Z Pokorą przez życie

Tekst
Z serii: Biografie
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

JA PRZEMYŚLAŁEM WSZYSTKO. HANIA ZOSTANIE MOJĄ ŻONĄ

Profesor (Mieczysław Czechowicz): Ja przemyślałem wszystko. Marysia zostanie moją żoną!

Marysia (Wojciech Pokora): Ja???

Profesor: No co, nie podobam się Marysi?

Z filmu Poszukiwany, poszukiwana (1973).

Jak wyglądały oświadczyny w wykonaniu Wojciecha Pokory?

Chyba zebrałem bukiet polnych kwiatów i poszedłem z nimi do domu przyszłej żony. „Haniu, najdroższa, jesteś i będziesz moja do końca życia! Czy zostaniesz moją żoną?”. Jej rodzice nawet tego nie słyszeli. Zresztą traktowali mnie jak każdego innego kolegę. Pamiętam, że Hanię podrywał przystojniak Zygmuś, który był pilotem, ale to ja stanąłem z nią na ślubnym kobiercu.

Kiedy?

Oświadczyłem się w 1955 roku. Rok później postanowiliśmy wziąć ślub. Okazało się, że mama przyszłej żony kategorycznie nie zgadza się na to, by Hania wyszła za mnie, a moja mama wypatrzyła mi jakąś kandydatkę na żonę. Hania zupełnie jej nie pasowała do układanki rodzinnej. Zdaniem mojej matki nieproszona wmiksowała się w stosunki ze mną i wzięła mnie jak swojego.

Zaczyna się ciekawie…

Ciekawie to było dopiero później! Moja przyszła teściowa zakazała Hani pytać więcej o pozwolenie na ślub ze mną. Starała się jej przetłumaczyć, że nie będzie miała żadnej przyszłości z mężczyzną parającym się aktorstwem. Ta profesja była wtedy traktowana gorzej niż rzemiosło cyrkowca. Według powszechnie panującej opinii aktor był osobą skrajnie nieodpowiedzialną.

Walnął Pan wtedy w stół?

Ja nie, za to żona tak: „Mamo, czy się zgadzasz, czy nie, to ja i tak za niego wyjdę”. Kilka dni później, w 1956 roku, po kryjomu wzięliśmy ślub cywilny. Nie mamy z tego wydarzenia ani jednego zdjęcia. Ślub był tak tajny, że baliśmy się nawet poprosić o obecność jakiegokolwiek fotografa. Poza nami byli tylko świadkowie. Mój bliski przyjaciel Jerzy Turek i koleżanka Hani… Wiesz, Haniu, że ja nie pamiętam świadkowej na naszym cywilnym ślubie? Kto to był?

Hanna Pokora: Dziewczyna z mojej klasy. Mamy ją nawet na którymś ze zdjęć, tych ze szkolnego przedstawienia.

Bardzo możliwe. Świadkiem na pewno był Jerzy Turek, najbliższy przyjaciel, który nie mógł mi odmówić! Później poszliśmy do obu rodzinnych domów i najpierw Hania powiedziała swoim rodzicom: „Oto mój mąż!”, następnie ja w swoim domu oznajmiłem: „Spójrzcie, oto moja żona!”. W tamtym momencie nie mogliśmy im zrobić większej przykrości.


Jaka ładna dziewczyna! To oczywiście moja żona. Zdjęcie ze ślubu kościelnego, na który, był już fotograf (1957).

Jaka była reakcja zwrotna?

Mama Hani krzyknęła: „O Boże!”, po czym opadły jej ręce i milczała, a oczy mojego nowego teścia przybrały kształt dwóch wielkich spodków. Otworzył usta i zamarł. On nawet nie był zorientowany, że Hania zna kogoś takiego jak ja. Widział mnie wcześniej raz, nie więcej.

A co powiedzieli Pańscy rodzice?

Nie wiem. Byłem wtedy tak zestresowany, że niczego nie kontrolowałem. Gdyby w tamtym momencie nastąpiło jakieś straszne bombardowanie, to z tych nerwów pewnie bym się nie zorientował!

Hanna Pokora: Teściowa mnie nie lubiła. Uważała, że Wojtek popełnił mezalians, żeniąc się ze mną. Zresztą ciągle mi powtarzała, że nie może tego przeboleć. I właściwie między nami do końca pozostały lodowate stosunki.

Noc poślubna była?

Hanna Pokora: Z początku wydawało się, że nic z niej nie będzie. Na szczęście okazało się, że ojciec naszej świadkowej, który był profesorem w Akademii Sztuk Pięknych, miał dla nas propozycję: uznał, że to niedopuszczalne, by tacy młodzi ludzie nie mieli gdzie spędzić nocy poślubnej i dał nam do dyspozycji swoją pracownię. Nie pamiętasz tego, Wojtku?

Daj spokój. Tyle było tych nocy poślubnych, że mam prawo nie pamiętać! Kilka miesięcy później, w 1957 roku, odbył się ślub kościelny. Na nim byli już wszyscy. Nie zabrakło wielkiego weseliska, w którym wzięli udział znajomi, przyjaciele, profesorowie ze szkoły i oczywiście rodzice. Byłem wtedy na czwartym roku szkoły teatralnej. Ślub miał miejsce w kościele św. Anny na Krakowskim Przedmieściu.

Hanna Pokora: Później w tym samym miejscu nasza córka Anna wychodziła za mąż. Zapamiętaliśmy ten ślub jako skromny, ale zarazem fantastyczny.

Skromność brała się stąd, że takie były czasy.

Hanna Pokora: Pojawił się problem ze zdobyciem materiału na sukienkę do ślubu. Miałam ostatecznie błękitnawy kostium, ponieważ o kupieniu białego materiału można było wtedy tylko pomarzyć. Poza tym jakoś szczególnie mi na tym nie zależało, ponieważ byłam już żoną i nie musiałam być w białej sukience.

Po ślubie kościelnym mama Pańskiej żony nie miała problemu z akceptacją zięcia?

Nie. Ba, po jakimś czasie przyznała, że się myliła i że taki zły to ja nie jestem. W dalszych latach poprawiły się moje stosunki z teściami. Teściowa chyba mnie polubiła, podobnie jak teść.

Kiedy zamieszkali Państwo razem?

Przez parę ładnych miesięcy po tym, jak powiedzieliśmy sobie „tak” na ślubie cywilnym, ani moi rodzice, ani rodzice żony, nie dopuszczali do siebie myśli, że możemy mieszkać u nich. Skoro nie wyrazili zgody, to musieliśmy mieszkać osobno.

A chociaż mogli Państwo oficjalnie siebie odwiedzać?

Nie mogliśmy. Spotykaliśmy się przede wszystkim w szkole. Tam ze sobą rozmawialiśmy, rozwiązywaliśmy razem problemy, staraliśmy się sobą nacieszyć. Po zajęciach odwoziłem Hanię do domu, czule się żegnaliśmy i wracałem do swojego rodzinnego gniazda. Ten okres wspominam jako wielką próbę dla naszego małżeństwa. Po przetrwaniu czegoś takiego wiedzieliśmy, że nic już nam nie grozi.

Co było punktem zwrotnym po tych kilku miesiącach rozłąki?

Hania wielokrotnie opowiadała o wszystkim przyjaciółce swojej mamy, darzącej żonę ogromną sympatią. Często wypłakiwała się jej w rękaw, opisując, jaka jest nieszczęśliwa z powodu naszej sytuacji. Około ośmiu miesięcy po ślubie cywilnym nastąpiło apogeum. Przyjaciółka postanowiła włączyć się w ten konflikt. Nawymyślała mojej teściowej tak okropnie, że poszło jej w pięty: „Czyś ty zgłupiała na stare lata?! Jak można własnemu dziecku robić takie świństwo?!”. To rzeczywiście poskutkowało. Wreszcie zaczęliśmy mieszkać razem w domu żony.

Sytuacja się uspokoiła.

Tak, ale tylko na chwilę. Pomieszkiwaliśmy w tym domu dopóty, dopóki nie zaostrzał się konflikt z rodzicami. W tym momencie braliśmy walizki, malutką córeczkę Anię i jechaliśmy do mojej familii. Tam czekał na nas pokój, w którym mieszkaliśmy kilka tygodni do wybuchu następnego konfliktu. Wówczas pakowaliśmy się, mówiliśmy „do widzenia” i wracaliśmy do domu żony.

Co przeważnie było tą wywołującą konflikty iskrą zapalną?

Wszystko! Na przykład mama miała swoje pomysły na obiad, a żona chciała inaczej mnie ugościć. I zaczynała się jatka!

Hanna Pokora: Co ty opowiadasz?! Przecież myśmy osobne kuchnie prowadziły. Ja zawsze sama dla nas gotowałam, nie korzystałam z pomocy teściowej. Później, po narodzinach Anny, nasz dobytek zmalał do jednej niezbyt dużej walizki i wózka dla dziecka i tak krążyliśmy przez kilka lat, aż nabyliśmy własne mieszkanie. Twoja mama miała zupełnie inny pomysł na małżeństwo. Ciągle mówiła do mojej, że nie może przeboleć tego strasznego mezaliansu, który popełnił jej syn, na co moja odpowiadała: „Wiesz co, ja też nie mogę się pogodzić z tym, jaki mezalians popełniła Hanka!”. Tak to niestety było. Myślę, że twoja mama do końca mnie nie akceptowała.

A ojciec?

Hanna Pokora: Tata Wojtka bardzo mnie lubił, i to z wzajemnością. Pamiętasz, jak go wypisaliśmy ze szpitala, kiedy był niemalże umierający? On nas błagał, żebyśmy go zabrali do domu i tak też zrobiliśmy, zresztą wbrew twojej mamie, która wtedy pracowała i powiedziała, że nie będzie w stanie się nim opiekować. Oddałam naszą córkę do mamy i sama się nim zajmowałam cały czas, aż do końca…

Te wspomnienia są szalenie bolesne. W tamtym czasie pracowałem w teatrze i nie było jakiejkolwiek mowy o tym, bym mógł wziąć wolne. Taka już jest specyfika tego zawodu. W większości innych profesji wystarczy pójść w takiej sytuacji do lekarza i wziąć zwolnienie, a tutaj nie ma jak; repertuar został dużo wcześniej ogłoszony, bilety wyprzedane… Nie mogłem zrezygnować. Przecież nie odwołają przedstawienia, bo Pokora ma chrypkę.

Ale przecież jak gardło boli, to trzeba powiedzieć „pas”.

Grałem, nawet jak miałem chrypkę czy czterdziestostopniową gorączkę. Jeżeli tylko mogłem wydobyć z siebie głos, to nie odpuszczałem i twardo wchodziłem na scenę. Zresztą inni aktorzy postępowali – i nadal postępują – podobnie. W końcu to jest wielka odpowiedzialność. Szacunek do widza jest ważniejszy od jakiejś tam chrypki. Poza tym bardzo rzadko zapadam na gardło. To pewnie dlatego, że kilka razy w życiu miałem problemy po wypiciu czegoś zimnego i od tamtej pory bardzo się z tym pilnuję. Od lat mam z tyłu głowy, że ludzie są wyczuleni na choroby aktorów.

Dlaczego?

Często widzowie przed spektaklem jadą do fryzjera, ubierają się w piękne stroje, wsiadają do taksówki i udają się do teatru. Kiedy słyszą na miejscu, że aktor się rozchorował, to zaczynają sobie pokazywać, że chodzi o inną chorobę. (W tym momencie Pan Wojciech wysyła nader czytelny znak, uderzając kantem dłoni w szyję). I żartują pod nosem: „Pewnie leży gdzie pod płotem”. Kiedyś krążyły takie opinie i część z nich przetrwała do dzisiaj.

Na bolące struny głosowe najlepsze jest surowe jajko.

To chyba jakaś bujda. Ja nigdy tego nie próbowałem. Wystarczyło, że koledzy robili mi jaja na scenie. W przypadku bolącego gardła wolałem prosić o pomoc lekarzy i zażywać leki, których skuteczność zresztą nie zawsze była zadowalająca.

 

Zostańmy przy jasnej stronie zawodu aktora. Chodziła Pani do teatru, żeby mała Ania mogła oglądać tatusia na scenie?

Taak! – odzywa się uradowanym głosem długo niesłyszany Pan Wojciech.

Hanna Pokora: Dyrektorem teatru był Marian Meller, wspaniały człowiek. Wychodził z założenia, że nie może dochodzić do sytuacji, kiedy aktor biegiem przylatuje na przedstawienie i później w pośpiechu ucieka do domu. Jego zdaniem cała rodzina powinna być zainteresowana teatrem i żyć właśnie w teatrze.

Dyrektor Meller uznał, że trzeba coś z tym zrobić. I zrobił. Niedaleko sceny był bufet, gdzie miały przebywać nasze żony razem z dziećmi. Pamiętam, że podawano tam wspaniałe obiady. Do tego dzieci mogły biegać po teatrze, a było gdzie. Ba, dzieciaki mogły być nawet na próbach, pod jednym tylko warunkiem – musiały być cicho jak myszy.

Kilkuletnia córka zasiadała z mamą na widowni i w ciszy oglądała próby z Pańskim udziałem.

Nie do końca. Owszem, mała Ania często zasiadała na widowni. Zwykle zakradała się tyłami i siadała gdzieś z boku, ale gdzie by się nie schowała, to i tak zdradzał ją śmiech. Jako wówczas małe dziecko śmiała się w zupełnie innych momentach niż dorośli.

Źle w tym teatrze to Państwo nie mieli. Nawet córka miała tam zajęcie.

Dyrektor Meller był złotym człowiekiem! Interesował się nie tylko mną, ale i całą moją rodziną. Podobnie było z innymi aktorami. Proszę sobie wyobrazić, że on nawet wiedział, które dziecko na co właśnie choruje. Pytał też, czy czegoś nam nie brakuje – nie tylko czy mamy dla dziecka palto i ciepłe buty na zimę, ale także czy i dla nas udało się zdobyć obuwie. Kiedy były z tym problemy, bez zająknięcia się nam pomagał. Żonie ze trzy razy powiedział: „Hanka, dostałaś podwyżkę na palto!”.

Po spektaklach już pewnie nie było tak rodzinnie.

Nieprawda, bankiety odbywały się sporadycznie – po premierach albo innych ważnych wydarzeniach. Poza tym trzeba pamiętać, że wówczas niełatwo było o pracę w teatrze. Na szczęście trafił mi się bardzo sprawiedliwy, a przy tym cholernie surowy dyrektor. Jego zachowanie było pewnie w pełni świadome i przemyślane – trzymał dystans wobec aktorów, żeby się go bali.

Szkoda. Surowy dyrektor oznacza brak anegdot, na przykład o tym, jak się Pan spóźniał na przedstawienia.

Proszę się o to nie martwić. Jedna historia się znajdzie, bo właśnie jeden jedyny raz w życiu zdarzyło mi się spóźnić na przedstawienie. Wszystko przez to, że źle zapisałem sobie datę spektaklu w kalendarzu i nie miałem pojęcia, że tego dnia mam grać. Na szczęście byłem wtedy w domu. Zaniepokojony reżyser wysłał po mnie kolegę, Zygmunta Kęstowicza. Kiedy ten stanął w drzwiach, zbaraniałem! Proszę pana, ja wtedy mało nie umarłem! Najgorszy widok, jaki może być, to stojący w drzwiach starszy kolega, który mówi: „Wojtek, ty grasz dzisiaj. Dlaczego nie jesteś jeszcze w teatrze?”.

Mogło być gorzej. Na przykład gdyby był Pan wtedy po kilku głębszych.

Bywały takie wypadki, choć akurat nie ze mną. Wystarczyło mi, że widziałem na przykładzie starszych kolegów, do czego to prowadzi. Wtedy zresztą nawet w bufecie był alkohol. Tak, proszę pana, można się było napić w bufecie. I oni cichcem wypijali kilka głębszych. Pamiętam, jak jeden ze starszych kolegów przesadził do tego stopnia, że trzeba było go przywiązać do słupa!

Przywiązać do słupa?!

Tak! Przywiązali go do słupa na scenie w Policjantach Mrożka, żeby mógł powiedzieć swoje kwestie. Owszem, udało mu się to, choć był to raczej bełkot niż szczyty dykcji. Gdyby po spektaklu złapali go za kółkiem prawdziwi policjanci, to i słup pewnie by mu nie pomógł, on wtedy tak strasznie był pijany. Kiedyś rzeczywiście alkohol lał się strumieniami. Ja starałem się pilnować. Od zawsze uważałem, że punktualność jest szalenie ważna. Razem z żoną woleliśmy być na miejscu kwadrans wcześniej niż piętnaście minut po czasie. Chyba mamy to zakodowane w genach. Nie ma, że korki były, że taksówka nie przyjechała. Jeżeli się umawiamy na jakąś godzinę, to zdążymy, choćby nie wiem, co się miało dziać!

To może na temat zapominania tekstów będziemy mogli dłużej porozmawiać?

Znowu pana rozczaruję. Nigdy mi się to chyba nie zdarzyło. Kiedyś miałem „zwierzęcą pamięć”, jak mawiała moja żona. Proszę sobie wyobrazić, że szedłem z psem na spacer – przy jednej latarni czytałem stronę tekstu, potem powtarzałem do drugiej latarni, czytałem następną stronę i tak się uczyłem scenariusza w ciągu jednego wieczoru. Pies się cieszył, a ja łączyłem przyjemne z pożytecznym. Byłem wtedy zapracowany do tego stopnia, że nawet na spacerze nie mogłem sobie odpocząć.

Gdzie w tym wszystkim czas na żonę, rodzinę?

Za tamten okres żona powinna dostać jakiegoś organizacyjnego Oscara albo chociaż Nobla. Jak ona sobie z tym dawała radę, to ja nie wiem. Czasami było jej bardzo ciężko. Miała cały dom na głowie, wychowywanie dzieci, pracę i wszystko, co się wokół nas działo, włącznie z przeprowadzkami. Ja w tym czasie zwykle byłem albo w teatrze, albo na planie filmowym. Hania wszystko organizowała. Jak dzielnie, to nikt nie jest w stanie sobie tego wyobrazić! W ciągu doby musiała się zmierzyć z bawieniem dzieci, wysprzątaniem domu i do tego ze swoją pracą. Zresztą zostało jej to do dzisiaj. Nadal jest świetnie zorganizowana, choć wcale już nie musi.

Wreszcie można pospać do woli!

Zwykle wstaję o ósmej, żeby wyjść na spacer z psem. Żona budzi się zaraz po mnie. Po ostatniej chorobie, kiedy leżała kilka tygodni w śpiączce, strasznie się o nią boję i staram się jej we wszystkim pomagać. Pilnuję, żeby regularnie brała proszki i jadła, ponieważ po tym jak była intubowana na OIOM-ie, nadal ma problemy z przełykaniem.

Jak sobie Państwo radzą ze spamiętywaniem dat spektakli, w których Pan występuje?

Przede wszystkim wyciągnąłem wnioski z tego jedynego razu, kiedy zapomniałem o przedstawieniu. Powiedziałem sobie wtedy, że będę teraz nawet i po dziesięć razy zapisywał terminy spektakli, żeby ich nie zapomnieć. Mamy z żoną taki kalendarz ścienny, w którym wszystko notujemy. Zresztą dzisiaj panie inspicjentki z teatru dzwonią do mnie i przypominają zarówno o spektaklach, jak i o próbach. Zdarza się, że po dwumiesięcznej przerwie spektakl wraca na afisze i w takich sytuacjach odbywają się czasem próby, bo na przykład Basia Krafftówna sobie tego życzy. Moim zdaniem wiele to nie daje, ale skoro zapewnia jej to lepsze samopoczucie, to dlaczego mamy z nich rezygnować? Inaczej jest chociażby z Andrzejem Grabowskim, z którym występuję w Teatrze 6. Piętro w Molierze. Nam nie jest potrzebna próba. On dziesięć lat temu w Krakowie grał to setki razy. Mnie też ona do niczego nie jest potrzebna. Wystarczy, że dzień, czasem dwa dni przed spektaklem wezmę do ręki scenariusz i wszystko sobie przypomnę. Właśnie! Coś mi się przypomniało! Czas na nikotynową przerwę!

GUSTAW HOLOUBEK I PENSJE PRZEGRYWANE W KARTY

Przyjmując różne role, nie bał się Pan, że po którejś z nich zostanie przyczepiona ta nieszczęsna łatka?

Nikt nie zaprzeczy, że mam łatkę, ba, wielką łatę aktora komediowego. Niewiele osób pamięta, że na początku kariery w Teatrze Dramatycznym grałem dramatyczne role. Jedną z nich na zmianę z Gustawem Holoubkiem. Pamiętam, że przyszedł wtedy do mnie Tadeusz Łomnicki i powiedział: „Wojtek, jesteś lepszy od Gustawa”. Zbierałem wówczas sporo pozytywnych recenzji, z których wynikało, że dobrze sobie radzę w repertuarze oddalonym od komedii, ale bez przesady!

Hanna Pokora: Proszę napisać, że ubolewałam nad tym, że on był źle wykorzystywany. Miał potencjał i umiejętności nie tylko do ról komediowych, ale nie potrafiono tego odpowiednio wychwycić.

Haniu, ale to nie tylko ja! A weź takiego Wiesława Michnikowskiego czy Janka Kobuszewskiego. To wielcy, utalentowani aktorzy, na Zachodzie zrobiliby fortuny i byliby słynni. Tutaj było inaczej.

Jak wspomina Pan Gustawa Holoubka?

Wspaniały aktor, a do tego przemiły człowiek. Postać, z którą wiąże się wiele anegdot. W tamtych czasach niemało aktorów grało w kości, szachy i w pokera. Holoubek wolał bardziej czasochłonną grę w brydża.

Pan z nimi nie grał?

Grałem…

W tym momencie z kuchni słychać głos Pani Hanny: – Opowiedz, jak grałeś, no opowiedz!

Byłem w tamtych czasach młody i niekoniecznie potrafiłem tak dobrze grać w karty, jak starsi koledzy. Często kończyło się to drobnymi przegranymi. Właściwie to raczej większymi. Hania wielokrotnie mi wypominała, że przegrywałem całe pensje, ale później się to ukróciło.

Czyżby wkroczyła żona i grała za Pana?

Rany Boskie, nic z tych rzeczy. Jeszcze tego mi było trzeba! Nie wytrzymała i poszła do dyrektora teatru na skargę. Powiedziała mu, że przegrywam całe pensje, przez co nie mamy z czego żyć. Dyrektor się zdenerwował i zlikwidował granie w karty w teatrze – tak uważa moja żona. W rzeczywiści to bzdura, bo myśmy mieli inne pakamerki w Pałacu Kultury i Nauki, gdzie mieścił się teatr. Wie pan, ile można tam było znaleźć takich miejsc?

Pewnie sporo, bo PKiN ma 42 piętra.

Upatrzyliśmy sobie małą salkę przy scenie. Dostaliśmy klucz, zamykaliśmy się i graliśmy cichutko, by nikt nas nie usłyszał, włącznie z moją Hanią.

Hanna Pokora:: Tak, tak. Cichutko, a przy tym wygrywałeś cieniutko.

Oj tam, co ty mówisz? Sumy jak na tamte czasy były może i wysokie, ale ja bardzo ostrożnie grałem.

To w końcu młody Pokora przegrywał pensje, czy nie?

Nie, gdzie tam.

Hanna Pokora: Aaaa, o tak!

Co aaa?

Hanna Pokora: Nie przegrywałeś?

No dobrze, przegrywałem, ale jak już przegrałem, to wtedy dyrektor dawał podwyżkę!

Widzę, że to dość czuły temat w Państwa małżeństwie.

Pan nawet nie wie, jak żona strasznie się na nich wściekała. Powtarzała mi później: „Oni nie mają wstydu, skoro tak robią! Jak można podpuszczać młodego aktora i tak go ogrywać”, tym bardziej że miałem wtedy nie tylko małą pensję, ale i małe dziecko. Ja jej odpowiadałem, że robiłem to z miłosierdzia. No jak tu nie przegrać?! Jak ja mam, dajmy na to, fula, a Czesław Kalinowski ma cztery dziewiątki, to byłem przekonany, że wygrałem pulę, ale niestety, było, jak było!


Rodzina w komplecie. Na schodach w domu u państwa Majewskich (Janusz Majewski wyreżyserował m.in. C.K. Dezerterów). Od lewej: córki Anna i Magda, ja i moja żona Hanna.

Janusz Majewski to podobno grał kiedyś nawet o swoją żonę.

Naprawdę? Ja aż tak wysoko nie grałem.

Hanna Pokora: Tylko byś spróbował!

Mówiłem przecież, że byłem ostrożny

Żona wyraźne stara się powstrzymać napad śmiechu.

W Teatrze Dramatycznym w samej tylko Czarnej Komedii zagrał Pan ponad siedemset razy. To jeszcze aktorstwo, czy już rutyna?

Na jednej scenie razem ze mną występowali między innymi Danuta Szaflarska i Wiesław Gołas, którzy tworzyli parę narzeczonych. Z takimi postaciami trudno było mówić o rutynie! Poza tym ten spektakl był fenomenem. Jak tylko jakaś sztuka nie miała powodzenia albo była niezbyt udana, to wznawiano Czarną Komedię, na którą ludzie zawsze przychodzili.

Naprawdę ani grama rutyny?

Nie. Każdy wieczór traktowaliśmy jak premierę. Zresztą te siedemset razy nie są rekordem. Sztuka Mayday, którą miałem przyjemność wyreżyserować we Wrocławiu, była już wystawiana ponad tysiąc pięćset razy! Doszło do tego, że musieli zmienić dekoracje, bo te pierwotne tak bardzo im się zniszczyły. Nawet podłogi musieli wymienić. To chyba swoisty rekord na mapie teatralnej polski.

Przy takich liczbach na widowni muszą się zdarzać widzowie, którzy oglądali sztukę po kilka razy.

Słyszałem, że niektórzy przychodzą na spektakl nawet po kilkanaście razy, i to wcale nie jest zabawne dla aktora. Dochodzi do tego, że kiedy ktoś się pomyli albo zmieni tekst, to widownia, złożona po części ze stałej publiki, błyskawicznie to wyłapuje i daje odpowiedni odzew.

À propos rutyny. Pan w Teatrze Dramatycznym pracował blisko trzydzieści lat, od roku 1958 do 1984. Długo…

Powiedziałbym, że nawet bardzo długo, a według niektórych – za długo. Cały zespół solidarnie się rozsypał po tym, jak do siedzącego na lotnisku dyrektora Gustawa Holoubka i jego żony Magdy Zawadzkiej podszedł jakiś nieznany mężczyzna i powiedział: „Tutaj jest do pana pismo z ministerstwa. Od dnia jutrzejszego nie sprawuje pan funkcji dyrektora teatru”. O tej decyzji dowiedzieliśmy się po jego powrocie. Chwilę później został mianowany nowy dyrektor.

 

Nikt nie próbował zrobić cokolwiek, by cofnąć tę decyzję?

Coś takiego było nie do pomyślenia. Gros aktorów podjęło decyzję o opuszczeniu teatru. Ja przeniosłem się do Teatru Nowego. W Dramatycznym zostali tylko ci, którzy nie mieli perspektywy na szybkie znalezienie innej pracy. Razem ze zwolnionym Gustawem Holoubkiem odeszło wtedy osiemdziesiąt procent aktorów. W tym momencie skończył się dla mnie złoty wiek Teatru Dramatycznego. Później wielu nim rządziło, ale już nie z takim rozmachem.

Może powinien był Pan podjąć się tego zadania?

W żadnym wypadku. Na zarządzaniu znam się jak muzyk na rolnictwie, chociaż jest prawdą, że zawsze wolałem teatr niż film. To dlatego, że akceptacja publiczności jest właściwie jedyną przyjemnością dla aktora. To jest zupełnie inne doświadczenie niż w filmie, gdzie można scenę dublować nawet i piętnaście razy. Teatr to teatr. Piękna rzecz!

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?