznym się ujawnią. Wspominam zaś o tym epizodzie, bo leży u źródeł tematu, który chciałbym poruszyć.

Nie wiem, czy zamiłowanie do zrywów i pewna trudność w osiąganiu celów poprzez długotrwałą, systematyczną i zaplanowaną pracę jest polską cechą narodową – niech się tym trapią socjologowie. Jeśli tak jest, to mamy przynajmniej jakieś wyjaśnienie jednej z właściwości polskiego życia kościelnego. Mogę się mylić w ocenie, ale chyba znacznie łatwiej nam organizować jednorazowe akcje duszpasterskie niż prowadzić systematyczną formację, której efekty będą widoczne za kilka lat. Znacznie łatwiej trafić w ogłoszeniach parafialnych na zapowiedzi inicjatyw związanych z kolejnymi światowymi bądź polskimi dniami czegoś albo z rokiem akurat ogłoszonym przez episkopat czy UNESCO, niż zetknąć się na przykład z propozycją systematycznej, zaplanowanej na kilka lat szkoły modlitwy lub z ofertą formacji wykraczającej horyzontem poza magiczne ramy „roku duszpasterskiego”. Czasem odnoszę wrażenie, że nawet cotygodniowe świętowanie zmartwychwstania Chrystusa jawi się komuś jako zbyt monotonne, więc trzeba je koniecznie przykryć jakimś „dniem”.

Oczywiście – inicjatywy te same w sobie są dobre i godne polecenia. Problem w tym, że przy ograniczonych zasobach – zarówno duszpasterzy, jak i zaangażowanych świeckich – sporo pary idzie w akcje. W efekcie na pracę u podstaw – systematyczne wykładanie Pisma Świętego, treści wiary, liturgii, wdrożenie w modlitwę – czasu i energii nie staje. Co gorsza, zdaje się, że na tyle już się przyzwyczailiśmy do takiego stylu, że – i obym tu się mylił – w świadomości wielu duszpasterzy zanika myślenie w kategoriach pracy rozłożonej na lata (może poza kompleksowym remontem kościoła i przyległości). Pewnym światełkiem w tunelu są te ruchy eklezjalne, które wypracowały długofalowe systemy formacyjne. Choć i tu bywa gorzko: od ich liderów i członków oczekuje się intensywnego uczestnictwa, animowania wszystkich możliwych parafialnych akcji. A czas jakoś nie daje się rozciągnąć, bilokacja nawet u charyzmatyków bywa rzadkością…

Piszę o parafiach, bo to w nich problem objawia się najwyraźniej, jednak akcyjna mentalność wspierana jest chyba przez pewien styl zarządzania także na poziomie kurii. Akcję stosunkowo łatwo jest wymyślić, nakazać, zarządzić, skontrolować wykonanie. Każdy się może wykazać: wymyślacz, wykonawca, kontroler. Parafia sprawozdaje wykonanie, kuria odnotowuje – na papierze duszpasterstwo aż furczy. Co ambitniejsi wykonawcy mogą jeszcze zaprosić odpowiedniego VIP-a na „dzień”, otwarcie „tygodnia” itd., aby naocznie się przekonał, jak głośno i okazale furczy. Pytanie o trwałość efektów jakoś schodzi na dalszy plan wobec rocznej perspektywy sprawozdawczej. Może trzeba tu coś systemowo przemyśleć i przepracować?

Zwłaszcza w jednej sferze kontrast między akcyjnością a pracą u podstaw rysuje się wyjątkowo ostro. Jest nią kierownictwo czy towarzyszenie duchowe. Tego już nijak jednorazowym zrywem obejść się nie da – ani po stronie kierowanego, ani po stronie kierownika. Sprawa jest o tyle istotna, że – przynajmniej na śląskiej prowincji – zapotrzebowanie na tę posługę jest spore i chyba rośnie. I tu pojawiają się dylematy duszpasterzy (u których też z bilokacją krucho): czy przeznaczyć dziesięć godzin na przygotowanie jasełek, na które przyjdzie, powiedzmy, sto osób, czy też tyle samo czasu poświęcić jednej osobie (bo tyle mniej więcej w skali roku to zajmie).

Trochę się boję, że jeśli nie zainwestujemy w pracę u podstaw, to wkrótce nie będzie komu się zrywać do akcji.

Luty 2013

I have a dream

Kilka lat temu rektor pewnej śląskiej uczelni rozpoczął ważne, programowe wystąpienie, nawiązując do słynnego „I have a dream” Martina Luthera Kinga z 1963 roku. Nie wiem, czy nawiązanie było świadome, ale brzmiało to mniej więcej tak (cytuję z pamięci, więc pewnie niedokładnie): „Miałem sen. Oto na oczyszczonej Rawie ścigały się wioślarskie osady uniwersytetów z Oksfordu, Cambridge i naszej uczelni…” (dla niewtajemniczonych – Rawa to coś, co płynie przez centrum Katowic, a co mewy – nawdychawszy się uprzednio wyziewów z tejże Rawy – notorycznie mylą z rzeczną wodą). Surrealizm obrazu – wzmocniony przez to, że szerokość Rawy z trudem tylko przekracza długość wiosła – sprawił, że chyba niewielu słuchaczy zdołało się skupić na dalszej części wystąpienia, o którym do dziś mówi się na owej uczelni z niejakim rozbawieniem.

Piszę o tamtym epizodzie z dwóch powodów – po pierwsze: też mam marzenie, którym chciałbym się podzielić, ale lękam się, że będzie ono potem przez lata wspominane z rozbawieniem właśnie. Po drugie – liczę na taki właśnie efekt (wspominania – pal licho z rozbawieniem). A pora o tym napisać w tym miesiącu, bo marzenie związane jest z wielkopostnym, przedpaschalnym kontekstem.

Zatem wyznaję – „I have a dream”. W tym marzeniu we wszystkich kościołach na śląskiej prowincji, ba – nie stawiajmy granic marzeniom – we wszystkich kościołach w Polsce, wszyscy kaznodzieje w czasie Triduum Paschalnego wygłaszają mistagogiczne homilie ściśle na temat celebrowanych misteriów wiary. I tak w Wielki Czwartek ze swadą opowiadają o tym, jak nasze życie odżywiane jest przez Ciało Chrystusa – Boga, który tak bardzo nas umiłował, że wydał się nam na pokarm. W czasie wielkopiątkowej liturgii opiewają posłuszeństwo Chrystusa, który „stał się dla nas posłuszny aż do śmierci, a była to śmierć na krzyżu” (aklamacja przed Ewangelią w Wielki Piątek), i mówią o tym, jak On poniósł nasze grzechy na drzewo… I wreszcie w czasie Wigilii Paschalnej z entuzjazmem opowiadają o zmartwychwstaniu Chrystusa, w którym Bóg poradził sobie ze śmiercią i grzechem oraz dzięki któremu mamy nowe życie, jesteśmy nowym stworzeniem: mieszkaniem Ducha Świętego, braćmi i siostrami Syna, dziećmi Ojca i że to zmartwychwstanie jest fundamentem naszej nadziei na zmartwychwstanie i życie wieczne w świecie, w którym Bóg otrze wszelką łzę…

 

Nieodłączną częścią tego marzenia są dwie wizualizacje – najpierw radości wiernych, którzy naprawdę przychodzą na Triduum spragnieni Dobrej Nowiny. I dalej – konsternacji dziennikarzy, którzy przez lata z powodzeniem unikali pisania o Chrystusie, wyławiając bez trudu drogie im (wedle gustu – prawicowe, lewicowe i jakie tam jeszcze) wątki polityczne, społeczne, gospodarcze czy obyczajowe. A tu nagle – jeśli chcą napisać jakąkolwiek relację z tego, o czym w kościołach się mówiło, do dyspozycji mają wyłącznie śmierć i – o zgrozo! – zmartwychwstanie Chrystusa (przyznaję, że tą częścią marzenia delektuję się z perwersyjną wręcz przyjemnością). Od katedr wielkich metropolii po najmniejsze kościółki na prowincji – tylko ofiara Chrystusa. I jeśli redakcje nie rezygnują w ogóle z relacji, to Dobra Nowina wycieka na zewnątrz kościołów, docierając także do tych, którzy pojawiają się w nich nieczęsto.

Może ktoś zapyta, dlaczego o tym marzę – czyż nie tak właśnie jest co roku w naszych kościołach? Cóż – nie przeprowadziłem żadnych dogłębnych badań, które wskazałyby, jak rozkłada się tematyka homilii paschalnych w Polsce. Raz czy drugi tylko na zajęciach z sakramentologii zapytałem kilkudziesięciu obecnych studentów, czy w ich rodzinnych parafiach homilie Triduum miały charakter konsekwentnie mistagogiczy, wprowadzający w istotę celebrowanych tajemnic. Tych, którzy odpowiedzieli pozytywnie, mogłem policzyć na palcach jednej ręki. Może tak jest tylko na śląskiej prowincji? Gorzkie by to było pocieszenie.

Powie ktoś, że się czepiam. Pewnie trochę tak. Ale nie daje mi spokoju pytanie o to, jak kształtujemy najważniejsze w roku celebracje. Bo jeśli nie mówimy o istocie chrześcijaństwa wówczas, kiedy ją szczególnie celebrujemy, kiedy wszystko w liturgii – od Słowa Bożego po liturgiczne znaki – na nie naprowadza, to kiedy będziemy to robić? O przyczynach boję się nawet pomyśleć. I pół biedy nawet, jeśli motywem jest troska, by nie znużyć słuchaczy powtarzaniem wciąż tych samych treści. Argument to wprawdzie cudaczny, zważywszy, że liturgia, z uporem powracając do świętowania zmartwychwstania Chrystusa, do takiego właśnie powtarzania zaprasza.

A co, jeśli treści te nie stają się centralne w przepowiadaniu, bo nie stanowią rdzenia doświadczenia naszej wiary – i to zarówno słuchaczy, jak i kaznodziejów?

So I still have a dream.

Marzec 2013